"Bernard"
Przygody pewnego rycerza.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Bernard”
1. „Ubóstwo”
Dawno, dawno temu, gdzieś daleko istniało sobie bardzo dobrze prosperujące królestwo Grotex. Wszyscy jego mieszkańcy od ponad 100 lat żyli tam w spokoju. Jednak są oczywiście nie każdemu tutaj się powodziło. Na przykład piekarz Jan. Owszem miał On swoje chwile sławy. Były to czasy w których królestwo po woli wchodziło w lata najlepszej swojej światłości. To On, jeszcze wówczas dość chudy i niezbyt rozgarnięty przybył tutaj w poszukiwaniu lepszego bytu. Szczęście mu dopisało, zatrzymał się w karczmie „Pod Gruszą”, gdzie spotkał miłość swojego życia – Anetę, córkę karczmarza. Opowiedział jej o swoich planach, że chce zbudować tu piekarnię. Ona powiedziała to ojcu, a jej ojciec widząc jak się pokochali pomógł mu w realizacji jego marzenia. Jan i Aneta się pobrali, a do nowo powstałej piekarni zaczęli przybywać ludzie. Z biegiem czasu mieli coraz więcej klientów. Ten dobrobyt po woli zaczął ich opuszczać po tym jak Aneta zaszła w ciąże. Już wtedy oboje zauważyli, że ludzi zaczyna przychodzić coraz rzadziej. Większość z nich w raz z idącym postępem budowała swoje własne piece w domach. Po za tym pojawiła się konkurencja. Przed samym rozwiązaniem przychodzili już do nich tylko ich stali klienci, którzy twierdzili, że ich wypieki były najlepsze. Niebyło jednak ich zbyt dużo. Sam poród okazał się bardzo ciężki. Nie mieli już tylu pieniędzy aby sprowadzić najlepszego medyka. Już od samego początku Aneta przeczuwała, że nie przeżyje porodu. Na szczęście dziecko urodziło się zdrowe – był to chłopiec. Jan zdołał już tylko spełnić jej ostatnią wolę, aby nadać synowi imię Bernard. Mijały lata, a sytuacja Jana i jego syna się nie polepszała. Można nawet było powiedzieć, że ubóstwo wciąż się pogłębiało. Jan sprzedał piekarnię i zamienił ją na o wiele mniejszą na uboczu rynku głównego. W ciągu dwudziestu lat żyli tak, że starczało im na podstawowe potrzeby. Bernard wyrósł na silnego, dobrze zbudowanego mężczyznę. Miał gęste blond włosy i zielone oczy – tak jak jego matka. Jego ojciec nie miał z nim najmniejszych problemów. Zaczął się dopiero martwić o niego, gdy na rynek zaczęła przychodzić pewna młoda piękna dziewczyna. Sprzedawała Ona jabłka i szło jej to tak samo kiepsko jak Janowi sprzedaż pieczywa. Zauważył wtedy jak Bernard zaczął się na nią wpatrywać. Od czasu do czasu, jeśli zarobki im na to pozwalały kupował u niej jabłko. Wtedy wówczas jeszcze z nią rozmawiał. W końcu Jan postanowił poważnie porozmawiać ze swoim synem. Nie wiedział jak zacząć, więc zaczął widząc jak Bernard bierze pieniądze z kasy. – Widzę, że idziesz kupić jabłka… Bernard spuścił głowę i znieruchomiał. Wiedział, że kiedyś będzie musiał powiedzieć to ojcu. – Tak ojcze, bo ja widzisz… – Nie musisz nic mówić. Zupełnie Cię rozumiem, ale nie wiem czy Ty mnie rozumiesz. – Czego ojcze? – Widzę, że podkochujesz się w tej dziewczynie. Jak Ona ma na imię? – Kinga. – Pewnie myślisz, żeby się z nią ożenić. – No cóż… Zgadza się. – Tylko widzisz. My jesteśmy biedni. Z tego co zauważyłem Kinga również. Jak chcesz zapewnić jej godne życie? – Ojcze, a nasza piekarnia? Przecież przynosi wciąż zyski. – Owszem, wystarczające na podstawowe potrzeby. Jeśli chcesz założyć rodzinę musisz pomyśleć o czymś znacznie lepszym. Bernard zmarszczył brwi. – Możemy ulepszyć recepturę, sprawić, żebyśmy znów mieli klientów. Tak jak dawniej, gdy żyła jeszcze mama. Tak jak mi to opowiadałeś. Przecież byliście najlepsi. Dlaczego znów tego nie powtórzyć. – Czasy się zmieniły, mój chłopcze… Wątpię, żeby się to udało. Zresztą do tego potrzebny by był lepszy piec. My mamy taki sam jak większość mieszkańców w domach. A do tego potrzebne są pieniądze… Skąd je weźmiesz? Bernard zacisnął w garści kilka srebrnych monet i powiedział: – Zobaczysz uda mi się! Po czym wyszedł. Jan próbował jeszcze go zatrzymać, wyjaśnić, że to tylko dla jego dobra… Tak naprawdę był też zły sam na siebie, że nie potrafi pomóc synowi. Bo przecież bardzo chciał, aby się ożenił. Chciał również aby później wiódł wraz ze swoją żoną i dziećmi godne życie. Nie takie w ubóstwie, jak teraz… Gdy starcza ledwie na podstawowe potrzeby. Wydawałoby się, że w tej kwestii trudno znaleźć jakieś rozwiązanie. Jednak los postanowił sam…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Resor
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…