Baśń XVII cz.1
Moje kolejne wypociny, zapewniam że będzie kontynuwone - jeśli się wam spodoba. Świat fantasy połączony z komedią. Myślę że wam się spodoba. Proszę o komentarze
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Szczegółowe informacje o autorze: ma 11 lat, ale to nic. Proszę o oceny i komentarze.
Baśń XVII Wstęp
Sześciolatek wszedł do pokoju przymykając, ale nie zamykając drzwi. Położył się do łóżka i przykrył się kołdrą. Zapalił kinkiet. - Babciu! – zawołał po chwili odczekiwania. Po cichu można było usłyszeć delikatne kroki dochodzące zza drzwi. Do pokoju weszła babcia, słodka staruszka trzymająca w ręku książkę. Usiadła na fotelu, leżącym obok łóżka i otworzyła księgę. - Co mi dzisiaj przeczytasz? – zapytał. - Dzisiaj przeczytam Ci Baśń XVII – odpowiedziała lekko się uśmiechając. Chłopiec poprawił poduszkę i zakrył kołdrą dotąd odkryte ręce.
- Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze psy dupami szczekały… żartowałam. Ale i tak było to dawno. Żył sobie pewien pan, nazywał się Jaśniepan mianowicie. Był trochę na pobudliwy i lubił zawsze wpakować swe dupsko… eee pupsko… eee… nieważne. Ważne jest to, że nie był odpowiedzialnym człowiekiem. Kiedyś był potę… - Babciu! – przerwał. - Co?! – zapytała podnosząc głowę. - Przejdź do konkretów. Staruszka była zadziwiona słownictwem wnuka. Tak więc pominęła wstęp książki i przeszła do pierwszego rozdziału.
Rozdział Pierwszy
Mężczyzna położył filiżankę na ladzie i skierował wzrok na twarz staruszki. Ta uśmiechnęła się spoglądając na jego wypitą kawę. - To ja już chyba pójdę – rzekł wstając i zasuwając krzesło. - Idź, ale uważaj na siebie – wyraźnie zniżyła głos. Wyszedł z małego pokoiku w którym przebywał na kawie. Podszedł do drzwi i wziął karabin skałkowy opierający się o szafeczkę obok. Delikatnie pociągnął klamkę i wyszedł na dwór spoglądając na niebo, było ono bezchmurne. A dzień był słoneczny. Z powrotem skierował wzrok na puszczę przed którą się znajdował. Powoli i niepewnie zrobił jeden krok w przód. Wyczuł niebezpieczeństwo. Założył strzelbę na plecy i zrobił jeszcze parę kroków. Rozejrzał się dookoła. Potem kontynuował normalny marsz. Szedł przez czarną, mroczną knieję co jakiś czas patrząc się za siebie. Nagle z drzewa zeskoczył bandyta, tuż przed nim. Na rozbójnika spadła złamana gałąż ogłuszając go na chwilę. Wyciągnął swoją szablę i zaczął okrążać bohatera. Ten uśmiechnął się do zbójnika i wyjął karabin zza pleców. Bandyta wyszczerzył oczy, zaczął się powoli odsuwać. Na jego twarzy pojawił się wyraz strachu. Widocznie stracił zimną krew. W końcu, po paru okrążeniach, zaczął uciekać. Opuścił swoją szable i po chwili już go nie było. Mężczyzna wzruszył ramionami i podniósł szablę nieprzyjaciela. Potem, chowając karabin i nową broń, kontynuował podróż. Szedł równomiernie, szybkim krokiem. Teraz nie zwracał już uwagi na to co się dzieje dookoła, po prostu szedł patrząc sobie pod nogi. Rozejrzał się dopiero gdy zobaczył, że podłoże bardzo się zmienia. No więc rozejrzał się. Był to krajobraz bagniska. Wiedział że doszedł do celu. Przy zgniłej sośnie stała tabliczka z napisem: „Obóz Żniwiarzy”. Gdzieniegdzie można było zobaczyć małe glinianki. Wszędzie unosiła się denerwująca mgła. Bohater podszedł do jednego z paru ludzi mieszkających w Obozie Żniwiarzy. Był to na czarno ubrany osobnik, z zaciekawieniem wpatrywał się w błoto na którym stał (i tonął praktycznie). Sięgało mu ono do połowy wysokości piszczeli. - Czego chcesz? – zapytał żniwiarz gdy tylko mężczyzna zbliżył się do niego. - Szukam Arnolda Łupieżcy, mam się z nim spotkać – odpowiedział. - Jest na łowach, nie znajdziesz go na bagniskach. - Gdzie mogę go szukać? - Bo ja wiem? Gdzieś w kniei się szwenda. - Dzięki za pomoc – powiedział ironicznym, donośnym głosem. Ponownie rozejrzał się w około. Nic poza zapachem zgnilizny i mgłą która psuła całą atmosferę nie było. - Ej! – zawołał poprzedni rozmówca – Jak ci na imię? Uwaga! To decydująca chwila w naszej opowieści. - Jaśniepan, tropiciel. Żniwiarz szyderczo się zaśmiał. - Jaśniepan? Ten od robienie z siebie debila? Nie rozśmieszaj mnie! - Nie ten od zabijania gnojków takich jak ty! „Jaśniepan” wyjął strzelbę i bez celowania strzelił Żniwiarzowi w nogę. Prysło krwią. Ten aż popłakał się z bólu. Krzyknął: - Żniwiarze, do broni! Napastnik! Bandyta! - Nie!!! – krzyknął bohater kiedy zebrało się już z ośmiu. Okrążali go. Wszyscy zatrzymali się w miejscu. Wrócił Arnold Łupieżca. Był to wysoki elegancik. - Co jest do ****?!! – wrzasnął używając bardzo wulgarnego słowa. Wyjął z zza pleców miecz i skierował wzrok na Jaśniepana. Bohater zrobił kilka kroków w tył i schował karabin. - Ja to wszystko wytłu… - Dosyć! – przerwał – Zjawiłeś się tutaj po mnie, a nie po niego! - Tak, owszem. Arnold schował broń wpatrując się w cierpiącego Żniwiarza. - Przysłałem Cię tutaj, bo znam Twoje osiągnięcia i wiem że mogę na Ciebie liczyć. - Co mianowicie mam zrobić, skoro już o tym mowa? - Mianowicie, masz do wykonania misję za którą… jeśli ją wykonasz, obficie Ci zapłacę. A jeśli nie, to nawet tu nie przychodź. - Co mianowicie mam zrobić? – ponownie zapytał. - Znajdź dla mnie pewną osobę. Nazywa się Andrzej Lemur. - Gdzie mogę go znaleźć? - Tego nie wiem. Popytaj w karczmie w Oakfield, na pewno ktoś tam go zna. - Gdzie jest to Oakfield? - Radź sobie – w tym momencie Arnold odszedł i rozpłynął się we mgle. Reszta Żniwiarzy podbiegła do rannego. Jaśniepan ruszył jakąś ścieżką nie zważając na strony świata.
Po długiej wyczerpującej i niestety „bez przygodowej” wycieczce dotarł do malutkiej wsi położonej na wzgórzu. Była otoczona palisadą. Wszystko by poszło jak po maśle gdyby nie to, że nasz bohater wybrał sobie bardzo strome (prawie że pionowe) zobocze za drogę. Na początku szło dobrze, ale wylądował u bram. W sumie to miał zamiar spaść. Wejście było ogromne, pchnął je by otworzyć, lecz ta ani drgnęła. Po chwili zauważył dzwon zwisający obok. Ciągnął za sznur, rozległ się „rozległy” dźwięk tego przecudnego urządzenia. Bramy powoli się otworzyły przepuszczając grupę tłustych, nieubłaganie wolnych strażników chcących powitać jego jasną mość. Jaśniepan nie zwracał uwagi na ich wyrafinowane zwroty grzecznościowe. Wszedł do tego zaciszonego miejsca. Stało tu parę chatek, nieliczni wlepiali swe oczy w nowoprzybyłego dając do zrozumienia że bardzo chcieli by tak wyglądać. Wioska była uboga, to akurat było wyraźnie widać. Oprócz paru metrów kwadratowych pola pszenicy poza wioską, nie było tu nic z czego można było by żyć. Może towar sprowadzany był z zagranicy? Kto wie. Stała tu także jakaś chata lekko przypominająca chatę wójta. A przed nią co? Sam wójt! O tak, „Krótki” albo inaczej mówiąc mało-duży chuderlak wyszczerzający swe spróchniałe zęby do Jaśniepana. To wszystko? O nie, jeszcze nie wszystko. Całą atmosferę świrniętego miasta poprawiał pijaczyna paradujący na golasa przed grupką dzieci. Nasz bohater omalże nie wybuchnął śmiechem, co i tam nie zwróciłoby nikogo uwagi. A te domki… normalnie jak krowie placki. Słowem mówiąc, wioska od siedmiu zawałów serca. Więc, nie pytając się nikogo o zdanie Jaśniepan podszedł do staruszka wpatrującego się w paradującego golasa. - Przepraszam pana? Jak nazywa się ta wioska? – zapytał. Starzec dyskretnie zachichotał. - A co? Nowy? - Jak ta zapadła dziura się nazywa?! – zapytał podnosząc głos. Nie słysząc odpowiedzi odszedł od mieszczanina. Kierował się do wójta który właśnie też do niego zmierzał. Stanęli naprzeciwko siebie. Jaśniepan przeszył go badawczym spojrzeniem. - Witam w naszych skromnych progach – rzekł podnosząc głowę do góry. - Naprawdę skromnych progach? – zapytał ironicznie się uśmiechając. - Tak, naprawdę skromnych. Czego Ci trzeba przybyszu? - Chcę wiedzieć tylko dwie rzeczy: jak to miasto się nazywa i ile jest stąd do Oakfield. - Do Oakfield jeszcze daleko, tam zmierzasz? Nie ważne. A nazwa naszego miasta brzmi: Rumpetrollby. - Interesujące – powiedział Jaśniepan zmrużając oczy. Bohater uścisnął zaślinioną dłoń szeryfa i bez słowa pożegnania opuścił wioskę. Tym razem zeszedł łagodną stroną. Znowu wylosował sobie drogę podróży. Przypomniał sobie że mógł się jeszcze zapytać ile mil jest do kolejnej wioski. Być może kolejna nie będzie aż się tak hańbiła samym swoim istnieniem. Tak więc ruszył w las. Przedzierał się przez gąszcze, krzaki i… w pewnym sensie runo leśne o które często było się potknąć. Nie zaszedł daleko a już miał kolejną ofertę pracy. Przed niego wybiegł przestraszony mieszczanin. Krzycząc i płacząc uciekał przed tym co było za nim. A za nim było… no kto zgadnie? Smok? Dwudziesto metrowa jaszczurka? Nie, jedynie grupa bandytów. Takich zwyczajnych. Parę łachmanów i szabla w ręku, to było ich główne wyposażenie. Oczywiście szable na pewno były coś warte. Na tyle, że można by było zainwestować w nieco tańszą broń i kupić sobie jakieś normalne ubranie. Ale to ich wybór, ważne że jeden miał pistolet w ręku. Pistolet, najgorsza z najwięcej kosztujących broni. To też nie był dobry wydatek. Na pewno można było zainwestować strzelbę. Tańszą, solidniejszą broń. Oczywiście pistolet jest dla najbogatszych, tych gentelmanów. W końcu to lekka, uniwersalna, pozłacana broń a strzelba to po prostu rupieć. Oczywiście według mnie strzelba się bardziej opłaca, ale jak to się mówiło… każdy ma swoje zdanie. Powróćmy do naszego głównego wątku. No więc mieszczanin nie pobiegł daleko, został „ukorzony kulą w plecy”. Istnieje też taka książka. Martwy upadł na ziemię. Jaśniepan szybko wyciągnął karabin i zastrzelił pierwszego z przodu bandytę. Chlup! Krew sikała z niego jak z sikawki. Płakał, krzyczał, zaiste dostał w bark więc do śmierci było mu daleko. Załadowanie karabinu zajęło by dużo czasu więc bohater schował go i wyciągnął szablę. Kolejny bandyta nie zawracał sobie głowy kompanem, wyciągnął swój tasak i podbiegł do Jaśniepana. Podzielił los swojego kompana otrzymując cios w żebro. Zakrwawiony upadł odszedł parę kroków poczym przewrócił się. Podbiegło jeszcze dwóch, każdy miał w ręku szablę. - I co teraz zrobisz Romeo? – zapytali jednocześnie. Po chwili wybuchli śmiechem. Jaśniepan wykorzystał tę chwilę i jednym szybkim zamachem odciął bandycie głowę. Drugiego ochlapało purpurową krwią. Stracił zimną krew, zaczął uciekać. Trzeci, najodważniejszy, stał naprzeciwko bohatera pistoletem w ręku. Nie przykładał się zbytnio do celowania. Jego pistolet był na poziomie żeber. Spojrzał na jego zakrwawioną szablę. Powoli zaczął się odsuwać. Jego dłoń drżała ze strachu. Po krótkim czasie upuścił pistolet i uklęknął przed Jaśniepanem ze łzami w oczach. Nie został jednak ułaskawiony. Najemnik przeszył jego płuca wbijając swoją szablę miedzy jego żebra. Przez chwilę stała wpatrując się w strumyczek krwi spływający do rowu na poboczu drogi, potem kontynuował podróż. Reszta tej… muszę się niestety powtórzyć… wycieczki upłynęła bez specjalnych przygód. W końcu dotarł do kolejnej wsi. Przed płotem stała tabliczka, a na niej napis: Oakfileld. Jaśniepana bardzo to ucieszyło. Przeskoczył drewniany płotek. Optymalnym marszem przedzierał się przez pola pszenicy. Ujrzał gospodę powoli wyłaniającą się zza horyzontu. Gdy wyszedł już z ciemnożółtej puszczy od razu udał się do owego budynku. Drzwi były otwarte, w końcu to już południe nastało. Wszedł do środka rozglądając się po pomieszczeniu. Sporo tu osobowości było, właściwie to nie było żadnego wolnego miejsca. Pochodził jeszcze chwilę w kółko gdy nagle usłyszał: - Coś podać? Był to głos barmana z niecierpliwością przyglądającemu się bohaterowi. Jaśniepan podszedł do niego i oparł się o ladę za którą stał. - Coś podać? – zapytał ponownie. - Tak, ale nie musi mi pan nic podawać. - To w końcu podać czy nie podać? - Powiedzieć. Widać było że mężczyźnie sprawia przyjemność droczenie się z barmanem. - To co w końcu do ***** *****?!! - barmanowi jednak się to nie podobało. Ale uspokoił się gdy zauważył karabin na plecach przybysza. - Zna pan może Andrzeja Lemura? - Tak, każdy go tu zna. A czemu przybysz pyta? - Mam do niego pewną sprawę, gdzie on jest? - Uuuu, teraz to raczej się z nim nie spotkasz. - Bo? - Cztery lata temu zaciągnął się na statek piracki. Jaśniepanowi zbladła mina. - O *****!!! – wykrzyknął zwracając wszystkich uwagę.
- Dopływamy do portu, kapitanie! – wykrzyknął pirat w bocianim gnieździe. - Widzę, widzę… ślepy nie jestem – burknął owy herszt. Statek znajdował się jakieś sto metrów od portu w Oakfield, które jak teraz widzicie, leży nad wodą. Prom był potężnym żaglowcem uzbrojonym wszerz i wzwyż w armaty. A na pokładzie roiło się od piratów. Trzeba było by się nieźle wysilić by ich wszystkich zliczyć. Po chwili statek stał już przy pomoście. Pierwszy wyszedł kapitan, uważnie patrząc pod nogi niczym dama w sukni ślubnej. Potem wyszła reszta piratów i przynajmniej jedna czwarta z nich wpadła do wody. Herszt dumnie stąpał po moście nie zważając na resztę załogi. Port stanowiło parę chatek i dosyć długi pomost do którego cumowano wszystkie łodzie i statki. Na wybrzeżu stał Jaśniepan, z zniecierpliwieniem wpatrujący się w idących piratów. Podszedł do nich i z naciąganym uśmiechem na twarzy spytał: - Który z was to Andrzej Lemur? Każdy z nich nabrał (ze strachu) głębokiego oddechu. - Nie mów tak o naszym kapitanie! – odpowiedział najniższy z nich. - Kapitanie? - Tak, poszedł do gospody. Bohater zdechnął na miejscu(w przenośni oczywiście). Wrócił się do aktualnego miejsca pobytu kapitana. Gdy wszedł do środka, ujrzał kapitana przy ladzie wołającego: - Kolejka dla wszystkich! Ja stawiam! Zawołał tak jeszcze parę razy zanim zobaczył Jaśniepana stojącego w drzwiach. Podszedł do niego próbując wywołać strach w jego oczach. Jednak jego metoda zawiodła. Był za stary, za gruby i za mały na to żeby ktoś się jego bał. Kapitan trzymał przez cały czas rękę na pochwie przeszywając najemnika mało złowrogim wzrokiem. - Jak się nazywasz chłopcze? – zaczął. Jaśniepan był tuż po dwudziestce, więc (chyba) najwyraźniej miał powody by go tak nazywać. - A ty? Niech zgadnę, Andrzej Lemur? - Skąd znasz moje imię? - Znasz może tego, no… tego z tym, tym… ach *****! Jak on się nazywał? O! Już wiem. Znasz może Arnolda Łupieżcę? - Tak znam, a ty co masz z nim wspólnego? - Co? Z Łupieżcą? Wynajął mnie. Zapłaci mi jak Cię… myślę że chciał żebym Cię do niego… no wiesz… zaprowadził. - Do niego? O nie malutki, nie rozpędzaj się. Nigdzie nie idę, niedługo znowu wypływam na otwarte może. Więc zapomnij o swojej nagrodzie. - *****. A może zrobimy tak:… nie, to też odpada. - No trudno, będę się musiał pożegnać – powiedział wypychając go z przejścia. – Zebrać załogę, ruszamy! – krzyknął będąc już na zewnątrz. Powoli szedł po pomoście rozmyślając o Jaśniepanie. - Stój! – usłyszał. Był to głos zdesperowanego bohatera. Mierzył on karabinem w kapitana. Stał na początku pomostu. Wywołało to panikę wśród przechodzących mieszczan. Było słychać dzwony alarmowe, oraz zobaczyć kilkunastu strażników biegnących wzdłuż ścieżki prowadzącej do portu. Jaśniepan jeszcze bardziej skoncentrował się na swojej ofierze. Trzymał palec na spuście. Lemur odwrócił się do niego, ale cofał się. - Stój ****!!! – krzyknął jeszcze raz. Naglę…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MarkMedia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…