Wróć do katalogu

BLÓŹNIERSTFO

Wygłup metafizyczny... Historyjka o ostatniej szansie danej ludzkości. Uwaga, może urazać uczucia religijne, a nawet antyreligijne

PCScorpio, opublikowano , 48 min czytania, 4,6 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Słońce jaśniało ogniście nad rozległą, połyskującą metalicznie równiną, na której czystym przypadkiem zaczyna się niniejsza opowieść. Postaci, których będzie ona dotyczyć, łatwo było rozróżnić w tym wszechogarniającym blasku ze względu na cienie, jakie rzucały. Cieni było trzy - mniej więcej tyle, ile samych postaci. Jedną z postaci był starszy mężczyzna w białym stroju - właściwie normalny staruszek o prawie całkiem łysej głowie i siwej brodzie z rzadkich, faliście rozwianych włosów, długiej niemal do pasa, a ściślej niezgorszego brzuszka, którym był obdarzony. Był zgarbiony i z grubsza połamany, a jego łagodna twarz solidnie pomarszczona. Tuż za jego plecami stał młodszy mężczyzna - w praktyce chłopak; miał długie kręcone włosy oraz wąsy i bródkę, w barwie czarnej, choć pojaśniałej od słońca. Jego strój był biało-żółty i być może w związku z tym wyglądał na wściekłego i naburmuszonego. Ci dwaj stali naprzeciwko trzeciej postaci, najwyraźniej z nią rozmawiając lub nawet się kłócąc. Trzecia postać była trudna do opisania, przynajmniej w rozsądny sposób. Przyjmijmy, że był to stosunkowo wysoki, kostyczny i chudzielcowaty koleś w typie przedsiębiorcy pogrzebowego z żartów rysunkowych. Był szczelnie otulony w fałdzistą szatę w kolorze głębokiego błękitu, a jego pociągła, ascetyczna i antypatyczna twarz przypominała kolorem duraluminium i zdawała się lekko fluoryzować w sposób identyczny z otaczającą ich równiną. Z tym, że równinę można było uznać za piękną. W chwili, gdy relacja z tych stosunkowo ważnych wydarzeń rozpoczyna się w niniejszym tekście, antyczny człowiek o aluminiowej twarzy kończył właśnie jakąś długą przemowę pod adresem białowłosego staruszka - nie jest do końca pewne, czego dotyczyła, była jednak wyraźnie nieprzychylna, o tendencjach dominujących, łajających i mieszających z błotem. Kostyczny w błękicie wygłaszał ją z arogancko uniesioną głową, ale w całości pozostawał nieruchomy jak słup wysokiego napięcia, minimalnie tylko gestykulując prawą ręką. Starszy słuchacz i stojący za nim naburmuszony młodszy próbowali z rzadka wtrącać coś na swoją obronę, ale z reguły nie byli dopuszczani do głosu. - ...takie są fakty. Czy macie, panowie, coś na swoją obronę? - zakończył wreszcie kostyczny w błękicie, spuszczając w ten sposób na jasną równinę ponure i wstydliwe milczenie. Starszy mężczyzna spoglądał smutno w ziemię. Kostyczny tryumfował nad nim wzrokiem. - Wal się, popaprańcu - przerwał krępujące milczenie młodszy mężczyzna. - Józuś, ja prosiłem ciebie - starszy odciągnął go za rękę do tyłu - Proszę mu wybaczyć te maniery... za długo przebywał tam, na dole. - I o tym właśnie mówię ! Wszystkie nasze plany biorą w łeb ‘tam, na dole’ - kostyczny w błękicie wzniósł palec w oskarżycielskim geście - Wuj Sam panoszy się, gdzie chce. Robi nas w wała, jak chce. Z własnych środków fundujemy mu codziennie gigantyczne zyski. A przez kogo to? Przez ciebie - palec karząco wycelował w stropioną łysinę - Przez twoją niekompetencję. Nie umiesz dostosować się do zmian. Z ogromnych środków, które ci przydzieliliśmy, stworzyłeś żałosną hodowlę. To jeszcze zrozumiałe, doświadczenia nie miałeś. Ale wszystko wymknęło ci się spod kontroli ! Bunt w szeregach - zdarza się. Ale facet przystał do naszych wrogów i zaczął kombinować jak trzeba ! Nie załatwiłeś go od razu, teraz uczyć się możesz od niego. - Nie tak powinniśmy działać... - mruknął nieśmiało staruszek - Poza tym, syn miał za zadanie... - Twój ‘syn’ - błękitny wypowiedział to z wyraźnym obrzydzeniem - spieprzył wszystko do reszty. Przez niego rozpętał się istny chaos. Burdel - wyjaśnił młodszemu mężczyźnie - A wuj na tym korzysta. - Mowa, dziadek ! - warknął młody - Nie ja im to kazałem robić. Nie wiedziałem co im strzeli... - A kto miał wiedzieć? Dość tego - oświadczył błękitny - Konsorcjum nie ma wyboru. Cały projekt idzie do likwidacji. A ty - wracasz do strunowni na Khatta. - Błagam, Kierowniku - jęknął starzec - Nie tam ! Żona tam nie wytrzyma ! - Jaka znowu żona? Zapomniałeś kodeksu? W czasie likwidacji projektu terminowane zostają wszystkie operacje, w tym prolongaty astralne - szczególnie tak bezprawne jak ta, o której mówimy. Są częścią projektu i znikają razem z nim. Twoja żona i syn, których się tak niefortunnie dorobiłeś, po wygaśnięciu twojego kontraktu powrócą do formy fizycznej podobnie jak reszta tych stworzeń, którym tak swawolnie porozdawałeś prolongaty. - Co z nimi zrobicie? - Chyba mówię wyraźnie? Wrócą na planetę. - Którą potem zniszczycie ! - Co znowu? - zdziwił się błękitny - Nic podobnego. Sam ją zniszczysz. Masz to wyraźnie w kontrakcie. Dość energii tu roztrwoniliśmy, żeby marnować ją jeszcze na spalanie śmieci po byłych pracownikach. - Więc sam wrócę do strunowni? Nie wytrzymam tego ! Stary już jestem... błagam ! - Te tatuś ! Czego się płaszczysz przed tym obezjajcem? Kopnij go w zad i chodźmy stąd w końcu - zaproponował młodzieniec. - Zamknij ten głupi pysk ! My tu o twojej przyszłości mówimy wyrodku - warknął cicho staruszek - Kierowniku ! Ja mam jeszcze do końca kontraktu parę centuriów... Razem trzy minuty gwiezdne. - Faktycznie dużo ! - migotliwa twarz uśmiechnęła się kwaśno. - No więc proszę mnie dać jeszcze jedną szansę. Ja wszystko naprawię. - Już to słyszeliśmy. Koniec papraniny ! Sam nie będzie pasł się naszym kosztem ani pół minuty dłużej. - Nie tak szybko ! Nie wolno wam niszczyć mojego projektu przed końcem kontraktu. Nie ma sytuacji krytycznej. - To tobie na tym zadupiu tak się wydaje. Pewnie nie wiesz o tym, że ludzie Sama dzięki energii, jaką im wspaniałomyślnie pozostawiasz, budują niedaleko stąd własny świat. Od razu powinniśmy byli zaproponować mu twoje stanowisko - zastanowił się kierownik - Ale na to już za późno. Sam wygrywa, ty wylatujesz. Pozostaje jedynie odciąć mu źródło taniej energii i uprzątnąć ten twój burdel. To twoje ostatnie zadanie. - On jeszcze nie wygrał ! - zbuntował się starzec - Dajcie mi czas, który mi przysługuje, a ja już się tym skrucafiksem zajmę. Przysięgam. Ostatnia szansa. Kierownik w zamyśleniu stukał palcami jednej ręki o łokieć drugiej. - Pięć sekund - powiedział - Masz pięć sekund gwiezdnych. Mina starca trochę zrzedła, ale rzucił się do pokornych podziękowań. Kierownik zebrał swoją szatę, wyrywając jej rąbki z jego drżących palców i zbierał się do odejścia. - Jeśli za pięć sekund odczyty się nie poprawią, uznamy projekt za zamknięty. I radzę ci zająć się tym samemu. Odmowa likwidacji zasobów wroga jest równoznaczna ze zdradą. W miarę wypowiadania tych pożegnalnych zdań, twarz i błękitna szata chudzielca stały się przejrzyste i podobne do płynnego szkła, i zaczęło spod nich przebijać żółto-białe światło o nieznośnej intensywności. Wreszcie cała postać stała się kotłującym, bezkształtnym zbitkiem rozbłysków światła, przejrzysta warstwa spłonęła na czarny pył, i Kierownik eksplodując z koszmarnie jasnym błyskiem, który kazał obydwu jego rozmówcom przymknąć oczy, wystrzelił w górę jako zbity obłok światła. Pomknął z niesłychaną prędkością, pozostawiając po sobie smugę mglistych powidoków, a na równinie tylko opadające wolno drobinki pyłu. Z widocznym nawet stąd obrzydzeniem ominął szerokim łukiem Ziemię i wkrótce zniknął na czarnym niebie. Starzec patrzył za nim, nerwowo skubiąc brodę. Z jego zapadniętych warg wyślizgnęło się ogniste, sepirotyczne przekleństwo po starohebrajsku (obaj z synem mówili bowiem między sobą właśnie w tym języku, jedynie w stosunku do chudzielca używali całkiem innego). - Pięć sekund do zniszczenia Ziemi - wymamrotał - Pięć sekund... - Te tatuś - odezwał się z tyłu Józuś - To właściwie całkiem niezły pomysł jest. Chromolmy to gnojowisko i chodźmy szukać czegoś nowego. Rzygać mi się chce jak se przypomnę, co oni... - Ty durny gnojny szczeniaku - staruszek odwróciwszy się trzepnął go w głowę - Nie słyszałeś ty, co Kierownik mówił? Likwidacja. Ty ani mama nie z naszej rasy jesteście. Jak się nam nie uda, to wszystkie prolongaty zlikwidowane. A to znaczy, cielcu ty niekumaty, że wy dwoje też idziecie z powrotem na dół. A potem ja sam cały ten kram rozpieprzyć będę musiał. A pamiętasz ty, jak to tam było? Mina młodego zrzedła, i zaczął drapać się w głowę. - No ale to ja i tak nie kapuję, czemu ty tatuś nie chromolisz ich i nie pójdziesz robić, co sam myślisz. - Młody ty i głupi. I za długo ty między tymi małpiszonami chadzał, więc ja ci mówię, synku, że z tymi na górze to się nie zadziera. Jak my nie chcemy, żeby nam dokopali - to mamy pięć sekund. - A ile to na te nasze? - Tydzień - starzec ponuro przygładził łysinę - Jeden tydzień ziemski. Młody zwiesił kudłatą głowę i zaczął ponuro kombinować, tatuś rozejrzał się zaś w poszukiwaniu rozwiązania po wszystkim, co ich otaczało. Nie znajdował go na całej połyskliwej równinie, ani w Słońcu, ani w żadnej z gwiazd połyskujących w przestrzeni upstrzonej nimi jakby przez robaczki świętojańskie; ani tym bardziej na górującej nad nimi Ziemi, ani na opalizujących coraz słabiej, coraz mniejszych kulach coraz większych planet widocznych w głębokim planie poza nią. Na nich dostrzegał tylko, w wyobraźni bardziej niż daleką percepcją, migotliwe, szpetne,beznadziejnie perfekcyjne gęby jego konkurentów, rechoczących już ze szczerej radości na widok jego powrotu do Khatta. Między nimi wuj Sam, spasiony na kradzionej energii buntownik, prywatny przedsiębiorca, parszywy spryciarz. Przeklęty wujcio, który rozprowadził ten dobroduszny pseudonim tak szeroko, że o dawnym imieniu, Samael, zapomniał nawet on sam. Skubaniec... Zgodnie ze słowami Kierownika, całą energię spływającą do jego zapasów z tej wielkiej kuli biało-zielono-niebieskiego brudu wiszącej teraz nad głową staruszka jak kosmiczne przekleństwo, podarował wujowi on sam. Produkcja energii została podjęta według jego własnych wzorców, i nie opłaciło mu się to. Ani tym bardziej producentom. Projekt - w imię pewnych nieistniejących ideałów - został spartaczony. Jedynym wyjściem była likwidacja, jedynym przeznaczeniem - zagłada... - Jedyne wyjście, jakie ja widzę - powiedział staruszek - powiedzieć im, o co chodzi. - Powiedzieć im prawdę?? - Józuś wywalił oczy - Chyba zgłupiałeś tatuś. - Aj, bo jak ułapię za ten łeb kudłaty ! Bluzgać rodzicowi będzie. Ja ci mówię, że tak musimy zrobić. - Ty ich tatuś nie znasz, tych pociupańców na dole. Starczy tych pierdół, co sami wymyślają. Jak im powiemy, to już oni wykombinują taki przekręt, że ani ty, ani ten ciulec kierownik se nie wyobrazicie. - Nie bluźnij mi tu, bo jak ci...! Innego wyjścia nie ma. Przynajmniej ja nie wymyślę. A kim ja niby jestem, co? - Tatuś... to tatuś. Ale przecież wiadomo, że oni przeważnie już u Sama robią. On to przecież wykorzysta. - Ja wierzę w ich rozsądek. Ten zdrowy. Jak im wyjaśnimy sytuację, klarownie i bez cudactwa, sami zrozumieją, co dla nich dobre. Ja na nich liczę. - To się, tatuś, przeliczysz. - Widzę - powiedział staruszek, zamykając oczy - widzę ich, jak w końcu zgadzają się na współpracę. Widzę, jak wybierają między życiem i śmiercią - przecież wiem, co wybiorą, bo specjalnie w ten sposób ich poskładałem. Widzę Ziemię bez wojen, głodu, zbrodni. - A ja, tatuś, widziałem, co wybierają naprawdę. Nie wybierają tego, co myślałeś. Dałeś im iluzję wolności wyboru, ale oni zmieniają ją w rzeczywistość: wybierają śmierć. Jesteś pewien, że to nie Sam ich zrobił? - Aj, bo jak wezmę... - Dobrze, dobrze. Ale ja osobiście widzę, jeśli im powiemy, podział na dwa lub więcej obozów, spory, i w końcu wielkie wyrzynanie. A kto na tym skorzysta? - Może ty masz pewną rację - mruknął staruszek, przerywając daleką percepcję - Mówić wszystkim, to może przesada, zresztą Sam nie pozwoli, mamy układy. Ale można by chociaż kilku, chociaż jednemu... - Próbowaliśmy już czegoś takiego parę razy. I co? Olewka, tatuś. Nikt nie uwierzy. - Ale jeżeli damy mu więcej energii... tak jak tobie dałem... - Akurat ! - zaperzył się Józuś - Ja widzę, że nic z tego nie wyjdzie. - Zazdrość... za długo tam byłeś. Nieważne. Mój projekt: wybieramy jednego, mówimy mu wszystko - naturalnie w takiej wersji, żeby zrozumieli. I niech się sami namyślą. Zrobił przerwę na wybuch kolejnego wahadłowca startującego z planety nad nimi, w bezskutecznej próbie dotarcia na którąś z sąsiednich. Obaj obserwowali błysk w milczeniu. - Jak se tam chcesz, tatuś - mruknął młodzieniec - Ale żebyś wiedział, że ja się do tego nie mieszam. Otrzepał buntowniczym gestem ręce, po czym odwrócił się i odszedł równiną w kierunku najbliższego przejścia, podśpiewując po aramejsku piosenkę o hożej Madzi.

Zaledwie pół ziemskiej godziny po opisanych wyżej wypadkach, w jednym z miast w regionie środkowoeuropejskim wyżej omawianej planety, Adam Nowak wstawał jak co dnia do pracy. Jego praca w biurze nie wymagała na szczęście myślenia, co dawało mu minimum szans na przeżycie w ziemskim świecie. Myśli Nowaka miały trudności ze skupieniem się na pracy, nieustannie bowiem krążyły wokół spraw metafizycznych. Jego niespokojny umysł dawno już opuścił wpojone mu w dzieciństwie religijne fakty i mity i obecnie uważał się za ateistę, ale właśnie dzięki temu myślał o sprawach religijnych z dystansem i mógł je intensywnie badać i roztrząsać. Roztrząsał więc kwestie istnienia (lub nie) Boga lub bogów i powiązań tego faktu z istnieniem zła i dobra wśród ludzi oraz z kwestią życia po śmierci tychże. Roztrząsał je z dystansem, rozsądnie i na trzeźwo, za dnia, ale zwłaszcza przy wieczornym piwie. Wieczorami, przy piwie, wspólnie z kolegami dekonstruowali rozmaite religie, a z rzadka udawało im się nawet skonstruować nowe, które działały z reguły kilka dni, w porywach -tygodni. Komputerowiec Byk rozpowszechniał niektóre za pośrednictwem Internetu, gdzie znajdowały więcej fanów, ale z reguły ginęły w zalewie innych podobnych. Najdłuższy żywot miała religia, dla której Byk zrobił własną stronę internetową pt. "Próba Traw", ale po paru tygodniach twórca niemal identycznej strony "Republika Kannabijska" z drugiej strony Polski zagroził mu sądem, i sprawa zdechła. Dyskusje szły w każdym razie jak po maśle - chociaż po piwie. - Ale mnie wkurwiają ci chrześcijanie - zaczynał na przykład lewicowiec Lawenda. - To kompletny obłęd - zgadzał się sceptyk Kozdroń - Im nie można nawet wytłumaczyć, że jesteś niewierzący. Mój stary zarzuca mi, że przekabacili mnie ewangelicy. Stara myśli, że jestem świadkiem Jehowy, a babcia, że satanistą. - Satanistą trzeba się urodzić - zaznaczał wyznawca Bacewicz, nigdy nie przepuszczający okazji do misjonarstwa. - Ja tam wolałbym zostać muzułmaninem - rozmarzał się komputerowiec Byk, znany miłośnik śmierci i przemocy - Ci to mają ciekawe życie: bomby rzucają, wieżowce bulą... Też bym chciał nosić kałasza i cały dzień strzelać do Żydów i niewiernych. - Po co tak daleko? U nas też masz różne radia, gazety i partie - krzywił się Lawenda, który nie znał się na żartach - Jak ci dojdą kiedyś do władzy, to dopiero się będziemy martwić. - Mnie osobiście martwi co innego - zastanawiał się wątpiący Gućwik - Pewnie, że wszystko to brednie, ale co, jeśli któryś z nich ma rację? Którykolwiek - albo kościół, albo jakaś kompletnie wariacka sekta? Co, jeśli któraś z nich wbrew wszystkim regułom i zdrowemu rozsądkowi faktycznie zna jakąś wyższą prawdę i ma rację?? Jeśli po śmierci okaże się, że któraś z nich... - Po śmierci nic się już nie okaże - przerywał Lawenda - Zgoda, wszystkie sekty i kościoły mają rację. Wiesz dlaczego? Bo chodzi im tylko o kasę. I to jest jedyna wyższa prawda. Żerują na pojedynczych wariatach, którzy służą im za kapłanów, mesjaszów czy cholera wie kogo, no i tysiącach wariatów i głupków, którzy im wierzą. Z tego jest kasa, a kasa pozwala przeżyć, i jeszcze pożyć odpowiednio. Oprócz życia nie ma niczego. - Nietzschego też już dawno nie ma - zaprzeczał artysta Pyrko, który odzywał się tylko po to, by kogoś wkurzyć. - Fakt faktem - wzdychał Gućwik - Ale co, jeśli - jeśli...?? - Nie pozwól się zindoktrynować, bo skończysz w jakiejś partii skinheadowskiej. Popatrz no na tych chrześcijan. - Taa, jak pieprzone stado baranów - podchwytywał wyznawca Bacewicz - Zero mózgu w tych głupich łbach, co jakiś wariat w czarnym powie, to robią. Rasizm, nacjonalizm, sam syf. Satanizm to co innego: potępia tylko głupich. Dzieli ludzi tylko według inteligencji, która zależy od samego człowieka, nie od przyczyn niezależnych. Tylko sam człowiek jest winny swojej głupoty, i to głupich trzeba tępić. - Pierdolisz - oponował spokojnie sceptyk Kozdroń. - To prawda, stary ! Mistrz kościoła Szatana tak powiedział ! - Może sobie być skubanym diabłem Borutą, a to co mówi, to chrzan w bambus. - Uważaj co mówisz ! Kurde, gdybym był trzeźwy, mógłbym cię za to zabić. Jeżeli Mistrz coś mówi, to to jest prawda ! - A jak mówi, że zawsze kłamie, to też jest prawda? - polemizował Kozdroń. - Jeżeli mistrz mówi prawdę, kiedy mówi, że zawsze kłamie, to znaczy, że kłamie, a więc kłamie, kiedy mówi, że zawsze kłamie, to znaczy, że mówi prawdę, a więc mówi prawdę, kiedy mówi, że zawsze kłamie, to znaczy... - wtrącał znienacka artysta Pyrko. I tak dalej... Nowak przyznawał im rację i zarzucał kłamstwa, był za, a także przeciw. Czuł się mądry i silny jako przedstawiciel centro-lewicowo-górno-dolnego agnostycyzmu, który nie przyznawał racji żadnej stronie. Kpił z religii, ideologii i programów politycznych; zwalczał i kwestionował wszystko. Zasada ta naruszała też czasami jego własną ideologię, w takich chwilach czuł się zdegustowany, rozbity i bez apetytu; podnosiło go na duchu tylko piwo z kolegami, podobnie myślącymi. Być może któryś z tych wszystkich czynników zadecydował, że to właśnie Jan Nowak, kładąc się krytycznego wieczoru spać, znienacka został nawiedzony przez anioła. Anioł, tak jak w przypadku innych objawień na przestrzeni dziejów, miał postać najbardziej przemawiającą do rozumu i uczuć danego ludzkiego rozmówcy. W przypadku Nowaka, był fizycznie bardzo podobny do jego wielkiej miłości z lat szkolnych i jednocześnie profesora historii, który wywarł największy wpływ na jego światopogląd. Nadawało mu to specyficzny wygląd hermafrodyty, przeważający w tradycyjnych wyobrażeniach aniołów, co też świadczyło o ich autentyźmie. Ale Nowak nie myślał o tym wszystkim, kiedy pogrążony w swego rodzaju półśnie gapił się w anioła jak sroka w kość. Witaj, Adamie Nowak. Zostałem wysłany do ciebie z misją. K-k-kim... (nie, nie, nic nie słyszałem, tam nic nie ma) - Nowak zaczął się jąkać nawet w myślach, które anioł oczywiście słyszał, i taką właśnie bezgłośną formę miała ich rozmowa) - Kim... (Boże, nie! to się nie dzieje naprawdę) Kim t-t-ty... Przestań się jąkać. Przyjmij właściwą postawę! Rozmawiasz z wysłannikiem Stwórcy. Wbrew twoim ślepym przekonaniom, Bóg nie tylko istnieje i pamięta o tobie, choć ty o Nim zapomniałeś, ale w dodatku postanowił wybrać właśnie ciebie na głosiciela Swej prawdy. Prawdy, która może stać się ostatnią szansą odkupienia dla obłąkanej ludzkości. Jeśli rzeczywiście istnieje - Nowak, kiedy po chwili ochłonął, zaczął myśleć logicznie i przypominać sobie wszystkie pytania, jakie pragnąłby postawić w takiej dyskusji, gdyby się wydarzyła - Jeśli rzeczywiście istnieje, dlaczego pozwala na zło? Nie chce czy nie może mu zapobiegać? Dlaczego w Biblii jest tyle sprzeczności? A dlaczego... Twoje szczeniackie zarzuty zakłócają powagę tej rozmowy. Masz pierwszą i zapewne jedyną możliwość osobistego spotkania z wysłannikiem swego Stwórcy - zamilcz więc i słuchaj.

Wszystkich dyskusji, jakie Nowak przeprowadził z aniołem, nie ma tu czasu, miejsca ani sensu przytaczać. Pozwolimy więc sobie zacytować ostatni, kluczowy fragment tej wiekopomnej pogawędki : Każdy człowiek, Adamie Nowak, ma przed sobą dwa życia: doczesne, i wieczne. Aby jednak jego dusza stała się pełna, musi też przejść przez dwa rodzaje życia: życie spokojne i przyjemne,zwane Nin, oraz życie pełne bólu i wysiłku, zwane Nang. Dusza ludzka nie może stać się nieśmiertelną, jeżeli nie przejdzie obu tych okresów,hartując się w cierpieniu i spełniając w rozkoszy - wówczas dopiero staje się wytrzymała jak stal i dostatecznie silna, aby przetrwać Wieczność. Podobnie prawdziwa mądrość wymaga poznania zarówno dobra, jak i zła. Przeznaczenie każdego człowieka musi więc poprowadzić go przez te dwie ścieżki, zanim rozpocznie się jego życie wieczne. Zauważ teraz, Adamie, tę subtelną różnicę: wypełniając Bożą wolę, przechodzisz swój okres bólu i wyrzeczeń na Ziemi, aby następnie cieszyć się okresem szczęśliwości w Niebie. Gdy twoja dusza osiąga wieczną trwałość, pozostaje w Niebie już na zawsze. Tymczasem szatan wmawia ludziom, że życie wieczne nie istnieje, że doczesna rozkosz jest wszystkim; namawia ich do grzesznego życia w beztroskim przeświadczeniu, że śmierć jest końcem. Sprytny oszust! Po zakończeniu doczesnego Nin, ci naiwniacy trafiają w jego łapy, aby przyszła ich kolej na Nang w piekle; gdy zdają sobie sprawę, jak zostali zrobieni w bambuko, jest już o wiele za późno, a po przejściu obu okresów pozostają w piekle - na wieczność. Proste, prawda? Być może teraz oburzysz się, Janie, ale prawda jest taka, że zarówno Bóg, jak i szatan poddają ludzi cierpieniu, cierpienie jest konieczne do uzyskania nieśmiertelności. Ale różnice w ich intencjach sam już pojąłeś: Bóg chce przeprowadzić cię przez tę smutną konieczność tu, na ziemi, aby zapewnić ci większe korzyści w przyszłości. Chce bowiem jak najlepiej dla tych, których stworzył, ukochał ich tak bardzo, że syna swego... znasz to już. Szatan zaś chce cię pognębić, w zamian za doczesne przyjemnostki zagrabić cię na wieczność do swego królestwa utrapienia; dręczy ludzi z czystej złośliwości wobec ich Stwórcy, ale także dlatego, że ich ból sprawia mu perwersyjną rozkosz. Dla Boga twój ból to niechciana konieczność - dla diabła, wielka radość i jedyne, na co jesteś mu potrzebny. To rzeczywiście ma sens... kawałki układanki pasują do siebie. Ale, w takim razie nadal nie rozumiem, dlaczego Bóg ustawił to właśnie w ten sposób. Skoro może wszystko, i sam stworzył ludzi tak, żeby potrzebowali bólu, jak może chcieć dla nich dobrze? Niechciana konieczność - przecież sam ją wymyślił ! A może nie wiedział, kiedy nas stwarzał? Podobno jest wszechwiedzący... Mój drogi ! Łatwo ci przychodzi osądzanie kogoś, kogo nie możesz pojąć. Sam zgadzasz się z tym, że cierpienie uszlachetnia. Cierpiąc, widzisz się lepszym, chociaż inni z ciebie kpią, sam to powiedziałeś. Bóg także widzi cię wtedy lepszym. Faktem pozostaje, że musisz przejść obydwa etapy drogi do osiągnięcia siły i trwałości duszy, wtedy dopiero wstąpi ona na wyższy poziom, bliższy Bogu, absolutowi, Nirwanie - nazwij to jak chcesz. Wtedy dopiero, osiągając wyższy poziom wiedzy, ogarniesz zamysł Boży i zrozumiesz lepiej, o co mu chodziło. Dostąpisz wiedzy nieznanej śmiertelnym i pojmiesz Sens. Będziesz nawet mógł poświęcić wieczność na jej poznawanie - zdasz na wieczne studia. Teraz nie rozumiesz sensu,bo jesteś, można powiedzieć, dopiero w pierwszej klasie. To bardzo wygodne, obiecywać tyle rzeczy na po śmierci ! Przecież wtedy nie będę mógł tego sprawdzić... Myśl teraz, co chcesz, ale wkrótce sam zobaczysz. A sensu życia nie ma sensu ci wyjaśniać... W żadnym ludzkim języku nie ma po prostu słów na jego opisanie. Musisz zobaczyć to sam, kiedy nadejdzie twój czas. Tak tak, Matrix, te sprawy... Mógłbyś jednakże spróbować. Nie uwierzę, dopóki nie usłyszę czegoś przekonującego. Przeklęty światopogląd ! Dobrze, skoro naprawdę tego pragniesz, spróbuję... Jednym z celów istnienia ludzkiej rasy jest polimorfogenna transgryfikacja blazumów od półtetrakołopontu statycznego jądra nanogalaktyk - ale istnieją inne, jeszcze ciekawsze.

- Odnośnie tego sensu życia, tatuś. - Czego znowu, cielcu? - Tego tutaj nie do końca jarzę. Przecież wiadomo, co jest faktycznie celem ich życia. - A co ma nie być wiadomo? Powiedziałem im to na samym początku: „Idźcie i mnóżcie się, i zapełniajcie ziemię”. - Otóż to. Specjalnie ich, tatuś, tak poskładałeś, żeby tak naprawdę to chcieli…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych