Wróć do katalogu

Bóg szerokiego spojrzenia

Trzy czarne samochody terenowe, stojące na pustynnej drodze były posiekane dziurami niczym tarka do warzyw. Czwarty leżał na poboczu kołami do góry, rozpruty eksplozją jak kartonowe opakowanie po prezencie, który ktoś otwierał w pośpiechu. Bitwa była

alkami, opublikowano , 1 godz. 9 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

-------------------------------------------- Od Autora słów parę. (śmiało można ominąć, jeśli ktoś chce, nie obrażę się) Zdaje sobie sprawę, iż opowiadanie, które Wam przedstawiam, jest dosyć duże. Podzieliłem je na trzy podrozdziały między innymi, dlatego, by osoby, którym się nie spodoba mogły z czystym sumieniem napisać po kilkunastu stronach (po skończonej lekturze I części), „Co to za kicha? Nie da się tego czytać.”. Mam oczywiście nadzieję, iż tak nie będzie i że z przyjemnością przepłyniecie przez mój cały tekst. Jestem początkującym pisarzem i ciągle doskonalę swój warsztat, to znaczy szukam najlepszej formy wyrażania moich fantazji. Z tego powodu każdy komentarz oraz dobra rada, są mile widziane. Nie jestem pięciolatkiem i nie rozpłacze się, gdy ktoś napisze, że to jest do czterech liter. Z drugiej strony na pewno nie spocznę na laurach i nie przestane się doskonalić, jeśli dostanę dobre oceny. Jak niektórzy zauważyli, cześć pierwsza o tym samym tytule występuję już raz w mojej bibliografii (na opowiadaniach.pl). Po zasłużonych głosach krytyki i po lekturze wspaniałego zbioru porad Feliksa W. Kresa „Galeria złamanych piór” (polecam serdecznie) napisałem ją praktycznie od nowa, a potem dopiero dodałem resztę. Mam nadzieje, iż widoczna jest wyraźnie różnica jakościowa pomiędzy „Częścią I” opublikowaną ówcześnie i „Częścią I” zawartą w tekście, który będziecie mieli okazję przeczytać teraz. Proszę mnie poprawić, jeśli nie mam racji. A teraz, by nie przedłużać niepotrzebnie, życzę Wam pasjonującej (mam nadzieje) lektury. --------------------------------------------

Piotr Albert Kamiński

Bóg szerokiego spojrzenia

Preludium

Mężczyzna siedział pośród drewnianych ścian nasiąkniętych tysiącami szeptów. Rozbrzmiewały w jego głowie niczym kakofoniczny chór złożony z kłamców, złodziei, zdrajców i morderców. Spoglądał beznamiętnie na drewnianą przegrodę z okrągłymi otworami, za którą w półmroku majaczyła sylwetka klęczącej kobiety. - Nazwałam męża „palantem”, bo zachował się jak kretyn. Nazwał mnie „zapijaczoną dziwką” i urządził scenę zazdrości na weselu siostry – szeptała szlochając. – Ja kocham taniec, a Zbyszek nie lubi tańczyć, bo nie umie. Nie odzywa się do mnie od pięciu dni i rzuca wredne spojrzenia. Zaczęła szlochać, wypowiadając ostatnie słowa. - Dziecko drogie, takie rzeczy się zdarzają. On jest mężczyzną i ma swoja dumę, czasem głupią, ale ma. Usiądź koło niego, weź go za rękę i porozmawiajcie szczerze. Powiedz mu o tym, jak bardzo go kochasz. Wszystko się ułoży, zobaczysz. Wytłumacz, że lubisz tańczyć, spróbuj może namówić go na wspólny kurs? Z każdej sytuacji są jakieś wyjścia, a gniew nie jest żadnym rozwiązaniem. - Kocham go, ale on jest taki uparty. Słuchacz westchnął głęboko. - Wszystko będzie dobrze, tylko zrób tak jak powiedziałem. Idź w pokoju córko. – powiedział na koniec, a gdy podniosła się dodał pośpiesznie: - Jako pokutę odmów dwa „Zdrowaś Mario” – i zapukał w konfesjonał. Echo rozchodzących się po kościele kroków szlochającej niewiasty spowodowało, iż ksiądz Jerzy zaczął przywoływać w myślach powody, dla których nosi czarną suknię z białą koloratką… Kiedyś zabiłby śmiechem każdego, kto powiedziałby mu, iż zostanie kapłanem. Jednak to, co wydawało się kiepskim żartem, stało się faktem, a przyczyny, które go wepchnęły na tą drogę, utkwiły mu w głowie jak metalowe odłamki szrapnela. Każdego dnia, tych dwudziestu lat pokornej służby przekonywał samego siebie, iż wybrał najlepsze z możliwych rozwiązań. Przywoływał tamte zdarzenia, by o nich nie zapomnieć, nie uronić żadnego szczegółu. Zatracał się w obrazach, roztrząsał każde słowo, które wtedy padło, niczym obłąkany spoglądał na gasnący płomień swojego umysłu. Może nie dziś, nie jutro, ale za parę lat, powie o tym komuś, może napisze książkę. Dziś jednak musi mu wystarczyć, iż przeżyje to jeszcze raz w myślach.

Część I – Szerokie spojrzenie

Piotr siedział na krześle przed komputerem i oglądał nudny film. Była to typowa „amerykańska papka”, czyli tak zwane współczesne kino akcji klasy B. Takie „arcydzieła” można zrobić praktycznie bez scenariusza, wystarczy stosować się do zasad podobnych do przepisu na ugotowanie zupy. „Weź jednego lub dwóch niedrogich aktorów, dodaj paru statystów lub przygasłe gwiazdki, które zgodzą się grać paprotki, trupy w szafie, przechodniów, lub debili odwracających się, co chwila podczas ucieczki przed uzbrojonym bandytą. Potem z wrzuć ich wszystkich do jakiegoś miasta o znanej nazwie, daj im broń i niech strzelają do siebie. Mieszając, dosyp parę pościgów samochodowych, przypraw kilkoma scenami łóżkowymi. Jeśli masz dużo kasy na efekty specjalne i kaskaderów to wstaw kilka ujęć koziołkujących i wybuchających samochodów, a może nawet rozważ wysadzenie w powietrze jakiegoś budynku. Jeśli cały szmal wydałeś na aktorów, to, zamiast powyższych umieść parę scen z podskakującymi nagimi cyckami. (Pamiętaj, iż musisz do tego typu ujęć zatrudnić, co najmniej jedna kobietę, w przeciwnym wypadku sceny mogą się nie wszystkim spodobać) Zwieńczeniem akcji musi być moment, gdy postać pozytywna (grana przez aktora, któremu lepiej płacisz) zabije postać negatywną. Nie pomyl się, bo widz może nie zrozumieć filmu, jeśli uśmiercisz nie tego gościa, co należy, a i sam aktor może być niezadowolony, że ktoś inny uśmiecha się z ekranu dłużej niż on. Po ukończeniu zdjęć, reklamuj film jako zajebisty i niepowtarzalny, do momentu aż sam w to uwierzysz. Licz zyski. Po pewnym czasie weź, co najmniej dwóch aktorów, mogą być nawet ci sami i nakręć film o tym samym tytule, lecz z dwójką na końcu. Taki tytuł łatwiej zapamiętać i odchodzi masa wydatków na reklamę. Jeśli przy naborze aktorów do kolejnego odcinka Twojej trylogii, kwadrologi czy wręcz sagi, okaże się, iż gwiazdorzy, których uprzednio obsadzałeś zmarli, lub flaki im się przewróciły dopiero, gdy zadzwoniłeś z propozycją roli, wtedy nakręć prequel. Potrzebnych ci do tego będzie dwóch młodych aktorów nieco podobnych do tych poprzednich…” Film, którym właśnie katował się Piotr, był częścią trzecią trylogii gangsterskiej. Obecnie trwała kolejna strzelanina, pociski szybowały (i to dosłownie, bowiem efekt „bulet time” zastosowano chyba do każdej kuli) i gwizdały pomiędzy jadącymi po autostradzie samochodami. Czy można pudłować z odległości metra? Ile to gówno będzie jeszcze trwało? A może przerwać okaleczanie umysłu i iść spać? Rozważania Piotra przerwał dźwięk komunikatora internetowego. Wybawienie. Z ulgą zminimalizował film. Z Andrzejem znali się od tak zwanej pieluchy. Mieszkali drzwi w drzwi. Wspólna piaskownica, przedszkole, podstawówka, gimnazjum, szkoła średnia. Andrzej Kostyła i Piotr Majka przyjaciele na zawsze. W tym roku zdali na studia do Lublina. Andrzej zdał na historię filozofii, Piotr wybrał archeologie. Pokiwał głową, gdy przeczytał wiadomość: - Cześć…Wpadnij do mnie szybko! – cały Andrzej: przyjdź, zrób, zadzwoń. - Nie za późno? Coś się stało? - Musisz przyjść, chcę ci coś pokazać, nie pożałujesz! - Ale pamiętasz, że jestem hetero ? – wstukał Piotr uśmiechając się lekko. - Co ty kufa nie powiesz, serio, wpadnij głąbie, pokaże ci coś niesamowitego. - Ok już idę, ale jak to głupi dowcip lub jakiś banał, to lepiej szykuj się na opier.

Piotr cieszył się, że może z czystym sumieniem przerwać oglądnie chłamu. Wyłączył komputer, bo wiedział, że wróci do domu nad ranem po długiej i burzliwej dyskusji. Banalna wymiana zdań przerodzi się jak zwykle w debatę na najważniejsze problemy ludzkości, by o czwartej rano zakończyć się rozejmem. Komputer zgasł, pokój wypełnił półmrok, który rozświetlało jedynie światełko w akwarium. Piotr nasypał rybkom karmę, po czym zapalił lampkę na biurku i nabazgrał kartkę dla śpiących rodziców. - Właź szybko i przygotuj się na szok! – powiedział Andrzej, który czekał już w otwartych drzwiach swojego mieszkania. Był bardzo rozemocjonowany. Ściany pokoju Kostyły były pooblepiane plakatami gwiazd muzyki, oraz zespołów piłkarskich. Na ścianie za komputerem wsiał Real Madryt, Queen, oraz oprawione w antyramę zdjęcie Alberta Camusa. Andrzej mawiał: „Możesz obrazić mi siostrę, kota, psa, a nawet mnie; nic ci nie zrobię. Obraź Freddiego, jesteś trup!”. I tak było faktycznie (no może nie aż tak dosłownie). Andrzej podchodził do siebie z dużym dystansem, potrafił żartować ze swoich wad jak też ze wszystkiego, co uważał za bezsensownie i głupie. Kostyła był nieco inny. Pedantyczny i spokojny. Decyzje podejmował powoli lub pozwalał robić to innym, jeśli nie dotyczyły ważnych spraw. Nie lubił być śmieszny. Z głośników komputera, rozbrzmiewał „Show must go on ” Queen. Majka, pomimo, iż nie był fanem tego zespołu, to bywając często u Kostyły nauczył się już rozpoznawać poszczególne płyty. Ten utwór pochodził, z „Innuendo” - ostatniej, jaką nagrali przed śmiercią Freddiego. Andrzej mówił podniesionym głosem, szybko wystrzeliwując wyrazy. Było to typowe dla niego. - Ściągnąłem parę dni temu nową wersję Google Earth. Bajera mówię Ci, można polatać po wirtualnej mapie samolotem i oglądać zdjęcia panoramiczne, tak przynajmniej pisało w historii wersji. Chciałem pooglądać sobie ten raj, do którego jedziemy. Grecja - tam wybierali się z dziewczynami. Piotrek wolał Egipt, ale został przegłosowany, bo kilometry pustyni, usianej piramidami i grobami nieżyjących od tysięcy lat faciów i facetek (tak powiedziała Anka dziewczyna Andrzeja), przegrały w głosowaniu z piaskiem na którym smażą się żywi ludzie. „Egipt też ma plaże, a morze jest to samo tylko z innej strony” – oponował Piotr. Został jednak zakrzyczany i ustąpił. Na ekranie komputera, pod wirtualnym myśliwcem przemykały satelitarne zdjęcia plaż i miast greckich. - W pewnym momencie nacisnąłem kombinację klawiszy ctlr shift i v, bo pomyliło mi się to z innym skrótem klawiaturowym. By to zaprezentować jednocześnie wdusił klawisze, które wymienił. Kokpit samolotu zniknął, widok przeszedł płynnie do obrazu całego globu ziemskiego, a wokół ekranu pojawiła się szara, przezroczysta gruba ramka z masakrycznie dużą ilością parametrów opisanych nieznanymi skrótami. W centrum obrazu tkwił biały celownik w kształcie okręgu o średnicy paru centymetrów z jasnym punktem pośrodku. - Zobacz, co się dzieje, gdy przybliżam obraz? – pokręcił rolką myszy. Ziemia zaczęła się zbliżać, a cyfry kręciły szaleńcze piruety. - No, co? Zrobili obraz jak z filmów o szpiegach, miła rzecz, ale co w tym takiego dziwnego? – zapytał Piotr z typowym dla siebie spojrzeniem mówiącym, Amerykę odkryłeś po raz kolejny, wiec nie dziw się, że nie zmienią na Twoją cześć jej nazwy. - To w tym dziwnego, że po pierwsze nie piszą o tym w historii wersji, a po drugie, włączyło się ukryte menu, zobacz! – to mówiąc Andrzej wskazał, a potem rozwinął z górnej listwy programu menu o nazwie: wideye. - No dobra, jest ukryte menu, pewnie jakaś furtka do części programu, którą jeszcze testują… w dużej ilości gier tak robią- wzruszył ramionami Piotrek, - To nie wszystko Piter, teraz popatrz i nie zgub szczęki! – Andrzej mówił to bardzo przejętym głosem. Rozwinął wspomniane menu i kliknął pozycję: get wide now.

Pasek postępu, który pojawił się na ekranie rósł przez parę chwil od 0 do 100, wskaźniki cyfrowe tańczyły jak oszalałe. Gdy ładowanie danych zakończyło się, obraz na ekranie stał się bardziej wyrazisty, jak gdyby został potraktowany filtrem ostrości w Photoshopie.

- Poszukaj żółtego znacznika, jaki postawiłem parę godzin temu – poradził Andrzej. Piotr posłusznie ujął myszkę w dłoń i obracając widokiem starał się zlokalizować zakładkę, o której mówił jego kolega. Było to dosyć proste, bo na tle ziemi pociętej plamami pól uprawnych i lasów ziemi, żółty łepek wirtualnej pinezki postawionej na terenie południowo-wschodniej Polski był widoczny niczym zapalona zapałka w ciemnym pokoju. - A teraz wycentruj na niej i zacznij powoli przybliżać. Gdy zbliżenie osiągnęło wysokość 29 km pokazała się nazwa: Bykowice, która jak się okazało była tej samej urody, co mieścina, rozrastająca się pod nią. Mała wioska bez znaczenia intelektualno-rozrywkowego - pomyślał Piotr, bo nie lubił wsi. Mikra postura i słabe zdrowie, wymuszały na nim jedyny możliwy stosunek do pracy fizycznej, unikanie, a jeśli dodać do tego alergię na prawie wszystkie pyłki, roztocza i kurz, to ta niechęć urastała do zarozumialej bojaźni. - Moja ciotka mieszka w Bykowicach – Andrzej akcentował bez entuzjazmu pierwsze sylaby – to o niej mówiłem tydzień temu, że nas zaprasza na wakacje. Lasy, łąki stary…,- spojrzał na Andrzeja i dodał pośpiesznie już w normalnym tempie - wiem, wiem zakichałbyś wszystkie chusteczki i marudził, że nie ma internetu, ale kościół mają. – tu się zaśmiał niedwuznacznie. Piotr rzucił mu pogardliwe spojrzenie mówiące „Litości człowieku, znów zaczynasz… ” -Ciotka Agata zadzwoniła parę godzin temu prosząc bym przesłał jej zdjęcie satelitarne jej gospodarstwa, bo widziała w wiadomościach, że w internecie można sobie pooglądać świat z nieba. Nie dała sobie przetłumaczyć, że tylko duże miasta i obiekty ważne są dokładnie fotografowane i z uporem osła prosiła: „przyślij i przyślij”. - Cecha rodzinna? – wtrącił Majka. Kostyła wyszczerzył zęby szeroko i bezwstydnie niczym ogier rozpłodowy po ujrzeniu ładnej klaczki, . - Ustąpiłem, bo nie chciałem przedłużać rozmowy i powiedziałem, że przyśle jej zdjęcie regionu z punkcikiem w miejscu gdzie leżą Bykowice. Piotr kontynuował obniżanie widoku. Na wysokości czterech kilometrów, pokazały się pierwsze punkciki zabudowań. - Ładnie obfotografowali tą dziurę– rzekł Piotr i zapytał retorycznie: - ale to i tak wieś, co w niej ciekawego? Gdy wysokość widoku wyniosła 2 km wyłoniły paski dróg pomiędzy polami ornymi. Jeden kilometr, drogi zbiegały się pośród zabudowań gospodarczych. Pięćset metrów, pojedyncze drzewa. Sto metrów – pierwsze figurki ludzi. - Niezłe nie, kręć dalej, tylko powoli- szepnął Andrzej. Wysokość 20 metrów kobieta stojąca obok stodoły, 10 – w zielonym podkoszulku, 3 metry - patrząca na zegarek – 1 metr – marki Timex z białym wyświetlaczem, godzina 8:15. Piotr przestał kręcić rolka. Zegarek kobiety stojącej na podwórku we wsi Bykowice o 8:15 po południu wypełniał cały ekran… - Oniemiałeś, prawda? - Andrzej triumfował, – Jesteś w szoku? No to, co powiesz na to ? – to mówiąc przesunął widok nieco w bok, a gdy zamiast zegarka wypełniała go kura, zmienił położenie poziomego suwaka w lewym górnym rogu ekranu. Przemarsz chińskiej armii przez środek pokoju wywarłby podobne wrażenie niż ten ekran komputera ze zdjęciem kobiety stojącej na podwórku, stojącej bokiem do obserwatora. Korzystając z grobowego milczenia Piotra, Kostyła obracał widokiem we wszystkie strony, by po paru sekundach ustabilizować go na twarzy kobiety. - A oto i moja ciotka Agata - Jaja sobie robisz, nie? – Piotr odzyskał mowę, lecz słowa nadal przechodziły mu z trudem przez usta. - Ciekawskie, nieprawdaż?– zauważył Piotr. - Zrobiłeś model ciotki w jakimś programie i wstawiłeś na Gogle Earth, by zakpić ze mnie? - Zobacz sierotko, że podczas rotacji zmienia się widok całej okolicy, zabudowania, ba, nawet niebo jest widoczne z różnych ujęć. – czy myślisz, że komuś by się chciało, pomijając, fakt czy potrafiłbym zrobić to z tak fotograficzną precyzją ?! -No dobra, to jak to zrobiono i dlaczego akurat Bykowice ? – Piotrek powoli odzyskiwał swoje racjonalne podejście. - W tym rzecz, że w dalszym ciągu nie znasz całej prawdy! – Andrzej zaakcentował wyraz CAŁEJ w taki sposób, że Piotr, błyskawicznie położył rękę na myszce, zrobił odjazd rolką na widok globu ziemskiego. Zakręcił nim wokół osi, a w miejscu, w którym się zatrzymał zaczął robić zbliżenia. Afryka, 900 km. Miejscowość Kano w Nigerii. 23 km – siatka ulic i zabudowań. 5 km – plac w kształcie stadionu. 900 m - napis SAS na jednej wypisany kolorami krzesełek na trybunach. 100 metrów – punkty przemykające po stadionie i grube linie boiska, 10 metrów grupka dzieciaków. 2 metry – piłka łaciata i chłopak zamierzający ją kopnąć, 0.2 m – pęknięcia na łatach w piłce. - Jezu! - Piotr dla przesunął celownik w bok i zmienił perspektywę. Łaciata piłka z nogą w tle. Po chwili milczenia zapytał: - Dużo prób robiłeś? - Poświeciłem temu trzy godziny, zrobiłem setki ujęć, wszędzie taka sama precyzja fotografii i możliwość obrotu w przestrzeni o każdy kąt. - Przyszły ci do głowy jakieś wytłumaczenia? - Parę, lecz jedno mniej prawdopodobne od drugiego. Zanim zaczniemy burzę mózgów, to pokaże ci zadziwiającą schize, która zakręci Ci mózgiem.. Daj Warszawę. Piotr nerwowo wstukał w wyszukiwarce programu nazwę stolicy Polski. - Zrób zbliżenie na centrum miasta i zwróć przy okazji uwagę na taką ciekawostkę, iż cały teren jest jednolity, to znaczy nie jest pocięty płaszczyznami zdjęć, brak szwów. To robi wrażenie jednego wielkiego zdjęcia zrobionego w jednym ułamku sekundy! Warszawa rosła na ekranie. Pojawił się znów jakiś stadion. Opis mówił, iż jest to stadion Polonii Warszawa. - Zejdź na pozom ziemi, albo jeszcze lepiej na wysokość przeciętnego człowieka – polecił Andrzej. Gdy Piotrek zatrzymał przybliżanie, symulowany przez program obserwator znajdował się na wysokości 1.70 m, tuż obok skrzyżowania Muranowskiej i Andersa. - Rozejrzyjmy się – rzekł Kostyła Piotrek zaczął obracać widokiem. - Stop, tam mamy chyba odpowiedni obiekt. Widzisz ten wysoki biurowiec? Podejdź do niego. Wieżowiec był cały ze szkła. Z bliska wyglądał jak zamrożona tafla nieba z chmurami uwiezionymi wewnątrz. Na jego dachu znajdowały się maszty radiowe, a pod nimi napis Intraco. - Aaa, to ten jeden z pierwszych nowoczesnych drapaczy w Wawie – powiedział Piotrek. - Nie słyszałem o nim. A teraz nieco się podnieś, na załóżmy 20 metrów. Zrobione i co dalej? – zapytał Piotr, gdy wysokość była już odpowiednia. Cały ekran wypełniały szklane okna wieżowca. Były niczym błękitne lustro. - I co mam dalej zrobić? – dopytał się Piotr. Spojrzał na uśmiechniętego Andrzeja i w tym momencie, nawiedziła go jedna z tych niepokojących myśli, które pojawiają się, gdy zobaczymy napis „nie dotykać”. Nie czekając na odpowiedź, wdusił strzałkę kursora skierowaną do góry, i wbił punkt obserwacji do wnętrza szklanego domu. Na obrotowym fotelu komputerowym siedziała jakaś wypindrzona lala w szarym żakiecie. Miała długie szpony i ściekającą z ust szminkę. Unosiła właśnie paluszek wskazujący i spanikowanym wzrokiem szukała czegoś na klawiaturze. Ściany pokryte futurystycznymi obrazami w antyramach sprawiały wrażenie tanich podróbek. Na regałach piętrzyły się jakieś papierzyska poukładane w sterty. Nie było w tym widoku nic dziwnego, ot typowe biuro, lecz jedna rzecz wprawiała w zdumienie. Jakim cudem do diabła jego wnętrze było widoczne, z zewnątrz, przez lustra weneckie zamiast szyb, oraz opuszczone rolety? Piotr z lekko otwartymi ustami bawił się klawiszami kursora, zbliżając i oddalając widok, zaś myszką tańczył piruety po pokoju. - Możesz sobie darować – przemówił Andrzej – długo próbowałem znaleźć jakiś haczyk na ten schiz… bezskutecznie. - A te pomysły, o których mówiłeś, jakieś wytłumaczenia? - Dopóki nie zobaczyłem, iż można zwiedzać wnętrza budynków, myślałem, że to jakaś sieć satelitów, rozsiana bardzo gęsto wokół ziemi. -Teraz sądzę, iż to może być Matrix – a my właśnie podglądamy logi systemu! - Ta gadaj zdrów… Jezus, który urodził się dwa tysiące lat temu, też miałby być matrixowy? – Piotr podniósł wyraźnie ton głosu. - A czemu nie? Rozmawialiśmy już kiedyś na ten temat. Nie można uważać, iż coś jest prawdziwe tylko dlatego, że wierzymy w to ślepo. - Religia nie jest ślepą wiarą! To akt zaufania w bezmiar stwórcy, wiarą, iż śmierć nie kończy wszystkiego! – Piotr wyraźnie nie zamierzał ustąpić. - A jakieś dowody, jakiekolwiek? Wasz całun turyński okazał się podróbką z 1300 roku. Świat nie powstał w sześć dni, nie było Adama i Ewy, więc, jaki sens ma grzech pierworodny i poświecenie Jezusa? – Andrzej wyraźnie się nakręcał. - Nie kłóćmy się o wiarę, bo to wcale nie pomaga i wałkowaliśmy to już wiele razy. Zakładając, iż nie dowiemy się na razie jak to działa, powiedz, co planujesz z tym fantem zrobić? - zapytał Piotr. Andrzej spojrzał na ekran komputera, potem na Piotra. Wraz z głębokim wydechem, jak gdyby uszło z niego ciśnienie. Po chwili odezwał się: - Na pewno nie jest to coś, co świadomie ktoś wypuścił do sieci. Gdy pokażemy to komuś z władz, lub naukowcom, to nie zdążymy powiedzieć „fiki miki”, a zamiast pięknych i niedostępnych widoków, będziemy mogli pooglądać sobie Duffiego na Carton Network. – Andrzej zamilkł i przez moment obserwował Piotra, który właśnie robił najazd pod biurkiem i bynajmniej nie podglądał dywanu, lecz długie nogi sekretarki, osłonięte jedynie szarą mini spódniczką. - Ta… – zamruczał Piotr – widoki są istotnie ładne i dlatego proponuję to czy owo pooglądać, pozwiedzać, pocieszyć się tym światowym BigBroherem, może coś nam po drodze przyjdzie do głowy, a potem się zobaczy. - Zgoda – odrzekł Andrzej, przyglądając się Piotrowi, który doszedł do sedna swoich poszukiwań, mijając po drodze koronkę pończoch. Tej nocy komputer Andrzeja wyświetlał zdjęcia miejsc niedostępnych dla ciekawskich, oczu albo zbyt odległych, by tylko dla nich podejmować kosztowną wyprawę. Galerie sztuki, bazy wojskowe, budynki agencji państwowych, afrykańską jungę, szatnie i prysznice damskie. O piątej rano Piotr poszedł do domu przespać się parę godzin. Umówili się, iż za parę godzin spotkają się ponownie i ustalą, co robić dalej.

Część II – W poszukiwaniu sportowego bączka

Tuż po śniadaniu Piotr przyszedł ponownie do Andrzeja. Byli zmęczeni nocnym „seansem światowego kina” i tylko dzięki paru kubkom kawy trzymali się jakoś na nogach. - Wczoraj się bawiliśmy, a powinniśmy zająć się naszym znaleziskiem metodycznie - orzekł Piotr - oraz zastanowić się, do czego może się nam, czy komukolwiek przydać. Andrzej oglądał właśnie Pomnik Freddiego Mercurego w Montreux. Pięść wzniesiona ku górze, w drugiej dłoni mikrofon. Piękny wyraz triumfu artyzmu nad śmiercią, bo przecież „przedstawienie musi trwać”. - Co mówiłeś? - zapytał wyrwany z zamyślenia. - Mówię, że trzeba dziś zastanowić się nad pożytkiem naszego odkrycia i naszymi dalszymi planami z nim związanymi. - Tak, tak, oczywiście. - Andrzej oddalił widok z wybrzeża Szwajcarii i zmienił go na Amerykę północna, a po chwili dodał: - No to spróbujmy poszukać prawdy, to przecież nasza ulubiona gra. - Gdzie zaczniemy? Kostyła nie odpowiedział, lecz zaczął wklepywać do wyszukiwarki gogle earth wyraz i cyfrę - „Area 51”. - Ostro - szepnął sąsiad – czyli szukamy ufo. - Ufo, ale przede wszystkim dowodu, że twój cud stworzenia wykracza poza ziemię, a księga rodzaju to bajka. - Księga rodzaju to alegoria – wtrącił Majka urażonym głosem – nie raz o tym już mówiliśmy. - Ta… jasne słyszałem, Bóg owijał prawdę w bawełnę, bo ludzie nie rozumieliby, gdyby powiedział po naukowemu: Słuchajcie planeta, na której mieszkacie ma parę miliardów lat i krąży wokół gwiazdy, a cały wszechświat zrodził się z wielkiego wybuchu. – przerwał na chwile i wziął oddech - Ale faktycznie to zostawmy to i wróćmy do poszukiwania życia poza biblijna ziemią. Kliknął myszka w link z wynikiem wyszukiwania. Ekran płynnie przechodził do kolejnych lokacji. Ameryka północna, Stany Zjednoczone, Wschód USA, Jakieś wielkie jezioro, linie ulic i rzędy budynków, pasy startowe, hangary. - Robi wrażenie - Andrzej nieco się uspokoił i wzrokiem omiatał zdjęcie bazy wojskowej. Była ogromna. Wielokilometrowe pasy startowe, szeregi baraków i hangarów, wieże kontrolne. - Od czego zaczniemy? - zapytał Majka - będziemy przeglądać hangar po hangarze? - a po chwili dodał – a jak wielkiego obiektu szukamy ? Piotr zminimalizował program i otworzył Firefoxa. Wpisał w goglach „Robert Lazar Area 51”. - Robert Lazar twierdził, że pracował przez parę miesięcy właśnie w strefie 51 przy badaniach napędu pozaziemskiego statku kosmicznego. - Coś mi się obiło o uszy, czy to ten, który nie potrafi udowodnić, że ma wyższy wykształcenie, a nawet wskazać kolegów ze studiów? - Ty i twój sceptycyzm - Kostyła nie krył, niezadowolenia z postawy kolegi. - Czy myślisz, iż dla rządu Stanów Zjednoczonych jest dużym problemem skasować dane ewidencyjne uczelni i zapłacić paru osobom by zapomniały kolegę ze studiów ? - To tylko teoria spiskowa, bez potwierdzenia w faktach. – ocenił Piotr - a co z „Brzytwą Ockhama”? Czyż nie trzeba wybierać prostszych rozwiązań, zamiast plątać się w mało realnych teoriach? - To samo ostrze można przyłożyć to teorii boga osobowego. Bóg wszechmocny i wszechwiedzący, czy natura ewoluująca metodą prób i błędów. – odciął się Andrzej – Ale wrócimy do Lazara. Utrzymywał on, iż widział dziewięć obcych statków, a w jednym był nawet w środku. Opowiadając to Andrzej przewijał strony internetowe, w poszukiwaniu informacji o Ufo widzianym przez Lazara. - O jest - powiedział, gdy na ekranie pojawił się rysunek przypominający dziecinnego bączka. Był zwymiarowany na dwanaście metrów średnicy i pięć wysokości. - Lazar nazwał go ze względu na rozmiar, modelem sportowym, bo pozostałe, do których nie miał bezpośredniego dostępu były o wiele większe – referował Andrzej. - Ciężko będzie odnaleźć na terenie kilkunasto-kilometrowej bazy obiekt o wielkości średniego jachtu, a już na pewno łatwo wsadzić go do samolotu i przewieść w bardziej tajne miejsce. Myślisz, że po rewelacjach Lazara, o ile były prawdziwe ryzykowaliby, przechowując statki kosmiczne w miejscu, na które patrzy cały świat? - Chyba masz rację - Andrzej niechętnie, ale zgodził się z kolega - co szkodzi jednak poszukać, miejsc i faktów, o których opowiadał Lazara, jeśli znajdziemy jakieś potwierdzenia, to może historia nie jest wyssana z palca. - Ale to masa szukania – przypomniał Piotr. - Nie zamierzam przeszukiwać całej bazy, to bezcelowe, bo na pewno nie ukryli tajnych projektów w budynkach na powierzchni. Lazar mówił o podziemnej bazie S4 w zboczu górskim nad jeziorem Papoose. - to mówiąc Kostyła przesunął celownik na południe - jeśli znajdziemy S4, to już będzie coś.

Zespół wzgórz nad suchym jeziorem Papoose przypominał z lotu ptaka przekrojoną nerkę. Gdy widok obniżył się, można było odnieść wrażenie, iż jest to krajobraz marsjański, posiany wyschniętymi korytami rzek. - Gdzie planujesz się wbić i na jaką głębokość. - Na początek zrobimy parę losowych prób. Może się nam poszczęści i napotkamy jakieś tunele lub ślady ingerencji człowieka? – zastanawiał się Andrzej - Jeśli tak, to potem wystarczy iść po nitce do kłębka, albo wielu kłębków, a któryś z nich, być może będzie tajną bazą. Obniżał widok. Wysokość 200 metrów, 100 metrów, ziemia. Na ekranie się obrazy przypominały tomografię ziemie. Warstwa po warstwie nieistniejący nóż odkrawał kolejne skalne widoki okraszone skwarkami wąskich jaskiń wyżłobionych przez podziemne strumienie, które umarły dawno temu. Minus tysiąc metrów, minus dwa tysiące... Nic. Piotr poruszał myszką coraz szybciej, był zniecierpliwiony, cofał się i rozglądał, przesuwał na boki. Piotr siedział coraz bardziej znudzony. Po kilkunastu minutach tych poszukiwań, nie wytrzymał i powiedział: - To nie ma sensu. Przy tak dużym terenie szukanie na oślep, przypomina czyszczenie stajni Augiasza za pomocą chusteczki higienicznej. Andrzej dla zasady przeczesał jeszcze parę zakamarków, lecz i on zrozumiał, że ta metoda jest nieskuteczna. - Chyba masz rację. W takim razie poszukajmy drogi, która kończy się w ścianie skalnej. Przecież muszą jakoś dostawać się do środka. - Niekoniecznie. Pomyśl, to jest zbyt oczywiste, a baza, do której by prowadziła ścieżka kończąca się w ścianie, nie byłaby tajna. Prędzej któryś hangar jest tylko fałszywką, wejściem do długiego tunelu. - Sprawdźmy najpierw teorie drogi znikającej w skale. W okresie budowy bazy, mogli nie przewidzieć, iż za parędziesiąt lat zdjęcia satelitarne będą, aż tak łatwo dostępne. Z pewnością natomiast, nie brali po uwagę, możliwości, iż ktoś dorwie się do trójwymiarowych zdjęć tej klasy. - Zacznijmy od tej serpentyny na wschodzie – zaproponował Piotr. Była to zwykła asfaltowa szosa, która wiła się po zboczu góry. Przemieszczając się po niej, wirtualne oko kamery napotkało dwie wojskowe ciężarówki. - Zatrzymajmy się i zobaczmy, co przewożą – powiedział Andrzej i zaczął robić na nie zbliżenie. Kierowca pierwszej, był niczym cyborg. Wielki mutant z głową, o masywnej szczęce, którą mógłby prawdopodobnie rozłupywać kulki łożysk, z gracją prasy hydraulicznej. Obok niego siedział żołnierz z karabinem na kolanach, młodszy i drobniejszej budowy, ale z równie inteligentnym obliczem. Z tylu, na pace pokrytej zieloną plandeką, leżały drewniane skrzynie, plastikowa beczka i dwa rzędy dużych akumulatorów. Po bliższych oględzinach skrzyń okazało się, iż zawierały sprzęt elektroniczny, wśród którego dało się rozpoznać co najmniej radiostację, oraz parę małych okrągłych monitorów, prawdopodobnie radarowych. Zastosowania pozostałych elementów elektronicznych były nieznane. Między skrzyniami na samej górze, leżało tekturowe pudełko wypełnione puszkami z wołowiną. Druga ciężarówka wiozła grupkę techników, w szarych kombinezonach. Na podłodze stały skrzynki narzędziowe i kilka szpul kabla o różnych kolorach i grubości. Piotr i Andrzej z rozczarowaniem porzucili inspekcję ciężarówek. Parędziesiąt metrów dalej droga kończyła się przy malej grupce zabudowań i maszcie radiostacji. Większość budynków była nie do końca zagospodarowana, lecz niektóre wypełnione były zakurzonym sprzętem. Kawałki układanki, pasowały do siebie i tworzyły zwyczajną opowieść o budowaniu nowego posterunku nasłuchowego, lub modernizacji starego. Sprawdzenie okolicznych skał, było tylko formalnością i zgodnie z oczekiwaniami nie przyniosło żadnych efektów. - Spróbujmy z drugiej strony gór. - Andrzej był wyraźnie zawiedziony. Po oględzinach drugiej prawie identycznej drogi oplatającej masyw ze wschodu, tkwili w tym samym martwym punkcie. W ciągu następnej godziny przeczesali systematycznie wszystkie drogi wokół zbocza, rozjazdy i obiecujące zakamarki. Tylko dwie ścieżki kończyły swój bieg w skale. Pierwsza prowadziła do składu broni i amunicji, druga do laboratorium chemicznego. - Do diabła, przecież to musi tam gdzieś być! - początki rozdrażnienia dawały się Andrzejowi we znaki. - Niekoniecznie musi, Lazar mógł kłamać, a całą ta baza S4 to taka opowieść jak potwór z Loch Ness czy Yeti. - A weź przestań! Przecież w Roswell rozbiło się UFO, a armia to zatuszowała. Ukryli po prostu artefakty, po tym jak Lazar zaczął sypać. Ponadto, ze zwykłych zasad prawdopodobieństwa wynika, że skoro życie powstało na jednej planecie, a na to mamy dowód, bo rozmawiamy ze sobą, to jest bardzo mało prawdopodobne, iż w tak ogromnym kosmosie zjawisko to nie powtórzyło się jeszcze kilka razy. Tu Andrzej zaczął swój zwyczajowy wykład o powstaniu życia, ewolucji, wielkim wybuchu. Po pewnym czasie, nogi Piotra domagały się rozprostowania, więc wstał. Jego jasna czupryna wystawała nieco ponad linie regałów w pokoju. Był bardzo drobnej budowy ciała i pomimo prawie dwumetrowego wzrostu nie budził respektu. Patrząc na Andrzeja przeciągnął się i pomimo, iż wielokrotnie obiecywał sobie, że nie da się wciągnąć w te dyskusje bez znaczenia, przerwał mu: - Jeśli wierzyć biblii to Bóg stworzył życie na dokładnie jednej planecie. Wyobrażasz sobie, że na wielu światach ponawiałby cud stworzenia, czy robił szopki z potopem jako karą za grzechy, czy w imię ziemi obiecanej kazał mordować jednemu plemieniu kosmitów, obcych o odmiennym wyznaniu? - mówiąc robił jednocześnie charakterystyczny dla siebie grymas twarzy, jak osoba wykładająca po raz kolejny tabliczkę mnożenia tym samym ludziom. - Boga w to nie mieszaj, bo to wielokrotnie przerabialiśmy i nie zamierzam marnować gardła na te same argumenty, które ty odrzucasz podpierając się książką sprzed dwóch tysięcy lat. - następnie by uciąć dyskusję ponownie położył rękę na myszce. - Może lepiej spróbujmy, Piter, wypróbować Twój pomysł i poszukajmy tajnego wejścia w budynkach. – Obraz posłuszny woli Piotra, przemieścił się nad kompleks głównych zabudowań. - Nudno się robi, może sam jak już pójdę, poszukasz sobie tej bazy? A tymczasem pomyślmy, do czego faktycznie można wykorzystać nasze znalezisko. - To nie potrwa długo, najwyżej godzinę - Nie, nie, nie!- wycedził Majka spoglądając na plakat Queenu - to bezowocne, równie dobrze mogłobyś zacząć szukać Boga za pomocą lupy. To jak szukanie igły w stogu siana, jeśli nie wiesz gdzie, a co ważniejsze, w jaki sposób patrzyć. - Oczywiście ty wiesz jak patrzeć i gdzie?! - Andrzej zerwał się z krzesła. Pomimo iż sięgał Majce do ramienia, to jego postura zwieńczona masywnymi barkami i głową na krótkiej szyi gwarantowała, iż, w konfrontacji bezpośredniej Andrzej sprawi dużo kłopotu każdemu przeciwnikowi. Próbował, kilka razy wyciągnąć Piotra na treningi, karate, pływalnie czy na siłownie, lecz jego niechęć do wysiłku fizycznego był nie do przełamania. Duch, ponad ciałem – tak zwykł odpowiadać. Andrzej cenił klasyczną równowagę. Patrzył obecnie z dołu na Piotra, ogarnęła go złość, iż dwóch przyjaźniących się od lat ludzi tak wiele dzieli. - Ale oczywiście nie powiesz mi jak szukać, bo nie wiesz? – warknął - Uwierz, a będziesz wiedział, uwierz, a będziesz zbawiony. Po cóż nauka, przecież modlitwa wystarczy prawda? - Takie drwiny nie poruszały Majki, bo słyszał je już wielokrotnie w tym pokoju. - Andrzej uspokój się, przecież cześć opowiastek jest banialukami, sam mówisz, że ludzie wierzą, w to, co chcą wierzyć. – wziął oddech i kontynuował - Stwarzają sobie piękne mity bez pokrycia w faktach. Musisz dopuścić myśl, iż Lazar mógł być łgarzem. Andrzej nie dawał za wygraną, ale już nieco ochłonął. - A mitologia chrześcijańska, macie jakieś dowody? Nie! Wam to jednak nie przeszkadza. My mamy, chociaż świadków, takich jak Lazar. Nauka leczy, buduje, a jakie sukcesy ma religia? Garstka .... - przerwał, by po chwili rozgoryczonym głosem powiedzieć: - Wiesz, wolę już szukać waszego urojonego Boga w komputerze, niż pytać o niego ludzi zarażonych jego ideą. Efekt ten sam, ale chociaż nie muszę słuchać banialuk - to mówiąc usiadł z powrotem krześle i wstukał cos szybko na klawiaturze zatwierdzając, enterem. - spójrz nawet maszyna... - chciał drwiącym tonem powiedzieć coś jeszcze, ale zastygł wpatrując się w monitor. - Uuuu, ciekawe - Co? Komputer znalazł Boga? Nie nabierzesz mnie swoimi głupimi żartami – zadrwił Majka. - Piotrek siadaj i zobacz, jakie wyniki, wyrzuciło. Znał Kostyłę na, tyle, iż podświadomie wiedział, że ten natrafił na coś zagadkowego. Bez słowa usiadł na krześle.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych