Bitwa o Wiznę, czyli "Ostatni Bastion"
Opowiadanie o jednej z najchlubniejszych polskich bitew. Opowieść o jednym z największych bohaterów polskiej historii. II wojna światowa, 42000 przeciwko 720. Bitwa pod Wizną. Zapraszam!
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Bitwa o Wiznę, Czyli „Ostatni Bastion”
Całe opowiadanie jest oparte na faktycznej bitwie w dniach 7-10 wrzesień roku 1939. 720 polaków mężnie broniło się w niej przerażającej sile 42200 niemieckich żołnierzy. Niektóre epizody zostały przeze mnie zmienione, bądź zniekształcone. Mogą wystąpić nieznaczne błędy w ilości wojsk obu walczących stron. Niektóre wydarzenia i przebieg bitwy również odbiegają od prawdziwej wersji. Kilka nazwisk i imion zostało wymyślonych lub wykorzystanych. Dążyłem jednak do tego, aby ukazać męstwo polaków, słabość w mocy niemieckiego oręża, a przede wszystkim ukazać prawdziwych patriotów, którzy w moim opowiadaniu zrobią wiele, aby poświęcić się Ojczyźnie, bądź się jej przysłużyć. Całość nawiązuje do oryginalnej historii bitwy. Inspirowane piosenką szwedzkiego zespołu „Sabaton”, pt: „Forty to one”. Z dedykacją dla Mateusza Małka i Damiana Kasicy. Chwała i Pamięć Wizyńskim Bohaterom. Chwała Kapitanowi Władysławowi Raginisowi, pośmiertnie odznaczonemu orderem Virtuti Militari. Proszę o oceny i komentarze. Maciej Baniuch.
Gdzieś w Polsce zadzwonił telefon. Gruby mężczyzna, który znajdował się w pewnej kamienicy podniósł aparat i przyłożył go do ucha. - Tak słucham? – zapytał się twardym głosem. W słuchawce usłyszał szum, hurm, wir, wiatr, pęd, wybuch, eksplozje, strach i szok. Ale przede wszystkim naglenie. - Szybko! – wykrzyczał głos w słuchawce. – Z Naczelnym Wodzem! Z Rydzem-Śmigłym proszę! - Chwileczkę, spokojnie mój panie. – odparł gruby mężczyzna i spokojnie zapalił fajkę. – Kto mówi? - Władysław Raginis! Północ Polski! Region Wizna – Osowiec – Augustów! W tym momencie do pomieszczenia wpadł energiczny i władczy mężczyzna o rysach orła. Gruby adresat podał mu słuchawkę. - Przy telefonie Edward Rydz-Śmigły, Naczelny Dowódca Sił Polskich. Z kim rozmawiam!? – ostro powiedział do telefonu. - Mówi Kapitan Władysław Raginis spod Wizny! Niemcy pod Jedwabnymi! Lasy obsadzone, straciliśmy już dwa bunkry. Placówki Wizna – Jedwabne – Niwkowo już za prawym brzegiem Biebrzy. Cóż poczynać dalej? – odparł zdyszany głos kapitana. - Czemu nie pojechaliście transportem kolejowym na południe!? Mój rozkaz brzmiał: „Ściągać wszelkie wojska do centrum kraju”! Mówcie szybko! – Naczelny Dowódca był zarazem przestraszony i wściekły. Strata choćby jednego plutonu i kompani była wielką szkodą dla Polski. - Żadne rozkazy nie przyszły! – krzyczał kapitan do słuchawki, pośród szumu, huku i błysków, których mężczyźni w pięknym pomieszczeniu w Warszawie nie mogli widzieć. – Siedzieliśmy i czekaliśmy, nic nie przyszło! Podpułkownik Tabaczyński i major Korpal z Osowca się wynieśli, ale myśleliśmy, że to był rozkaz. - Jakimi siłami dysponujecie? – zapytał Rydz-Śmigły. - Mam 3 Kompanię Forteczną Batalionu „Osowiec” i część 8 Kompani 135 pułku pod kapitanem Schmidtem. Ochotniczy Hufiec Zwiadowców Konnych, Pluton Obsługi CKM, oddział Saperów i Pionierów 77-PP pod pułkownikiem Kiewliczem. Razem ponad 700 ludzi. Z uzbrojeniem mamy cienko. Mamy 6 lekkich dział, 24 karabiny CKM, 18 karabinów RKM, 6 lekkich dział przeciwpancernych pod porucznikiem Brykalskim. - Dużo amunicji macie? - Na tydzień. Edward Rydz-Śmigły popatrzył się po otaczającym go towarzystwie. Był generał Wilczyński, Uszwiecki, i gros kapitanów i pułkowników. Głos zabrał Wilczyński: - Panie Edwardzie, co tam się do licha dzieje?! - Czemu nie nadesłaliście im rozkazów!? – zakrzyknął Naczelny Dowódca. – Teraz Niemcy atakują Jedwabne, oddalone od stanowiska Raginisa o niespełna 15 kilometrów. Jak to sobie wyobrażacie?! Jest tam ponad 700 naszych żołnierzy! Tabaczyński i Korpal jadą pociągiem ku Łodzi i Warszawie, a oni!? - Ja to powiem, panie Edwardzie. – powiedział spokojnie Wilczyński. Mężczyzna oddał generałowi słuchawkę, a na sali zapanowało kłopotliwe milczenie. - Kapitanie Raginis. – rzekł tubalnym głosem generał. - Szybko! Niemcy przeprawiają się przez Biebrzę! Mnóstwo wybuchów i pocisków. - Już za późno. Tabaczyński poświęcił was ku dobrej sprawie. Dzięki wam do walki przygotuje się prawie sto tysięcy żołnierzy, rozumiecie mnie? W słuchawce zapanowała cisza, jednak generał wyraźnie usłyszał zdziwienie, zgrozę, zawód i smutek. - Tak, rozumiem. – odpowiedział głos z słuchawki. - Niech was Bóg prowadzi kapitanie! – przez łzy krzyknął generał Wilczyński. - Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród... - Raginis! Cisza. - Raginis, na Boga! – krzyczał dalej generał. - Wilczyński, co tam się stało? – zapytał Rydz-Śmigły. Przestraszona mina mężczyzny powiedziała reszcie zbyt wiele. - On zaczął śpiewać Rotę. – Wilczyński zaczął płakać. – Śpiewał ją tak dumnie i wyniośle. Potem był huk i wybuch. Sygnał się urwał. Cała sala zdawała się cmentarzyskiem niż piękną rezydencją w Warszawie. Wszyscy znajdujący się w niej mężczyźni czuli wielki ciężar brzemienia, jaki na nich zaciążył. - Co teraz będzie? – pytali pułkownicy i generałowie Wodza. - Teraz będzie polskie Termopile. – padła odpowiedź.
* * *
Zapadał zmrok. Był czwarty wrzesień roku 1939. Kapitan Raginis siedział z wyciągniętymi nogami w swoim bunkrze - budynku głównego dowodzenia, o kryptonimie GG - 126 - na Strękowej Górze. Ze wzgórza rozciągał się piękny i szeroki krajobraz. Góra stanowiła wyśmienity punkt obserwacyjny i strategiczny. Ze szczytu dachu bunkru można było dostrzec położoną o przeszło 15 km dalej wieś Jedwabne. Na południu, pomiędzy płotem lasów i jezior widniały Krupiki, Moliszewo, Łynki i Perkusy. Meandrując, pod górę wiła się zakolami Narew, która dalej na wschód wpadała do Biebrzy. Rozciągała się tu wielka dolina, którą wypełniały Wizyńskie Bagna - obszary niemalże niedostępne dla zwykłego, nieprzygotowanego człowieka. Liczne zapadnie i podwójne dna skutecznie odpychały ciekawskie nogi. Po za tym, mokradła stanowiły naturalną linię obronną. Pod bagnami (już poza zasięgiem horyzontu) widniała wieś Grądy-Woniecko oraz otaczający ją las. W większości były to zagajniki i młode drzewa, niedawno dopiero zasiane w krwawą, po ostatniej wojnie ziemię. W 20-leciu międzywojennym drzewka urosły nadspodziewanie bujnie i dumnie wznosiły swe korony drzew ku niebu. Za Biebrzą rozciągały się łąki i lasy. Porozrzucane na opak leżały tam Srebrowo, Sieburczyn, Wizna i Jedwabne. Dalej na północ, z biegiem Biebrzy znajdowały się kwatery wojskowe w Osowcu. Wsie i drogi pomiędzy lasami i bagnami były połączone kilkoma zaledwie drogami, które biegły jak sierpem rzucił. Trakt był ubity i mocny - często przejeżdżały nim baterie pancerne i artyleria. Biebrza stanowiła swojaką linię frontową, za którą, po stronie Strękowej Góry znajdowały się liczne umocnienia i bunkry. Zaraz za rzeką, za mostem prowadzącym do Wizny, stały jeszcze nie ukończone dwa budynki. Były to dwa lekkie schrony - bunkry, które zaczęto budować dopiero w kwietniu tego roku. Oba budynki łączyła linia umocnień polowych, biegnących przez prawie 4 kilometry trudnego terenu. Sama ich konstrukcja i wybudowanie stanowiło nie lada wyzwanie. Co dopiero je przekroczyć...Bunkry mieściły się w starej wsi Włochówka. Za kolejną linią obrony - Bagnami, stały dumnie kolejne bunkry. We wsi Grądy-Woniecko nie zorganizowano odpowiednich budynków i punktu oporu, jednak wieś stanowiła ważny punkt umocnień. Leżała pomiędzy lasami, więc była dość bezpieczna. Na lini umocnień Giełczyn-Kołodzieje postawiono trzy ciężkie schrony, które posiadały po dwie kopuły przeciwpancerne, o grubości pancerza dochodzącej do 20 cm. Ponadto, aby zmylić wroga, każdy bunkier wyposażony w kopuły, uzupełniano w kilka innych, które miały zmylić wroga, odnośnie prawdziwej kopuły. Na Strękowej Górze - na najwyższym wzniesieniu stał bunkier główny - GG-126 oraz drugi - komunikacyjny i amunicyjny. Był to dogodny punkt strategiczny, bowiem rozciągał się z niego widok na całą okolicę. Od Biebrzy, Strękową Górę dzieliło koło 4 km trudnego terenu, gdzie istniał tylko jeden umocniony w dodatku szlak. Kolejny ciężki bunkier znajdował się w Kurpikach, i Moliszewie. Punkt obronny w "klinie Polski", pomiędzy Prusami a Niemcami, stanowiło więc 6 ciężkich schronów, każdy liczący 8 pomieszczeń, oraz 6 średnich i lekkich bunkrów, które znajdowały się na liniach umocnień zbiegających z brzegiem Narwi i Biebrzy - ku Wiźnie. Władysław Raginis usłyszał zmierzające w kierunku wejścia do bunkru GG-126 szybkie i energiczne kroki. Przyzwyczajony do takiego chodu automatycznie wstał i wyprostował się jak struna. Do pomieszczenia wszedł mężczyzna o płowym wąsie w dojrzałym wieku. Obydwaj zasalutowali. - Witaj kapitanie. - powitał Raginisa mężczyzna. - Dzień dobry, panie podpułkowniku Tabaczyński. - odparł kapitan. - Napije się pan czegoś? - Tak, chętnie. Podpułkownik Tabaczyński przeszedł się po pomieszczeniu. - Te schrony wytrzymają ? - zapytał się kapitana, który był zajęty przyrządzaniem herbaty. Sam ciekawie ogarnął wnętrze wzrokiem, lekko powątpiewając. - Mówią, że nie. Nikła nadzieja przeciwko Panzerom, jeśli przyjadą. - Co będzie to będzie, nic nie poradzimy. Władysławie, mam dla ciebie wiadomość od samego Naczelnego Dowódctwa, którą dziś rankiem otrzymałem w Osowcu. Mężczyzna ciekawie odwrócił głowę i spytał się spojrzeniem. - Wiesz kto będzie dowodził odcinkiem Wizno-Augustów? Władysław Raginis przełknął ślinę. Już się dowiedział. - Nie. - Ty Władku. – powiedział wesoło Tabaczyński. – Nie martw się jednak, Niemcy jeszcze za granicą – szykują się do natarcia. Do tego czasu z pewnością odjedziemy kolejami do Warszawy i Łodzi. - Dlaczego ja? – zapytał zdziwiony kapitan. – Przecież doświadczeniem prześciga mnie podpułkownik Zajączkowski. Tabaczyński siorbnął herbaty i uśmiechnął się niebieskimi oczyma. - To już stary człowiek Władku. Ugania się za swym własnym plutonem, nie mogąc utrzymać go w porządku. Po za tym to człowiek, który lepszy jest w terenie. Umie dobrze manewrować wrogiem i sam celnie zadawać mu ciosy. W bunkrach miałby zupełnie związane ręce. - Może i masz rację. – smętnie powiedział Raginis. - Ty się nie strofuj, bo nie masz ku temu powodu. Za kilka dni jedziemy do domu, nie nam wypadło umierać, tylko hitlerowcom, przyjdzie ku temu odpowiedni czas. Zobaczysz. Mężczyźni uścisnęli prawice i Tabaczyński wyszedł. Władysław Raginis przeciągnął się i pojechał w stronę Wizny – aby skontrolować sytuację układu własnej kompani i aby zbadać lasy za Jedwabnymi.
* * *
Kapitan wziął do swego boku Pluton Zwiadowców Konnych i pognał z nimi w stronę mostu na Biebrze. Trakt był mocny i twardy – prawie wcale nie wzbijał się kurz i pył. Po obu stronach drogi wykopany był szeroki rów, a za nim ciągnął się w obie strony wielokilometrowy las. W końcu ukazała się przed oczami jasna plamka, która w miarę zbliżania się, otwierała się, by w końcu wyprowadzić brygadę na wolną przestrzeń. Cały czas zjeżdżali z górki, więc konie nie były przemęczone, a żołnierze byli optymistycznie nastawieni. Naprzeciw nich płynęła wartka Biebrza, a nieopodal wpływała do niej Narew. Na większej rzece zbudowany był stary, drewniany most, który pilnowali wartownicy, a którego szlabany były opuszczone. - Powitać, pana kapitana. – witali Władysława Raginisa żołnierze z „Ósmej”. – Z patrolem? - Witajcie, tak jedziemy w stronę Jedwabnych. Niepokoi mnie ta wieś. - Z Bogiem, panie kapitanie. - I z wami. – powiedział kapitan. Kopyta Konnych Zwiadowców znów zaklekotały na trakcie. Szybko przejechali przez Wiznę, gdzie żołnierze kończyli maskowanie okopów, rowów i wilczych dołów. Skierowali się ku lasowi.
* * *
Konni Zwiadowcy już od ponad godziny byli w okolicach Jedwabnego – w lesie. Konie musieli zostawić nieopodal, gdyż istniało niebezpieczeństwo, że koń zwyczajnie parsknie lub zarży. Trzydziestoosobowa grupa, cicho jak myszy skradała się przez gąszcz lasu i listowia. Z dawna nie przebyty las, urósł niesamowicie. Wszędy, na ściółce znajdywałeś zbutwiałe kłącza i konary drzew, o suchych liściach i gałęziach nie wspominając. Prowadzący grupę, sam kapitan Raginis dał znak, aby reszta brygady pozostała na zboczu. Sam szybko podpełznął na szczyt wzniesienia i sięgnął po polową lornetkę. Wieś Jedwabne stała spokojnie i cicho. Sto metrów przed nim leżał pierwszy budynek wsi. Stare chaty stały ponuro i smutnie. Było bardzo cicho. Z pojedynczych kominów w sadybach wzbijały się w górę równie powolne i przygnębiające kabłąki dymu. Wszystko wyglądało nadspodziewanie spokojnie i normalnie, lecz kapitan znał się już na takich podstępach. Ktoś musiał zdradzić lub usłyszeć wspinający się oddział Polaków. Jeszcze raz upewnił się, że jego oddział cicho siedzi na wyznaczonych stanowiskach, po czym całkowicie znieruchomiał i czekał. Po półgodzinie, oczekiwania Raginisa się sprawdziły. Zza węgła starej chaty, nieopatrznie wychylił się Niemiec! Najpierw ukazał się charakterystyczny hełm, potem oczy i głowa. Przypinka z napisem SS. Sekundę później stało się wiele rzeczy naraz. Dało się słyszeć huk nadlatujących bombowców i myśliwców nurkujących. Po chwili nad głowami Polaków i Niemców ukazały się gęste sylwetki machin, z wytatuowanymi na swych kadłubach znakami III Rzeszy. Wtenczas uradowali się Niemcy, którzy porzuciwszy wszelkie podejrzenia, mnogo wysypali się na podwórze. Było ich kilkadziesiąt. Wszyscy na motorach. Któryś z Polaków kichnął głośno, zwracając uwagę kilku Niemców. Raginis przeklął tę chwilę w myślach. Załadował swój karabin i czekał. Przekazał jeszcze znak oddziałowi Zwiadowców, aby na odgłos strzału jak najszybciej biegli do koni, a potem do Wizny i umocnień. Czterech Niemców spokojnie weszło na podrzucony przez kapitana granat ręczny. Granat wylądował szczęśliwie w wielkiej skrzyni z sosnowego drewna, a gdy wybuchł na miejscu zabił czterech Niemców, a drzazgi i szczapy pomknęły w kierunku kolejnych. W ten sposób kapitan ranił wielu ludzi, a całe zbocze w jednej chwili ożyło i rzuciło się do ucieczki. Niemcy, bardzo zaskoczeni wybuchem, szybko powsiadali na swoje motory i pomknęli drogą za Polakami. Konni Zwiadowcy w większości już byli powsiadali na konie i teraz mknęli jak demony. Jednak motory były szybsze od mięśni i kości. Szybko dojeżdżali do koni i mordowali bezlitośnie zwierzęta i żołnierzy. Widząc to, plutonowy Zwiadowców, Jeremiasz Kuzidło skrzyknął kilku najmężniejszych Polaków i dał szansę uciekającym, sam rzucając się z przyjaciółmi na Niemców. Z początku Raginis chciał krzyczeć, lecz zrozumiał ich poświęcenie, które wkrótce czekało i jego. Pognali dalej. Niemcy z kolei uśmiali się setnie na widok szarżujących Polaków na koniach przeciwko motorom, jednak uśmiech szybko zniknął z ich twarzy, gdy szarża strąciła czterech Niemców z „siodeł”. Niesłychana rzecz się wydarzyła, bowiem Niemcy na motorach szybko zawrócili i uciekali teraz przed Polakami na koniach z wielkim przerażeniem na twarzach. „Mein Gott”, „Herr Jesus” – mówili spoconymi ustami. We wsi Jedwabne skończyła się bohaterska szarża Polaków, gdy wyjechali za róg budynku, napotykając masowy ogień karabinów maszynowych. Kuzidło i jego przyjaciele nie żyli. Niemcy dostali godziwą lekcję. Nie lekceważyć nawet najbardziej nikczemnego wroga! Mimo tego, wielu z nich kopało martwe ciała Polaków. Wielu z nich pluło na nich i rąbało ich nożami i siekierami. Na koniec wyciągnęli z chat kilku wieśniaków, którzy nie uciekli w porę i spalili ich na żywym ogniu, jak ongi palono czarownice. Pytacie co się stało z kapitanem Raginisem? Otóż oddział nie będąc już ściganym szybko dotarł do Wizny i wzniecił alarm. Samoloty Luftwaffe, które wyprzedziły i Niemców i Polaków naleciały nad cały region dowodzenia i zbombardowały wsie, bagna i umocnienia. Straty nie były duże. Do bombowców otworzono ogień z karabinów CKM we wsiach Maliszewo, Kalinówka i Giełczyn, skutecznie raniąc i niszcząc kilka maszyn. Wkrótce samoloty odleciały. Wtedy też kapitan dotarł do kwatery dowodzenia w Wiźnie i szybciej niż Zeus zaczął ciskać rozkazami. Raginis przywołał do swego boku kapitana plutonu CKM, kapitana Schmidta, komendanta baterii pozycyjnej, porucznika Brykalskiego, dowódcę saperów, porucznika Kiewlicza oraz dowódcę Podlaskiej Brygady Kawalerii, porucznika Henryka Łyżego. I tu zaczęły się problemy. Zapadła właśnie młoda noc, a Polski obóz wyglądał jak mrowisko. Po żołnierzach rozeszły się plotki, szerzone jak ogień, że połowa polskiego oddziału jest stracona, że wielu dostało się do niewoli, a na Wiznę zmierza cały Dywizjon Niemiecki. Wówczas, mając tego dosyć, a posiadając władczy charakter i instynkt dowódcy, kapitan Raginis wstał i głośno zakrzyknął: - Hej, Polacy, żołnierze i bracia moi! Na przedpolu zapanowała względna cisza. - Nic to plotki, nic to kłamstwa wierutne! Ja sam osobiście byłem z podjazdem Konnych Zwiadowców w Jedwabnych, aby zorientować się w sytuacji. Niemcy są w Jedwabnych! Tak, to prawda. – potwierdził, gdy tłum wzniecił smutne westchnięcie. – Jednak nie smućcie się moi bracia! Niemiec jeszcze daleko, a bohaterski Jeremiasz Kuzidło poświęcił się, przeganiając wielokroć liczniejszy od naszego oddział, a następnie chwalebnie ginąc. Ot, co nam zostało! Oto dola nasza! Nie dostanie Niemiec zawszony choćby kawałka tej ziemi, którą praojcowie nasi z rąk do rąk swoich przekazywali. Nie dziś ten dzień i nie jutrzejszy. Nie nam, lecz im ginąc w mękach! Oto jest zadanie i misja nasza, choć na zgubę skazana! Umierać, lecz chwalebnie! Ginąc, lecz bohatersko! I walczyć, jak lwy! Ja, Władysław Raginis, kapitan wasz, dziś przysięgam, że ziemi tej nie oddam, choćby mi pogrześć w niej przyszło! Mowa ta wzbudziła taką złość i nienawiść to wroga w Polskich żołnierzach, że gdyby przyszło im teraz stanąć przeciw całej armii wroga, na pewno by wygrali. Ogień zapłonął w oczach Polaków, a zapał ogarnął ich serce. - Dowódcy, do swoich plutonów i komend! – rozkazał Raginis. Porucznicy i kapitanowie szybko się rozbiegli, prowadząc swoje oddziały w obranych wcześniej kierunkach. - Choć noc jest zimna, serce me gorzeje. – rzekł do siebie kapitan. – Nie oddam tej ziemi, choćbym zginąć w jej obronie musiał. Nie wiedział nawet, jak prorocze są teraz jego słowa. Zapadła ciemna noc.
* * *
5 wrzesień przyniósł rzęsisty deszcz i jeszcze więcej Niemców. Polski wywiad dowiedział się, że za Biebrzą stoi teraz Niemiecka Brygada Zmotoryzowana Lotzen, i to właśnie ona po raz pierwszy starła się pod Jedwabnym z Polakami. Polacy odznaczyli się tego dnia wielką cierpliwością i zapalczywością wobec wroga i kilkakrotnie odpierali jego ataki i próby przekroczenia rzeki. Niemcy ponosili coraz większe straty, aż wreszcie odpuścili. Zamiast tego, zwiększyły się naloty samolotów myśliwskich i bombowców, które przynosiły nam większe straty. Cały 5 i 6 wrzesień, spędziliśmy na pracach polowych, umacniając rowy i doły, a także usprawniając koordynację działania. Wtenczas też dokonano odpowiedniego podziału całego kontyngentu na odpowiednie grupy, które rozmieszczono w strategicznych punktach całego obszaru Wizno-Osowiec-Augustów. Tak więc w Sulinie i Strumiłowie stacjonował pluton piechoty, wzmocniony dwoma załogami CKM, a w pobliskich bunkrach zainstalowano 4 CKM, którymi dowodził porucznik Zawadzki. W Giełczynie, gdzie mieścił się jeden z najsilniejszych schronów bojowych, umieszczono pluton piechoty, wspomagany przez 6 karabinów CKM, którymi dowodził porucznik Kiewlicz – stary przyjaciel Raginisa. We Włochówce znajdowały się lżejsze bunkry, więc tam umieszczono pluton piechoty wraz z 2 karabinami RKM oraz pluton Pionierów 71 pułku piechoty, a całość uzupełniały trzy załogi z karabinami CKM. To właśnie w okolicach Włochówki-Wizny-Giełczyna miała przejść największa nawała wroga, więc trzeba było wyposażyć tamte bunkry przyzwoitym żołnierzem i sprzętem. Na Górze Strękowej i w Kurpikach, w schronie u podnóży wzniesienia i w schronie na wzniesieniu (GG-126) umieszczono łącznie 5 oddziałów CKM. W Maliszewie umieszczono 8 Kompanię strzelecką oraz 3 załogi CKM w ciężkich schronach bojowych. Dowódcą został porucznik Schmidt. Najsłabiej zaopatrzono pozostałości po wsi Grądy-Woniecko – tylko jedną drużyną CKM. Jak widać zaopatrzenia w nowoczesny sprzęt, nie było w ogóle. Polacy mieli stawić czoło ogromnej burzy, sami będąc bezbronnymi. Liczyliśmy zaledwie 700 ludzi, bez oficerów, a jednak mimo tego dzielnie stawialiśmy czoła najeźdźcom. Odrzuciliśmy strach i rozpacz, a zamiast tego przyodzialiśmy się w gniew, a karabiny ładowaliśmy zemstą za Jedwabne. 7 wrzesień był długim dniem, który prawie całkowicie spełzł na niczym. Polacy, rozmieszczeni na swych stanowiskach cierpliwie czekali przyjścia wroga. Na szosach i traktach podkładano co ostatnie miny, we wsiach Wizna i Siebruczyn poczyniono ostatnie prace utrudniające przemarsz wojsk III Rzeszy. Do południa padał gęsty deszcz, później zza chmur wyszło ostatnie jasne słońce, wkrótce będące przykryte kurzem, ciemnością i pyłem wybuchających bomb. Po południu dało się słyszeć pierwsze wrogie sygnały – silniki czołgów. Kapitan Władysław Raginis objął stanowisko na Strękowej Górze, gdzie jako dowódca miał idealny widok na okolicę, sięgając wzrokiem nawet za Jedwabne. Wielkim minusem i gwoździem w krzyżach było brak łączności pomiędzy wsiami i bunkrami. Cały kompleks obronny, budowany zaledwie od kwietnia tego roku nie został w pełni ukończony i przygotowany do obrony. Mimo tego, na całej lini oporu spokojnie czyhało 700 Polskich żołnierzy, gotowych do walki na śmierć i życie, będących dumni ze swego wodza – Władysława Raginisa. Po południu około godziny siedemnastej, na horyzoncie, na północnym-zachodzie w okolicach Jedwabnego można było zobaczyć kolumnę posuwających się wojsk. Był to oddział rozpoznawczy 10 Dywizji Pancernej generała Falkenhorsta, dowódcy otoczonego złą sławą. Był to człowiek bardzo brutalny i karał ludzi za nieposłuszeństwo, nieudaczność i opór. Wysłani na zwiady Konni Zwiadowcy Podleśni zostali schwytani w pułapkę i wywiązała się walka, w której Polski oddział rozbito, a Wizna została opanowana. Wtedy to nadciągnęły pierwsze czołgi niemieckie. Odpowiednio ukryci Polacy, dzień wcześniej założyli na moście ładunki wybuchowe, nadzorowane przez samego kapitana Raginisa, które zamierzano wysadzić. Gdy czołgi niemieckie wjechały na most, porucznik Zawadzki dał rozkaz do wysadzenia mostu. We wszystkich wsiach całego obszaru umocnień dało się usłyszeć wybuch i na nieboskłon wnet wzeszły czarne dymy. Ropa z czołgów paliła się do końca bitwy o Wiznę – przez trzy dni. Luftwaffe bombardowało szosy wiodące z Wizny do Osowca i ze Strękowej Góry ku Giełczynowi. Władysław Raginis dawno pogodził się z myślą, że nie wróci już do domu. Tabaczyński stworzył mu tylko lepsze pozory, jakie mogły mu nadać ochoty do walki. Z myślą o poświęceniu dla Rzeczypospolitej, sam walczył jak Hektor, dodając swym żołnierzom animuszu i ochoty do walki. W nocy z 7 na 8 września przez Biebrzę przeprawiły się niemieckie wojska Brygady Lotzen, które miały zamiar zaatakować okolice Giełczyna nocą, jednak sporo z najeźdźców nadziała się na polskie zasieki oraz znajdujące się w nich miny. Dzięki temu Niemcy sami powiedzieli o swej wizycie na prawym brzegu Biebrzy, co wnet ściągnęło polskie plutony. Ogień ze strzelb i jednej załogi CKM poszatkowała brygadę niemiecką tak, że gdy wrócili do Falkenhorsta, za nic nie chcieli wracać. Wnet w szeregach niemieckich rozszerzyła się wieść o niebezpieczeństwach naszych wsi, o minach, zasiekach i pułapkach, a co więcej – o czyhających na drzewach Polakach. Nic dziwnego więc, że regularny atak od tamtego momentu przeprowadzało tylko Luftwaffe i artyleria niemiecka. Tego dnia, w okolice Strękowej Góry przybył podpułkownik Tabaczyński, który przekazał Raginisowi, że wesprze obrońców jednym Baonem swego 135 pułku piechoty, jednak nie wcześniej niż przed 10 września. Polacy znajdowali się w trudnej sytuacji, gdyż przestrzeń niespełna czterdziestu kilometrów kwadratowych była małą, jak na tak spore działania wojenne. Groziło nam okrążenie (ostatecznie była to dość naiwna teoria, gdyż wszystkie bunkry otaczały nieprzestępne bagna, na które bano się wchodzić), a w dodatku nasze zapasy amunicji i żywności były godne politowania. 8 września, dowódca XIX Korpusu Pancernego, generał Heinz Guderian otrzymał zadanie prowadzenia ofensywnych działań na terenach Brześć – Wizno. W związku z tym, oprócz dotychczasowych – kolosalnych – sił niemieckich, sprowadzono dodatkowy Korpus Pancerny w składzie: 3 Dywizji Pancernej i 20 Dywizji Zmotoryzowanej. Tak więc porucznik Kiewlicz miał stawić czoło Brygadzie Lotzen, na czele z samym Guderianem, Włochówce przypadła walka z 10 Dywizją Pancerną, posuwającą się wzdłuż szosy, w kierunku Strękowej Góry, a Kalinówka, Grądy-Woniecko i Niwkowo miały stawić czoło 20 Dywizji Zmotoryzowanej. Żeby było zabawniej, Niemcy nie znajdując miejsca na 3 Dywizję Pancerną, postanowili ją zostawić we wsi Jedwabne. Taka sytuacja zapanowała w dniu 8 września, wtedy też zaczął się realny atak na Wizno. Kalkulacja kapitana Raginisa i jego przyjaciół była przerażająca. Przeciwko 700 polskim żołnierzom, dwudziestu kilku załogom CKM, kilkunastu załogom RKM i tylko sześciu lekkim działkom przeciwpancernym, stanęła przerażająca armia licząca 42 200 żołnierzy, dysponująca 350 czołgami, 108 haubicami, 58 działami lekkimi, 195 działami przeciwpancernymi, 108 moździerzami, 188 granatnikami, 288 załogom CKM i 689 załogami RKM. Na jednego Polaka, przypadło aż czterdziestu Niemców. Niemcy rozpoczęli ostrzał artyleryjski, który wstrząsnął posadami świeżo wybudowanych bunkrów. Luftwaffe, chcąc złamać morale polskich żołnierzy, zrzucało ulotki propagujące siłę Niemiec, pokazując sytuację obrońców w świetle większej skali. Gdy ulotki te dostały się w zasięg Strękowej Góry, kapitan Raginis jeszcze raz złożył przysięgę wierności. - Choćby mi przyszło umrzeć na tej, ukochanej ziemi, zrobię to, lecz jej nie oddam, Bóg mi świadkiem. – powiedział do swych towarzyszy bunkru kapitan, a we wszystkich Polaków wstąpił nowy duch i wola walki. - I ja składam takąż przysięgę i niech mnie ogień piekielny sparzy, jeśli się do niej nie zobowiążę, tak mi zapamiętaj Boże. – powiedział dowódca artylerii Polaków, porucznik Stanisław Brykalski. Reszta polaków była dumna z posiadania dwóch ślubnych dowódców, wierząc w ich honor i słowo,
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Maciusza666
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…