Banici z Shirr - Rozdział II
cd
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Banici z Shirr - II
II
Jechali skrajem drogi, milcząc i przysłuchując się rozmowom, które toczyły się wokół. Mała grupka, nie wyglądająca bynajmniej na rasowych zawodowych najemników, a na przypadkową raczej zbieraninę, rozprawiała o zbliżających się zmaganiach z leśnymi. Każdy coś tam miał do powiedzenia, niekoniecznie mądrego, toteż hrabia Meniers raz po raz wzdychał, kręcił głową albo wznosił oczy ku niebu. Castols twarz miał kamienną, co najwyżej od czasu do czasu chrząknął.
-*-
- Nie wiem, jak przyjdzie nam się w tej ciżbie zorganizować, ale nie możemy taką kupą po prostu wleźć do lasu. - A jak chcesz to robić inaczej? Losować? - A choćby i tak! Jak inaczej rozeznamy, komu nagroda należna i kto bandę rozgromił, jak wszyscy wejdą naraz i każdy coś tam uszczknie? - Duże kompanie na to nie pójdą. Każda chce pierwsza popróbować nagrodę zgarnąć. Nie będą czekać cierpliwie na swoją szansę. - Ale będą musiały. Najlepiej, jakby książę pan sam zadecydował, kto idzie najsamprzód, a kto czeka. Inaczej wszyscy się za łby wezmą, zanim w ogóle bodaj portki zbója zobaczą. - Wcale, że nie. Ja słyszałem, że najważniejsze, to wodza zbójów uśmiercić. Każdy może działać na własny rachunek. Trofea wystarczy zbierać: odciąć coś z ciała albo pierścień jaki zdjąć z palca. Są tacy, co chcą księciu wedle starego zwyczaju głowy dostarczyć. - Bujda! Sam słyszałem, jak książę Urbert mówił, że interesuje go zgładzenie wszystkich zbójów, do nogi. Nikogo nie żywić, nikomu nie dać ujść z całym gardłem. - No to się nikomu nie uda wziąć całej nagrody. Nie ma tu takiej bandy, która potrafi las otoczyć i sama odciąć wszystkie drogi ucieczki. Trzeba będzie współdziałać. Komu się poszczęści, ten wodza utłucze, reszta drobniejszych zbójów podocina - i każdemu coś tam skapnie z nagrody. - Można by umowę spisać, układ taki, gdzie byłoby powiedziane, jak kto ma być nagrodzony i za co. - Umowę spisać, powiadasz? Stefro, kto to jest? - Nie zwracajcie na niego uwagi. - To tylko propozycja. - Śmiechu warta! Kto będzie honorował ten świstek, jak przyjdzie co do czego i o błyskające złoto rzecz będzie się rozchodzić? - Właśnie, podetrzeć się nim będzie można co najwyżej. Tu twarde żelazo musi być gwarantem, nie papier. - Nadal uważam, że to książę powinien sprawę rozstrzygać. W końcu to on nagrodę wyznaczył, z jego szkatuł ją wypłacą. On winien zadbać, żeby wszystko poszło gładko. - Książę pójdzie po najmniejszej linii oporu - kto do niego z trofeami dotrze i dowiedzie, że jemu się fanty należą, ten otrzyma złoto. Wcale przy tym nie jest powiedziane, że się potem nie pozarzynają ci, co wygrali, z tymi, co przegranej do wiadomości nie przyjmą. - A ja uważam, że całe to dotychczasowe pieprzenie w ogóle nie ma sensu. Skórę na niedźwiedziu dzielicie, a tu myśleć trzeba, jak działania zbrojne rozsądnie urządzić, jak podzielić teren, jak uderzać, kto, gdzie i kiedy ma to zrobić. Leśni są mężni, z łuków szyją celnie, las znają do ostatniego zafajdanego pniaczka, kryjówki mają, strażnice, pułapki. Wiedzą, gdzie bagna, gdzie polany, gdzie gąszcz nieprzebyty, a gdzie las luźniejszy, gdzie pośród paproci skryć się można, a gdzie się nie da, żebyś się z wysiłku wziął i usrał. O tym wszystkim trzeba radzić, a nie o dupach myśleć, które sobie za zdobyty pieniądz kupicie w najbliższym zamtuzie. - Mądrze mówi. - Ot, przyjemnie posłuchać. - Przecie ja nie negowałem, że to wszystko ważne. Ale o tym, jak się ustrzec przed złodziejstwem i oszukaństwem też pomyśleć trzeba. I to zawczasu, bo potem to już będzie... - Poczekajmy, poczekajmy. Książę pan, jak my na zamku stanęli, nic nie mówił oficjalnie. Witał się, zapraszał, za przybycie dziękował, ale z urzędu nic nie rzekł. Widać, czeka, aż staniemy na miejscu, aż spłyną tam maruderzy i wtedy oznajmi, jak to wszystko ma przebiegać. Może niepotrzebnie zupełnie i na zapas się tu wszyscy frasujemy.
-*-
Castols milczał przez cały czas, słuchając uważnie dyskusji i sporów, główkując widocznie nad wszystkimi tymi sprawami, które poruszali w rozmowie mniej lub bardziej doświadczeni, a momentami nawet dyletantcy zupełnie członkowie tej osobliwej rejzy. W pewnym momencie widocznie doszedł do wniosku, że nie sposób dłużej bić się z myślami i dziesiątki spraw rozważać na wyrost. Uniósł lekko opuszczoną dotąd głowę i rozejrzał się po trakcie. Prospekt miał dobry, bo właśnie zjeżdżali ze wzgórza, a jako że wraz z hrabią dołączyli do grupy na końcu, widział teraz wszystkich łowców. Na czele jechał książę z pocztem, pod dumnie powiewającym proporcem noszącym jego rodowy herb. Tuż za nim podążał Bogart ze swymi ludźmi, jadącymi czwórkami w eleganckim ordynku. Za nimi, w luźnym szyku i bez hierarchii, postępowała kompania Telmara przemieszana częściowo z mniejszymi grupkami, których członkowie jechali konno bądź maszerowali pieszo. Na końcu podążało mnóstwo drobiazgu, nierzadko byli to chłopi, jacyś dezerterzy noszący jeszcze bojowe znaki, wreszcie małe grupki pojedynczych wojowników, awanturników czy najemników takich jak Castols, których w tej bezładnej gromadzie było dość sporo. Dostrzegł kilkuosobowy oddział mężczyzn, którzy wyglądali na wojsko z zachodnich ziem - z Narbonsii albo Sabaudii. Mieli na sobie poprzerabiane nieco mundury o charakterystycznej ziemistej barwie. W ręku każdy niósł drzewce łuku z nienaciągniętą cięciwą, a na plecach kołczan pełen strzał. Spojrzał nieco bliżej siebie i nagle twarz rozciągnęła mu się w uśmiechu. Sporo zmartwień natychmiast opadło mu z duszy, bo przynajmniej całe to przedsięwzięcie dobrze się zaczynało.
-*-
- Witam wszystkich na mojej ziemi! - donośny głos księcia Urberta rozbrzmiał na rozległej łące położonej na wzgórzu, z którego dobrze było widać szeroką połać ciemnej, soczystej zieleni Lasów Shirr. Hrabia Meniers skonstatował, że w ciepłym blasku zachodzącego słońca - co paradoksalne - wyglądały tajemniczo i groźnie, jakby drzemało w nich zło o nieprzeniknionej zgoła naturze, nie zaś to związane z zamieszkującym je człowiekiem, w istocie przecież tak banalne, zrodzone z jego najbardziej prymitywnych instynktów. Miał dziwne przeczucie, że zło, które przybyli tu zgładzić, to była betka w porównaniu z tym, które kryło się gdzieś głęboko pośród drzew, odgrodzone od człowieka, a jednocześnie gotowe w każdej chwili go pożreć. Hrabia podejrzewał, że nikt poza nim, a już na pewno żaden z przybyłych tu wojowników, nie ma tego typu skojarzeń i irracjonalnych obaw, owładnięty myślą o zdobyciu nagrody, jej podporządkowujący wszystkie swe działania i myśli. Tym niemniej las miał w sobie coś z ponurej poetyki, mroczniejąc z każdą chwilą, której potrzebowało słońce, by opaść za horyzont. Meniers był pewien, że w ciszy nocy zaczną ich stamtąd dobiegać mniej lub bardziej urojone odgłosy, pohukiwania sów czy chrzęst liści powodowany wychodzącą na żer zwierzyną. Tymczasem słychać było jedynie księcia. Mówił głośno, jakby zwracał się nie tyle do zgromadzonych wokół awanturników, lecz również - a może przede wszystkim - do ludzi żyjących w lesie. Jakby - czy go usłyszą, czy nie - chciał im dać do zrozumienia, że oto nadchodzi dla nich ciężki czas. - Dziękuję żeście tak licznie przybyli. Wiecie, jaki jest cel łowów, do których się sposobimy. Macie stąd usunąć bandytów, wyjętych spod prawa łotrzyków, którzy gnębią moje księstwo napadami, rabunkami i mordami, kpiąc sobie z królewskiego prawa, z ludzkiej przyzwoitości i z gniewu bogów. Czas położyć kres ich zbrodniczym wybrykom, czas pokazać, że prawo rządzi w księstwie Ergurgu i że nie ma tu miejsca dla bandytów, a ich los jest i będzie w granicach mych włości straszny. Książę zamilkł na chwilę, pozwalając, by jego słowa odpowiednio wybrzmiały w ciszy zakłócanej jedynie coraz śmielszym cykaniem świerszczy. Wodził wzrokiem po beznamiętnych, poważnych twarzach, i choć nie odnalazł wśród nich ironicznych uśmieszków, a przynajmniej tak mu się wydawało, nie wątpił, że wszyscy czekają na konkrety, przełykając jego gładkie zagajenie bez cienia emocji. - Nie chcę ingerować w wasze działania, nie chcę dyktować, jak macie się zabrać do dzieła - w końcu to wy jesteście tu fachowcami. Ale jedną rzecz musimy ustalić już na samym początku i ci, którzy nie zaakceptują postawionych przeze mnie warunków i nie zechcą przestrzegać ustalonych tu reguł, mogą odjechać nawet teraz, bo nie zobaczą ani sztuki złota. Przebiegł wzrokiem po marsowych obliczach. Wciąż nie było żadnej reakcji na jego słowa. - Waszym celem jest pobicie banitów. Będę robił wszystko, by nic realizacji tego celu nie zagroziło, także konkurencja między wami. Dlatego też szansę zdobycia nagrody będą miały tylko drużyny, którym zostanie wyznaczony czas na działanie. Nie dopuszczę do tego, by dwie czy więcej wrogich sobie kompanii weszło jednocześnie do lasu i w czasie polowania na banitów, czy wręcz zamiast niego, walczyć ze sobą, żeby się pozbyć konkurentów do złota. Jest mi obojętne, kto dokona czynu, który nagrodzę, ale nie jest mi obojętne, że zaczniecie tracić siły na rywalizację, której w ogóle nie jestem ciekaw. Efekt będzie taki, że tych skurwysynów siedzących w lesie nawet nie draśniecie, sami się powyrzynacie, a ja będę wystawiony na kpiny w całym szerokim świecie. A tego nie zdzierżę. Nie zdzierżę, powiadam! Książę przerwał na chwilę, by opanować wzburzenie, w które sam się wpędził swoją przemową. Chwilę później podjął przerwany wątek: - Dogadujcie się między sobą, zawierajcie układy o podziale łupów, łączcie w większe kompanie, jeśli wola, a jeśli inna, wchodźcie do lasów choćby samotrzeć - słowa złego nie powiem. Będziecie się zapisywać u mojego sekretarza, kolejność zgłoszeń zadecyduje o tym, kto wcześniej, a kto później wkroczy do Shirr. Wszelkie odstępstwa od tej reguły zmiotą wam nagrodę sprzed nosa. Takie są moje warunki. Kto nie chce ich przyjąć do wiadomości i przestrzegać, może stąd iść do wszystkich diabłów choćby zaraz. Reszta niechaj się tu rozłoży obozem i wypocznie. Jutro od rana zaczniemy. Urbert, nie czekając tym razem na reakcję zgromadzonych, ruszył w otoczeniu świty w kierunku przygotowanego już dlań w międzyczasie namiotu. Reszta rozeszła się, półgłosem komentując usłyszaną mowę. Każdy szukał miejsca, gdzie mógłby biwakować. - No to pięknie - stwierdził Meniers, zwracając się do Castolsa. - Całkiem sprytnie to wykoncypował. Ciekaw jestem, jak szybko ten porządek diabli wezmą. Bo że wezmą, to pewne - za dużo tu rogatych dusz. To zbieranina najsprytniejszych i najbardziej upartych łazików, kombinatorów i cwaniaczków, jakich dało się znaleźć pod tutejszym słońcem. Nie ma mowy, żeby ktoś tu nie próbował czegoś zmajstrować. Idę o zakład, że skoro w kniei książę zabronił się wadzić, to zabawa zacznie się tutaj - i będą mieli głęboko w poważaniu cały majestat jego dostojnego namiotu. Powinniśmy się do kogoś przytulić, Castolsie. W kupie raźniej. Tylko pojęcia nie mam, do kogo. - Za to ja wiem, przyjacielu - uśmiechnął się Castols. - Chodźmy.
-*-
- Castols! - mężczyzna ubrany w czerń rzucił mu się na szyję, klepiąc po plecach, aż zahuczało. - Ile to już minęło? Dwa lata? Trzy? - Tremgard, dobrze wyglądasz - Castols oddalił go na wyciągnięcie ramion. - Od razu wypatrzyłem w tłumie tę twoją czarną grzywę. - A tego łba pewnie od innych nie odróżniłeś - powiedział z uśmiechem Tremgard, wskazując ręką na mężczyznę, który stał tuż obok, także rozradowany. Castols podszedł i serdecznie uściskał również jego. - Vlad, cieszę się, że cię widzę, chociaż mnie to nie dziwi. Można się was było spodziewać na tej imprezie. - Wzajemnie, Castolsie - odparł Vlad dan Halls. - Czułem, że i ty nie oprzesz się takiej okazji. Poznaj naszych towarzyszy - wskazał ramieniem na trzech mężczyzn stojących nieco na uboczu i spoglądających z zainteresowaniem. - Ci dwaj panowie to Spaniardzi, przybyli z Hestonii. Spotkałem ich w Narbonsii, gdzie wspólnie służyliśmy w korpusie nadgranicznym w Clervont. To jest Leshol - wskazał smagłego mężczyznę o szczupłej sylwetce, czarnych jak węgiel włosach spadających warkoczem na plecy, z wąsami i szpiczastą bródką tego samego koloru zdobiącymi twarz, która - zdawało się - nie miała ani grama tłuszczu. Przedstawiany skłonił się nisko, prawą rękę przykładając do serca. Castols odwzajemnił gest. - Leshol nie pochodzi z Hestonni, tylko zza morza, z Piasków Tanis. Daleką drogę przebył. A to jest Hinsik, którego nazywamy Garbusem - Vlad wskazał na mężczyznę przeraźliwie wysokiego, prostego jak fasolowa tyczka, o solidnej posturze, z szopą jasnych, zmierzwionych niczym siano włosów i wyjątkowo długimi rękami, które z zadziwiającą gracją potrafiły władać bojowymi toporami czy maczugami. Ten nie przywitał się wschodnim zwyczajem, zaprezentowanym przez Leshola, tylko wyciągnął prawicę, którą Castols mocno uścisnął. - A to jest Rodylk, mój przyjaciel z rodzinnych stron - odezwał się Tremgard, wskazując na suchego jak szczapa mężczyznę, noszącego długie, proste włosy i drobny wąsik, nad którym sterczał krogulczy nos. Castols przywitał się z nim, po czym wskazał ramieniem na stojącego obok Meniersa. - Panowie pozwolą, że przedstawię mojego kompana. Oto hrabia Adelmus Meniers... hm... - ...var Naals - usłużnie i z wyrozumiałym uśmiechem podpowiedział hrabia. - Właśnie - Castols mrugnął doń przepraszająco. Hrabia kiwnął lekko głową wobec każdego z poznanych mężczyzn, którzy mocniej lub słabiej odwzajemniali gest. Leshol tradycyjnie głęboko się skłonił. - Hrabia? - zaciekawił się Vlad, spoglądając na Meniersa. - A cóż to, jeśli wolno zapytać, szlachcic robi pośród tej zgrai? - Proponuję, przyjacielu, abyś zwrócił się z tym pytaniem do naszego gospodarza - z zawadiackim uśmiechem odpowiedział Meniers. - A poważnie, cóż mogę powiedzieć? Przybyłem tu ze zwyczajnej ciekawości, nie powodowany bynajmniej chęcią zarobku. Wędrując po Sabaudii natknąłem się na wezwanie przybite na rozstajach dróg. Włóczenie się po tamtejszych monasterach i ruinach pałaców tarrskich możnowładców zdążyło mi się znudzić - i oto jestem. - Słuchajcie, na pewno nie zabraknie nam tematów do rozmowy - stwierdził Vlad - ale może najpierw rozbijemy obóz, ognisko rozpalimy i posilimy się nieco? Jesteście tu sami? - Tak - potwierdził Castols z uśmiechem. - Miałem nadzieję, że pozwolicie się nam przyłączyć... - Ależ oczywiście! - z entuzjazmem przerwał mu Tremgard. - Bez dwóch zdań. Rozejrzyjmy się za dobrym miejscem. - Jeśli wolno coś doradzić - powiedział cicho Castols, poważniejąc - to proponowałbym rozłożyć się gdzieś niedaleko innych grup, najlepiej w okolicach namiotu księcia. Vlad bez słowa skinął głową. - Do dzieła zatem - odrzekł po prostu. - Gdzie zostawiliście konie? - zaciekawił się hrabia Meniers, gładząc po chrapach swojego rumaka, stojącego w pobliżu obok konia Castolsa. - Tu niedaleko, są pod dobrą opieką. Chodźmy.
-*-
Ogień wesoło trzaskał. Wiatru prawie nie było, toteż dym piął się pionowo w górę. Wszyscy leżeli na rozścielonych derkach, opierając się o zdjęte z wierzchowców siodła. Konie, spętane, pasły się niedaleko. Nad ogniem obracały się wolno trzy kury, które Vlad nabył gdzieś w Gottlig, podobnie jak ogromny niczym puklerz ciemny chleb i cztery bukłaczki wina. Gdzieś zupełnie na uboczu przycupnął Gabos, młody pachołek z pobliskiej wsi, który poprzednio pilnował koni Vlada i jego towarzyszy. Teraz, oporządziwszy zwierzęta, siedział z kapturem zgrzebnego kaftana narzuconym głęboko na twarz. Wyzierała spod niego para rozognionych oczu, które ogniskował to na jednej, to na drugiej twarzy. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Wymieniali najnowsze wieści i plotki zasłyszane tam, skąd przybyli. Szybko nawiązała się pomiędzy nimi nić sympatii. Było wesoło. - Skoro tak sobie rozmawiamy - powiedział Vlad - to czas jest sposobny po temu, by rozstrzygnąć sprawę dowództwa. - A co tu rozstrzygać? - wzruszył ramionami Rodylk. - Przecież już ustaliliśmy, że ty nam przewodzisz, jako najstarszy wiekiem i doświadczeniem. - Właśnie o to chodzi, że chcę, aby to był Castols. - A to dlaczego? - ten się zdziwił. Reszta patrzyła z zaciekawieniem to na niego, to na Vlada. Tremgard uśmiechał się pod nosem. - Bo ja się do tego niezbyt nadaję - Vlad stwierdził bez entuzjazmu. - Nie przeczę, że mam doświadczenie i potrafię służyć radą. Ale podejmowanie decyzji, organizacja - to nie na mój łeb. Jakieś oblężenie to jeszcze, ale... Przedtem starałem się z tego wyłgać wcale nie przez kurtuazję, a teraz przynajmniej jest wśród nas ktoś znacznie lepszy do tego zadania. Ktoś, do kogo mam pełne zaufanie. Dlatego taka właśnie jest moja decyzja, jeśli tylko reszta się zgodzi. - Cóż, ja nie mam nic przeciwko - wzruszył ramionami Tremgard i uśmiechnął się do Castolsa, unosząc kubek z winem. Ten skłonił lekko głowę. - Skoro tak, to ja też - powiedział Rodylk, sięgając ku rusztowi, by obrócić pieczyste. - Ja już jestem pod jego komendą - wtrącił hrabia Meniers. Reszta drużyny również nie miała nic przeciwko, choć nie wyrażała tego jakoś entuzjastycznie, w większości po prostu wzruszając ramionami. - W takim razie chętnie się tego podejmę - stwierdził Castols. - Najpierw jednak chciałbym was poznać. Może mi opowiecie, skąd się tu wzięliście. Najpierw wy, Vlad. - Cóż, jako się rzekło, ja i nasi Spaniardzi byliśmy razem w Narbonsii na służbie w korpusie nadgranicznym w Clervont. Leshol i Hinsik, podobnie jak ja, przybyli tam za zarobkiem. Mój kontrakt wygasł, bo miasto tylko na rok opłaciło najemną załogę. Zresztą skąpcy z nich straszni, jak ich kto kiedy oblegnie, chętnie będą pomagał wycelować katapulty. Ale może to i lepiej, bo nuda tam była jak jasna cholera! Nie żebym się przesadnie martwił, że na zachodzie spokój i pogranicza nie stają w ogniu, ale w tym zawodzie... cóż, trudno o szlachetność. Gdy się konflikt z sąsiednim Leorem jakoś po kościach rozszedł, daliśmy nogę. Byliśmy w drodze na wschód, do Intaru, gdy doszły nas pogłoski o szykujących się łowach w Gottlig. Było bliżej - tak i jesteśmy. - Nigdy nie zrozumiem, dlaczego nie podoba się wam normalna, spokojna służba - pokręcił głową Castols. - Ja bym wiele dał za zaklepaną bodaj na rok posadkę, choćby nie wiem jak nudną. A tak muszę się włóczyć po świecie, jakieś drobne fuchy łapać, żyć z miesiąca na miesiąc. Od dłuższego już czasu szukam czegoś stałego. - Nie rozumiesz właśnie dlatego, że dotąd nie pełniłeś służby w ten sposób - wzruszył ramionami Tremgard. - Świra można dostać po kwartale. - Zaraz, ale po kiego czorta jechaliście do Intaru? Jeszcze tam was diabli nie zanieśli? - Robota się szykuje - odparł Vlad. - Niebezpieczna, ale duże wziątka przez to. Aringosa mi ją nadał. - A cóż to takiego? - zaciekawił się Castols. - Szyszka jakaś z prywatną inicjatywą wychodzi, potrzebuje kilku brzeszczotów. - Eskorta? Vlad pokręcił głową. - Chyba nie zabójstwo? - Nie. Rekonesans. Castols milczał przez dłuższą chwilę, trawiąc to, co usłyszał. Vlad pociągnął łyk wina. Nie wykazywał chęci do dalszych wyjaśnień. - A wy? - Castols postanowił zmienić temat i zwrócił się do Leshola i Hinsika. - Daleką drogę przebyliście. - Prawda - skinął głową Leshol. - Przybyłem do Hestonii wraz z kupcami z południa. Szukałem brata, który udał się tam przed laty wraz z wyprawą Tumebeja III. Odbyliśmy długą podróż karawaną na północy kontynentu Firakii, by dotrzeć do Cieśniny Gabor. Przepłynęliśmy morze i tak znalazłem się w Hestonii. - Wyprawa Tumbeja III jakieś dziesięć lat temu była, jeśli się nie mylę - wtrącił Meniers. - Tak - Leshol skinął głową. - Sporo czasu już poza domem jestem, z dala od namiotów w
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil marcin.luczynski
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…