Wróć do katalogu

Blaken

Coś czai się w zakamarkach Blaken... Ktoś przybywa do miasta... Zbliża się pełnia...

yahoo82, opublikowano , 58 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

BLAKEN

Kobieta stanęła i kolejny raz rozejrzała się dookoła. Nic. Ciemność. Ruszyła dalej wsłuchując się w odgłosy nocy, jednak jedynie bzykanie cykad i jej kroki zakłócały ciszę. Kobieta spojrzała w górę. Niebo było czarne jak smoła, chmury przesłaniały wszystko, nawet blady sierp księżyca. Kobieta skupiła się na patrzeniu pod nogi. Kręta ścieżka była ledwie widoczna, a wystające z ziemi korzenie groziły potknięciem. - Tak Saro, świetny to był pomysł, aby skrócić sobie drogę idąc przez las - zwróciła się ironicznie do siebie. Odgarnęła ręką gałęzie i szła dalej. Po chwili stanęła. Słuchała. Cisza. Nawet cykady zamilkły. I wtedy to poczuła. Coś, jakby lodowate dotknięcie czyjegoś wzroku. Odwróciła się. Pusto. Usłyszała skrzypnięcie gałęzi. I znowu. Coś dużego szybko przedzierało się przez zarośla z lewej strony. Sara rzuciła się do panicznej ucieczki. Strach dodał jej sił. Potykając się, nie zwracając uwagi na raniące twarz gałęzie pędziła przed siebie, byle dalej od trzasku łamanych krzaków. Kobiecie zdawało się, że czuje na swym karku gorący oddech. Oddech czegoś, co nie miało prawa istnieć. Sara zahaczyła lewą nogą o korzeń i padła na ziemię. Błyskawicznie wstała i spojrzała za siebie. Cisza. Odgłos pościgu zniknął. Gdzieś odezwała się cykada. Później druga. Sara odwróciła się. Zdążyła jeszcze ujrzeć zarys ciemnej sylwetki przed sobą i błysk żółtych ślepi. Potem silne ramiona schwyciły ją. Poczuła śmierdzący oddech na swej szyi. Ostre jak sztylety kły rozerwały jej krtań. Krew trysnęła z poszarpanej tętnicy. Napastnik nie pozwolił spłynąć jej na ziemię. Przyssał się do ofiary przełykając z mlaskiem kolejne porcje krwi wypływające w rytm uderzeń słabnącego serca. Ręce Sary drżały konwulsyjnie, a oczy zaszły już mgłą. * * * * Ore wszedł do karczmy. Było jeszcze wcześnie, jednak kilka osób siedziało już w środku. Ore skierował swe kroki w kierunku grupki podobnych sobie obdartusów stojących w kącie sali na lewo od szynkwasu. Kilka opróżnionych butelek najtańszego wina tłumaczyło ich rozbiegane spojrzenia. - O, witaj nam Ore - zakrzyknęli chórem, rzucając mu butelkę. Nie czekając przystawił szyjkę do ust i wlał w siebie niemal cała zawartość. Już po chwili jego tubalny śmiech dołączył do głosów pozostałych. Cała grupka liczyła siedem osób. Wszyscy bez pracy i obowiązków. Pozostawało im jedynie szukać jakiejś roboty, by móc zarobione na boku pieniądze wydawać na tanie dziwki i jeszcze tańsze wino. - .. wystarczy odwrócić taboret do góry nogami ! - zakończył dowcip Gorlet, niski grubas z długą brodą. Po raz kolejny ich śmiech wypełnił karczmę. Ore siedzący twarzą do środka sali lustrował mętnym wzrokiem znajdujące się tam osoby. Jakiś mężczyzna jadł jajecznicę, młoda parka ściskała się w przeciwległym kącie. Kilku lepiej odzianych facetów grało przy największym stoliku w kości. Wokół nich kręciły się kobiety, których krótkie spódniczki nie zostawiały wielu domysłów co do ich profesji. Kobiety te siadały głównie przy wygrywających. Ore znał ich wszystkich przynajmniej z widzenia. Większość była tu stałymi bywalcami. Prawie wszyscy. W rogu sali siedziało dwóch obcych. A Ore nie lubił obcych. Obaj byli młodzi, chyba przed trzydziestką. Pierwszy z rudymi, sięgającymi ramion włosami i krótką brodą. Drugi, siedzący w cieniu, miał czarne , czesane z przedziałkiem włosy. Niesforne kosmyki opadały na oczy skrywając je. Ore szturnął Gorleta i wskazał mu obcych. Uśmiechnął się szeroko i wydobył zza paska długi nóż. Chwiejnym krokiem skierował się w stronę ich stołu. Barman udawał, że nic nie widzi. Wiedział, że nie warto się mieszać w takie sprawy. Ore patrzył na ciemnowłosego. Coś dziwnego było w jego twarzy. Blada cera, wąskie usta. Oczy wciąż skryte w cieniu. Ore stanął przed stolikiem i z trzaskiem wbił nóż w drewno. Żaden z nieznajomych nie zareagował. Ore zdenerwował się jeszcze bardziej. Chciał wywołać bójkę, a oni nic. Jego pijany umysł nie potrafił tego zrozumieć. Już miał otworzyć usta, by rzucić jakąś obelgę, gdy czarnowłosy podniósł głowę i spojrzał mu w oczy. Ore zbladł pod tym spojrzeniem i wytrzeźwiał momentalnie. Trzęsąc się zrobił trzy kroki w tył, odwrócił się i wybiegł z karczmy potrącając stojących za nim kompanów. Nie zabrał nawet noża. Nie lubił obcych. Ale lubił życie. A spojrzenie obcego było spojrzeniem śmierci. * * * * - Cholera! Cholera! - krzyczał Arito Cornell, naczelnik straży miejskiej w Blaken, chodząc tam i z powrotem wzdłuż stołu. Zdający raport służbista patrzył na wypolerowane czubki swych butów. - Gdzie go znaleziono? - Arito zwrócił się do swego podwładnego. - Ją, sir - odparł służbista Emil. - Co? - Ją, sir. Bo to było ciało kobiety. - Trup to trup - sprostował Arito.- Takie same kłopoty, czy to baba czy chłop. Do rzeczy. Służbista nabrał powietrza. - Ciało leżało w lesie. Najwidoczniej chciała skrócić sobie drogę do domu. - Ktoś ją znał? - Tak, pracowała w karczmie. Nazywała się Sara.. - Ktoś poinformował rodzinę? - Tak. Arito zatrzymał się. - Co im powiedzieliście? - Że zrobiło to dzikie zwierzę, najprawdopodobniej wilk. - A jak było naprawdę? - Naczelnik straży znowu spacerował wzdłuż stołu. - Nie wiemy. Emil zastanawiał się, ile jeszcze czasu minie nim jego przełożony wydepcze ścieżkę w posadzce. - Znowu? - No, nie wiem... - Tak lub nie. - Tak. Naczelnik straży głośno wciągnął i wypuścił powietrze. - Tak samo jak wtedy? Rozerwane gardło, praktycznie brak śladów krwi? Emil kiwnął głową. - To już siódma ofiara w ciągu miesiąca. Ciekawe jak ja to powiem Elronowi. Arito zatrzymał się przed oknem. Wyjrzał na zewnątrz, przygryzając wargi. Po chwili odwrócił się w stronę służbisty. - Powiedz mi, Emilu - rzekł. - Co lub kto według ciebie rozrywa ludziom gardła i wypija ich krew? - No nie wiem... znaczy, ci co wiedzą o tej sprawie mówią, że to.. że to wampir. * * * * - Co?- burmistrz Elron był wyraźnie zirytowany.- W moim mieście w ciągu miesiąca siedem osób zginęło w ten sam sposób, a wy nie mogąc znaleźć sprawcy wymyślacie mi jakieś wampiry?! Tym razem to Arito spuścił głowę patrząc na własne buty. - Powiedz mi, Arito, czy według ciebie tutaj w Blaken mogą być wampiry? Skąd się niby wzięły? Przyleciały z babim latem? W tych okolicach nie było nadprzyrodzonych istot od prawie stu lat. - A ta plaga szczurołaków dwa lata temu? Burmistrz zastanowił się. Rzeczywiście, dwa lata temu trzy liczące po ponad dziesięć sztuk stada dokonały nie lada spustoszeń. Ich ofiarą padała najczęściej trzoda chlewna, ale zdarzały się też ataki na ludzi. - To były szczury - rzekł Elron - wielkie jak pies, cholernie inteligentne, ale jednak szczury. Nie jakieś tam wampiry. - Ale ofiary...- zaczął Arito. - Tak, wiem - przerwał mu burmistrz .- Ofiary miały poprzegryzane gardła i wypitą krew. I gdyby nie to, że świątynia Akette ochrania nas przed Istotami Zła, to uwierzyłbym, że to wampir. - Nikt nigdy nie udowodnił, że kapłani Akette mają naprawdę moc odganiania potworów. Wielu twierdzi, że... - Niech sobie twierdzą, co chcą!- po raz kolejny przerwał Elron.- Ja wiem jedno: od ponad wieku kasa miasta płaci świątyni za ochronę, jak większość miast w Ledonii. Miejmy więc nadzieję, że słusznie wydajemy pieniądze. Nikt nie chce skandalu. Elron zamyślił się, wstał i otworzył stojącą w pokoju szafkę. Wyjął ze środka dwa kubki z grubego szkła i oplataną słomą karafkę. Nalał win do szklanek i podał jedną Aritowi. \Nie wolno mi pić na służbie - rzekł szef straży. - Teraz możesz - burmistrz wypił porcję wina.-Powiedz mi, Arito, co zrobiono z ciałem? - Pochowano szybko, aby nie wzbudzić podejrzeń. - Dobrze - Elron pokiwał głową - nie chcemy plotek. Jeśli w mieście wybuchnie panika moje stanowisko będzie zachwiane. Naczelnik straży skinął głową. - Zwiększcie liczebność patroli. Sprawdzajcie wszystkie zaułki i ciemne uliczki. Nie chcę więcej ofiar. - Tak jest. Arito zasalutował i ruszył w kierunku drzwi. - Arito!- burmistrz zawołał go. Naczelnik straży stanął i odwrócił się. - Ufam ci - rzekł Elron. * * * *

Arito rozsiadł się wygodnie w fotelu w swojej kwaterze. Wydał przed chwilą nowe rozkazy podkomendnym i teraz potrzebował chwili relaksu. Nie miał ochoty zastanawiać się nad dziwnymi zdarzeniami w mieście. Oparł nogi o biurko, włożył ręce pod głowę i zamknął oczy. Wsłuchiwał się w odgłosy z rynku wpadające przez półotwarte okno. Walenie do drzwi wyrwało go ze stanu błogiego relaksu. Niechętnie zdjął nogi z biurka i usiadł prosto w fotelu. - Wejść! - Ton jego głosu był daleki od miłego. Halabardnik z szyszakiem na głowie i w czarnej tunice straży miejskiej narzuconej na pikowaną koszulę zasalutował przed biurkiem. - O co chodzi, Otton? -Arito nie wysilił się na zmianę tonu. - Jakichś dwóch ludzi, sir. Mówią, że to pilne. Naczelnik straży nie miał ochoty na rozmowy. Rozmowy oznaczały nową pracę, a tej było pod dostatkiem. - Nie da się ich spławić? - Nie, sir. Arito odetchnął głośno. - Wprowadź ich - rzekł. Halabardnik wyszedł i wrócił po chwili z dwójką ludzi. Pierwszy był niski, lecz dobrze zbudowany. Długie rude włosy i takiego samego koloru kozia bródka. Drugi wysoki mimo ciepłego dnia okryty długim płaszczem. Czarne włosy sięgały trochę poniżej uszu, niesforne kosmyki opadały na twarz. - Myślę, że ta rozmowa nie powinna odbywać się przy świadkach - rudowłosy spojrzał na halabardnika. Arito zastanowił się. Obcy byli bez broni. Naczelnik straży poprawił pas z mieczem i skiną na halabardnika. Gdy drzwi zamknęły się za wychodzącym rudowłosy podszedł do biurka. - Nazywam się Malden, mój przyjaciel to Bishnar. Ale do rzeczy. Macie w mieście problem. Arito utkwił wzrok w szarych oczach mówiącego - Każde miasto miewa problemy-rzekł. - Jednak nie każde ma takie jak Blaken.- Nieznajomy zwany Maldenem nie spuszczał wzroku. Arito wstał: podszedł do okna. - Nie w każdym mieście grasują wampiry - ciemnowłosy Bishnar odezwał się po raz pierwszy. Jego głos był cichy i lekko zachrypnięty. Naczelnik straży odwrócił się i już miał zamiar wyzwać obcych od głupców, kłamców i kretynów, gdy ujrzał oczy Bishnera, skamieniał. Nie wiedział dokładnie w czym rzecz. Te oczy były dziwne. Czarne, jakby źrenice okrywały tęczówkę. Białka zaś wściekle białe ,niemal fosforyzujące. Ich hipnotyzująca moc przerażała. Zniewalała umysł i ciało. Arito nie potrafił nie patrzeć w nie. One były wszystkim, pokojem ,budynkiem, całym światem. Naczelnik straży z trudem oderwał od nich wzrok. - A jeśli mamy taki problem, to co?- spytał Maldena. - To może będziemy mogli coś poradzić. - Oczywiście odpłatnie? -bardziej stwierdził niż zapytał Arito. - Oczywiście. - Ile? - Sto terów. - Srebrnych?. - Oczywiście, że złotych. Arito zaczerwienił się z gniewu. - Co wy sobie wyobrażacie! Przychodzicie nie wiadomo skąd i wykrzykujecie jakieś brednie! Blaken nie ma problemów! Do sali zbiegło dwóch halabardników zaalarmowanych krzykami. Arito wskazał im ręką obcych. - Wyprowa... – urwał napotykając spojrzenie Bishnara. - Sami wyjdziemy – rzekł ciemnowłosy. – Gdybyście zmienili zdanie co do problemów miasta, to znajdziecie nas w „Złotej Gospodzie”. * * * * Ren nie lubił wieczornych patroli. Cieszył się, że tej nocy jest z Melakiem. Poprawił pas spinający czarną tunikę straży miejskiej. Szli teraz jedną z ciemnych uliczek Blaken. Melak nerwowo pukał nabijaną ćwiekami pałką o dłoń. - Orientujesz się dlaczego Arito zwiększył liczbę patroli?- spytał Ren.- Czy to chodzi o tamtą zamordowaną kobietę? Melak wzruszył ramionami. - Nie wiem. Chyba tak. - A wierzysz, że... - Nie. Wampiry nie istnieją. * * * * Bishnar otworzył kolejną butelkę wina. Powoli wlewał trunek do gardła. - Mal, dlaczego chciałeś aż sto terów?- spytał. Rudowłosy wzruszył ramionami. - Nie spodobał mi się ton jego głosu na początku rozmowy. Bishnar zaśmiał się. - Przecierz wiesz, że zrobiłbym to za darmo – rzekł po chwili. - Ja też – odparł Malden.- Ale po pierwsze pieniądze nam się przydadzą, a miasto wcale nie zbiednieje, a po drugie; teraz nie ma nic za darmo, więc moglibyśmy wzbudzić podejrzenia. Ciemnowłosy zaśmiał się i łyknął wina. - Bish, musisz tyle pić?- Spytał Malden. Bishnar spojrzał mu prosto w oczy i uśmiechnął się smutno. Ostre jak sztylety zęby upiornie błysnęły bielą. - Wolałbyś, abym pił to, na co naprawdę mam ochotę? * * * * Ore chwiejnym krokiem szedł w kierunku domu. Tak mu się przynajmniej zdawało, mimo iż już od godziny kluczył po zaułkach Blaken nie mogąc znaleźć właściwej drogi. Wypity alkohol robił swoje. Nagle usłyszał za sobą ciche westchnięcie. Odwrócił się. Upiorne oczy wpatrywały się w niego znad błyszczącej bielą kłów paszczy. Pazurzasta łapa wzniosła się do ciosu... * * * * Melak usłyszał wrzask. Dobiegał zza rogu. Wymienili z Renem spojrzenia i ruszyli w tamtą stronę. Czekał ich straszliwy widok. Nad leżącym człowiekiem pochylał się obgniły stwór chłepcząc głośno krew tryskająca z rany. Melak odrzucił pałkę i z mieczem w dłoni rzucił się na potwora. Ten błyskawicznie zerwał się z ziemi, zrobił unik przed opadającym ostrzem i uderzył. Melak odleciał w tył i z impentem walnął w ścianę budynku. Tylko koszulka kolcza i gruby pikowaniec uratowały go przed wypatroszeniem. Ren zamachnął się halabardą. Ramię stwora z mlaśnięciem upadło na ziemię rozbryzgując wokół żółto-brązową posokę. Potwór z sapnięciem odwrócił się i uciekł. Ren stał dygocząc ze strachu. Wydawało mu się, że bicie jego serca słychać w całym mieście. Oparł się o drzewce halabardy i oddychał głęboko próbując się uspokoić. Dobiegające z tyłu jęki wróciły mu świadomość. - C... co to ku... k... kurwa by... ło? – wyjąkał Melak sprawdzając rękoma bok. Przynajmniej dwa żebra miał złamane. - Ren? Co ci? - Nic – halabardnik tylko wciągnął głeboko powietrze. – Podobno wampiry nie istnieją. Szkliste oczy leżącego na ziemi trupa wpatrywały się w nich pusto. Rozszarpane gardło ziało czerwinią jak szeroko otwarte, bezzębne usta. * * * * - Proszę za mną – Arito wskazał Elronowi schody prowadzące w dół. - Mam nadzieję, że się mylisz – burmistrz westchnął głęboko. Płomień pochodni oświetlał drogę do piwnicy. Stanęli przed drzwiami. Arito zapukał i po chwili otworzył mu mężczyzna w czarnej tunice. - Emil, przynieś jakieś wino. Służbista z westchnieniem ulgi opóścił pomieszczenie. Arito wprowadził Elrona i szybkim krokiem podszedł do stojącego w centrum stołu. Wziął od jednego ze strażników pochodnię, przywołał gestem burmistrza i pochylił się nad leżącym na stole przedmiotem. Elron również się pochylił. I zbladł. - C... co to jest? – Wyjąkał. - Fragment czegoś, przed czym tak wspaniale ochrania nas świątynia Akette – ton głosu Arita daleki był od grzecznego – fragment czegoś, co jakoby nie istnieje. Elron dokładniej obejrzał ten fragment. Ręka, lub raczej łapa ucięta była tuż przed łokciem. Blada, pomarszczona skóra wyglądała tak, jakby zaraz miała odpadać płatami. Najdziwniejsze były jednak paznokcie. Nienaturalnie długie, zgrubiałe o nierównym , ostrym zakończeniu. Pod paznokciami był brud. I krew. Łapa śmierdziała. - Kurwa – tylko na ten niezbyt wyszukany komentarz zdobyły się spierzchnięte usta burmistrza Elrona. - Raczej skurwiel – poprawił Arito – to męska ręka. Elron spojrzał na niego. - Jeżeli gdzieś w mieście spotkasz mężczyznę z taką ręką, to zetnij mu głowę, przebij kołkiem i zrób co tam jeszcze się robii z wampirami, czy innym plugastwem. - Przecież nie wierzył pan w wampiry... - Na uwierzenie nigdy nie jest za późno – ton głosu burmistrza daleki był od grzecznego. * * * *

Bishnar otworzył oko. Po chwili drugie. Przeciągnął się, wstał z łóżka i podszedł dio drzwi, budząc po drodze leżącego na sąsiedniej pryczy Maldena. - O co chodzi? – Mal najwyraźniej wolałby jeszcze pospać. Kroki, a później pukanie do drzwi. - Wybacz, panie czuły słuch – wojownik uśmiechnął się krzywo i poszedł otworzyć. W drzwiach stanęła młoda dziewczyna w fartuchu, trzymając tackę z pękatą karafką i dwoma szklankami z ciemnego szkła. Uśmiechnęła się nieśmiało. - Miałam to panom przynieść. Malden położył tackę na stoliku. Dziewczyna skłoniła się lekko i wyszła. - Zamawiałeś wino? – Mal zwrócił się do przyjaciela, który zębami oderwał korek od butelki. - Porton Sene – Bish rozlał trunek do szklanek. – Mój ulubiony rocznik. Jednym haustem opróżnił kubek delektując się smakiem. Mal wziął swoje wino, podszedł do tacki i podniósł serwetkę. Tak jak się spodziewał, pod spodem był list. Bishnar podniósł szklankę w niemym toaście i uśmiechnął się z zaciśniętymi ustami. - Mamy robotę? – spytał. Malden przeczytał szybko liścik i schował go do kieszeni. - Naczelnik straży miejskiej w Blaken, Arito Cornell zaprasza nas do siebie w celu przedyskutowania naszej oferty. Bishnar podszedł do swojego łóżka i podniósł z niego dwa pasy z doczepionymi do nich pochwami. W każdej z nich tkwiła szabla. Wyjął jedną i zważył w dłoni. Lekka, idealnie wyważona głownia, zagięta, z zewnętrznym piórem. Zdobiona, osłonięta rękojeść obłożona rekinią skórą. Bish obejrzał ostrze. Mimo wielokrotnego użycia nie było tam rzadnych szczerb. Najtwardsza stal, której obróbka znana była tylko mieszkańcom dalekiego wschodu. Za te dwie szable mógłby kupić sobie wioskę. Chwycił serwetkę i podrzcił ją do góry. Dwa błyski zlały się w jeden. Cztery części serwetki opadły na podłogę. - Wiesz, Mal, będziemy mieli zajęcie. * * * *

Schody były nierówne i śliskie. Ściany w miejscach oddalonych od pochodni obrośnięte były zielonymi porostami. Cuchnęło stęchlizną i dymem. Ren prowadził do piwnicy dwóch mężczyzn. Nie był pewien, w jaki sposób mieli oni pomóc, jednak Arito liczył na nich. Ren przyjrzał się im uważnie. Było w nich coś, co budziło strach. Dziwna siła i pewność siębie. Nie był pewien, kogo wolałby mieć po przeciwnej stronie miecza – potwora z wczoraj, czy któregoś z nich. Byli dziwni. Szególnie ten czarny, wysoki. Strażnik nie zgadywał nawet koloru jego oczu, wciąż ukrytych w cieniu. Stanęli przed drzwiami. - To tutaj – Ren zapukał. Po chwili otworzył Arito. Spojrzał na przybyłych. - Wejdźcie. – Mel i Bishnar wkroczyli do komnaty. - Ren – Arito krzyknął za odchodzącym strażnikiem - ty też zostań. Bish od razu podszedł do stolika stojącego w centrum pomieszczenia i podniósł leżącą tam łapę. Przyjrzał jej się uważnie, obwąchał. Arito zauważył, że wojownik nie zbliżył się do pochodni. Oglądał w cieniu, jednak półmrok zdawał się mu nie przeszkadzać. - Ładne ciecie – stwierdził Bish – halabarda? Ren skinął głową. - Wiesz, co to jest? – Arito wskazał łapę. - Kawałek skażonego. - Kogo? Bishnar wzrószył ramionami. - Nazwij to jak chcesz: zombi, umarlak, ożywieniec, ale skażony pasuje najbardziej. - Wampir? – Spytał Ren. Bish pokręcił głową. Arito wskazał ręką stolik. Usiedli, a naczelnik straży postawił przed nimi antałek i podał kubki. - Zacznij od początku – zwrócił się do Bishnara. Ciemnowłosy napełnił swój kubek piwem. Skosztował. Piwo było gorzkie i zimne. Takie lubił. - Może zacznę od wampirów – głos Bishnara byłcichy, hipnotyzujący. – Nie będę rozdrabniał się nad poszczególnymi gatunkami i podgatunkami. Ogólnie rzecz biorąc, wampiry dzielimy na zwykłe i Animatorów, zwanych też Wampirami Wyższymi lub Lordami. Każdy odpowiednio silny i inteligentny wampir ma szansę awansować wyżej, stać się Nadwampirem – Animatorem. - Czym się różni wampir i ten animator? – Ren nie mógł powstrzymać ciekawości. - Animator to wampir, który poza większą siłą i magicznymi zdolnościami jest w stanie tworzyć i kierować swoimi sługami – skażonymi. Ugryzienie zwykłego wampira jest jak ukąszenie każdego innego drapieżnika. Jedynie rana nie chce się dobrze zagoić i krew dłużej krzepnie. - A ofiara zamienia się w wampira? – Wyrwał się Arito. Spojrzenie Bishnara zmroziło krew w żyłach naczelnika straży. - Proszę się zastanowić – głos czarnowłosego wibrował w pomieszczeniu – co by było, gdyby każde ugryzienie wampira powodowało transformację? Jak wiele czasu było by potrzebne, aby na ziemi nie pozostał ani jeden nie zmieniony człowiek? Arito zaczerwienił się. - Kontynuując – dalej mówił Bish – zwykły wampir musi pożywić się bezpośrednio z ciała ofiary. Animatorowi starczą siły witalne wyssane przez skażonego. - Między Animatorem, a skażonym istnieje więź – dodał Malden. – Ofiara Wampira Lorda może stać się jego marionetką, bez życia i własnej woli, kierowaną myślami i siłą umysłu swego pana. - I w ten sposób Wampir Wyższy nie musi opuszczać swego legowiska, aby się pożywić. Korzysta ze skażonych. - Oczywiście nie odmawia sobie przyjemności possania od czasu do czasu jakiegoś gardełka – wtrącił z uśmiechem Malden – chociaż większość czasu spędza na medytacji, letargu. Dla nas, ludzi , coś takiego może wydawać się stratą czasu, pamiętajmy jednak o tym, że wampiry żyją setki, a nawet tysiące lat. Zapadła cisza, przerywana odgłosem pipijanego piwa. - Jak zabić to draństwo? – spytał wreszcie Arito. - Na skażonego starczy srebro, lub odcięcie głowy. Wampira zwykłego dla pewności lepiej jeszcze spalić. - A Wampir Wyższy? - Potnij na kawałki, spal i módl się, aby wystarczyło. - Słońce? - Kwestia gatunku. Jednym nie uczyni krzywdy, innych porazi, może nawet oślepi. Są też gatunki dla których światło słoneczne jest zabójcze. Porawda jest taka, że wampiry nie przepadają za dniem. To księżyc daje im moc. Dlatego jedynie wtedy skażeni mogą funkcjonować. - A czosnek? – Spytał Ren. - To jest tak, jakbyś się sam przyprawił. Znowu zapadła cisza. - Reasumując – zaczął Arito – wystarczy dobre cięcie, srebro, lub ogień? - I coś jeszcze – wtrącił Malden – szczęście i nieludzka szybkość. Szef straży miejskiej zrobił zdziwioną minę. - Próbował pan kiedyś trafić strzałę w locie? – Spytał Bish. Arito zaprzeczył. - Wampir jest niemal równie szybki. To maszyna do zabijania nie mająca sobie równych. Wampir Wyższy ma dodatkowo zdolności magiczne. Hipnoza, czytanie w myślach, budzenie lęku, lewitacja. To tylko część zdolności. - Cóż mam więc zrobić? – Spytał Arito z posępną miną. - Możesz tracić na marne ludzi – zaczął Malden. - Lub dać tę robotę zawodowcom – oczy Bishnara świdrowały mózg, przeszywały go głębią, mocą... Arito Cornell z trudenm opóścił wzrok. Zginał i rozginał palce, próbując się uspokoić. - Sto terów, jak mówiliście – zaczął – ale dopiero po robocie. Bishnar uśmiechnął się. Wąskie, blade wargi pozostały zaciśnięte, w parze z upiornymi oczami nadając jego twarzy groteskowy wyraz. * * * * Wojownicy przekazali Aritowi kilka porad. Reszta dnia upłynęła na studiowaniu mapy okolicy. Malden zaznaczał na niej punkty, w których mogłoby być siedlisko Animatora. Znaleźli sześć takich miejsc. Najbarzdziej prawdopodobne były ruiny zamku Naar, podmiejskie kanalizacje i katakumby podmiejskiego cmentarza. Te postanowili sprawdzić w pierwszej kolejności. Arito pokazał listę osób które zaginęły w ciągu ostatnich tygodni, oraz miejsca w których najczęściej przebywali i te, gdzie znaleziono trupy. Przeciętnemu Animatorowi wystarcza osiem do dwunastu skażonych. W tym wypadku, biorąc pod uwagę liczbę ofiar Mal przewidywał raczej górną granicę. Plus oczywiście naddatek. * * * * - Piętnaście potworów? – Arito najwyraźniej nie spodziewał się takiej ilości. - I wampir – dorzucił Malden ponurym głosem. - Ilu strażników udało się zaopatrzyć w piki ze srebrnymi grotami? – Spytał Bishnar. Arito całe przedpołudnie spędził na przekonywaniu burmistrza o środki finansowe na srebrne bełty i groty do pik. I chociaż udało mu się w końcu przekonać Elrona, to brak czasu nie pozwolił wystarczająco się przygotować. - Szesnaście pik i dwadzieścia bełtów. Malden stwierdził, że nie warto komentować. - Zwiększyłem też liczebność patroli do sześciu osób w grupie. Dwadzieścia pięć grup. - Dobrze – Bishnar pokiwał głową. – Ja i Malden zajmiemy się wschodnią stroną miasta, od ruin Naar. Patrole uzbrojone w srebro wystawcie od strony katakumb i przy wyjściu z tuneli. Reszta niech patroluje uważnie normalne rejony. - Czy wszystkie stwory będą w jednym miejscu? - Problem w tym, że nie – westchnął Mal.- Najprawdopodobniej będą w wielu różnych rejonach. Wtedy trudniej zlokalizować gniazdo. Jednak tym zajmiemy się jutro. Bishnar potrzedł do okna. Odsłonił kotary i spojrzał na zewnątrz. Ruch się zmniejszył. Powoli zapadał zmierzch. Zachodzącego słońca nie było widaqć zza budynków, jednak niebo nabrało czerwonej barwy. Bishnar uśmiechnął się. Noc zapowiadała się na równie krwawą jak wieczorne niebo. * * * * Ren dowodzący swą piątką maszerował boczną uliczką, nie w centrum, lecz od strony południowo-zachodniej. Od strony katakumb. Wilgotne, spocone dłonie zaciskał na drzewcu piki. Wolałby halabardę. Wolał twardą stal niż miękkie srebro. Jednak Malden i Bishnar twierdzili, że srebro jest lepsze. Coś sprawiało, że Ren im wierzył. Oprócz niego w grupie było trzech halabardników i jeden kusznik. Z tylko dwoma srerbrnymi bełtami. Zbliżyli się do drogi prowadzącej na cmentarz. I katakumby. Ren odwrócił się w stronę świateł pobliskiego podgrodzia. Odgłosy życia dodawały otuchy. Musieli jednak sprawdzić cmentarz. - Może trzeba było wziąć kwiaty?- nerwowy głos halabardnika Erika przerwał milczenie.- Dla poszanowania zmarłych. Śmiech byłnerwowy i wymuszony. Po chwili ucichł. Weszli na teren cmentarza. Groby, zależnie od stanu majątkowego pochowanych były zwykłymi kopcami, marmurowa płytą, czasem zdobioną. Bardziej z tyłu, za pasmem wyschniętych wierzb zaczynal się stary cmentarz, z podziemiami i rozpadającymi się grobami. Katakumby. Erik podpalił trzy pochodnie i rozdał je. Cienie rzucane przez ich okryte kolczugami i tunikami postacie przeskakiwały z nagrobka na nagrobek, z krzaka na krzak tworząc złudzenie czających się wokół bestii. Lekka mgła oplatała mlecznobiałym szalem ich nogi. Tarcza księzyca okazywała się co jakiś czas zza skrywających niebo chmur. Ren w lewej, wyprostowanej ręce trzymał pochodnię, prawa dzierżyła pikę. Poruszali się ostrożnie, przeczesując krzaki, zaglądając za pnie drzew, pomniki i nagrobki. Szelest trawy, świecące zielono oczy i głośne prychnięcie obudziły ich z transu napiętych nerwów. Halabardy uderzyły w tym samym momencie, cięciwa kuszy jęknęła wyrzucając bełt. Czarny kot, sprawca zamieszania cudem uniknął ciosów i skrył się w krzakach po drugiej stronie ścieżki. - Głupcy! – Syknął Ren. – Najpierw patrzcie, co robicie. I myślcie. Głowa jest nie tylko od noszenia hełmu. Zmieszani unikali patrzenia mu w oczy. Kusznik schylił się, przyświecając sobie pochodnią. Zanalazł bełt, wbity w miękką ziemię. Srebrny grot na szczęście nie był uszkodzony. - Ja też się denerwuję – rzekł Ren – nie mniej niż wy, jednak nie mamy się pozabijać z powodu zwykłego kota. Idziemy dalej. Kot był czarny, pomyślał Erik, mam nadzieję, że nie przyniesie to pecha. Pobliskie katakumby, których zniszczone płyty zdawały się przywoływać niczym ogromne, bezzębne usta nie poprawiały nastroju. * * * * Zamek Naar zbudował Hejst II Wielki w 1062 roku. Sto lat póżniej ta potężna forteca została zniszczona podczas wojny dziesięcioletniej. To, co dało się spalić – spalono. To, co były w stanie zniszczyć pociski katapult – skruszono. Wojna się skończyła, jednak pieniędzy na odbudowę nie było. Teraz, prawie dwieście lat po wojnie ruiny były siedliskiem ptaków, nietoperzy i miejscem spotkań wielu par. I nie tylko. Dwóch mężczyzn zbliżało się powoli do ruin. Pierwszy – niski, krępy przyświecał sobie pochodnią trzymaną w lewej ręce. W prawej miał małą, mocną kuszę. Drugą kuszę trzymał złożoną w pokrowcu przy pasie. Z kołczanu wystawały pióra bełtów. Bełty były srebrne. Światło pochodni padało drogę i skryte pod grubą mysiurą czerwone włosy mężczyzny. Drugi nie potrzebował pochodni. Mrok nie był przeszkodą dla jego oczu. - Czujesz je?- Spytał Mal. Bish pokręcił głową. Nic. Zadnej obecności. - Podejdźmy bliżej – zasugerował. Przeszli przez rozpadlinę w murze. Dawny dziedziniec był teraz zarośnięty krzakami, trawą i kępami mlecza. Przeszli dzierdziniec i stanęli przed wejściem do ruin zamku. - Wchodzimy? – Spytał Mal. Bishnar zrobił kilka kroków w ciemnym korytarzu. - Nic nie czuję – stwierdził.- Gdyby byli tu jacyś skażeni, to wyczułbym ich z jakichś pięćdziesięciu metrów. Tu chyba nic nie ma. Sprawdźmy głębiej. Szli dalej, przypatrując się uważnie wszystkim zakamarkom i pozostałościom dawnych komnat. Przez dziurawy dach prześwitywał blask księżyca. - Nic prócz ptasiego gówna – stwierdził Bish. - Nie tylko ptasiego – Mal oparł się o ścianę czyszcząc but patykiem. – To chyba nie tutaj. Czarnowłosy skinął głową. Zaczęli się cofać. - To miejsce wydawałoby się idealne. - Może aż zbyt idealne. - Taaa. Wyszli przez zniszczony korytarz z powrotem na zarośnięty dziedziniec. Przeszli przez wyłom w murze. - Gdzie teraz? – Spytał malden. - Sprawdzimy te stare... Wściekłe warknięcie odbiło się echem w nocnej ciszy. Trzech skażonych rzuciło się na nich przewracając wyblakłymi oczyma. Ze zdeformowanych ust wystawały długie, ostre zęby po których spływała ślina i zielona flegma. Sine ręce o…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych