Blękitne niebo... Część 1
Opowiadanie... On. Park. Dusza.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
„Błękitny niczym niebo”. To zdanie nagle wydało mi się równie idiotyczne, jak ostatni program w telewizji, w którym mówiono o przewadze hebanowej czerni na szarą czernią. Patrząc w górę, nie widzę wcale błękitnego sklepienia z małymi, puszystymi obłoczkami. Nie. Widzę tylko szare, smutne niebo okryte ciemnymi wielkimi chmurzyskami, które tylko czekają na najlepszą okazję, by zaskoczyć mnie wielkim ulewnym deszczem. Nie jest zimno. Wręcz przeciwnie. Mam na sobie zwyczajną kurtkę dżinsową. Bez kaptura, bez zbędnych ceregieli. Tylko to niebo nie daje mi spokoju. Niebo w mieście nie jest błękitne. Nigdy nie jest aż tak błękitne, by móc porównywać do niego prawdziwie błękitne rzeczy. Coś spada mi na głowę. Spoglądam w górę i ze złością zauważam, że moje obawy spełniły się. Jestem dopiero w połowie drogi do domu, a z nieba właśnie zaczynają spadać wielkie, brudne krople deszczu. Jeszcze chwila i będzie ulewa, jak cholera. Podnoszę do góry kurtkę i zakrywam sobie głowę. Deszcz zaczyna mnie gonić. Mam wrażenie, że te wszystkie chmury są przeznaczone dla mnie, by dobić mnie do samego dna. Dna mojej własnej trumny. Teraz te zwyczajne kropelki wody, zdają się być gwoździami, które mają zostać wbite w mą trumnę. A żeby polepszyć nastrój, jest ona koloru szarej czerni. Nie. Nie hebanowej. Czy jest ze mną aż tak źle? Tak źle, że wygaduję głupoty? Może, ale… Znów to zrobiła. Znów wyrzuciła mnie z domu. Nie wiem, co takiego powiedziałem lub uczyniłem. Nie wiem, czy w wieku szesnastu lat można zrobić matce coś tak okropnego, by wyrzucała swego pierworodnego z mieszkania. Ale ona jest inna. Cały czas mi to udowadnia. A dziś rano znów wyrzuciła mnie siłą za drzwi. Jest już trzecia, więc myślę, że powrót jest dobrym pomysłem. Albo otrzeźwiała, albo jest tak schlana, że nawet mnie nie rozpozna. Nie jestem pewien, co bym wolał. Lepiej się nad tym nie zastanawiać. Wbiegam do parku, może pod osłoną drzew deszcz nie będzie się zdawał aż tak napastliwy. Skręcam w prawo i nagle, z wielką siłą, wpadam na jakąś staruszkę. Kobieta wykrzykuje w moją stronę głupie obelgi, potrząsa gwałtownie ręką, w której trzyma torebkę. Chyba mi grozi. Jednak mnie to już nic nie obchodzi. Wpatruję się w pokręcone dziwnie drzewo i czuję nagłą pustkę w sercu. Ogarnia mnie niemal rozpacz. Dziura w mej duszy zdaje się nagle powiększać i miażdży mi każdy nerw, każdą komórkę mego ciała. Nie mogę oddychać. Dlaczego? Dlaczego to nadal aż tak na mnie działa? Przecież nie widziałem jej już kilka miesięcy. To całkiem normalne, spotykać kogoś, a potem już go nie zobaczyć. Jednak ja nadal nie mogę się ruszyć. Nieświadomie zaciskam pięści. Zauważam to dopiero, gdy przebijam sobie skórę do krwi. Wpatruję się w to miejsce, a moje oczy są tak przeraźliwie rozszerzone, że mam wrażenie, iż za chwilę je stracę. To boli. Boli mnie patrzenie w to miejsce. Niemal widzę jej sylwetkę, opartą o gałąź tego drzewa, gdy siedziała na wysokości kilku metrów. Z trudem podchodzę do ławki i opadam na nią, dysząc. Zamykam oczy, by dojść do siebie. Z nieba nadal pada. Moje lekko przydługie włosy opadają mi na ramiona. Woda ścieka po twarzy. Nie zważam na to. Muszę się uspokoić. Jednak zamiast błogiego ukojenia, jakiego się spodziewałem, nagle wracam pamięcią do tamtych dni. Znów jest jesień. Znów jest październik. Znów ten park…
Była sobota. Jak zawsze o dwunastej, byłem z moją suczką Nelly w parku. Słońce grzało całkiem, całkiem. Na ziemi rozpościerał się złoty dywan z liści. Nie były one wilgotne, więc wyglądało to tak niesamowicie, jak tylko może wyglądać jesień w Polsce. Szedłem spokojnie, trzymając dłonie w kieszeniach i pogwizdując jakąś piosenkę. Nelly biegała wokół mnie i machała radośnie ogonem. To kundelek, przygarnąłem ją ze schroniska jako szczeniaczka, dwa lata temu. Jest dość duża i ma strasznie dużo futra. Jej puszysty ogon jest długi na moje ramię, a droga psina uwielbia nim wymachiwać we wszystkie strony. Gdy tylko spojrzę na jej radośnie wysunięty język i poruszający się rytmicznie ogon, mam ochotę się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil karmelowa
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…