BLADZAC WE MGLE
Dla niektórych samotność jest z góry przeznaczona i cokolwiek my byśmy nie zrobili i cokolwiek ona by nie zrobiła, zawsze będzie sama. Samotność jest jej jedynym towarzyszem...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Odsłona I
Attis, miała osiemnaście lat, kiedy wraz z rodzicami i swoim starszym o rok bratem, wyjechała ze swojego rodzinnego miasta. Prz eprowadzka, której musieli się podjąć ,była wynikiem pracy jej ojca. Dziewczyna nie mogła się pogodzić z tym, że straciła wszystkich swoich znajomych i przyjaciół. Tylko w Wenecji czuła się pewnie. Rzadko kiedy wyjeżdżała na wakacje, swój wolny czas wolała spędzać w parku z kolegami... - O czym rozmyślasz, siostrzyczko? Wysoki chłopak o fiołkowych oczach i czarnych, prostych włosach opadających niesfornie na czoło i oczy pochylił się nad nią. Attis uśmiechnęła się do niego podnosząc się lekko na podusz-kach porozrzucanych na tylnim siedzeniu samochodu. - Ledwo wyjechaliśmy, a już tęsknię za Wenecją...- przyznała. Brat Attis rozczochrał jej włosy i przysiadł się do niej. - Przecież jeszcze wrócimy do miasta! Wszak wiesz, że ojcu bardzo zależy na tej pracy. Dziewczyna skinęła głową patrząc przez okno samochodu pędzącego z zawrotną szybkością przez autostradę. Właśnie zachodziło Słońce. Attis odetchnęła nierówno. - Boję się nowej Camarilli. Kto wie, co nas tam może spotkać? - Prawda. Wystawiamy się na wielkie niebezpieczeństwo związane z Czarną Ręką, ale w koń-cu to sprawia, że to wszystko jest takie ciekawe !- Aryman, uśmiechnął się do niej rozbrajająco- Nie zamartwiaj się na zapas, myślę że wszystko będzie w porządku...!
Miasto, w którym mieli zamieszkać było naprawdę olbrzymie. Przeraziło Attis, nieprzyzwyczajoną do ogromnych, szklanych wieżowców i wysokich na kilkanaście pięter bloków mieszkalnych cią-gnących się wzdłuż głównych ulic. Wszędzie, gdzie tylko popatrzyła było mnóstwo ludzi, na par-kingach stały samochody, niezliczone ilości rowerów i motorów. W sklepach z błyszczącymi re-klamami kręciły się wystrojone jak lalki kobiety, pod szkołami na murawie rozłożyła się na kocach młodzież... Zewsząd docierał do niej huk samochodów i gwar mieszkańców Wilna. Jednakże ku jej zdziwieniu, im dłużej jechali w kierunku centrum miasta, tym budynki stawały się mniej imponujące, mniejsze, a przede wszystkim starsze! Attis z zapartym tchem spoglądała teraz po starych, obdrapanych, opuszczonych kamienicach. Z okna samochodu widziała mnóstwo do-mów z oknami zabitymi deskami, na niektórych podwórzach rosły wysokie rozłożyste drzewa. Nawet na dachach domów rosła trawa i małe krzewy. Chodniki były stare, z nierównymi płytami. Ulice pełne dziur i płynącej wody, po niedawnym deszczu. Ludzi było tutaj, w porównaniu z przedmieściami Wilna, niezwykle mało. Zazwyczaj stali przed małymi sklepikami, lub siedzieli w cieniu wysokich, ceglanych bram popijając piwo. Poza tym ruch tutaj także nie był tak wzmożony jak na przedmieściach. Mimo woli pomyślała, że to właśnie tutaj chciałaby zamieszkać... - I jak Attis, Aryman!? Podoba wam się?! Ojciec rodzeństwa był bardzo przystojnym mężczyzną. Wyglądał na znacznie młodszego niż był naprawdę. Miał pogodne, jasne oczy i niemalże białą cerę. Włosy ścinał zawsze krótko i ubierał się raczej młodzieżowo. Ich matka zaś bardzo lubiła ubierać długie sukienki, Attis, zawsze kiedy o niej myślała widziała ją albo w spódnicy, albo w sukience. Rzadko kiedy ubierała spodnie. Miała też bardzo długie, bo do kolan, czarne włosy i ciemne jak noc oczy. Były to bardzo duże, wyraźne oczy, pełne miłości i oddania. Kochała ponad wszystko swojego męża, oboje byli w stanie zrobić dla siebie wszystko... Teraz, Arimanius, spoglądał w tylnie lusterko samochodu i uśmiechał się do nich z zadowoleniem. - Przedmieścia, nie bardzo mi odpowiadają, mimo że to właśnie tam będę musiał pracować, ale myślę, że centrum jest całkiem przyjemne, nie uważacie? - Jestem naprawdę w szoku!- przyznał Aryman- Spodziewałem się czegoś zupełnie innego! - Mi się tutaj bardzo podoba!- dodała z zachwytem Attis. W tym momencie zatrzymali się na rynku. Był to ogromny plac w kształcie kwadratu, na którego środku stała wysoka, kamienna fontanna przedstawiająca ziejącego wodą smoka. Zewsząd otacza-ły rynek stare kamienice, w niektórych z nich świeciły się co prawda światła, ale w większości z okien było już ciemno. Poza tym w rynku rosło jeszcze kilka wielkich rozłożystych drzew, pod którymi poustawiane były kamienne ławeczki oświetlone jedynie mdłym światłem latarni, stoją-cych niedaleko. Także tutaj, było niemalże pusto. Attis westchnęła zachwycona tym zaskakującym widokiem. To miasto było naprawdę niesamowi-te, pełne niespodzianek i tajemnic. Nagle przestała już myśleć o Wenecji. Chciała poznać to miej-sce lepiej. Wydawało jej się czymś szczególnym...
Samochód skręcił powoli w stronę bocznej uliczki i po kilkunastu minutach zatrzymał się przed wysoką, kamienną bramą. Arimanius wyszedł z auta i rozejrzał się wkoło. Uliczka, na której się zatrzymali, nie była oświetlona żadnymi latarniami, ale mężczyzna nie miał najmniejszych proble-mów z orientacją w ciemności. Uśmiechnął się zadowolony, widząc światło w oknach wielkiej ka-mienicy otaczającej podwórze za bramą. - Jesteśmy na miejscu, możecie wychodzić. Attis, razem z Arymanem wyskoczyli z samochodu i przeciągając swoje wymęczone długą jazdą ciała, poszli za rodzicami w stronę żelaznej już nieco zardzewiałej bramy. Jeszcze dobrze nie zdą-żyli do niej podejść, kiedy zobaczyli idącego w ich kierunku mężczyznę. Zatrzymał się przy bramie i spojrzał na nich badawczym wzrokiem. Attis nie mogło po prostu umknąć uwagi, że był już w sile wieku, z włosami długimi, niesfornie rozpuszczonymi na chudych ramionach. Miał on tylko jedno zdrowe oko, drugie było bowiem zupełnie białe i dziewczynie wydawało się niezmiernie odpychające i brzydkie. Arimanius chwilę szukał czegoś w kieszonce swojej koszuli, a potem podał mu przez bramę list, zapieczętowany czerwonym woskiem z pieczątką. Nieznajomy przyglądał mu się przez chwilę, a potem klucz zgrzytnął w zamku i brama otwarła się na oścież. - Dobrze by było, gdybyś zamknął samochód na dziedzińcu, w centrum chodzi najgorsza melina całego miasta. - W porządku. Arimanius podbiegł do czarnego auta, o zaciemnionych szybach i wjechał na plac wysadzony ko-cimi łbami. Po chwili zaparkował pod wysokim drzewem, zamknął drzwi i podbiegł do nich. Chwilę stali w zupełnych ciemnościach, gdzie tylko mdłe światła z pokoi kamienicy oświetlały im widok. Także te kamienice były brzydkie i obdrapane. Attis zauważyła, że z dziedzińca, na którym stali można było wydostać się tylko przez jedną bramę. Ze wszystkich bowiem stron otaczały ich wysokie, stare budynki. - Czy dzisiaj jeszcze będziemy mogli zobaczyć się z Księciem?- spytała Aitvaras. - Sądzę, że tak.-odparł po chwili zachrypniętym głosem- Jak wam minęła podróż? Nieznajomy prowadził ich teraz środkiem dziedzińca w stronę wysokich, drewnianych drzwi. Wszyscy szli w milczeniu zastanawiając się nerwowo, jak to wszystko będzie wyglądało, jak przyj-mie ich Książe i czy w ogóle zostaną zaakceptowani w tej Domenie Camarilli...?! - W porządku. Powiem inaczej. Wiele się zmieniło od kiedy po raz ostatni byłem w tych stronach. - Czyli bywaliście tu częściej? - Owszem, ale tylko ja. Wilno jest moim rodzinnym miastem. - A co was teraz tutaj sprowadza? - Praca...- odparł krótko Arimanius. Klucz znów zgrzytnął w dwuczęściowych drzwiach i po chwili weszli do starego, zakurzonego korytarza. Ściany były tutaj obdrapane i brudne. Pod sufitami aż roiło się od pajęczyn, a na podło-dze, w kątach, leżały całe sterty suchych liści. Ich kroki odbiły się głuchym echem o wysokie ścia-ny budynku. Powoli zaczęli wchodzić po betonowych schodach na górę. Attis serce biło niespokojnie w piersi. Miała jakieś dziwne wrażenie przebywając w tym budynku. Jak tylko tutaj weszła, odczuwała nieznany jej dotychczas respekt i powagę. Nagle do ich uszu dotarł odgłos deszczu. Znów się rozpadało. Po krętych schodach wchodzili powoli, bez pośpiechu. Na niektórych ścianach długiego korytarza na poddaszu płonęły mdłym ogniem stare lampy naftowe. Cały ten budynek musiał sobie liczyć kilkadziesiąt lat, jeżeli nie więcej. Podłoga zaskrzypiała groźnie pod wpływem ich kroków. Ale ich przewodnik wydawał się nie zawracać sobie tym głowy. Przez zabrudzone okno na końcu koryta-rza Attis zobaczyła jasny błysk błyskawicy, a potem potworny grzmot przeszył ciszę panującą w budynku. Idąc za nieznajomym mijali wiele drewnianych, starych drzwi. Ale tylko z pozoru mogły wydawać się one nieużywane. - To tutaj...- zachrypnięty głos nieznajomego odbił się głuchym echem o puste ściany kory-tarza zatopionego w półmroku- Książe powinien już na was czekać, jeżeli mieliście jego pieczęcie. Gdybyście jeszcze kiedyś potrzebowali mojej pomocy, mam na imię Adad. Wszyscy w Camarilli mnie znają. Nie powinniście mieć problemów z odnalezieniem mnie. - Dziękujemy za pomoc- Aitvaras uśmiechnęła się do niego wdzięcznie, a potem Adad zo-stawił ich samych kuśtykając z powrotem w stronę schodów...
Kiedy zapukawszy poprzednio weszli do wielkiego pokoju o wysokich, pustych ścianach ich wzrok od razu skierował się w stronę masywnego, drewnianego biurka, za którym siedział wysoki, bar-czysty mężczyzna. Na oko miał około sześćdziesięciu lat, choć trzymał się jak wypadało na praw-dziwego Członka Rady Pierworodnych bardzo dobrze. Jego szare, bystre oczy spojrzały na nich znad notatek. Attis tymczasem rozglądała się po prawie pustym pokoju, którego okna były szczelnie zasłonięte czarnymi, ciężkimi zasłonami. Było to bardzo ważne, jeżeli ktokolwiek miał ochotę przebywać w kamienicy w czasie dnia. W pokoju stała jeszcze jakaś stara, drewniana komoda. Poza tym na rega-łach ustawionych pod jedną ze ścian poustawiane były starannie stare książki. Attis zapragnęła wiedzieć, co w nich pisze, ponieważ już od dziecka uwielbiała wprost czytać. Rozmyślania dziew-czyny, przerwał jej ojciec. - Bądź pozdrowiony! - Arimanius, wraz z całą resztą swojej rodziny, pokłonił mu się z sza-cunkiem- Wybacz, że przeszkadzamy, ale naszym obowiązkiem było uszanować Tradycję mówiącą o Gościnności. - Rozumiem, że to wy jesteście tymi, którzy przybyli do Wenecji? - Tak.Chcieliśmy tutaj znaleźć schronienie. - Dostaniecie je więc, tak jak otrzymali je wszyscy inni, którzy byli przed wami. Camarilla wita was w swej Domenie- Książe wstał i podał rękę uszczęśliwionemu Arimaniusowi- Witajcie, wśród ludzi Krwi, wśród waszych sióstr i braci, Wampirów...! Co prawda jesteście w zupełnie no-wej i obcej wam Domenie, ale raczej nie powinniście mieć problemów z zaaklimatyzowaniem się- mówił swobodnie Książę, kiedy usiedli w głębokich, starych fotelach ustawionych tuż przy jego biurku- Problemy możecie mieć jedynie ze Społecznością Sabbatu, bowiem nawet tutaj ich wpły-wy są wielkie. Nie pokazujecie się też, o ile to jest możliwe w przedmieściach, nie lubią tam ob-cych. - Dziękujemy za porady- odezwała się swoim dźwięcznym głosem Aitvaras- Chcielibyśmy jeszcze tylko wiedzieć, gdzie możemy tutaj spotkać Klany naszej rasy? - No tak....- Książe spojrzał po ich twarzach- Naszą Świątynią jest stary, opuszczony klasz-tor, niedaleko centrum. Na pewno go znajdziecie, jego wieżę widać ze wszystkich okien kamienic w całym mieście. Tutaj też, do tej kamienicy, najczęściej przychodzą Wampiry, które chcą odpo-cząć, albo gdy nie mają gdzie mieszkać. Co prawda w całym Wilnie mnóstwo jest starych, opusz-czonych domów, ale pełno w nich szczurów i robactwa. Czasami kręcą się tam też niebezpieczni ludzie, a zdecydowanie odradzałbym wam kontaktu z nimi... Gdzie właściwie macie zamiar za-mieszkać? - Musimy się jeszcze rozejrzeć za mieszkaniem. Nie znam na tyle miasta... - Jeżeli mogę wam coś zaproponować, a będziecie mieli wtedy piętnaście minut drogi do klasztoru, wybierzcie mieszkanie z Kasztanowej Alei. Tam są w miarę porządne mieszkania. - To wspaniale!- wykrzyknęła niespodziewanie Attis śmiejąc się radośnie- Będziemy mieli drzewa! Rodzice dziewczyny pobledli. Takie zachowanie, Książe mógł odebrać jako zniewagę swojego autorytetu. Nawet Aryman spojrzał gniewnie na siostrę, która widząc reakcję swoich bliskich obla-ła się rumieńcem i opuściła nisko głowę przepraszając cicho. Tymczasem Książę chwilę siedział na swoim pięknym krześle, o wysokim oparciu, nie bardzo wie-dząc jak ma zareagować, a potem wybuchnął szczerym śmiechem. Aitvaras i Arimanius spojrzeli niepewnie po sobie. Po chwili Książe uspokoił się i spojrzał rozbawiony po przestraszonych twarzach obecnych. - Wspaniały Potomek! Wspaniały...- kiwał z rozbawieniem głową- Dziecino, jeżeli tylko bę-dziesz miała ochotę przyjdź mnie odwiedzić. Często tutaj bywam. Attis podniosła powoli głowę, a potem uśmiechnęła się do niego radośnie. Widząc jednak zmę-czenie na twarzach wszystkich obecnych i rozumiejąc, że tylko z grzeczności wobec niego nie chcą odejść, wstał i wskazał ręką na drzwi. - Nie będę was już dłużej tutaj trzymał. Dzisiaj możecie przespać się jeszcze w kamienicy, co nie znaczy, że nie możecie tutaj zamieszkać. Rano Adad otworzy wam bramę. - Dziękujemy jeszcze raz!- Arimanius ukłonił się nisko Księciu, a potem życząc mu spokoj-nej nocy wyszedł wraz z pozostałą częścią swojej rodziny na ciemny korytarzu. Chwilę stali nie bardzo wiedząc, co mają zrobić, wracać do samochodu i szukać jakiegoś motelu, czy raczej zostać w kamienicy? - Zostaniemy tutaj, dobrze?- ziewnęła Attis przeciągając się leniwie. - Właśnie. Niepotrzebnie wydamy kasę na motel, lepiej zostać- poparł siostrę Aryman. - Dobra. Pójdę do samochodu po nasze rzeczy- zaproponował Arimanius- Wy poszukajcie jakiegoś pokoju.... Kiedy zostali sami w pustym korytarzu rozglądnęli się niepewnie wkoło. Było ciemno, a lampy naftowe dodawały zimnym ścianom i drewnianemu parkietowi jeszcze więcej starości. Pierwsza ruszyła na poszukiwanie jakiegoś pokoju Aitvaras. Otworzyła pierwsze możliwe drzwi i zobaczyła za nimi pełno pudeł poukładanych równo pod ścianami, widocznie składowane były tu jakieś do-kumenty. Za kolejnymi drzwiami ujrzała drewniane krzesła poukładane jedne na drugich. W następnych drzwiach znajdowała się czysta pościel, kołdry, pierzyny, naczynia. Były tu nawet w pełni wyposa-żone łazienki, chociaż w bardzo starym stylu, z zardzewiałymi rurami. Dopiero gdzieś bliżej schodów, po drugiej stronie korytarza znaleźli pokoje, w których mogliby się przespać. Lecz dopiero w piątym, albo szóstym były łóżka. Wszędzie indziej na podłogach poroz-kładane były materace i koce, a obok nich stała ogromna ilość świeczek. Widzieli je wszędzie. Na parapetach, krzesłach, stołach, a nawet na podłodze. Niektóre były jeszcze całkiem dobre, inne znów prawie zupełnie wypalone. - Tutaj są łóżka- odezwała się Aitvaras. Attis podbiegła do niej i wychyliła jej się przez ramię. - Jedno dwuosobowe- mruknęła- Ja nie chcę spać z Arymanem. On chrapie! - No wiesz?- oburzył się jej brat- Tak źle znowu nie jest! Attis pokazała mu figlarnie język, ale Aryman też nie był jej dłużny. Nagle usłyszeli kroki na scho-dach i po chwili na korytarz wszedł Arimanius, mając przewieszoną przez ramię wielką torbę po-dróżną. Odetchnęli z ulgą. - Macie jakieś pokoje? - Właśnie znaleźliśmy dla was- odezwał się Aryman- My z Attis poszukamy sobie innego. - Nie ma sprawy. Tylko nie za daleko od nas. Aryman otworzył następne drzwi, ale tam także były łoża małżeńskie. Tak też było przez następ-ne kilka pokoi, aż wreszcie znaleźli duży pokój, w którym stało siedem, łóżek poustawianych pod ścianami. Także tutaj na parapecie zasłoniętego czarnymi zasłonami okna, stały świece. Aryman wyciągnął zapalniczkę, zapalił kilka z nich i rozejrzał się po łóżkach. Były to łóżka polowe, z czy-stymi kocami i poduszkami poukładanymi w kostkę. Tylko jedno łóżko, tuż przy drzwiach było piętrowe. - Pójdę po nasze rzeczy- zaproponował. Attis była tak zmęczona emocjami mijającego dnia, że usiadła na najbliższym łóżku i zanim się obejrzała zasnęła. Kiedy Aryman wrócił więc do pokoju zastał ku swojemu zaskoczeniu skuloną w kłębek dziewczynę. Z pobłażliwym uśmiechem przykrył ją kocem, a sam przebrawszy się, posta-nowił odprawić bardzo ważny rytuał, nazywany przez ich Klan- Przebudzeniem z werwą. Usiadł pod ścianą i oparłszy się o nią grzbietem, zamknął powoli oczy. Stopniowo wyciszał się. Koncen-trował się na tym, aby chronić to wszystko, co było bliskie jego sercu. Bardzo ważne bowiem w tym rytuale, była koncentracja. Niemalże pół godziny siedział zupełnie nieruchomo w dużym po-koju oświetlonym tylko mdłym światłem świec. Cisza otaczała go zewsząd. Nic nie przerywało jego głębokiego skupienia. Dopiero kiedy płomień świecy, która stała przed nim zachybotał w bezwietrznym powietrzu otworzył powoli oczy i nad płomieniem jednej z zapalonych świec spalił kilka piór ptaka. Następnie szarawy popiół rozsypał wokół łóżka swojej siostry, a potem wokół swojego posłania. Przebudzenie z werwą, było prastarym rytuałem taumaturgicznym, który umoż-liwiał im przebudzenie się w razie grożącego im niebezpieczeństwa. Dopiero wtedy, już uspokojo-ny, choć wymęczony długim rytuałem, położył się spać....
Przespali spokojnie cały dzień. Przez ciemne zasłony do ich pokoi nie przedzierało się żadne światło, dlatego też nic im w kamienicy nie groziło. Dopiero o zachodzie słońca, ze snu wyrwało ich pukanie do drzwi. - Jak się spało?- spytała Aitvaras wkładając głowę do ich pokoju. - Dzień dobry, mamo!- uśmiechnęła się sennie Attis- Już jest noc? - Właśnie zachodzi słońce. Chcemy iść z ojcem do klasztoru. Powoli zaczynamy być głodni. Tam z pewnością będą dawcy. - Ja też się chcę napić!- jęknęła Attis wyskakując spod swojego ciepłego kocu. - To idziemy razem. A ty Aryman, idziesz? - Jasne. Konam z głodu!
Attis przebrała się pośpiesznie, umyła, a potem razem z innymi wyszła na zewnątrz, przed kamie-nicę. Słońce krwistą purpurą zalewało niebo i budynki. Ich auto stało tam, gdzie je wczorajszej nocy zostawili. Nie czekali długo. Adad musiał ich obserwować, bo już niebawem usłyszeli jak kuśtyka w ich stronę z lampą naftową w dłoni. Przywitał się z nimi, a potem zaprowadził ich do bramy, otwie-rając ją, by mogli wyjść. Przez miasto szli powoli i bez pośpiechu, rozglądając się z zainteresowaniem po wąskich uliczkach i wysokich, starych kamienicach. O tej porze naprawdę nie dało się tutaj spotkać żywej duszy... Tak jak wcześniej wspominał im Książę, władający Domeną, w której mieli zamieszkać, nie mieli najmniejszych problemów z odnalezieniem klasztoru. Był to bardzo stary budynek, o niezwykle wysokiej, strzelistej wieży. W podłużnych oknach sterczały jeszcze gdzieniegdzie kolorowe witra-że, cały zaś budynek klasztorny otoczony był wysokim murem porośniętym gęsto bluszczem. tak-że tutaj, do środka prowadziło tylko jedno wejście. Arimanius pchnął z całej siły zardzewiałą furtkę, w wysokiej bramie i wszyscy czworo znaleźli się w bardzo starym parku. Pod nogami zaszurały im kamyczki, po obu stronach dębowej alei, którą szli w stronę klasztoru, rosła bardzo wysoka trawa, pośród rozłożystych starych drzew. Attis do-strzegła wśród falującego morza traw szare, kamienne nagrobki. Była zachwycona tym widokiem. Nie spodziewała się takiego przepięknego miejsca w centrum miasta! - Attis!?- Aryman popatrzył na nią- Masz zamiar tam zostać? Dziewczyna spojrzała na pozostałych. Faktycznie, zamyśliła się! Podbiegła do nich i już razem weszli po betonowych szerokich schodach, na których pod ich nogami szeleściły niezliczone liście z pobliskich drzew... Kiedy Arimanius zacisnął dłoń na żelaznej, zardzewiałej klamce wysokich, potężnych drzwi klasztoru, Attis wstrzymała dech w piersi. Oto miała teraz okazję poznać członków jej nowej Domeny, a także Wampiry z Camarilli... Odsłona II
W ewnątrz klasztoru panował tłok i gwar, jakiego w życiu by się nie spodziewała w takim miejscu. Niemalże wszystkie Wampiry przebywające w tym czasie w klasztorze, były ubrane na czarno. Dlatego ich ubrania w kolorze ciemnego błękitu, przyjęte w ich poprzedniej Domenie, były nieco nie na miejscu, a przede wszystkim bardzo się wyróżniały. Od razu odszukali sobie jakiegoś spokojniejszego miejsca, gdzie mogliby przyjrzeć się w spokoju klasztorowi. Był to ogromnych rozmiarów budynek, o bardzo wysokich ścianach, ozdabianych dziwnymi ma-lowidłami, przedstawiającymi zakapturzone postacie z świecami w dłoniach. Naprzeciwko nich widniał wielki, stary napis w innym znanym tylko nielicznym języku. Attis odczytała go bez pro-blemu. Swego czasu uczyła ją go jej prababcia. ?Potworami jesteśmy, aby Potworami się nie stać...? Poza tym także na każdej z kolumn ustawionych po obu stronach wielkiego podium, na które wchodziło się po ceglanych schodkach widniały napisy, które Attis mówiły niewiele, poza tym, że byli oni założycielami Camarilli, tym samym stanowili oni najbardziej potężnych członków Rodzi-ny. Nie obowiązywały ich żadne porządki, gdyż to oni tworzyli prawa w Camarilli. Adana de Sforza - Mistress Fanchon - Hardestadt - Milkov Petrenkov ? Rafael de Corazon -Josef von Bauren - Camilla Banes Pod ścianami stały drewniane ławy, przyozdabiane szczegółowymi motywami kwiatów i zwierząt. Niektóre z Wampirów klęczały w nich z głowami nisko schylonymi na piersi. Attis taki widok bardzo wzruszył. Rozejrzała się wkoło. Wampiry, które tutaj przebywały, na pierwszy rzut oka zupełnie nie różniły się od zwyczajnych ludzi. Ale kiedy tylko przyjrzała im się bliżej, nie potrafiła nie zauważyć tej dziwnej aury, która ich otaczała. Była ona wyjątkowa, ulotna, ale jednocześnie silna i zdecydowana. Uśmiechnęła się do siebie. Nagle podeszła do nich wysoka, ładna kobieta. Na oko mogła mieć koło trzydziestu pięciu lat. Miała blond włosy związane w kok z tyłu głowy, jasne oczy i bladą ce-rę. Tak jak pozostała część zebranych w klasztorze Wampirów miała na sobie czarne ubrania. - To wy jesteście nowymi z Wenecji? - Zgadza się- skinęła głową Aitvaras- Chcieliśmy zobaczyć klasztor, o którym wspominał nam Książę. - Podoba wam się? - Jest śliczny!- włączyła się do rozmowy Attis. - Ja jeszcze się nawet nie przedstawiłam! Przepraszam. Mam na imię Aczala, w Camarilli pełnię rolę Szeryfa. - Miło nam cię poznać. Na razie nie zapowiada się, że szybko wyjedziemy z Wilna, na pewno się zatem jeszcze nie raz zobaczymy. - Mam nadzieję, że nie będziecie sprawiać kłopotów z naszym prawem i będziecie przestrzegać porządku i Tradycji...? - Ależ oczywiście! ? uśmiechnął się Arimanius. - Jedliście już coś? Może jesteście głodni? - Owszem. Od trzech dni, nic nie piliśmy. - To widzę, że święty czas na coś, co wam pomoże. Chodźcie, pokażę wam coś- Aczala wskazała dłonią na niskie drzwi w wąskim zaułku. Poszli za nią, a kiedy kobieta otworzyła im drzwi znaleźli się w dużej piwnicy, o łukowatym skle-pieniu. Wewnątrz było już znacznie mniej osób niż w klasztorze, pod sufitem płonęły lampy naf-towe, ściany były jak prawie wszędzie puste. Za to widniały na nich najróżniejsze napisy i podpisy tych, którzy tu już byli. - Mogę prosić o chwilę ciszy!- odezwała się Aczala i natychmiast wszyscy, którzy zebrali się w piwnicy umilkli spoglądając na nich z uwagą.- To są nowi mieszkańcy naszej Camarilli. Przybyli do nas aż z Wenecji. Dzięki za uwagę! Aczala uśmiechnęła się do nich uspokajająco, a potem wyszła z piwnicy pozostawiając ich samych na schodkach prowadzących na dół. Attis popatrzyła niepewnie na swojego brata, ale w tej samej jeszcze chwili poczuła lekkie pociągnięcie za jej bluzkę. Popatrzyła w dół i zobaczyła przed sobą wysokiego chłopaka, o blond włosach, krótko ściętych i piwnych oczach. Karnację miał ciemną i silną, wysportowaną budowę ciała. Uśmiechnął się do niej. - Chcesz się czegoś napić? Attis skinęła niepewnie głową i zanim się spostrzegła, chłopak ściągnął ją ze schodów i ciągnąc ją za rękę zaprowadził do małego pomieszczenia, do którego wchodziło się przez piwnicę. - Hej! Poczekaj!- wyrwała mu rękę- Co ty...? - Mówiłaś przecież, że chcesz pić!- spojrzał na nią ze zniecierpliwieniem. - No, ale po co ty mnie tu zabrałeś??? - Nie praktykowaliście tego u was? Dawcy i tak dalej...? - Owszem, co to ma jednak z tym wszystkim do czynienia!?- rozglądnęła się po małym pokoiku, w którym płonęło kilka świeczek poustawianych na regale. Poza tym w pokoju tym nie było w ogóle okien, a jedynym jego wyposażeniem było łóżko polowe. - Jestem Dawcą i właśnie zaproponowałem ci moją krew- odparł nieco zdziwiony jej reakcją. - Jak masz na imię?- popatrzyła na niego lustrując go wzrokiem. - Chcesz krwi czy nie? - Jak masz na imię?- powtórzyła ze spokojem. - Apophis...- odparł w końcu. - No więc, Apophis, dlaczego to robisz? - Dlaczego robię co?- spytał irytując się coraz bardziej. - Dlaczego dajesz nam, Wampirom, krew? Bynajmniej nie staniesz się przez to tak potężny jak my. Nic ci to nie daje. Mroczny Dar otrzymują przecież jedynie nieliczni. - Ale o czym ty w ogóle ze mną rozmawiasz?!- jęknął rozkładając ręce- Chcesz krwi, to bierz, jeżeli nie, poszukam sobie kogoś innego! - Dlaczego się tak denerwujesz?- spojrzała na niego poirytowana- Przecież tylko pytam... - Jeszcze nikt z was mnie nie pytał, dlaczego, po co i na co...! To ty mi przychodzisz i zamiast po prostu brać, to ze mną dyskutujesz!- widać po nim było zdenerwowanie. Ręce mu drżały. - A może...- podeszła do niego i spojrzała mu w oczy- Może ty tak samo jesteś uzależniony od nas, jak my od was? Cofnął się widząc jak jej oczy zachodzą jakąś dziwną, szarawą mgłą, ale potknął się o łóżko i cięż-ko na nim usiadł. Attis usiadła mu na kolanach i musnęła wargami jego szyję. Drgnął, ale nie po-trafił się poruszyć, zupełnie tak jakby ona odebrała mu siłę działania. Po chwili poczuł ból, a po-tem już tylko delikatne ssanie. Z dziwnego odrętwienia obudził się dopiero kilka minut później. Wtedy było jednak już po wszystkim. Dziewczyna o czarnych jak noc włosach, siedziała na łóżku obok niego z głową wtu-loną w podciągnięte pod siebie kolana. Oddychała powoli i równomiernie. Apophis czuł lepką krew spływającą mu po szyi. Wziął chusteczkę i przytrzymał ją sobie przy ra-nie. Uspokoił się już na tyle, by wyjść i zostawić ją w pokoju samą. Tyle razy był już Dawcą, że wiedział, że Wampiry po wypiciu krwi odczuwają coś niesamowitego i nie chcą by im w tym prze-szkadzano. Już miał zamknąć za sobą drzwi, kiedy usłyszał swoje imię. Odwrócił się i spojrzał w rozjarzone oczy dziewczyny, wrócił do pokoju. - Dziękuję...- odparła cicho. - Rzadko kiedy mi ktokolwiek dziękuje za krew. Zazwyczaj już na drugi dzień nie pamiętacie jak w ogóle wyglądam. - Daj spokój...! Nie jesteśmy ludźmi, by zachowywać się jak ludzie. Nie ma powodu, abyśmy się zniżali do waszego poziomu. - Ależ tyś zarozumiała! Attis uniosła na niego swe piękne, głębokie oczy. Patrzyła na niego chwilę, a potem uśmiechnęła się do siebie. - Wszakże właśnie tego szukasz w tym klasztorze i tylko dlatego stałeś się Kitrą. Poszukujesz wol-ności, której ludzie nie mają, nieśmiertelności, wśród tych, którzy mogą ci ją dać i ciemności, która wyzwala dusze... Apophis przełknął głośno ślinę. Skąd ona o tym wiedziała? W końcu widzą się pierwszy raz w życiu! - Aż tak się dziwisz moim słowom?- wstała i powoli podeszła do niego- Wszak to właśnie jest najgłębszym pragnieniem twego serca... To powiedziawszy ominęła zaskoczonego chłopaka i wyszła na zewnątrz do piwnicy. Tutaj nawet mdłe światło lamp naftowych raziło jej oczy. Przymykała je poszukując wzrokiem swojej rodziny. Dopiero w ciemnym kącie, przy stole ze szklanką piwa siedział jej brat. Z ulgą podeszła do niego i usiadła przy nim. - Ach, Attis...- uśmiechnął się do niej sennie. - Ile razy mam ci mówić, że niebezpiecznie jest pić krew, a zaraz potem alkohol?! - Coś ty, siostrzyczko! Jeszcze nie spróbowałaś, nie wiesz, co tracisz! - Daj spokój. Gdzie mama i tato? - Jeszcze nie wrócili. Podoba ci się tu? - Powiedzmy. - W klasztorze mówiłaś, że jest ślicznie. - Ale mają bardzo dziwnych Dawców. - No coś ty!? Mój był w porządku- uśmiechał się do szklanki piwa, popijając łyk za łykiem. - Nie mogłam się z moim po prostu dogadać. - No wiesz, jeżeli ty wpadasz na takie genialne pomysły jak rozmawianie z Kitrą, to sam bym się pewnie też nie dogadał. - Ale powiedz mi, co w tym złego? - Nic... - Więc w czym problem? - Attis! Tłumaczyłem ci to chyba z tydzień wcześniej! Ludzie to nasze owce, owiec się nie kocha, tak samo jak nie kocha się jedzenia. Owszem szanujemy ich, ale bez przesady, to nie znaczy, że masz z każdym z nich rozmawiać. To tylko niepotrzebna strata czasu. W tej samej chwili zobaczyli, jak Apophis wychodzi z pokoju, w którym wcześniej Attis piła jego krew. Rozglądał się badawczo po obecnych, ale ponieważ rodzeństwo siedziało w bardzo ciem-nym i przysłoniętym ludźmi kącie piwnicy nie zauważył ich. Po chwili wyszedł opuszczając klasz-tor. - To on? Attis skinęła potakująco głową, patrząc na podchodzących do nich rodziców. - I jak?- usiedli przy nich. - Mamo, on znowu pije alkohol zaraz po krwi!- jęknęła Attis. - Niech pije, to naprawdę dobrze potęguje energię- machnął na to ręką Arimanius. - Pozornie ? dodała Aitvaras- A poza tym...? - Bardzo fajnie. Będę tu przychodzić częściej- uśmiechnęła się Attis. - Ale nie przesadzaj. Szukaj Dawców na mieście. - Wiem. Nie wolno maksymalnie wykorzystywać owiec. A należy o nie dbać i szanować je. - I tym się kieruj- Aitvaras była zadowolona z wyników nauki ich córki. Jako rodzice bardzo wiele czasu poświęcili na to, by wpajać swoim dzieciom wszystkie elementy Tradycji, aby w przyszłości nie miała najmniejszych chociażby problemów w odnalezieniu się w nowej Domenie. Było to bardzo ważne. Jeżeli bowiem Wampiry zdecydują się już na przepro-wadzkę, albo chociażby na przejazd do innego miasta, w którym zatrzymują się na dłużej, muszą one porozumieć się według Tradycji mówiącej o Gościnności, z Wampirem sprawującym piecze nad danym terenem. W innym przypadku mogliby oni mieć naprawdę mnóstwo problemów ze Społecznością Wampirów. Stanąć przed sądem, albo co gorsza stać się przyczyną Krwawych Ło-wów, czyli Lextalionis... - Jedziemy do nowej firmy ojca, chcecie się zabrać z nami? - Nie dzięki, ja zostaję ?odezwała się Attis- A ty Aryman? Co porabiasz? - Wracam do domu. Mam ochotę rzygać. - A nie mówiłam, że za dużo wypiłeś? - Daj mi spokój, Attis...- machnął na nią ręką. - Idziemy?- Arimanius popatrzył po pozostałych i wszyscy wyszli z piwnicy, wchodząc do niemal-że pustego teraz klasztoru. Attis przystanęła zaskoczona patrząc z zachwytem po wysokich, ceglanych ścianach. Ten widok wypełniał ją jakąś dziwną tęsknotą za czymś, czego określić nie umiała. - Zostajesz tutaj? Dziewczyna kiwnęła potakująco głową nie odrywając wzroku od pięknie wymalowanego sklepie-nia. - W porządku. Pamiętaj, żebyś wróciła do kamienicy przed świtem. Inaczej Adad mógłby cię nie wpuścić. - Nie martwicie się. Dam sobie radę. Kiedy jej rodzice razem z Arymanem wyszli z klasztoru, na zewnątrz panowała już głucha, ciemna noc. Pośród wąskich uliczek snuła się mleczna, wilgotna mgła. Powietrze było zimne i rześkie. Drzewa w parku otaczającym klasztor szumiały leniwie na wietrze. Chwilę stali wdychając świeże powietrze i patrząc w rozgwieżdżone miliardami gwiazd niebo, a potem zeszli po szerokich schodach w aleję kierując się w stronę kamienicy, w której się zatrzyma-li.
Attis siedziała nieruchomo na jednej z drewnianych ław. Nie myślała o wielu rzeczach. Chciała w pełni rozkoszować się tym przepięknym widokiem. Było w tym miejscu coś, co ją urzekało. W Wenecji, miasta, z którego pochodziła nie było żadnego takiego budynku, w którym czułaby się tak wspaniale jak tutaj. Nagle ktoś do niej podszedł. Popatrzyła w twarz wysokiemu chłopakowi o zielonych, wąskich oczach. Miał krzaczaste brwi, rysy twarzy ostre i męskie. Ciemne, krótkie włosy obcięte na pazia. Ubrany był na czarno. Czarną, jedwabną koszulę rozpiętą miał pod szyją, a na ramieniu przerzu-cony miał skórzany, czarny prochowiec. - Jesteś nowa?- spytał głębokim głosem. Attis patrzyła na niego przez chwilę. Było w nim coś dziwnego i ulotnego. Nie potrafiła się skon-centrować na jego słowach, próbując wychwycić to tajemnicze ?coś? czego jeszcze nigdy wcze-śniej u nikogo innego nie odnalazła. Na oko wyglądał jej na trzydzieści lat. - Hej, mała?! Wszystko w porządku? Dziewczyna zamrugała oczami, zupełnie tak jakby się dopiero przebudziła, a potem popatrzyła mu znów w oczy. Były wąskie, o dużych, ogromnych wręcz źrenicach. - T-tak...- odparła cicho- Wszystko w porządku. - Już się wystraszyłem, że coś jest nie tak. - Nie. Nie wszystko gra... - Z jakiej Domeny pochodzisz? - Jestem z Wenecji... - O! To daleką drogę przebyłaś- odezwał się pochylając się wciąż ku niej, był naprawdę wysokim mężczyzną- A z jakiego Klanu jesteś, jeżeli mogę spytać? Attis uśmiechnęła się do niego. - Mój klan to Treemere. - Treemere?- zdziwił się- Jeszcze w życiu nie słyszałem. - Mówią, że jesteśmy spadkobiercami dziedzictwa, które pozostawili po sobie wielcy magowie i czarodzieje...- zaczęła mu spokojnie tłumaczyć- A tak w ogóle, to Klan ten nie jest zbyt dobrze znany, bo trzymamy się jak żaden inny Klan razem, aby wzmocnić naszą moc. - Rozumiem więc, że nie jesteś sama. Spojrzała na niego zaskoczona. Faktycznie, musiał być bardzo bystry. Ona w życiu by nie wywnio-skowała tego tak szybko. Chwilę milczała. - Zgadza się. Przyjechałam razem z moją rodziną, mamy zamiar tu trochę zostać. - Wiesz? Bardzo fajnie mi się z tobą rozmawia, może wybierzemy się do jakiejś knajpy na piwo? W klasztorze jakoś nie bardzo wypada flirtować- wyciągnął przed siebie dużą, opiekuńczą dłoń. Attis popatrzyła na niego, potem na jego dłoń. Zawahała się na chwilę, kiedy jej dłoń zawisła w ułamku sekundy tuż nad jego dłonią, ale potem uniosła na niego swoje ufne, duże oczy i mężczy-zna zamknął na jej dłoni rękę pomagając jej wstać.
Oboje wyszli z klasztoru w milczeniu. Podobnie jak wcześniej rodzina Attis przystanęli na wyso-kich, szerokich schodach świątyni i zaczęli schodzić do alei. Mgła pod wpływem lekkiego wiatru wirowała tajemniczo i zachęcająco pomiędzy wysokimi konarami drzew, raz opadając pomiędzy szare nagrobki, to znowu wznosząc się w niebo. Attis była smukłej, choć silnej budowy. Jak na dziewczynę, była wysoka. Miała ciemne włosy, tak samo jak jej matka, kręciły jej się u dołu, a opadały swobodnie za ramiona, ale nie były tak długie jakby tego chciała. Miała bardzo jasną, niemalże białą cerę i długie palce u rąk. Ale przy nieznajo-mym, wydawała się być małą, bezbronną dziewczynką, znacznie niższą od swojego towarzysza. Szli przez puste miasto, o wąskich ciemnych uliczkach, po których obu stronach ku bezchmurne-mu niebu pięły się wysokie, zdewastowane mury kamienic. Wokół panowała niesamowita wręcz cisza i tylko ich kroki odbijały się echem o ściany starych ruin. Przeszli przez rynek, a potem zatrzymali się w drzwiach starej karczmy. Nad wejściem do środka wisiała brązowa deska z wypisanym na biało napisem: Pod sokołem. Weszli do środka. Widok zaskoczył ją. Było to niewielkich rozmiarów pomieszczenie. Stały tu na pobrudzonym, nie-równym parkiecie drewniane krzesła i stoły, na których leżały powywracane świeczki. U sufitu widniały wielkie belki, na których poprzyczepiane były lampy naftowe. Aby dojść do lady musieli wejść po drewnianych schodach, tam stała też jedyna osoba przebywająca w tym czasie w karcz-mie. Była nią niska, pulchna kobieta, o nalanej, zaczerwienionej twarzy. Oczy miała wypukłe i przekrwione. Ręce duże i pomarszczone mimo swojego wieku. Na oko, miała dla Attis około pięćdziesięciu lat. Popatrzyła na nich nieufnie. Nieznajomy podszedł do niej swobodnie. - Dwa piwa- rzucił, a potem razem z dziewczyną udał się do jakiegoś w miarę czystego stoliku, przy którym usiedli. - Będziemy mogli tu spokojnie porozmawiać?- Attis rozglądała się niepewnie po naprawdę starych zabrudzonych ścianach i suficie. - Pewnie. Często tu przychodzę. Mam nadzieje, że ci się podoba. - Fajnie. Te miasto od samego początku mnie zaskakuje. Niesamowite. - Tak sądzisz? ?westchnął patrząc na gospodynię, która podawała im kufle z piwem- Nie zwraca-łem dotychczas na to uwagi. - Urodziłeś się w Wilnie? - Nie. Tak naprawdę jestem z Londynu. - To co ciebie sprowadza do Wilna? W końcu to kawał drogi...- pytała popijając powoli lodowaty napój. - Wiesz...Hmmm... Właściwie to nawet nie wiem jak masz na imię. Mnie zwą Aeternitas. - Attis, miło mi. - Pewnie wiele wiedzą o tobie ci, którzy znają prawdziwe znaczenie twego imienia- spojrzał na nią badawczo- Tylko nieliczni noszą krew w swym imieniu. - Tak samo jak nieliczni, za imię mają ciemność. - Widzę, że uczono ciebie naszego języka. - Moja prababcia bardzo dbała o to, bym się go nauczyła. - Jestem pewien, że jej nauka nie poszła na marne. Pytałaś jednak, co sprowadza mnie do Wenecji. Attis kiwnęła potakująco głową, patrząc na niego z coraz większym podziwem. - Mam taką pracę. Byłem niejako zmuszony przybyć tutaj. - Opowiesz mi o tym coś więcej? - Wiesz, wolałbym nie. Czasami niewiedza, może uratować życie. - Co masz na myśli? - Właściwie nic takiego- wypił do końca piwo i uśmiechnął się do niej- Może kiedyś ci powiem. - To niesprawiedliwe Aeternitas, w końcu ja ci powiedziałam prawie wszystko, co chciałeś wie-dzieć. - I dziękuję ci za to. Na pewno nie wykorzystam tego przeciwko tobie, ale jeżeli chodzi o mnie, lepiej by było gdybyś nie wiedziała wszystkiego. - Nie rozumiem tych tajemnic. Sądziłam, że Tradycja odwołuje się tylko do tych, którzy nie są Wampirami. - Zgadza się. Ale także między ludźmi jednej krwi są czasami pewne rzeczy, o których nie powinno się nic wiedzieć. - Rozumiem- kiwnęła głową, a potem wstała i bez słowa wyszła z karczmy. - Attis!- krzyknął za nią rzucając pieniądze dla gospodyni na stół - Gdzie ty idziesz!? Dziewczyna szła żwawym krokiem kierując się prosto do kamienicy, gdzie pewnie czekał na nią już jej brat. Po chwili dobiegł do niej mężczyzna. - Co jest? Obraziłem ciebie czymś? Przepraszam, nie chciałem... Nie patrzyła na niego, szła powoli przez ogromny rynek, nie odpowiadając mu. - O co chodzi, mała? Nie chciałem ci sprawić przykrości. Ale Wampir wciąż nie odpowiadał. W końcu Aeternitas zdenerwował się. Chwycił ją za ramię i podniósł jej głowę tak, by móc popatrzeć jej w oczy. Attis przestraszyła się nie na żarty. W jej oczach odmalował się strach. - Zostaw mnie...- jęknęła zduszonym głosem- Boję się ciebie!... Aeternitas westchnął ciężko. Naprawdę był silny. Ramię bardzo ją bolało, a przecież nie trzymał jej z całej siły! Chwilę milczał. Potem odetchnął nierówno i popchnął ją prosto na ławkę, przy której się zatrzymali. Dziewczyna usiadła niepewnie na kamiennej ławeczce i spojrzała na niego masując sobie obolałe ramię. - Nie chciałem ciebie przestraszyć, naprawdę. Ale daj sobie wytłumaczyć, że nie chciałbym ciebie narażać na niebezpieczeństwo. Po co ? - Nie rozumiem, o co ci chodzi- bąknęła- Zrobiło mi się naprawdę głupio. O wszystkim ci powie-działam, a ty? Ty robisz wielkie tajemnice... - Przepraszam ciebie, Attis. Nie chciałem. Jednakże czy ty naprawdę chcesz wiedzieć z jakiego Klanu pochodzę...?- spojrzał na nią niepewnie. - Chciałabym, żeby wszystko było między nami jasne. Bo wiesz, bardzo ciebie polubiłam i nie chciałabym, żeby potem...- zamilkła opuszczając nisko głowę. - W porządku. Mam nadzieję, że nie będziesz miała przez to kłopotów, ale opowiem ci kim na-prawdę jestem. Pochodzę z Klanu Assamitów. Attis zaniemówiła na kilka chwil. Dłonie zadrżały jej, a potem zacisnęła je mocno w pięści trzy-mając je na kolanach. Było to dla niej czymś oczywistym, że Wampiry są łowcami nocy, ale nie sądziła, że tutaj, w Wenecji spotka Assamitę. Był to bowiem Klan największych łowców zwanych zabójcami. Zabijali nie tylko Spokrewnionych, lecz również ludzi. Assamici podążali tam, gdzie trzeba, by dorwać wyznaczony cel, zaś za zapłatę chcą tylko porcję czystej krwi swojego praco-dawcy... - Teraz rozumiem- szepnęła ze ściśniętym gardłem. - Ostrzegałem ciebie. - Po kogo przybyłeś do Wenecji? - Ja naprawdę nie wiem dlaczego ja ci to wszystko mówię!- jęknął zaskoczony- Przecież dopiero się poznaliśmy. Popatrzyła na niego swoimi dużymi oczami i uśmiechnęła się do niego nieśmiało. - Musi ci być ciężko, jeżeli ukrywasz się w Wilnie. - Nie jest tragicznie, da się jakoś wyżyć. - Ale po co ty tu przyjechałeś, Aeternitas? Popatrzył na nią, w te jej niewinne, tak bardzo dziecinne oczy. Od razu wyczuł, że jest w niej coś tajemniczego i pięknego. Dlatego postanowił z nią porozmawiać, ale nie sądził, że cała sprawa przyjmie taki obrót. - Przyjechałem do Wilna po dziewczynę. Ma być Wampirem. Ale jeszcze nie znalazłem odpo-wiedniej. - Czy ty... ? głos jej się załamał, ale dokończyła- Czy ty masz ją zabić? - Nie. Mój pracodawca kazał mi ją przywieźć do Londynu. - I co wtedy się z nią stanie? - Nie wiem. To już nie moja sprawa. - Pracujesz...- znów zawahała się z zadaniem pytania- Pracujesz dla ludzi? - Nigdy w życiu!- oburzył się- Nigdy nie zacząłbym pracować dla człowieka. To by było poniżają-ce, niemalże jak niewolnictwo...
Odsłona III
S iedząc na ławce, nagle zobaczyli grupę na czarno ubranych mężczyzn, którzy wychodzili z pobliskiej, wąskiej uliczki Było ich siedmiu, między nimi zaś dostrzegli wysoką i smukłą postać dziewczyny, ubraną w czarny całun z dużym kapturem nasuniętym na twarz. Szła między nimi z nisko opuszczoną głową, spokojnie, choć niezbyt pewnie. Attis przyglądając się z profilu Aeternitasowi zobaczyła, że tamten wstrzymuje oddech. jego oczy zwężyły się jeszcze bardziej, a ramię leżące dotychczas spokojnie na oparciu ławki teraz zacisnęło się gwałtownie. Znów odwróciła twarz ku nieznajomym postaciom, ale oni utonęli w mroku, który nie był roz-świetlony przez mdłe światło pojedynczych latarni. - Znasz ich...?- szepnęła nie umiejąc ich dostrzec. Aeternitas pokiwał przecząco głową, nie odrywając wzroku od miejsca, w którym znikli niezna-jomi. - Wyczuwam tylko, że nie są ludźmi...- dodał ponuro. - Może to ludzie z Sabbatu? - To mogłoby oznaczać jedynie problemy. Ich aury jednak nie wskazywały na to. - Ja nie odczuwałam ich aur!- jęknęła zaskoczona dziewczyna. - Ma się rozumieć, że wykorzystali Tarcze, by siebie chronić. Za mało masz doświadczenia, Attis. - Możliwe- przytaknęła głową- Ale za to wydaje mi się, że znalazłam fantastycznego nauczyciela. - Tak myślisz?- uśmiechnął się do niej miękko odwracając głowę w jej stronę. Ich oczy spotkały się i długo Aeternitas patrzył w jej głębokie, piękne oczy. Było w nich coś co przyciągało uwagę. Już nie patrzył na to, że były to typowe oczy Wampira. Takie oczy były szara-we o zmroku, o ogromnych źrenicach, ale były one pełne tęsknoty i czegoś ulotnego, czego nie umiał opisać, a bardzo pragnął poznać. Jakiś czuły odruch sprawił, że wyciągnął do jej twarzy dużą, opiekuńczą dłoń i pogłaskał ją czule po policzku. Attis spojrzała na niego spłoszona, a niemal natychmiast zerwała się ze swojego miej-sca stając przed nim. Zaskoczony Aeternitas przeniósł na nią zaskoczone oczy. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego uspokajająco i błyskawicznie pochyliła się ku niemu, pocałowała go w policzek i odbiegła od niego kilka kroków machając mu przyjaźnie ręką. - Dzięki! Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zaprosisz mnie na piwko!- roześmiała się znikając w mroku wąskiej uliczki. Aeternitas uśmiechnął się do siebie i wstał z ławeczki spoglądając w kierunku, w którym wcześniej podążyli nieznajomi. Jego prawa dłoń instynktownie zacisnęła się na ciężkiej, japońskiej katanie zawieszonej u jego boku.
Attis biegła pośpiesznie do kamienicy. Wiedziała, że niebawem wstanie świt. Musiała się spieszyć. W biegu nie zauważyła dziewczyny stojącej przy bramie, wpadła na nią upadając na chodnik. - Mogłabyś trochę uważać!- jęknęła nieznajoma pomagając jej wstać. - Prze... Przepraszam...- jęknęła Attis strzepując sobie z ubrań jesienne liście z tamtego roku. Tutaj najwidoczniej nikt nie miał zamiaru dbać o porządek, było to widać wszędzie. Między inny-mi po zarośniętych trawą chodnikach, dziurach w wąskich, nieoświetlonych uliczkach, albo li-ściach, których było tutaj pełno. Czasami, kiedy wiatr się zmagał w powietrze unosiły się pojedyn-cze strony gazet, które wraz z liśćmi wirowały w powietrzu, a potem opadały znów na ziemię. Niektóre domy były już do tego stopnia zaniedbane, że trawa rosła bujnymi kępami w rynnach. Wiele było też takich kamienic i bloków, gdzie okna szczelnie zabite były deskami, aby nikt jeszcze bardziej ich nie zdemolował... - Ja tylko się spieszę do kamienicy. - Niedługo świt- mruknęła nieznajoma. Attis spojrzała na nią niepewnie. W ciemności nocy orientowała się bardzo dobrze. W końcu była Wampirem. Twarz dziewczyny była jasna. Ale nie tak biała jak jej. Oczy miała niebieskie, o dużych źrenicach, włosy blond, kręcone w pierścionki. Ubrana była na czarno. W skórzaną miniówkę i czarną koszulkę na ramiączkach z czerwonym, krwistym napisem na piersiach DEVIL. - Jestem Attis- uśmiechnęła się do niej kołacząc jednocześnie do drzwi. - Już go wzywałam. Adad powinien już iść. - Jesteś z Camarilli? - Widać, że jesteś tutaj nowa. Attis kiwnęła niepewnie głową. Ta dziewczyna wydawała jej się dziwnie oschła i nieprzyjemna. Patrzyła na nią bardzo podejrzliwie i niechętnie jej odpowiadała. Wtedy obydwie usłyszały kuśtykanie Adada. Popatrzyła w głąb mroku, rozświetlanego przez lam-pę naftową. W jej świetle twarz strażnika wyglądała jeszcze bardziej przerażająco niż zwykle. Attis spojrzała jeszcze raz na dziewczynę. - Jestem nowa. Może zaprzyjaźnimy się? Tamta spojrzała na nią w taki sposób, że Attis miała wrażenie jakby miała ją zaraz uderzyć. - Daj mi spokój!- syknęła i pchnęła żelazną bramę, która ze zgrzytem otworzyła się przytrzymy-wana przez Adada. Dziewczyna jeszcze chwilę patrzyła zaskoczona za nieznajomą. Z myśli wyrwał ją Adad. - Masz zamiar sterczeć tam do rana? Jeżeli tak to daruj, ale ja wracam do siebie! Attis drgnęła gwałtownie na dźwięk jego głosu. Spojrzała na niego i wbiegła na obszerny dziedzi-niec kamienicy. Ich samochód stał już pod drzewem, tak jak wcześniej. Podziękowała serdecznie Adadowi i pobiegła do wysokich, ciężkich drzwi. Na klatce schodowej było jak zawsze brudno. Stare liście zapychały kąty, a idąc w kierunku scho-dów wciąż wdeptywała w jakieś porozrzucane kartki gazet. Patrząc przezornie pod nogi, żeby się nigdzie nie wywrócić spojrzała w pewnej chwili na nagłówek jednej z gazet: Tajemnicza choroba atakuje, zginęło już 13 osób! Przełknęła głośno ślinę widząc, że gazeta ta miała około 100 lat!!! Attis była w szoku. To miasto wydawało jej się z każdą nocą coraz bardziej interesujące. Weszła po betonowych schodach na drugie piętro. Potem zaczynały się drewniane schody, gdyż kiedy na nich stawała skrzypiały groź-nie i ponuro. W końcu doszła do wąskiego korytarza i rozejrzała się niepewnie po drzwiach po-kojów. - Ave Aryman! - Wreszcie wróciłaś, rodzice się już martwili!- mruknął znad książki. - Zaraz do nich pójdę. Wytrzeźwiałeś już? - A jakby inaczej!? Piję nie od dziś. - A szkoda, że nie chcesz z tym skończyć...- mruknęła pod nosem i wyszła do rodziców. Zanim jednak jeszcze weszła do środka usłyszała ich przytłumione głosy i stwierdziła, że lepiej będzie jak zrezygnuje. Zawróciła i stanęła twarzą w twarz z tą dziwną dziewczyną, którą spotkała przy bramie. Nieznajoma popatrzyła na nią niemniej zaskoczona niż ona. - Masz zamiar dzisiaj szaleć przez cały dzień?- mruknęła wymijając ją- Czy dasz pospać normal-nym Wampirom? Attis oszczędziła sobie odpowiedzi i wróciła do ich pokoju. Tam zaczęła się przebierać. Aryman już spał. Wokół jego łóżka rozsypany był świeży popiół z ptasich piór, ale także o jej łóżku nie zapomniał. Uśmiechnęła się z tkliwością do niego, a potem wyszła się umyć. Kiedy wróciła była już szósta rano. Całe szczęście zasłony nie przepuszczały żadnego światła do środka, co sprawiało, że czuli się bezpiecznie....
Pod wieczór, Attis obudził jej brat. Widziała szarawy kolor w jego fiołkowych oczach. Musiał być na głodzie. - Idziesz ze mną do klasztoru?- spytał pochylając się nad nią tak nisko, że poczuła jego gorący od-dech na twarzy. - Jasne. Poczekaj chwilę- zerwała się ze swojego łóżka i zaczęła się pośpiesznie ubierać. Potem oboje zastawiwszy kartkę rodzicom pod drzwiami ich pokoju, wyszli na zewnątrz. Dopiero co zachodziło krwiste słońce, zalewając purpurą miasto i prastare kamienice. Attis stała chwilę wpatrując się w ten przepiękny widok, ale Aryman nie miał cierpliwości, aby wpatrywać się w za-chód słońca. Pociągnął ją za rękę, trzymając ją w nadgarstku. Dziewczyna bez słowa pobiegła za nim. Niebawem już dotarli do klasztoru. Weszli po schodach i Aryman pchnął wielkie drzwi. Wewnątrz nie było jeszcze dużo ludzi. Za-trzymali się na chwilę przed ołtarzem, gdzie zmówili krótką litanię, a potem Aryman wszedł razem z Attis do piwnicy. Wewnątrz natknęli się natomiast niespodziewanie na całkiem sporo ludzi. Rozglądali się po twa-rzach obecnych i wtedy też podszedł do Arymana jakiś chłopak odprowadzając go do pokoju w głębi korytarza prowadzącego pod ziemię. Attis została sama na schodkach. A ponieważ jej jeszcze nie suszyło postanowiła poczekać na brata w piwnicy. Usiadła w ciemnym rogu pomieszczenia i oparłszy się plecami o zimną ścianę zaczęła się bawić swoim medalionem, na którym miała wypisane 15 imion Lillith. Taki medalion służył przede wszystkim ochronie przed matką wszelkich Wampirów, która miała zabijać nawet własne dzieci. - Cześć!- usłyszała nad sobą głos jakiejś dziewczyny. Uniosła na nią oczy i popatrzyła na niską, szczupłą blondynkę. Obok niej stała brunetka, o wy-chudzonej i zmizerniałej twarzy. Obydwie nie wyglądały za dobrze. Nie odezwała się do nich, czując, że nie powinna tego robić. - Może masz ochotę na świeżą krew? - Nie gustuję w narkotykach. - Jak to?! Przecież proponujemy tobie krew- blondynka miała głos niski i chrapliwy. - Kiedy po raz ostatni ćpałyście? - odezwała się spokojnie i bez większego zainteresowania prowa-dząc z nimi rozmowę. To właśnie ten chłód bijący od niej nieco zbił z tropu dwie nieznajome. - Dzisiaj rano. Ej, nie wiesz, że taka krew jest lepsza?! Masz większy odlot!- dodała tamta- Propo-nujemy wam zupełnie nowy rodzaj rozrywki! Spróbuj! Attis spojrzała na nie z taką złością w oczach, że aż cofnęły się przerażone. - Jak śmiecie proponować nam takie świństwo!? Wynieście się stąd, bo pogrążacie się coraz bar-dziej w tym bagnie! Nie dla was jest Mroczny Dar!- syknęła przez zaciśnięte zęby Attis- A teraz zostawcie mnie w spokoju! Dziewczyny popatrzyły po sobie, zaskoczone jej zachowaniem, a potem odeszły, bojąc się ją jesz-cze raz zagadać. Attis siedziała dalej tak jak przedtem i patrzyła na nie ze złością. Nie dosyć, że pogrążały siebie, to jeszcze chciały ich zarazić?! O nie, na to im nie pozwoli... Pod wpływem im-pulsu zerwała się z ławki i stojąc nieruchomo zamknęła oczy. Koncentrowała się na nich, nie zaję-ło jej to dużo czasu... Kiedy otworzyła oczy, ślady ich stóp, niedostrzegalne dla każdego innego Wampira były dla niej widoczne. Świeciły jasnym, zielonkawym kolorem. Uśmiechnęła się pod nosem i chciała już ru-szyć za nimi, kiedy poczuła, że ktoś przytrzymał ją za jej płaszcz. - Masz zamiar je zabić, czy nastraszyć?- dziewczyna o czerwonych, krótkich włosach siedziała tuż obok niej na ławce. - Zależy... Dziewczyna popatrzyła Attis w oczy i zobaczyła w nich radosne wyczekiwanie na nadchodzące łowy. - Będziesz nas łowić, jeżeli ci coś w nas nie będzie pasowało?- dodała niepewnie. - Zobaczę... A potem wyrwała jej się i wyszła z piwnicy bez słowa. Ślady były wyraźne. Nie musiała się spie-szyć. Szła zatem powoli. Dziewczyny wyszły z klasztoru i skierowały się na rynek. Attis czuła z każdą minutą narastające podniecenie. Jej instynkt łowcy, dotychczas uśpiony, nagle odżył w niej ze zdwojoną siłą. Czuła jak ręce jej drżą w bolesnym wyczekiwaniu. Mimowolnie przyspieszyła kroku. Niebawem znalazła się blisko nich. Widziała to, po natężeniu światła z pozostawianych przez nie śladach. Oddech miała przyspieszony, oczy jej lśniły, a źrenice powiększyły się jeszcze bardziej. W końcu usłyszała ich głosy. Rozmawiały spokojne, nie wiedząc co je czeka. Attis odczekała mo-ment, w którym wejdą do jakiego domu, w ciemnej, starej uliczce. Dom ten nie miał dachu, ściany w niektórych miejscach miały wielkie dziury, a okna zabite były deskami. Weszła za nimi do środ-ka i wtedy postanowiła zacząć polowanie. Chciała się zabawić. Tak samo jak kot, który zanim za-bije swoją ofiarę zaspakaja swój instynkt łowczy zabawą. Z początku postanowiła je nastraszyć. Usiadła na zakurzonej ziemi w postawie lotosu i zacisnęła obie dłonie na piersiach. Koncentrowała się na jednym z jej ulubionych rytuałów- Przywołanie Złośliwego Ducha. W jego wyniku w całym domu zerwał się gwałtowny wiatr. Natychmiast też wszystkie pootwierane dotychczas drzwi i okna pozamykały się z łomotem, a wewnątrz domu za-panował niesamowity hałas wywołany przez rozdzierający wrzask ducha. Attis z satysfakcją usły-szała pisk przerażenia dziewczyn. ?Co by teraz jeszcze zrobić...?- pomyślała kucając przy ścianie, by uniknąć jakichkolwiek obrażeń. W domu latały najróżniejsze rzeczy, od połamanych krzeseł do cegieł, które z zawrotną szybko-ścią uderzały o drewniane ściany, a potem znów wznosiły się z ziemi i leciały przez cały pokój. Wiatr był przy tym nieznośny i tak ostry, że zapierał jej dech w piersiach. Tymczasem Attis ze złośliwym uśmiechem na twarzy zastanawiała się w spokoju, co zrobić z dziewczynami. W końcu uznała jednak, że warto by było wypróbować jeden z mniej znanych ry-tuałów, mianowicie rytuał polegający na utworzeniu niewidzialnego, choć w zupełności realnego płomienia. Wyciągnęła w tym celu z kurtki zapalniczkę i wrzuciła ją w stos liści, w kącie pokoju w którym siedziała. Natychmiast buchnął wielki ogień. Attis rozłożyła nad nim otwarte dłonie przymykając oczy. - Mocy drzemiąca w świętych płomieniach odrodzenia i śmierci, przybądźcie na me wezwanie!- szepnęła z mocą w głosie. Na rezultat nie czekała długo. Niebawem liście dopaliły się i ogień zgasł, ale ona czuła wciąż cie-pło otaczające ją ze wszystkich stron. Niewidzialne płomienie przybyły na jej wezwanie. Uśmiech-nęła się, a potem zamachnąwszy się dłonią wskazała na dwie dziewczyny, które obolałe i podrapa-ne wchodziły właśnie do pokoju. Płomienie z zaskakującym świstem i trzaskiem runęły na nie, otoczywszy je zaś, zapaliły ich ubrania i włosy. Wrzask przerażonych do granic wytrzymałości dziewczyn przeszył ciszę nocną. Attis skrzywiła się z niesmakiem. Ten krzyk, mógł przecież popsuć jej całą zabawę. Tymczasem jednak z wielką sa-tysfakcją patrzyła na płonące ciała. Dziewczyny wiły się jęcząc po ziemi, próbując ugasić ogień. Ale coraz to nowe płomienie zapalały im ubrania. W końcu Attis znudziło się bierne przyglądanie się. Wstała z klęczek i popatrzyła po przerażonych twarzach dziewczyn. Wyglądały naprawdę żałośnie. Drżały całe, próbowały się nawet podnieść, ale nie miały na to sił. Ich ubrania były prawie do-szczętnie spalone, ich skóra pokryła się obrzydliwymi pęcherzami i sczerniała. Attis stanęła nad nimi. Już miała unieść nad nie obie dłonie, aby przeprowadzić kolejny rytuał, kiedy przypomniała jej się rozmowa, którą przeprowadziła, tuż przed wyjściem z klasztoru. - Masz zamiar je zabić, czy nastraszyć? - Zależy... - Będziesz nas łowić, jeżeli ci coś w nas nie będzie pasowało? - Zobaczę... Zawahała się na chwilę. Ale jedynie na chwilę, bo jako Wampir nie miała współczucia, ani sumie-nia. Nie była człowiekiem. Nie kierowała się ludzkimi prawami, była wolna od ograniczeń. - Prze... Przestań...- jęknęła jedna z dziewczyn unosząc z trudem głowę ku Attis- Błagam.... Prze-stań... Wampir popatrzył na nie. W jego oczach nie umiały wyczytać żadnych emocji. Były przerażone jej obojętnością i zimną krwią. - Błagam....- szepnęła z trudem- Zaklinam cię na... Nie dokończyła, bo w tym samym jeszcze momencie jej głowa została odcięta od reszty ciała Powietrzną Szablą. Krew trysnęła na pobrudzony, stary parkiet. Druga z dziewczyn krzyknęła przeraźliwie, lecz jej głos już niebawem uwiązł w gardle. Attis uklękła koło niej i uśmiechnęła się do niej ponuro i złowieszczo. - Nie martw się o nią.... Spotkacie się zaraz w piekle... Ledwo wypowiedziała te słowa, a już purpurowa krew oblepiła zwłoki. Głowa dziewczyny potur-lała się na bok. Jej oczy były wielkie z przerażenia. Attis jednak uśmiechała się do niej jakimś dziwnym, dalekim uśmiechem. Potem wstała i znów przywołała Moc Niewidzialnego Płomienia. Cały, drewniany dom w jednej chwili stanął w płomieniach pochłaniając w morzu ognia trupy. Attis wyszła na zewnątrz nie oglądając się za siebie. Lepka krew, którą miała na palcach podnieciła ją. Postanowiła wrócić do piwnicy i zaspokoić swój Głód. Nagle jednak do jej uszu dotarły jakieś kroki. Odwróciła się gwałtownie i popatrzyła prosto w oczy Aeternitasowi! Uśmiechnęła się do niego nieśmiało. On jednak nie oddał jej uśmiechu. Pa-trzył jej ponuro w oczy, przez dłuższą chwilę. - O co chodzi?- jęknęła poirytowana jego zachowaniem, unikając jego wzroku. - Myślałem, że jesteś inna- zaczął swoim melancholijnym, głębokim głosem- Tymczasem nie róż-nisz od innych Wampirów... Popatrzyła na niego zaskoczona, a potem ściągnęła brwi wyrywając mu ramię z objęcia. - A co ty oczekiwałeś?!- syknęła wściekle- Przecież jestem jedną z Klanu Treemere. Myślisz, że nigdy jeszcze nikogo nie zabiłam?! Aeternitas popatrzył za siebie, na dom, który stał cały w płomieniach. Gryzące dymy wznosiły się wielką chmurą ponad dachami centrum Wilna. Na pewno już niebawem ktoś się tutaj pojawi. - Chodźmy stąd-odezwał się do niej i nie czekając na jej reakcję, chwycił ją za nadgarstek i pocią-gnął ją za sobą w jakąś małą, boczną uliczkę. - Hej!- jęknęła biegnąc niemalże za nim- Zostaw! Kiedy wreszcie ją puścił stali na jakimś małym podwórzu otoczonym ze wszystkich stron wysoki-mi, zniszczonymi kamieniczkami. Attis popatrzyła na niego wściekle. - Gdzie ty mnie zaprowadziłeś? - Mieszkam tutaj- odparł idąc w stronę spróchniałych do połowy drzwi, zawieszonych na jednym zawiasie. - Ej! Chyba nie chcesz mnie tutaj zostawić?!- wykrzyknęła za nim- Nie wiem, którędy mam wracać do siebie! - Nie wiem jak ty- odkrzyknął jej Aeternitas- Ale za piętnaście minut wzejdzie słońce, a ja nie mam zbytniej ochoty być wtedy na dworze. Attis spojrzała płochliwie na zegarek. Faktycznie! Jęknęła i biegiem rzuciła się za mężczyzną, który wszedł na brzydką, starą klatkę schodową. Były tutaj obmalowane jakimś graffiti ściany, liście i gazety na podłodze, poza tym jeszcze mnóstwo butelek. - Mieszka tutaj ktoś poza tobą? - Nie...- pokiwał przecząco głową- Ten dom wyznaczony jest do rozbiórki. - I ty tu mieszkasz?!- jęknęła wchodząc za nim po drewnianych, skrzypiących niebezpiecznie schodach. - Lepsze to, niż nic... - A ta kamienica, gdzie mieszka Książe? - Zbyt dużo Wampirów tam się kręci, ja potrzebuję spokoju. Nie chciałbym, aby znało mnie zbyt wiele ludzi. - Ale przecież tam mieszkamy tylko my i trzy dziewczyny. - Zapewne. Jednakże, kiedy tylko w mieście pojawiają się Salubri, wtedy kamienica ta wypełnia się Wampirami. - Sa... Salubri??? Czy oni są niebezpieczni? A może to jakiś Klan Sabbatu? - Nie znasz ich? Dziwne, przecież Treemere znani są z powszechnej nienawiści do tego Klanu. - Pewnie tak, ale ja nie bardzo się dotychczas interesowałam sprawami antypatii moich współkla-nowców, wiesz przecież że dziewczyny nie są faworyzowane w naszym Klanie. Było mi trudno i nieco się wyobcowałam od nich. Dopiero teraz zaczynam normalnie funkcjonować w Treemrere. - To, co miało znaczyć, to, przed chwilą?- spytał wchodząc wciąż jeszcze po drewnianych scho-dach do góry. Attis nie mogła powstrzymać ciężkiego westchnienia. - Nie wiem. Miałam taką wielką, przeogromną ochotę na Łowy. Naprawdę nie wiem, co się ze mną stało! - Obserwowałem ciebie...- mruknął pod nosem- Znasz wiele rytuałów. - W końcu jestem z Treemere- odparła z dumą. - Przydałby mi się ktoś tak obeznany w magii jak ty. - W Łowach?- spytała zaciekawiona, czując jak serce zaczyna jej mocniej bić w piersi. - Zgadza się... W tym momencie stanęli w wąskim pokoju, po którego obu stronach znajdowało się po kilka drzwi. Za niektórymi z nich pokoje nie miały podłóg, albo sufitów, tak, że Attis mogła zobaczyć rozjaśniające się stopniowo niebo. - Chodź- pociągnął ją za rękę, kiedy zbyt długo wpatrywała się w niebo. Attis pobiegła za nim posłusznie. On robił tak wielkie kroki, że nie nadążała za nim i co chwila musiała przyspieszać kroku, ale Aeternitas zupełnie nie zwracał na to uwagi.
Weszli do małego pokoiku, w którym na ziemi leżał jakiś stary materac okryty kocem i śpiworem. W kącie obok niego, leżał wielki plecak podróżny, na jakimś połamanym, drewnianym krześle sta-ła szklanka, pełna czerwonej krwi! Attis mimowolnie jęknęła, czując jakiś dziwny skurcz w dole brzucha i gdyby nie to, że Aeternitas zagrodził jej na chwilę drogę przechodząc w stronę okna rzu-ciłaby się na tą szklankę chcąc wypić jej zawartość. Aeternitas przeciął sobie opuszkę palca wskazującego i naznaczył swoją krwią szybę okna, potem zrobił to samo z drzwiami zawieszając na nich żelazną pieczęć. Attis od razu zrozumiała, że wy-konuje rytuał zwany - Dominium. Chronił ich przed promieniami słonecznymi. W sumie rytuał trwał około dwóch godzin. Kiedy Aeternitas skończył, Attis przypatrywała mu się z zaciekawie-niem. - Myślę, że uda mi się jeszcze dużo od ciebie nauczyć- odezwała się patrząc mu w jego głębokie i przepiękne oczy. - Jeżeli tylko będziesz chciała, nauczę cię wszystkiego co potrafię...
Odsłona IV
K iedy Attis usiadła na materacu Aeternitas odszukał sobie w swoim wielkim plecaku koc i rozłożył go na ziemi. - Jesteś u mnie gościem. Prześpisz się na materacu- stwierdził kładąc się na podłodze. - Dzięki- odpowiedziała idąc za jego przykładem. Niestety długo nie umiała zasnąć. Nie potrafiła się uspokoić po jej pierwszym od siedmiu lat po-lowaniu! Wciąż jeszcze czuła na skórze ich lepką, ciepłą krew. Wciąż jeszcze widziała przed oczami te ogromne, purpurowe kałuże rozlewającej się krwi... Przewróciła się na drugi bok i jej wzrok skrzyżował się ze wzrokiem Aeternitasa. - Czemu nie śpisz...?- spytał cicho. - Nie potrafię... ? szepnęła. - To te Łowy. Prawda?- jego oczy zwężyły się, kiedy ją o to pytał. Kiwnęła niemo głową. Pod wpływem jego przenikliwych i świdrujących oczu, bała się cokolwiek zrobić wbrew jego woli. Czasami odnosiła wrażenie, jakby posiadał nad nią jakąś dziwną moc. Jakby posiadał nad nią... władzę?! Na samą myśl o tym jej nieśmiertelna i dumna dusza wzdrygała się ze wstrętem i starała się z całej siły bronić. - Czuję ich krew....- odezwała się cichutko- Moje płuca wypełnione są tym zapachem... Ja chcę więcej... Chcę widzieć przerażenie w ich oczach... Zamilkła sama przerażona tym, co mówiła. Aeternitas patrzył na nią, choć jego oczy nie zmieniły wyrazu. Jego twarz była chłodna i jakby obojętna. - Jeżeli chcesz... Wezmę cię na Łowy....
Attis obudziła się wieczorem. Mięśnie bolały ją, a wszystkie członki były ospałe i jakby z ołowiu. Czuła się wyczerpana i wewnętrznie pusta. Powoli otwierała oczy. W pokoju, w którym spali ni-kogo poza nią nie było. Mogła się tego spodziewać. Z wielkim trudem wstała. Już miała zamiar wyjść, kiedy jej wzrok zatrzymał się na przepięknej, japońskiej katanie położonej na parapecie okna. Podeszła do niej i palcami przejechała po srebrzy-stym, ostrym ostrzu. ?Ten miecz, już nie raz zasmakował krwi...?- pomyślała odczuwając pod opuszkami palców przy-jemne wibracje. - Podoba ci się?- usłyszała tuż nad swoim uchem czyjś głos. Odwróciła się gwałtownie w stronę Aeternitasa. - Wystraszyłeś mnie!- jęknęła cofając się od niego. - Mała, jesteś bardzo nieostrożna. Już drugi raz udało mi się ciebie zaskoczyć. - Możemy się teraz założyć, że nie uda ci się to już ani razu więcej- uśmiechnęła się do niego za-chęcająco. - Nie ryzykowałbym na twoim miejscu. Jeżeli o mnie chodzi jestem bardzo pewny zwycięstwa. - Chciałbyś...!- szepnęła zawzięcie Attis- Zresztą, możemy się założyć, jeżeli taki pewien jesteś... - Dobra. Więc ja wybieram też nagrodę- podał jej rękę, a potem uśmiechnął się- Jesteś związana ze mną Więzami Krwi. Pamiętasz? - Więzami Krwi...?- szepnęła wstrząśnięta. - Nie przypominasz sobie wczorajszej nocy?- spytał. - Wczoraj...- dotknęła drżącą dłonią czoła- Wczoraj... - Byłaś Głodna... Potrzebowałaś krwi... A ta krew w tej szklance była moja...- pokazał na przewró-coną szklankę obok materaca, na którym spała. Attis oniemiała z przerażenia. Chwilę stała nieruchomo, poruszyła ustami, jakby chciała coś po-wiedzieć, ale nie potrafiła. Złość była w niej tak wielka, że tamowała w niej wszystkie inne odczu-cia. - Ty...!- wrzasnęła wściekle i rzuciła się na niego z pięściami- Ty....! Głos uwiązł jej w gardle, umiała już tylko uderzać na oślep w niego pięściami. Aeternitas pozwalał jej przez ułamek sekundy wyładowywać złość na sobie. Nie był zaskoczony jej reakcją. Więzy krwi były czymś bardzo ważnym w świecie Wampirów. Niewielu z nich chciało być nimi wiązane, gdyż najczęściej polegały one na zależności tego kto pił krew, od tego, kto dawał. Attis również mogła być pewna, że w chwilach wahania zawsze zdecyduje się na to, co będzie chciał Aeternitas. Rytuał ten nazywano w jego Klanie- Zewem Krwi. Tworzył on ograniczoną więź psychiczną między Wampirami...
W końcu pochwycił jej ręce za nadgarstki i przytrzymał je brutalnie. Dziewczyna cała drżała, złoszcząc się na siebie i przeklinając jego w duchu. Opuściła nisko głową, nie chcąc by widział wyraz jej twarzy. - Nie płacz...- szepnął puszczając ją- Sama chciałaś krwi... - Nie chcę tego słuchać...! ? jęknęła- Daj mi spokój... Nie patrzyła na niego, kiedy szybko wybiegła za drzwi. Bez zastanowienia zbiegła po spróchnia-łych schodach na dół. W ciemnościach zapadającej nocy, znalazła się na opuszczonym, zaniedba-nym podwórzu. Nie patrzyła gdzie biegnie. Łzy zasłaniały jej widok. Wciąż jeszcze drżała, nie umiejąc okiełznać swych uczuć. Nagle zderzyła się z kimś. Upadła na ziemię, uderzając się boleśnie w kość ogonową. Niepewnie spojrzała ku górze i jęknęła cicho. - A ty co tu robisz?- spytała ponuro dziewczyna, którą Attis spotkała już kiedyś przed bramą do ich kamienicy. - Ja... Zgubiłam się... ?przyznała po chwili. - I dlatego biegasz po mieście płacząc? Żarty sobie ze mnie robisz, czy jak ja mam to rozumieć?! - Nie!- pokiwała energicznie głową, wstając niezdarnie- Pomożesz mi wrócić do kamienicy? - Martwią się już o ciebie- odezwała się zawracając i idąc w kierunku, w którym tu przyszła- Wasz Klan jest niesamowity. - Jestem z Treemere... - Rozumiem- przytaknęła oschle, niezbyt zainteresowana rozmową z Attis- Następnym razem nie odchodź daleko od kamienicy, inaczej zwrócisz na siebie uwagę. - To tylko dzisiaj jakoś tak wyszło- odparła zmieszana Attis. - Nie wątpię...
Attis usiadła na swoim łóżku zmęczona i wściekła. Nie umiała zapomnieć o przenikliwych oczach Aeternitasa. Nie umiała zapomnieć o rytuale wiążącym ją z nim! - Attis?! Do pokoju weszła jej matka z torbą w ręku. Rzuciła ją w jej kierunku. Dziewczyna pochwyciła ją patrząc niepewnie na nią. - Przeprowadzamy się. Znaleźliśmy z ojcem kamienicę, o której wspominał Książe. - Wspaniale!- wykrzyknęła Attis. - Gdzie się podziewałaś przez ten cały czas? Martwiliśmy się o ciebie. Tato z Arymanem już są w mieszkaniu. - Poznałam bardzo miłego Wampira... Byliśmy razem w knajpie... Potem zastał nas świt, dlatego zostałam u niego na noc. - Pytałaś Księcia już o Potomków?- Aitvaras pomagała jej w pakowaniu. - Nie... Nie myślałam jeszcze o tym! - Miło by było... Arymanowi też się nie spieszy do Potomków. - Chyba się nie dziwisz mamo? - Nie...- pokiwała przecząco głową- Masz rację. Jest wielu Łowców, a od pewnego czasu Sabbat urósł w siłę, ale to nie znaczy, że macie zrezygnować z własnego szczęścia. - Wiem...- kiwnęła potakująco głową- Chciałabym jeszcze jednak poczekać. Wyszły z pokoju zamykając za sobą drzwi. Attis z żalem opuszczała tą wspaniałą kamienicę, ale jako Wampir czuła potrzebę przebywania na swoim. Nie lubiła pasożytować w ten sposób na in-nych Wampirach. Razem z Aitvaras wyszły na zewnątrz i wrzuciwszy torbę do bagażnika wsiadły do samochodu. Adad czekał już na nie przy bramie z kluczami i lampą naftową w dłoni. Kiedy samochód ruszył z dziedzińca Attis popatrzyła po raz ostatni po oknach kamienicy i wtedy zobaczyła w jednym z nich tą dziwną dziewczynę o blond włosach, stała w oknie patrząc za nimi ponuro...
A itvaras zatrzymała się dopiero na jakimś małym parkingu otoczonym ze wszystkich stron niskimi, ciągnącymi się wzdłuż uliczki, garażami. Jeden z nich należał do jej rodziny, ale matka Attis chciała na początku pokazać jej wielką aleję, po której obu stronach pięły się ku górze ogromne kasztanowce. Były one naprawdę imponujących rozmiarów, ich konary rozpościerały się nad wysadzaną kamiennymi płytami dróżką tworząc jednocześnie ogromnych rozmiarów tunel. Attis z zachwytem przypatrywała się też kamienicy, w której mieli zamieszkać. Otoczona ona była wysoką po pas trawą. Nikt, nawet tutaj, w tej przepięknej alei nie dbał o porządek. Kamienica była w miarę dobrym stanie, tak jak wspominał Księże. Miała trzy piętra w pierwszych dwóch klatkach, cztery piętra w dwóch kolejnych klatkach schodowych i pięć pięter w dwóch dalszych klatkach. W niektórych oknach świeciło się światło, ale także tutaj w większości z okien było ciemno. - A gdzie jest nasze mieszkanie?- spytała dotykając dłońmi szyby samochodu. - Mieszkamy na samym końcu, na piątym piętrze- odparła Aitvaras wjeżdżając do garażu. Potem obydwie przeszły się tą wspaniałą, choć budzącą w dziwny i niewytłumaczalny sposób gro-zę, aleją. Attis niezwykle uważnie przypatrywała się ciemnym murom wielkiej kamienicy. Każda klatka schodowa miał takie same, wysokie, dwuczęściowe drzwi. Tak jak wcześniej wspominała Aitvaras weszły do ostatniej klatki schodowej i tam weszły na ostanie piętro. Arimanius i Aryman siedzieli przy drewnianym stole, na krzesłach i popijali piwo. Pod sufitem wisiała lampa naftowa dająca mdłe światło. Ich mieszkanie zajmowało całe wielkie piętro. Ściany były z czerwonych cegieł. Stał tu kamienny kominek, w jednym z pokoi piec ka-flowy, na którym można się było położyć, a poza tym wszystko inne było starannie wyniesione i posprzątane. Tylko w wąskim korytarzu stały różne pudła. - Jak wam się podoba? - Pięknie! - No to zabieramy się za urządzanie....- Arimanius nie wspomniał nic o zniknięciu Attis. Wycho-dził z założenia, że Attis wie co robi. Ufał jej, bo miał do tego też powody. Attis była wyjątkowo skromnym, ale też wyjątkowo dumnym Wampirem.
Całą noc i cały dzień, do późnego wieczora pracowali nad urządzeniem mieszkania. Na początku umyli parkiety, pościągali pajęczyny. Zabrało im to mnóstwo energii i czasu, ale praca nad nowym mieszkaniem sprawiła rodzince dużo radości. Nad ranem dopiero przyjechały nowe meble. - Gdzie chcesz mieć pokój? - Widziałam tam ten mały pokoik... - Myślałem, że weźmiesz ten koło Arymana? Attis pokiwała przecząco głową przecierając spocone czoło wierzchem dłoni. - Wolę ten myły pokój...- dodała. I tak się też stało. Attis urządziła go w typowo japoński sposób. Uwielbiała Japonię. Nie mogła sobie wyobrazić pokoju, w którym na ścianach nie byłoby plakatów z japońskim pismem. Firanki w jej oknach, mimo że prawie czarne przedstawiały kwitnące wiśnie. Meble, które wstawiono do jej pokoju były w stylu raczej starym. Komoda, kilka regałów na których poustawiała książki i kilka maskotek, oraz szafa i biurko. Nie miała prawdziwego łóżka, za to materac ułożony na ziemi i przykryty kapą w słońca i gwiazdy. Oddzielone było ono od reszty pokoju typowo japońską przegrodą, za którą ustawione było biurko. Treemere ogromną wagę przywiązywali do nauki. Jako spadkobiercy magii, tych którzy posługi-wali się ogromnymi mocami Treemere uważali, że powinni pielęgnować w sobie tą moc. Klan, do którego należała Attis był Klanem, o którym chodziły słuchy jakoby prastarzy czarodzieje użyli swoich ponadnaturalnych mocy, aby dzięki nim uzyskać nieśmiertelność Wampirów i ich moc. Jednak więź czarodziejów z krwią z czasem zaczęła się bardzo pogłębiać i czarodzieje ci w ciągu wielu stuleci zaczęli coraz bardziej uzależniać od krwi. Nawet ich rytuały i moc, nie byłyby w sta-nie istnieć w czasach współczesnych Attis, gdyby nie krew. Dlatego też Klan Treemere przyłączył się do Camarilli. Jednakże jako jeden z nielicznych Klanów o tak wysoko rozwiniętej organizacji powstała Rada Siedmiu Starszych, która kontroluje cały Klan Treemere ze swojej siedziby w Wiedniu. Attis była kiedyś w Wiedniu. Widziała tą dostojną Radę i była pod jej wielkim wrażeniem. spotka-nie z nimi miało na jej późniejsze życie wielki wpływ i tylko jeszcze bardziej zjednoczyło ją ono z Klanem...
- Attis? Mogę wejść? Aryman zastał swoją siostrę stojącą przy biurku, na którym paliła się świeca. Dziewczyna trzymała w dłoni amulet, który dostała od Rady Siedmiu Starszych. Podszedł do niej i objąwszy jej talię od tyłu ramionami przytulił, się do niej. - Już skończyliśmy. Nie poznałabyś mieszkania. - Podoba mi się tu... Czy...? Czy czujesz te wibracje w tym pokoju? - Tak. Kiedy pierwszy raz tu wszedłem odniosłem wrażenie, jakby w tym pokoju był ktoś jeszcze. Dlatego też pewnie wybrałaś ten pokój. Prawda siostrzyczko? - Chcę wiedzieć, od czego pochodzi ta moc- odparła z uśmiechem. - Widzę, że jesteś głodna... - Trochę. - Mam iść z tobą do klasztoru? - Nie! Niepotrzebnie ciągałabym ciebie tam. Nudziłoby ci się tylko w piwnicy. - No dobra. Ale nie wracaj za późno. Rodzice chcieliby jeszcze o czymś z nami pogadać, zanim rano wyjadą do pracy. - Dobrze, będę o tym pamiętać...
T ak jak wspominał Książe, do Klasztoru mieli nawet mniej niż piętnaście minut drogi. Attis trafiła tam bez problemu. Weszła po starych schodach i znalazła się w tłumie ubranych na czarno Wampirów. Jednakże ku swojemu zdziwieniu siedzieli oni w większości w drewnianych ławach ustawionych po obu stronach klasztoru. Attis stanęła zaskoczona i trochę zbita z tropu we drzwiach. Stała tam też tak długo dopóki ktoś jej delikatnie nie popchnął na bok i przepraszając wszedł pośpiesznym krokiem do środka. Nagle też zobaczyła Księcia jak razem z dwoma innymi, ubranymi w odświętne ornaty Wampira-mi zasiada na wysokich krzesłach ustawionych na podwyższeniu. Dziewczyna już od samego po-czątku wyczuła, że jest to posiedzenie, nazywane przez wampirczą społeczność- Konklawe. Usia-dła niepewnie w ostatniej ławce i spojrzała na Księcia, który dumnie wyprostowany spoglądał po twarzach zebranych. W klasztorze panowała niezwykła cisza. Wszyscy z nienaganną uwagą patrzyli na Księcia, czeka-jąc na jego przemówienie. Konklawe nie było bowiem zwoływane z byle powodu, zawsze miało bardzo ważny powód, dla którego Wampiry z całego miasta przybywały w jedno miejsce... - Drodzy bracia i siostry Camarilli, bądźcie pozdrowieni. Niech błogosławieństwo Lillith i Kaina będą z wami- odezwał się nagle Książe, jego donośny głos rozniósł się echem po klasztornej kom-nacie- Konklawe, które zostało dziś rozpoczęte niestety nie należy dla mnie do przyjemności, gdyż jego przyczyną jest zapoczątkowanie Lextalionis. W tym momencie przez salę przeleciał szept zgrozy, ale szybko ucichł i znów oczy wszystkich zwróciły się w stronę Księcia. Ten zaś zaczął od nowa. - Niestety, jest nim nasz współklanowca, Aeternitas, który przybył do Wilna z Londynu. Od dzi-siaj, od tej godziny zapoczątkowuję Krwawy Łów. Zgładźcie go, za wszelką cenę...! W tym też momencie wstał i wyszedł do bocznej nawy, gdzie nie docierały już do niego głośne uwagi Wampirów.
Attis siedziała jak skamieniała, z szeroko otwartymi oczami skierowanymi wciąż na to samo miej-sce, gdzie jeszcze przed chwilą siedział najstarszy z Camarilli. Aeternitas....? On...?! Jak to mogło być tylko możliwe...?! Przecież... przecież.... Zerwała się ze swojego miejsca i biegiem mimo sprzeciwu kilku strażników dostała się do Księcia i złapawszy go za jego długi rękaw ozdobnej szaty spojrzała mu z rozpaczą w oczy. - Dlaczego?- jęknęła- Dlaczego?! Książę spojrzał na nią zaskoczony. A kiedy…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil LILLITH
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…