Berthel z Megweden
To pierwsze dwa rozdziały powieści heroic fantasy .
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rano mieli wyjechać na wakacje. Wyjazd na wieś nigdy się Pawłowi nie podobał, ale po tylu latach wizyt u dziadków zdążył się już przyzwyczaić. Jego spakowane rzeczy leżały w torbie pod drzwiami, wieczorem dorzucił tam jeszcze kilka płyt – nie chciał pozbawiać się muzyki, bo wiedział, jak nudno czasem bywa na wsi. Pamiętał wyraźnie, że zanim położył się spać, wyłączył światło w swoim pokoju. Nie zapomniał też użyć pilota i wyłączyć muzyki – nie chciał, żeby grała całą noc. Potem zasnął, a snów nie pamiętał.
- Wstawaj! Paniczu wstawaj! Jesteś w wielkim niebezpieczeństwie! Leżący w łóżku mężczyzna nakrył się kołdrą jeszcze mocniej i wymamrotał jakiś nieartykułowany splot dźwięków. - Paniczu! Nie ma czasu do stracenia! Lord Vorster już tu idzie! Wydała się cała ta heca z paniczowym koniem! - Mamo. Jeszcze śpię! – powiedział śpiący tylko odrobinę wyraźniej wcale nie mając zamiaru wstawać. - Ale paniczu! - Co ty z tym paniczem? Mamo, budzik jeszcze... – kołdra uniosła się i chłopiec, który wystawił z pod niej głowę rudą od długich włosów na chwilę oniemiał. – Kim pani jest? - Ależ paniczu Adrianie... - Co pani robi w moim pokoju? – zapytał ponownie, ale rozejrzawszy się stracił pewność. – Gdzie ja jestem? - Paniczu! To nie czas na żarty. – powiedziała nieszczupła kobieta trzęsąc głową i podbródkiem. - Ja nie żartuję! – krzyknął młodzieniec na tyle głośno, by kobieta cofnęła się o krok i zamilkła. Spojrzał na wielkie drewniane meble, dywany i obrazy wiszące na ścianach, na łoże z baldachimem w którym leżał... Na dziewczynę, która leżała obok niego i właśnie zaczynała się budzić. - Co?!? To?!?– zdążył tylko powiedzieć. Kobieta znów zaczęła wykrzykiwać ostrzeżenia. Dziewczyna mlasnęła przez sen. Wyglądała jak jedna z tych dziewczyn, które przez całe życie siedzą w pierwszej ławce w okularach i dopiero w klasie maturalnej facet potrafi je zauważyć. - Paniczu. Musisz uciekać! Lord Vorster zaraz tu będzie!!! - Co? – Chłopak wstał. – Kto to jest? - Jak to, paniczu Hadrianie? Nie wiesz? Co ci się stało? Och! – Starsza kobieta była wyraźnie przerażona stanem swojego panicza. Tak bardzo, że sam panicz nagle zaczął się obawiać o swoje psychiczne zdrowie. - Na Hefena! Nie martw się paniczu. Swinerubis coś poradzi. Chodź teraz za mną! – kobieta ruszyła pod ścianę i złapała brzeg jednego z dywanów. Młodzieniec o rudej grzywie właśnie starał się wymyślić jakieś logiczne wytłumaczenie swojej sytuacji. Wystarczająco przenikliwy człowiek przyjrzawszy się wyjątkowo uważnie mógł z twarzy Rudowłosego wręcz odczytać jakie myśli przebiegają przez jego nie do końca obudzony umysł. Na nasze nieszczęście w pobliżu nie było nikogo wystarczająco przenikliwego, nikt też nie przyglądał się mu w jakiś szczególny sposób. Właściwie nikt mu się w tej chwili nie przyglądał. - Paniczu? Co panicz robi?! – zapytała przerażona starsza kobieta widząc jak jej ukochany panicz kładzie się z powrotem do łóżka. - Idę spać. – odparł zupełnie spokojnie chłopak. – To mi się tylko śni. Z tym co mówił oraz w sposobie jakim to wyraził było coś, co jeszcze bardziej przeraziło kobietę. Podreptała do ściany i krzyknęła jakieś imię. - Na Hefena... – wyszeptała. Chłopak położył się i nakrył głowę kołdrą. Słyszał tylko dreptanie tej starszej kobiety i płytki oddech dziewczyny leżącej obok. Ale realistyczny sen, pomyślał. Nagle usłyszał jakieś cięższe kroki i szepty kobiety. - Panicz źle się czuje. Jakieś uroki na niego rzucono. Niechybnie uroki.... Dwie wielkie dłonie podniosły go razem z kołdrą i przeniosły gdzieś w okolice ściany. Nagle zrobiło się o wiele zimniej i ciemniej, a głosy zupełnie umilkły. Tylko ciche kapanie wody gdzieś w oddali i sapanie kogoś, kto nie puszczał kołdry. - Przepraszam... – zaczął rudowłosy, ale silny cios pod żebra zdusił w nim chęć do rozmowy. Achmp. Oj, ale dostałem. Aaaaa. Ojojojojoj. Uch. Ale sen. Nie, no po prostu rewelacja. Ciekawe, czym jestem? Magiem? Albo wojownikiem? A może jakimś łowcą. To mi się podoba. Szkoda, że tak mnie kłuje pod żebrami. Nagle w oddali, jakby przez ścianę dało się słyszeć kroki. Jakaś grupa ludzi zaczęła krzątać się i chodzić w koło. Niski, męski głos zadawał pytania, ledwo słyszalne odpowiedzi dźwięczały wysokim kobiecym tonem. - Vorster? – zapytał szeptem niski głos blisko ucha, sprawiając, że rudowłosy prawie się przestraszył. Co tu się dzieje?, pomyślał rudowłosy. – To idziemy. - Co tu się dzieje? – przezornie szeptem zapytał chłopak. - Panicz nie wie? – zapytała starsza kobieta. - Znowu panicz narozrabiał, ot co! – W glosie mężczyzny dało się wyczuć zniecierpliwienie. Nagle chłopak został postawiony na nogi. - Eee. No, ale co właścieiwe się działo... wcześniej? - Jak to? – zapytał mężczyzna. - Mówiłam ci! Urok, jak nic! - Cicho Margaret. Czego panicz nie wie? - Co się działo wcześniej. - Kiedy wcześniej? - Zanim się obudziłem. – Chłopakowi udało się wyplątać z kołdry i teraz mógł spojrzeć na rozmówców. Kobietę widział wcześniej w izbie na górze, mężczyzna natomiast był nowy. Wysoki i szeroki, w ciemnej koszuli, twarz miał porytą bruzdami, jakby codziennie kaleczył się przy goleniu. Od czterdziestu lat. Usta wykrzywiał tak, jakby zaraz miał splunąć. - Zanim się obudziłeś, spałeś! – mężczyzna odwrócił się i nadal schodził w dół. Kręte schody ciągnęły się od pokoju do jakiegoś miejsca, gdzie czekały konie. Wow!!! - Hehe – zaczął od ironicznego śmiechu rudowłosy, i za nim skończył gdy wielka dłoń mężczyzny w czerni zacisnęła się na jego twarzy. - Cicho, bo inaczej skończymy głowami w koszach. – wyszeptał wielkolud. Chłopak pokiwał głową. Musi znaleźć kogoś bardziej komunikatywnego. Schody skończyły się i przeszły w wąski korytarzyk zakończony w oddali jasną plamą. Wszyscy szli w milczeniu. Chłopak starał się ignorować zatroskane spojrzenia starszej kobiety. Jego uwagę bardziej przykuwał miecz dyndający u pasa wielkoluda. Był prosty, krótki, a pochwa wyglądała na fragment worka albo płótna. Zatem właściciel nie był zbyt ważną osobistością. No i zwracał się do niego per paniczu, co też mówiło za siebie. - Ehm. Jak?... – zaczął cicho rudowłosy. – Jak masz na Imię, wielkoludzie? Mężczyzna parsknął tylko przez zęby. - Jak on ma na Imię, Margaret? – zapytał tym razem służącej (Bo nie ulegało wątpliwości, że ze służącą ma do czynienia.) Kobieta pokręciła głową z zatroskaniem i odparła: - Johan, paniczu. - Ach tak. Przez jakieś drapiące drzewa wyszli na otwartą przestrzeń. Stali pod ścianą skalną, która z kolei wieńczyła szczyt wzgórza. Całą okolica była stąd widoczna jak na dłoni. Co wcale nie znaczyło, że widok zapierał dech w piersi. Okolica przedstawiała się dosyć monotonnie i można było streścić zawartość każdego kadru w słowach: Drzewa, trawa i krzaki, czasem zstępując je po prostu jednym: Las. Las po horyzont, las wielki na mile. - O, las – zauważył rudowłosy. – Eee, a mam jeszcze jedno pytanie – dodał, gdy wielkolud zwany Johanem prowadził ich wzdłuż ściany. - Czy jestem jakimś księciem, może? Nikt nie odpowiedział, ale starsza kobieta pobladła wyraźnie. Widać, że nie spodziewała się takiego pytania. Weszli do jaskini, w której wnętrzu stało kilka długopyskich koni. Cztery zwierzęta, które w milczeniu przyglądały się pochodowi. - A nich to! Filfalus! – Imię wielkolud stłamsił w ustach jak przekleństwo. - Co? – Odezwał się na to niewysoki młodzieniec siedzący obok koni. – Chcesz walczyć? - Kto to jest? – wyszeptał do Margaret rudowłosy. - Papaniczu Hadrianie ... To jest... Filfalus, Panicza druh i... - Przybłęda nad przybłędami! – teraz już całkiem głośno powiedział Johan. - Nie nazywaj mnie Hadrianem! Jestem Paweł! – Głos rudowłosego odbił się echem po jaskini. - Wielki przybłęda. – powiedział wyraźnie wielkolud, jakby chciał podkreślić wagę swoich słów. Zapadła chwila milczenia. Nikt nic nie mówił. Wielkolud stęknął cicho. Rudowłosy spojrzał na Margaret. Zerkała na niego wyczekującym wzrokiem. Nagle pulchny chłopak wstał i podszedł do Pawła. - Co ci jest? Nie słyszałeś, jak ten brzydal mnie nazwał? - Jak? Przybłędą. No i co? Teraz na twarz Filfalusa wylał się kompletny brak zrozumienia. Wszyscy milczeli. - Na Hefena... – wyszeptał wielkolud i odwrócił się na pięcie. – Paniczu. Musimy jak najszybciej wracać do pałacu. Jesteś bardzo chory. Nie pamiętasz. Nic. - Urok! - Co ja zrobiłem? – zapytał Paweł. - Na koń. – powiedział wielkolud i dosiadł konia jednym skokiem. Margaret weszła na szarego konia troszkę wolniej, a Filfalus wciąż przyglądał się mu bez słowa. Rudowłosy podszedł do konia. Filfalus jeszcze mocniej się zdziwił. - To jest mój koń. Mój. Hadrianie. - Ehm. – Paweł przeszedł do następnego konia. Stanął obok niego. Jakby tak wsadzić nogę tutaj i szarpnąć tutaj, to może jakoś się wdrapię. Albo może podprowadzić go do ściany i wspiąć się po niej?... Powiedział na głos: - Ale ja nigdy w życiu nie jeździłem konno! - Na Hefena!!! – ryknął wielkolud – Mistrz królestwa w ujeżdżaniu czterokopytnych bestii!. Przybłędo, posadź go na konia. I miejmy nadzieję, że Swinerubis coś zaradzi na te uroki! Filfalus pomógł Pawłowi wdrapać się na konia, który o dziwo wcale się nie ruszał. Okazało się, że samodzielnie Paweł nie jest w stanie jechać, dlatego Filfalus musiał jechać z nim razem. - Pojadę innym szlakiem razem z Twoim koniem Filfalusie. Musicie się spieszyć. Zjechali ze wzgórza i Margaret oddaliła się ciągnąc za sobą dodatkowego konia. Johan, Filfalus i Paweł, którego wszyscy zwali Hadrianem ruszyli drogą na wschód, gdzie właśnie wstawało słońce. - Ale trzęsie! – krzyknął Paweł. - Cicho! Ludzie Vorstera mogą Cię szukać po lesie. – odpowiedział szybko Filfalus. - Dlaczego mieliby mnie szukać? - A czy to nie ty byłeś tego ranka w łożu jego córki? - A skąd on o tym wiedział? Przecież jego tam chyba nie było.? - Przecież... On podejrzewał ciebie. To dlatego wszyscy ci... odradzali. - Aha! - I dlatego chciał tego turnieju. - Turnieju rycerskiego? - Noo... tak. - A ta... córka? - Esmeralda? - Tak. Leci na mnie? - Co? - Czy jej się podobam? - Całkiem możliwe. To nie ja z nią sypiam dwa razy w tygodniu! - Aha. – rudowłosy przestał pytać. Sypia z nią dwa razy w tygodniu. Jest księciem, może nawet jakimś ważniejszym. Ha! To jest piękne. Szkoda, że to tylko sen.
- Jak ty możesz to znosić tak długo! – zapytał Paweł Filfalusa. - Co? - Jedziemy już ponad pół dnia. Nie boli cię od tego tyłek? - Nie, a ciebie? - Pfhmm. - Mogę cię zapytać... - Może później. Teraz robi się chłodno. Wiesz, nie macie tu może jakichś koców albo kurtek? - Nie. Ale – Nagle Filfalus zamilkł, a wielkolud przed nimi zwolnił troszkę. – Cicho. - Co się dzieje? - Ciiii! Las szumiał tak jak szumiał wcześniej. Nic ciekawego, pomyślał Paweł. Żeby tak jeszcze ptaki śpiewały, albo co... Ale skoro jest tak cicho, to może jakieś niebezpieczeństwo czai się w pobliżu. W kilku grach, w które grał coś takiego się działo. - Czy to Trolle? – zapytał Paweł. Filfalus spojrzał na niego zdumionym wzrokiem. - Przecież Trolli nie ma. I właśnie wtedy coś wielkiego wypadło z lasu. Wymachem ręki zdjęło Wielkoluda z konia i chwytem złapało wielki przydrożny kamień. - Na Hefena! – krzyknął Falfilus o zawrócił konia w miejscu. Rumak Wielkoluda był przerażony. Zamiast rżeć piszczał głośno zawracając. Johan wstał i wyszarpnął miecz. Ostrze łypnęło błyskawicznie ku dłoni istoty. I wtedy ta zawyła. - Musimy mu pomóc – krzyknął Paweł – Ten Troll go zabije. Filfalus właśnie miał popędzać konia do ucieczki, gdy Paweł zsunął się z grzbietu wierzchowca. Czarnoskóra Istota o wielki brzuchu uniosła kamień do ciosu. Johan ciął ją w kolano. Nie wiele to zmieniło w ogólnym stanie potwora. Kamień zatoczył łuk nad głową bestii. Paweł stanął za paskudą. I co by na moim miejscu zrobił Bohater? Hmm. Na pewno użyłby jakiegoś sprytnego wybiegu. Sztuczki. Albo uratowałby go jakiś niezwykle fortunny zbieg okoliczności. Szybko rzucił wokół wzrokiem. Zbiegi okoliczności albo były zbyt leniwe, albo właśnie miały fajrant. Nie pozostało nic innego do zrobienia. Paweł nie miał broni, ani magicznych zaklęć, ani niczego innego, co by mu mogło pomóc. Miał tylko... Włożył ręce do kieszeni. Paczkę papierosów, zapalniczkę, portfel, grzebień i kasetę Punishera. No tak.
Wydaje się wam zapewne, że kiedy tak książę Hadrian zastanawiał się nad solucją w tej jakże niebezpiecznej sytuacji Troll już dawno zmiażdżył wszystko dookoła swoim Przydrożnym Kamieniem. Ale niestety, a może właśnie stety, tak to już bywa w tego typu opowieściach, że Bohaterowie mają zawsze mnóstwo czasu do namysłu i nawet w sytuacji bez wyjścia są w stanie niezwykle szybko obmyślić plan ucieczki. Tak więc kiedy Książe Hadrian rozmyślał nad rozwiązaniem problemu, czasoprzestrzeń wokół sceny walki uległa temporalnemu zakrzywieniu, dzięki czemu zyskał pięć minut zanim Przydrożny Kamień wyląduje na głowie Johana.
Paweł podniósł kamień z drogi i rzucił nim w głowę Trolla. Nie był to jakiś wielki plan, ale zawsze plan. Troll nie zwrócił na niego uwagi, zbyt był zajęty mierzeniem w Johana, który na swoje szczęście pozostawał cały czas w ruchu. Sam kamień wsiąknął w ciało potwora pozostawiając niewielki otwór w jego plecach. Paweł podniósł kolejny kamień. Zanim jednak zdążył rzucić, z dziury po poprzednim pocisku rozległ się trzask i prosto w Pawła posypał się strumień drobnych odłamków. Troll uderzył kamieniem o ziemię. Johan uskoczył. - Hadi! Uciekaj! Szybko! – krzyknął Filfalus z konia. – Swaa’tei są niepodatne na pociski! Tak tak. Zamachnął się i rzucił. Troll pochłonął następny pocisk i nie odrywał się od próby zmiażdżenia Johana. Paweł rozejrzał się za kolejnym kamieniem. - Hadiiii! Rzucił. Troll nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Paweł doszedł do wniosku, że Swaacośtam to chyba Troll po ichniemu. I że nie bardzo przejmuje się pociskami. Oj, pomyślał Paweł, gdybym to ja miał granat, pokazałbym tej pochłaniającej pociski bestii, gdzie się powinna schować. Filfalus uciekł. Zniknął za zakrętem. Johan chyba był ranny. A Paweł szukał granatu. I znalazł. W kieszeni. Zapalniczka zrobiła wielki łuk i pacnęła trolla w plecy. Niewielki otwór wchłonął pomarańczowy plastikowy pojemnik. Lada moment bestia będzie uciekać. Rozległ się trzask i huk. Bestia wydała z siebie jakiś przeraźliwie wysoki odgłos. Odwróciła się i skoczyła na Pawła. Duże. Szybkie. Straszne coś. - To tylko sen!. Nic mi się nie może stać!!! – Krzyknął głośno Paweł. Chciał tym przekonać bestię, że ma rację. Okazało się, że ona nie bardzo rozumie. Wymach wielką ręką przewrócił go, mimo, że ręka nawet nie tknęła jego skóry. Poduch był tak potężny. Paweł leżał i modlił się, żeby jak najszybciej się obudzić. Bestia nie uderzała. Spostrzegł, że ma zamknięte oczy. Może czas najwyższy je otworzyć. Przebudzenie na które czekał nadeszło! W sumie trochę, szkoda, taki był realistyczny ten sen. I tak mu nikt nie uwierzy. W sumie, nic ciekawego się nie stało. Pokonał Trolla zapalniczką. Phi. - Paniczu, nic ci nie jest? – zapytał Johan. Paweł wstał z piaszczystej drogi. Czarna jak węgiel bestia leżała rozciągnięta na drodze, miecz tkwiący w jej oku powoli przesuwał się w jej ciele. Wyglądało, jakby rana przesuwała się w górę czaszki, żeby pozbyć się żelastwa z czaszki. - Mamy mało czasu. Chociaż nie od razu wstanie. Mój koń... Paweł dopiero teraz zdał sobie sprawę, że wielkolud trzyma się za bok i ma trochę niewyraźną minę. - Aj. Ranny chyba tego jesteś... – powiedział Paweł. Nie znosił widoku krwi. Nie potrafił powstrzymać mdłości na samą myśl. - To nic takiego. Konie. - Filfalus odjechał na jednym. Posłuchaj. Nic ci nie jest. - Musisz dotrzeć do pałacu. Inaczej twój ojciec... - Tak? Co mój ojciec? – zapytał Paweł, ale Johan tylko dyszał ciężko. O mój Boże! Staruszek wyjawi mi jakiś wielki sekret tuż przed śmiercią, ale nie skończy zdania i będę się głowił nad tym aż do finałowej sceny. Jakie to jest oklepane. - Twój ojciec przegra. Ty nic nie pamiętasz? Naprawdę? - Aha. – Paweł niechętnie skinął głową. - Amosilus nasłał nam tę Swaa’tei! Tfu! – Johan przeszedł na skraj drogi i usiadł na kamieniu, który chciał go przed chwilą zabić. - No to klops. – dodał od siebie Paweł powstrzymując się od bardziej dobitnych słów. - Jaki klops? – zapytał z zainteresowaniem Johan. - Nie, nic. Takie powiedzenie. Klops. To znaczy, że jest źle. - Aha –stęknął Johan – Myślałem, że masz jakieś jedzenie. - Ehem. Ej, powiesz mi, co mój ojciec przegra? - Turniej. Masz walczyć z Lordem Florianem, a kiedy wygrasz, zmierzyć się z Vorsterem. Twój ojciec chciał położyć kres Twoim wyprawom na zamek Vorstera, kojarzysz. - Vorster, ojciec tej ślicznotki... - ??? - E Esmeraldy, tak? - Tak. Chce walczyć z Twoim ojcem. To taki... - Zakład? - Powiedzmy. To Sprawa Honoru. Zgodziłeś się na ochotnika zastąpić ojca. - Taak? I pewnie nie mogę zrezygnować, bo to jest sprawa honoru, co? - Tak. – odparł krótko Johan. - A ten Vorster jest pewnie strasznym zabijaką? - Ależ skąd! To lord, sługa króla! Tylko gniewa się, widząc Twój brak odpowiedzialności. Oddałby ci wszystkie córki, byleby dostać się do królewskiej rodziny, ale żeby tak się stało musiałbyś którąś poślubić. A ty... - Już widzę. – odpowiedział Paweł. - Naprawdę nic nie pamiętasz? - Ehem. W dali dało się słyszeć tętent kopyt. Johan wstał i skinął na las. Po chwili Paweł tonął w gęstych krzakach. - A niech mnie! Pokonali Swaa’tei! – dał się słyszeć głos Filfalusa. - Przybłędo! Masz mojego konia? – zapytał Wielkolud wynurzając się z kryjówki. - Mam. Gdzie Hadrian? - Tu jestem. – odpowiedział Paweł. - Jak wam się to udało? – zapytał Filfalus nie kryjąc zdziwienia.
- Nie możemy tak jechać. Nie zdążymy na czas, jeśli będę się z wami wlókł – powiedział Johan wyrównując z Pawłem. – Filfalus. Jedźcie przodem. - Tak jest! – Odpowiedział Filfalus z pełną powagą. Paweł odniósł wrażenie, że z rzadka widuje się na jego twarzy taki wyraz. - FILFALUS! – Na dźwięk głosu Nawet koń jakby trochę przysiadł na zadzie. Pucułowaty chłopak odwrócił się do Johana – Filafalus, jedźcie w dzień i w nocy, jesteśmy już na ziemiach królewskich, powinno być bezpiecznie. Nie zatrzymujcie się. I odwiedźcie Swineribusa. On nie może brać udziału w turnieju w tym stanie. Filfalus wykonał jakiś dziwny salut i odjechali galopem. - No dobrze. Skoro już go nie ma, to możesz mi powiedzieć, czy ty aby naprawdę postradałeś pamięć? – zapytał Filfalus. - Niestety tak. – powiedział Paweł. - O cholera. Mnie nie musisz okłamywać Hadi. - Nikogo nie robię w balona. Nic nie wiem. - Nic. - Nic - Aha. – Filfalus jakby coś trawił. – A jeśli ci powiem, że jesteś mi winien trzysta Jik, to co? Uwierzysz mi? - Wiesz. Teraz, kiedy zapytałeś, raczej nie. - Hmm. - Filfalus? Co to za imię? – powiedział Paweł. - A co? Takie jak każde. - No nie wiem. - Hej! Co się czepiasz. Przyczep się do Swineribusa. Ten to ma imię. - A kim jest ten Swirne.... - Nadwornym magikiem. Lekarzem. Wiesz, nie wiem, jak planowałeś pokonać Lorda Vorstera. I obawiam się, że teraz ty też nie wiesz, jak go pokonać. A to jest jeden z tych ludzi, z którymi nie chciałbym się mierzyć. - Dlaczego? - Nikt go jeszcze nie pokonał. A przynajmniej nie żył tak długo, żeby o tym komuś powiedzieć. - Zaraz, i co , powinienem się go bać? - Tak. - Dobra, boję się. Nie pamiętam, żebym kiedyś walczył na miecze. - Walczyłeś. Byłeś nawet dobry. Ale zdecydowanie lepszy byłeś w jeździe konno. - No to Klops. - Jaki Klops. - Klops. Takie powiedzenie. To znaczy: Oj, niedobrze! - Ach. A szkoda, bo myślałem, że masz coś do jedzenia.
Podróż mijała Bohaterom nadzwyczaj przyjemnie. Mimo zapadającego mroku i czających się w ciemnościach niebezpieczeństw trzymali się wytyczonego szlaku i niustannie zmierzali do celu. Ale niestety, Los, który nigdy nie sprzyja bohaterom na początku ich przygód, postawił na ich drodze przeszkodę. Była to pułapka, w którą bohaterowie nieustannie wpadają, której pokusie nie potrafią się oprzeć...
- Gospoda! Oj, jak dobrze. Zaczynałem już tracić nadzieję! Alem jest głoodny! - wypowiedział jednym tchem Filfalus. - Ehem, czy nie powinniśmy jechać w dzień i w nocy, nie szczędząc tchu i koni by na czas dotrzeć do królestwa i oclić je przed złym Lordem Vorsterem? - Nie, na czczo nigdy nie damy rady. Pamiętaj, że na turnieju musisz być w formie. Jak dojedziesz tam głodny, to tak, jakbyś lepiej nie dojeżdżał. - Ale jeśli się spóźnimy, może się to źle skończyć. Pamiętasz, co mówił Johan. – Paweł pamiętał. Ten sen był naprawdę realistyczny a on, Paweł, chciał w nim być prawdziwym Bohaterem, takim, który uratuje królestwo i dostanie na końcu nagrodę. Chyba. I jeszcze księżniczkę, choć z przesłanek wynikało, że jedną już ma.
...Nigdy nie potrafią się oprzeć...
- Oj, widzę, że wraz z pamięcią postradałeś całą radość życia. Pozwól, że ci przypomnę, jaki jesteś naprawdę. Naprawdę nie masz zamiaru pomagać ojcu w niczym, gdyż to Austrick, a nie ty dziedziczysz tron. Dlatego los królestwa, twojego ojca czy kogo tam jeszcze bardzo mało cię obchodzi. A lubisz tak naprawdę Gospody, bo jest w nich piwo, dziewki i głupcy, którzy myślą, że mogą się z tobą w czymś równać. – Filfalus szybko łyknął powietrze. - Fil, naprawdę możesz oddychać w trakcie mówienia. Serio. – powiedział Paweł z uśmiechem. – Nie musisz się tak unosić. Rozumiem. Prawdziwy Hadrian teraz odwiedziłby gospodę. Dlatego ja też tak teraz zrobię. Okej? - Co? - Co: co? - Co to jest okej? - To takie powiedzonko. Znaczy tyle co: W porządku? Rozumiesz? - Aha. Mówisz: OKEJ? Rozumiem. Skąd ty to wiesz? - Każdy to wie. Budynek, do którego się zbliżali był jednopiętrową szopą z oknami. Ogrodzone byle jak skleconym płotem podwórze było puste ni licząc niewielkiego koryta i sześciu koni uwiązanych to tu to tam. Ktoś stał na werandzie i cmokał fajkę, co przypomniał Pawłowi o tym, że chce mu się palić. Tyle wrażeń w tym śnie, że nawet zapomniał o nałogu. - Austrick to mój starszy brat? - Tak. - A ty? Kim ty jesteś? - Twoim najlepszym przyjacielem. To dziwne, tak mówić o sobie, ale tak chyba jest. Naprawdę nie pamiętasz? - Niestety. - Zsiadamy. – to mówiąc Filfalus zatrzymał konia i zeskoczył z siodła. Paweł jakoś sam sobie poradził z zejściem. Kiedy już stanął na ziemi, wydobył pudełko papierosów. No tak, ale zapalniczki się pozbyłem. Swietnie. Schował paczkę. Weszli do środka. Wnętrze też zbytnio nie różniło się od wnętrza szopy. W środku było ciemno. Kila płomyków latarni rozwieszonych nad stolikami nie zmieniało tego faktu. To aż niesamowite, jak mocno można się przyzwyczaić do elektryczności. Wnętrze było też niejako puste. Kilka stolików stało pod ścianami, czterech gości popijało jakieś płyny z wielkich drewnianych kubków a jeszcze inni goście siedzieli w rogach schowani w cieniu. Filfalus prowadził Pawła do baru. Za drewnianym pulpitem stał niewysoki, za to dobrze zbudowany jegomość. Nie wyglądał na zadowolonego, albo po prostu wstał lewą nogą z łóżka. - Dobry wieczór. Czy zostało jeszcze coś z waszego ale gospodarzu? – mówił Filfalus. Paweł nie słuchał rozmowy. Obserwował ludzi. W końcu miał okazję przekonać się, co to za miejsce, czy kiedyś o nim czytał, czy może nawet je zna. Taki sen, myślał, ma się tylko raz w życiu. I trzeba to wykorzystać. Ludzie w gospodzie nie wyglądali na przejętych jego gapieniem się. Czterej jegomościowie grali w karty. Kładli na stole pieniądze i rzucali okrągłymi kartonikami. To musiała być jakaś forma gry. Zapyta Filfalusa. Ciekawsi wydawali się samotni goście w rogach pomieszczenia. Jeden z nich wyglądał na bogatszego. Jego odzienie było lepszej jakości niż na przykład łachy tych czterech. Tak przynajmniej wydawało się Pawłowi. Jadł jakieś ciasto, albo mięso, w cieniu nie za bardzo było widać. Był tym jednak zajęty, choć wcale się z tym nie spieszył. Ostatni gość był zamaskowany po sam czubek nosa, i to dosłownie, gdyż nawet rzeczony czubek nie wystawał spod kaptura. Gość siedział bokiem i przyglądał się jedzącemu, a przynajmniej odwracał głowę t tamtą stronę. Ręce założył na piersi, jakby czekał na kogoś. Nic nie jadł ani nic nie miał na stole. Widocznie czekał. - Chcesz trzy? – zapytał Filfalus. - Co trzy? - Ale. Piwo. Chyba nie zapomniałeś? - Nie, jedno wystarczy. Filfalus był zdziwiony tylko przez chwilę. - To trzy i tamta pieczeń. A tutaj Om. Reszty nie trzeba. Karczmarz zobaczył Om i ucieszył się niezmiernie. - Czy ty jesteś rozrzutny? - Ludzie pracują dla ciebie lepiej, kiedy to właśnie ty najlepiej im płacisz. Twoje słowa. Po chwili drewniane kufle pojawiły się na stole. - Do dna. – powiedział Filfalus. Życie tutaj byłoby całkiem przyjemne, pomyślał Paweł. Bycie księciem. Nawet, jeśli nie ma szans na koronę, to przecież mam i tak niemałą fortunkę. Piwo jest, a tamta Esmeralda to też dziewczyna niczego sobie. Taak. Do dna. Złapał ciężki kufel i przechylił zawartość. Zapach nie ten, smak... - Apfui! Płe. Płe płe! Ble! Filfalus nachylił się i wyszeptał. - Aż takie złe nie jest. Nie rób tyle hałasu, bo ludzie się patrzą. Paweł splunął jeszcze raz i rozejrzał się. Gracze rzeczywiście się gapili, tak jak jedzący. Zakapturzona postać nadal siedział odwrócona. - Paskudne? Co to jest? - Ale. Z rzecznych glonów. - Co?!? - A co? Co myślałeś? - Że z chmielu. - Ależ skąd. Napoje z chmielu są strasznie gorzkie. Nikt ich nie pije. - O mój Boże! Trafiłem do piekła! - Dobrze się czujesz? - Nawet bardzo dobrze. Ale ktoś tu czuje się bardzo źle. - Co masz na myśli? – zaszeptał konfidencjonalnie Filfalus. Pawłowi nagle zachciało się śmiać. Jak na razie żarty wszyscy brali bardzo poważnie, podczas gdy jego poważne problemy ignorowano nieustannie. Ale spojrzał na Zakapturzoną postać. - A tam na przykład – skinął głową. Filfalus spojrzał na stół kapturnika. - No i co? – zapytał szeptem. - Czy to nie jest dziwne, że tak siedzi w tym kapturze w środku pokoju. Poza tym nie jest zimno. - No nie wiem. - No chyba mi nie powiesz, że jest taki brzydki, że chcąc nam oszczędzić niestrawności zakrywa twarz. - Wiesz, to całkiem możliwe... - Proszę cię... Do pomieszczenia weszli jacyś ludzie. Wyciągnęli broń, wszyscy jednocześnie, nie przestając patrzeć Pawłowi prosto w oczy. - Ludzie Vorstera!!! – Krzyknął Filfalus przewracając stół. – Znaleźli nas po śladach koni. W nogi. - To Andreas i jego paczka! – Krzyknął jeden z ludzi przy stole graczy – Śledzili nas od Tor Bruxen! Uciekamy! Ponieważ obie akcje rozegrały się równocześnie, zaraz potem zapadła chwila nerwowej ciszy, w której obie grupy usiłowały trafnie zidentyfikować obcych. Wtedy stał się cud. Człowiek, którego Paweł wziął za kupca wstał i coś wybełkotał, szybko i bezsensu. Paweł najpierw wziął to za oznakę bezmyślnej paniki, ale nagle się okazało, że to było zaklęcie. Z dłoni grubaska wyskoczył jaskrawożółty płomień i jak wąż popełzł po podłodze w stronę napastników. Tymczasem sam grubasek nagle przestał być grubaskiem. W mgnieniu oka zmienił się w kogoś zupełnie innego, wyższego, brzydszego, starszego siebie. - Viki na zewnątrz! –krzyknął do zakapturzonej postaci, która natychmiast rzuciła się do wyjścia. Gracze byli już w połowie drogi do baru, a Paweł zdecydował, że zanurkuje za przewrócony stół, gdzie w towarzystwie Filfalusa przemyśli sytuację. Przez ten brak odwagi stracił z oczu całą scenę i nie mógł być świadkiem, jak pełzające płomienie zataczając kręgi wokół napastników przypalają im podeszwy butów oraz jak gracze obrzucają ich butelkami Glonowego piwa. Rozległ się potężny huk i dopiero wtedy Paweł zaryzykował rzut okiem na okolicę. Napastnicy albo byli nieobecni, albo leżeli gdzieś jęcząc głośno, co się zaś tyczy czarownika, siedział na krześle i śmiał się sam do siebie. Zakapturzony jegomość wyparował. - Filfalus, jesteś cały? - Aha. – chłopak wstał i rozejrzał się dookoła. Gracze też zaczęli wychodzić zza baru. Pojawił się też gospodarz. - O!!! O!!! Nie!!! Tego za wiele!!! Ktoś mi za to zapłaci!!! Wy!!! - My? – gracze już stali przy drzwiach. – Ale my nie mamy pieniędzy. To mag podpalił ogień! Mag na to nie powiedział nic, tylko uśmiechnąwszy się jeszcze raz rozwiał się jak poranna mgła. - Filfalus? Wiesz co on teraz powie? – zapytał Paweł spoglądając na zacierającego ręce gospodarza. - Kto?
Jak to często bywa, Bohaterowie płacą za popełniane błędy, czasem nawet płacąza błędy, które popełnia kto inny. Niektórzy z nich jednak osiągnęli wyższy stopień ewolucji Bohaterstwa, który polega na zdobyciu zdolności obniżania ceny płaconej za popełnione błędy. Ta zdolność właśnie uratowała kieszeń naszych Bohaterów przed oskubaniem przez Karczmarza.
- Ale mu uciekliśmy! - To się nazywa bieg. Ale przecież mogłem mu zapłacić. Dałbym mu na drugą taką szopę jak już miał i jeszcze by mi zostało na karczmę z kamienia. - Ech. Mogłeś mi to wcześniej powiedzieć – Paweł pokręcił głową i ziewnął. To się robiło męczące. Sen był aż nadto prawdziwy. Czuł się zmęczony, jakby naprawdę nie spał od doby. - O-ho! Zaraz będzie świtać. – stwierdził Filfalus. Rzeczywiście, na wschodzie znów widać było łunę wschodu. Słońce wzejdzie pewnie za jakieś pół godziny. Przynajmniej dzień jest tu tak samo długi jak w normalnym świecie, pomyślał. Żal mu było piwa. Jeśli nikt go nie piwa, to ci którzy je znali pewnie drogo je wyceniali. Inne były też konie. Te zwierzęta miały ostre zęby i nie rżały jak konie. Wydawały jakieś cienkie piski. Poza tym różniły się tylko dłuższym niż u normalnego konia pyskiem. Najdziwniejsze było to, w jaki sposób rozmawia z tymi ludźmi. Przecie, załóżmy sobie, że to jest osobny świat. Jak to możliwe, że rozmawia z ludźmi stąd w swoim języku. To jest niemożliwe. Dlatego to musi być sen. A szkoda. Najbardziej szkoda Esmeraldy. Pewnie oryginalny Hadrian mógł mieć każdą dziewczynę. Na to wychodziło z opisu. - Czy ja znam jeszcze jakieś dziewczyny? – zapytał - Tak. Mnóstwo. Pewnie się stęskniły. - Jak to? - Wyjechałeś na dłużej niż zwykle. Dlatego Margaret i Johan postanowili po ciebie pojechać. A ja ich przypadkiem podsłuchałem i pojechałem za nimi. - Aha. A ile dokładnie jest tych dziewczyn. - Nie wiem, nie liczyłem. - Co? - Nie wiem, nie o wszystkim mi mówiłeś. - A o czym Ci mówiłem? - Ech... Właściwie, to nigdy o kobietach. O Esmeraldzie wiem od Johana. Jaki skromny ten Hadrian. Nic nie powiedział nawet najbliższemu kumplowi. - To jak ja je mam teraz znaleźć? - Przypomnij sobie. Jasne, pomyślał Paweł, Wiedział, że to raczej nie jest możliwe. - Wiem, że jest ci ciężko. Ale poradzisz sobie. - Zmieńmy temat. Jak to jest z magią? - Co z nią? - Jest,... popularna? - Co? - Jak dużo ludzi używa magicznych mocy? - Jak dużo? Nie wiem. Swinerubis. - A ten magik w gospodzie? - Jakiś kuglarz. To były zwykłe sztuczki. Nic poważnego. Takich ludzi jest na pęczki. - Naprawdę? - Tak. Chociaż... Załatwił ich jakimś wielkim hukiem. Tego jeszcze nie widziałem. - Hej, to może powiedz mi jak wygląda ta wielka magia. - Wielka magia. Jasne. To są wielkie ognie na niebie, albo taka błyskawica, która razi całe armie w bitwie. Albo kiedy wielka kula ognia spada z nieba i miażdży wrogów. Albo... - Rozumiem. I są tacy, którzy to potrafią. - Nie wiem. Kiedyś byli. Są księgi, w których to spisali. Historia, rozumiesz. - A teraz. Taki Swinerubis, co potrafi? - Ech, on to tak bardziej... O! Jak cię w krzyżach łupie, to Swinerubis ma takie magiczne leki. Albo jak ból ci wejdzie w kolano. - To taki medyk? - Nie. Mediki to takie małe stworzenia które kradną wino. Paweł spojrzał na Filfalusa, ale grubasek się nie śmiał. - Poważnie mówisz? - No jasne. - Dobrze, wierzę. A kiedy jest ten turniej.? - Jutro w południe. Ale nie martw się. Dojedziemy jeszcze dzisiaj. Twój koń jest z Go’lam. Nie zawiedzie. Paweł nie pytał co to jest Golam, bo pewnie nie miało to nic wspólnego z golemami. Zastanawiało go bardziej, czy uda mu się odkręcić cały bałagan z turniejem. Nie miał zamiaru z nikim walczyć, przynajmniej dopóki nie znajdzie pewnego sposobu na pokonanie go. Miał mnóstwo pytań. Tak mnóstwo, że nie pamiętał już, o co chciał zapytać na początku. Ale koń pędził naprzód.
Wielkie miasta są zazwyczaj siedliskiem intrygi i knowań, siedliskiem, w którym Bohaterowie prowadzą ofiary spisku jedyną słuszną drogą światłości odbitej od ich miecza. Po dokonaniu czystek wśród pałacowych urzędników na jakiś czas znów powraca nadzieja spokoju.
Wielki biały mur. To było pierwsze, co cisnęło się na usta, gdy obserwowało się Nieskończoną Metropolię. Drugie było: Co to za nazwa? - Najczęściej nazywa się miasto po prostu miastem, choć czasem ludzie mówią Arth. To jakaś stara nazwa, pewnie jeszcze z okresu panowania poprzedniej dynastii. Ale tak mówi tylko pospólstwo. - Arth jest lepsze niż... niż... - Jak chcesz. Ale ostrzegam. Niektórzy reagują gwałtownie na to słowo. Nad Wielkim murem, nazwanym tak nie z powodu pompatycznego nastawienia budowniczego, ale z powodu rozmiarów, było niewiele widać. Zapewne tylko najwyższe z budynków miasta. A tych było jakoś niewiele jak na Nieskończoną Metropolię. Ale jeden z nich miał w sobie coś dziwnego. Nie kończył się. Zupełnie po prostu wieża zaczynała się w mieście, ale przewyższając o kolei wszystkie inne budowle ciągnęła się wysoko aż w końcu znikła zlewając się z czystym błękitem. Przez chwilę Paweł zastanawiał się nad tym faktem. - Co to jest? Ta wieża? – zapytał Filfalusa. - Wieża Meteorologiczna. Z tego co się orientuję, ma coś wspólnego z pogodą. To dzięki niej mamy tutaj takie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Sentenza
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…