Bartek
Historia pewnego rzezimieszka
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Bartek
Wydawać by się mogło, że wszystko idzie zgodnie z planem – myślał Wojciech siedząc w kącie niewielkiego pomieszczenia To jedyne miejsce, które nie było tak wilgotne jak inne, a ponadto zapach uryny nie był tak intensywny jak w innych zakątkach jego aktualnego miejsca pobytu. Zresztą, kiedy nie miał pracy, albo sprawy nie szły zbyt dobrze zdarzało mu się przemieszkiwać w zdecydowanie gorszych warunkach. Podobnież sprawa się miała kilka miesięcy temu, kiedy nie udało mu się wykonać roboty, którą zlecił Wiktor von Vogt, a przynajmniej ten ktoś kto takim imieniem się przedstawiał. Okazało się, że amulet, który miał rozkochać okoliczną piękność, długowłosą Bognę o jagodach pięknych jak letni poranek nie zadziałał. Tak, jagodach jak poranek – w taki to sposób posługiwała się naszym językiem osoba, która wszem i wobec chwaliła się swoim teutońskim pochodzeniem. Amulet nie tylko nie zadziałał, ale doprawił Wiktorowi spore krosty na biodrze oraz innych miejscach, które już pewnie w jego myślach Bogna dotykała swoją gładką dłonią. Reklamacje, poniekąd słuszne, złożył w okolicznej karczmie. Wstał i pokazał Wojciechowi miejsce dotknięte największymi zmianami. Dobrze, że w środku nie było zwolenników męskiego obnażania się, toteż niedoszły kochanek został wyniesiony na kopach. Daj Bóg, jeszcze głupszych klientów – myślał wtedy Wojciech salwując się ucieczką. W każdym razie kurwi syn szukał go przeszło pół roku, dopiero w wigilię Dziadów Wojciech poczuł się na tyle bezpiecznie, żeby wyjść ze swojej kryjówki. Podobno Wiktor wyjechał w swoje rodzinne tereny gnany myślą, że polska uroda nie jest mu dana. Widać magia jest silna, ale ma również swe granice. Jednym z gorszych miejsc, wspominał Wojciech, była ładownia statku przewożącego zboże do Gdańska. Nigdy więcej nie widział większych szczurów. Z częścią z nich musiał walczyć o posiłek, niestety nie zawsze wygrywał. Zwierzęta okazały się na tyle mądre i zajadłe, że wybiły mu z głowy uczciwą pracę marynarza. Nakazał mu ją w pokucie stary proboszcz z niewielkiego kościoła, do którego trafił uciekając z innej to już przygody. Sługa boży miał w rękach twarde argumenty w postaci sękatego kija, który skutecznie wybijał z głowy wszelkie bezbożne myśli. Jezus także użył siły wyganiając handlarzy ze świątyni – reklamował proboszcz swoje metody nawracania zbłąkanych owieczek do swojego stadka. Raz trafił nawet do miłej, bardzo czystej przydrożnej gospody. Obaw nie wzbudziło czyste ubranie karczmarza, ani nawet brak ostrych zapachów typowych w tego typu miejscach. Wacław, bo tak miał na imię właściciel owego wyszynku, był nadzwyczaj miły. Ekstraordynaryjna była także jego hojność, bowiem nie tylko miał niskie ceny, ale hojnie częstował Wojciecha bardzo mocnymi trunkami. Karczmarz – wielki chłop, nie upijał się tak szybko, lecz niezbyt potężnej fizjognomii Wojciech dość szybko poddał się urokowi Dionizosa. Trzeba było więc korzystać z dobroci ludzkiej, stąd też zdecydował się zostać na dłużej. A pamiętać trzeba, iż była to listopadowa noc, tak paskudna, jak tylko potrafi być w naszych okolicach. Nasz podpity bohater chętnie udał się na spoczynek. Do zdjęcia zostały mu jedynie spodnie i jeden z butów kiedy drzwi otworzyły się a w nich stanął w całej okazałości Wacław. Taki jak go Pan Bóg stworzył, może z wyjątkiem całkiem solidnej drewnianej pałki trzymanej w ręku w celu pozbawienia przyszłego kochanka wszelkich zahamowań. Pech chciał, że Wojciech nie był zwolennikiem miłości włoskiej, a do tego skrzętnie skorzystał z tego, że sypialnia była tylko na pierwszym piętrze. Stracił jedynie buta, ale lepiej stracić obuwie niż ryzykować pęknięcie zadka. Przez pewien czas chodził nawet w dwóch różnych butach, ale zapytany zawsze twierdził, że to nowa moda, z którą zapoznał się pewnego razu w karczmie od włoskiego podróżnika. O tak, Wojciech przebywał zdecydowanie w gorszych miejscach. Żadne z nich jednak nie było lochem.
* Nie trzeba było czekać długo na reakcję władz. Co więcej, była wyjątkowo sprawna i szybka. Bo widzisz, tutaj idzie nowe, wprowadzamy nowy sposób wymierzania kar. Jeden dzień i wyrok gotowy – mówił z niejaką satysfakcją Stanisław Abramczyk, tutejszy przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości. Mężczyzna średniego wzrostu o nienagannych manierach, ale o sporych problemach z drogami oddechowymi. Nic dziwnego więc, że co chwilę charczał i wypluwał gęstą ślinę do odpowiednio wcześniej przygotowanej spluwaczki. Ukoronowanie mody i szyku – myślał zerkając od czasu do czasu w tę stronę. Znak zniewieścienia i słabowania na zdrowiu – twierdzili jego pracownicy. Jak ty się nazywasz... – kontynuował Stanisław– Wojciech o nazwisku nieznanem. Matka murwa a ojciec incognitus. Doczekałeś się, żyjąc niecnie, sprawiedliwości... Kobyli zadzie – odpowiadał w myślach Wojciech Ja, Stanisław Abramczyk, z nadania wojewody... Pohańca sprośnego, podolskiego złodziejaszka... W imieniu jego oraz moim własnym, za popełnione czyny... O bogdaj by mu zaległ na ustach wrzód... Kradzież piwa z karczmy, czyny nieobyczajne na środku miasta, obrzucanie końskim gównem budynku ratusza... O, to było całkiem przyjemne. Dalibóg, rzucić by tak choć raz w jego głupią mordę. Że też o innych plugastwach przez wzgląd na dobre obyczaje wspomnieć nie zamierzam. Skazuję cię na na oszelmowanie. W dobroci mej możesz wybrać ucho, którego pozbawiony będziesz. Co? - tym razem głośno odparł Wojciech Ucho, lewe czy prawe. Wybieraj – twarz Stanisława nie przejawiała żadnych emocji W tym momencie, dwóch strażników wzmocniło uchwyt i czekało na dalszy rozwój wydarzeń. Obydwaj co najmniej o pół głowy wyżsi od skazanego i pewnie po dobre dziesięć kilogramów ciężsi. Możliwości ucieczki nie było żadnej. Sędzia nie czekając na odpowiedź wskazał głową, aby wyprowadzić Wojciecha do miejsca gdzie zostanie wymierzona sprawiedliwość. Został wprowadzony do niewielkiego pomieszczenia, gdzie znajdowała się wielka ława, której stan wskazywał na to, że służyła prawu już od wielu, wielu lat. W sprawny sposób wykonali swoją robotę to znaczy położyli go i przywiązali. Po czym wyszli. A po paru minutach wszedł Stanisław. Nie zgadzam się z wyrokiem, połowy z tych rzeczy wykonać bym nie zdołał – zaczął bronić się Wojciech Milcz kpie – skargi spotkały się ze zdecydowaną reakcją – Jam dobry człowiek jest. Sprawiedliwy. Słyszałem, że potrafisz różne rzeczy... Wypuszczę cię, jak dla mnie coś zrobisz. Co? Widać, żeś nie za mądry, ale wiem, że potrafisz załatwiać różne rzeczy. Ponadto wiem, żeś sprawny w amuletach. Potrzebuje zdobyć pewien kamień... Jeśli chodzi o miłosne, to mam dwa na zbyciu, mogę je przekazać darmowo na rzecz karceru... Czyś ty się z baranem na łby pozamieniał? Wszyscy wiedzą, że twoje amulety to łgarstwo jeno. Otóż wyjaśnię ci sprawę, bo widać, że słabujesz na umyśle. Do miasta zawitał pewien alchemik. Wieść niesie, że ma płyn albo kamień, którego działanie jest nielegalne. Rzecz w tym, że nie możemy go dopaść swoimi metodami. Dlatego też potrzebujemy ciebie. Wojciech bez wahania zgodził się na propozycję Stanisława. Nie można było sobie ważyć lekce słów przedstawiciela władzy. Ów alchemik, o którego się rozchodziło wszedł w posiadanie cennego amuletu bądź płynu – jeśli wierzyć plotkom. Stanisław chciał go za wszelką cenę zdobyć, pewnie okazało się, że wpływał na męskie zdolności albo dawał wielkie szczęście. Dla pewnych osób jedno było tożsame z drugim. Dla Wojciecha była to wymarzona sprawa, nie po raz pierwszy będzie musiał coś ukraść. Nagrodą była nie tylko wolność ale całkiem pokaźny mieszek złotych monet, który dałby mu trochę spokoju. Czemu został tak łatwo wypuszczony z lochu? Nie dociekał, bo od zawsze zdawał sobie sprawę, że im głupszy zarządca tym lepiej. Zresztą, w jego mniemaniu tylko tacy potrafili awansować na oficjalne stanowiska.
* Słyszałem, żeś wyszedł z lochu niedawno – uniósł kufel Jarosław, po czym wypił z niego sporą część. Znał się z Wojciechem właściwie od dzieciństwa kiedy to razem kradli jabłka z okolicznych gospodarstw. Wiele razy zostali złapani ale jeszcze więcej razy udało im się zbiec z towarem. Z tego też powodu rozwijali działalność zaczynając od sprzedaży kradzionych owoców, później sprzętów domowych, kończąc na tak wysublimowanych formach jak odczynianie uroków, sprzedaż afrodyzjaków oraz innych przydatnych utensyliów. Jarosław podjął się nawet raz spędzania płodu, ale niestety odkrył, że nie znosi widoku krwi. Jeszcze bardziej go zaczął nie znosić kiedy został ranny, a rana na klatce piersiowej goiła się bardzo długo. Do dzisiaj dokuczała mu w deszczowe dni, dokładnie takie jak ten. Kalumnie to zwykłe i oszczerstwa – uśmiechnął się Wojciech. Oczywiście nie mógł oszukać swojego przyjaciela, który już nie takie rzeczy słyszał, a poza tym miał całkiem niezły dar do wykrywania wszelkich kłamstw. - Powiedz lepiej co się działo, jak mnie nie było. Co prawda to parę dni, ale słyszałem, że do miasta zawitała pewna interesująca osoba. Nieprawda to. Okazało się, że to chłop jest, tylko przebierający się w damskie ciuszki. Odkrył to Józek, który zapłacił mu za podniesienie spódnicy Ja nie o tym – w mieście od czasu do czasu pojawiali się różni dziwacy starający się zarobić pieniądze na ciekawości prostych mieszczan. Widocznie w tę niedzielę zawitała kobieta z brodą, która okazała się być, o niespodzianka, przebranym mężczyzną. - Do miasta miał dotrzeć alchemik A no jest taki. Kaśka mówiła. Musisz jej pytać –
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil ble
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…