Wróć do katalogu

Brak Tytułu

Pierwsza część mojej książki opartej na podstawach stowrzonych przez J.K.Rowling. Odpieram ataki - to nie jest plagiat! Książkę piszę wyłącznie dla własnej przyjemności.

clerick, opublikowano , 22 min czytania, 4,6 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Prolog

Nad Anglią wstawał dzień. Słońce powoli wynurzało się zza horyzontu oblewając swoimi promieniami wszystko, co tylko znalazło się w jego zasięgu. Oświetliło również potężny, stary dwór położony na skraju lasu, opodal Windsoru. Ten wspaniały gmach o ścianach czarnych jak smoła, opatrzony paroma strzelistymi wieżyczkami, zionący chłodem i dziwną, niepojętą dla zwykłego mugola energią, mógł należeć tylko do rodziny czarodziejów. Albo raczej czarnoksiężników. Taką właśnie rodziną był, niesplamiony śmiertelną krwią od wieków, ród Malfoy’ów.

Rozdział pierwszy „Kuzynka Dracona”

Lucjusz Malfoy podszedł do okna i rozsunął zasłony. Zmrużył oczy. Chociaż zdążył już dawno przyzwyczaić się do blasku słońca, to jednak nade wszystko cenił sobie mrok. I ten rzeczywisty i ten, który płonął Wieczystym Ogniem w duszy każdego Czarnego Maga. Pan Malfoy nie był niewątpliwie zwykłym czarodziejem. Jego konszachty z tym, którego imienia po dziś dzień nie wolno wymawiać przeszły już właściwie do historii czarnoksięstwa. Ach, co to były za czasy! Pomyślał Lucjusz. Szło się ulicą, rzucało avadą gdzie popadnie i nikt nie miał prawa nic ci zrobić. Wszyscy drżeli przed nami, sojusznikami Wszechwładnego nazywanymi śmierciożercami... Ale to nie mogło trwać wiecznie... Pojawili się ci Potterowie. Mówiłem Mistrzowi, zajmę się nimi. Ale on nie, nie i nie. Sam poszedł. Zabił Jamesa, Lily... Ale tam był ktoś jeszcze... ktoś potężny i niewidzialny. Obronił Harry’ego jednocześnie unieruchamiając Voldemorta. Po tym wydarzeniu czarodzieje szybko ruszyli do ataku i żeby nie zgnić w Azkabanie trzeba się było tłumaczyć, że wszystkiemu winny jest urok rzucony przez Mistrza. Taka hańba! Ale wtedy Dracon miał już rok, nie mogłem zostawić go samego na pastwę tych wszystkich fanów młodego Pottera. Musiałem się Go wyrzec... musiałem. To było dwanaście lat temu. Teraz mój syn chodzi już do drugiej klasy. Nie powiem, żeby uczył się dobrze, ale… Z rozmyślań wyrwał go pomruk dobiegający zza jego pleców. Odwrócił się i podszedł do leżącej na łóżku dziewczyny. Budziła się. Usiadł na skraju kunsztownie zdobionego łoża z czarnej stali i odruchowo przygładził długie, jasne włosy spływające mu na ramiona. Był przygotowany na szybkie uspokojenie dziewczyny i krótkie wyjaśnienie jej w jakiej znalazła się sytuacji. Powoli otworzyła oczy i usiadła. Z jej twarzy błyskawicznie zniknął wyraz senności. Brwi zbiegły się u nasady nosa, czoło zmarszczyło, usta zacisnęły. - Gdzie ja... Lucjusz Malfoy?!?!?!? Tego chyba się nie spodziewał. Szybko jednak odzyskał zimną krew. - Tak to ja, miło mi. Posłuchaj, jesteś… - A to pewnie jest twój dwór... – powiedziała, rozglądając się dookoła. - Ciekawe czy naprawdę wygląda tak jak opowiadali... Mężczyzna zmarszczył czoło. Tak naprawdę oczekiwał pewnego rodzaju respektu, pokory, szacunku do starszej, nieznajomej osoby. Szczerze zdziwiło go też jej zachowanie. Pomyślał, że będzie musiał odbyć z nią poważną rozmowę, jeśli ma ją tu znosić przez pewien czas. Jednak w tej dziewczynie było coś znajomego... Miała trochę krótsze włosy od niego, wprost nieprzyzwoicie złote, które mieniły się w promykach słońca, rzucając dookoła oślepiające refleksy. Duże, piwne oczy były spokojne, ale zupełnie nie pasowały do tej, bądź co bądź, dziecięcej twarzy. Lucjusz dałby głowę, że należą do starego czarnoksiężnika, człowieka z dużym bagażem doświadczeń i posiadającym wielki magiczny potencjał. Wciąż nie mógł uwierzyć, że siedzi przed nim dziewczyna mniej więcej w wieku syna, znająca go i zachowująca się... dokładnie jak on! Przecież pan Malfoy nawet teraz nie miał żadnego szacunku do starszych i mądrzejszych, obrażał wszystkich ludzi gorszych od siebie, najchętniej tych najmniej majętnych. Dracon odziedziczył to po nim i w pewnym sensie był dumny z syna, choć zawsze starał się sprawiać wrażenie, że chciałby to z niego wykorzenić. - Zaraz, ale dlaczego ja się tu właściwie znalazłam? – spytała, wyrywając go z rozmyślań już po raz drugi tego ranka. - To bardzo długa historia. - Długa historia… – powtórzyła wolno i zanurzyła się w zieloną głębię jego oczu. Jeszcze nigdy nikt go tak nie świdrował wzrokiem. Wydawało się, że dziewczyna chce przejrzeć go na wskroś. Wytrzymał spojrzenie i odgarnął włosy z ramienia. - Jak ci zapewne wiadomo, drogie dziecko… - jej oczy zwęziły się. – Przepraszam, zapomniałem, że masz już czternaście lat. A więc droga Laurence… - Wybacz, Lucjuszu… - nie przypominał sobie, żeby przeszli na „ty”. – Skąd wiesz, jak mam na imię? Kto powiedział ci ile mam lat? Pan Malfoy poczuł, że się gotuje. Ona jest tu dopiero od kilku godzin, nie wiem, jak zniosę jej obecność i ten pretensjonalny ton przez następne trzy miesiące… ale słowo się rzekło… Wstał i wszedł w krąg światła. Oparł się o swoją laskę, spoważniał i powiedział: - Nie zapominaj, że jestem czarodziejem… Gdyby to był film, na pewno za oknem błysnęłaby w tej chwili błyskawica. Nic takiego jednak się nie zdarzyło. Mag wciąż skąpany był w promieniach przedpołudniowego słońca, co sprawiało, że bliżej było mu teraz do obrazu pociesznego wujcia, niż do Mroku. Laurence prawie zamruczała. - Jak ja to lubię… Zaraz, zaraz… - roześmiała się. – Przecież ty jesteś czarnoksiężnikiem, Lucjuszu. - Widzę, że niewiele rzeczy da się przed tobą ukryć. Tak też myślałem. – musiał jakoś zachować twarz. – Jednak nie wydaje mi się, byś była poinformowana o najważniejszym. Mam się tobą opiekować przez najbliższy okres. – zrobił krótką pauzę, dla większego efektu. – Z polecenia twojego ojca. Za oknem błysnął kolejny, wyimaginowany piorun. - Tego mugola? – zrobiła minę, jakby miała się zrzygać. - Oczywiście, że nie. Twojego prawdziwego ojca. – burza rozszalała się już na dobre. – W twoich żyłach płynie prawdziwa, czarnoksięska krew. Czy myślisz, że przyjąłbym cię pod swój dach, gdyby tak nie było? - prychnął pogardliwie dla podkreślenia tych słów. - Zresztą, czy nigdy nie wydawało ci się, że nie pasujesz do twojego domu we Francji? Czy nigdy nie nudzili cię rówieśnicy, którzy reprezentowali, jakże niższy poziom intelektualny? - Tak. Ale… - Cicho. Daj mi skończyć. – poprawił smolistą szatę. – Tam nie miałaś okazji się rozwinąć. Tutaj będziesz mogła naprawdę zaistnieć. Odkryjesz swoje magiczne zdolności i nauczysz się je wykorzysty-wać. Oczywiście pod moim, czujnym okiem. - Pójdę do Hogwartu? Lucjusz zasępił się. Nagle poczuł, że chyba polubi tą dziewczynę. - Wydaje mi się, że tak byłoby najlepiej… Chociaż oczywiście będziesz miała prawo wyboru… Spotkałabyś innych, małych Czarnych Magów z ogromnym potencjałem w Slytherinie, do którego oczywiście cię przyjmą… Musiałabyś też nauczyć się eliksirów, w których nigdy nie byłem za dobry… - uśmiechnął się pod nosem. - Po za tym Dracon czułby się mniej samotny… Zresztą tak chce też twój ojciec… - Co? Kto to jest?!?!? - Wszystko w swoim czasie, młoda damo. Teraz muszę już pędzić do Ministerstwa Magii. To będzie… eee… twój pokój. W szafie masz kilka ubrań, mam nadzieję, że Narcyza wiedziała, co kupuje… Tak, więc… jak będziesz czegoś potrzebowała zwróć się do… eee… - Skrzatów? – podpowiedziała. - Tak, skrzatów. – zaśmiał się nerwowo i wybiegł z pokoju. Odczekała dwadzieścia minut, po czym wstała z łóżka i podeszła do wielkiego lustra oprawionego w złotą ramę. Miała na sobie coś w rodzaju piżamy. Była to długa, czarna szata, z poszarpanymi rękawami do łokci i równie mocno zdewastowanym dołem. Na piersiach widniało wielkie, srebrne ‘L’. Laurence pomyślała, że czegoś w tym stroju jeszcze brakuje. Dotknęła ręką pleców w miejscu, gdzie schodzą się łopatki i w jednej chwili wyrosły z niego olbrzymie, nietoperze skrzydła. Dziewczyna w zdumieniu przypatrywała się swojemu odbiciu w lustrze; po chwili przeniosła wzrok na dłonie. Czy w nich drzemie potencjał, o którym mówił Lucjusz? Dlaczego rozmawiał z nią, jakby znali się od wieków? Kim tak naprawdę jest jej ojciec i dlaczego powierzył ja akurat Malfoy’owi? Czuła, że musi znaleźć odpowiedź na wszystkie te pytania. - No tak, ale nie w tym stroju. – roześmiała się. Zaczęła grzebać po szafach i w końcu włożyła na siebie czarne sztruksy Levisa, również czarny podkoszulek Big Stara, na plecy zarzuciła ciężką, smolistą pelerynę i wyszła z pokoju. Ostrożnie stąpając po puszystym, czarnym dywanie powoli odkrywała niezwykły czarnoksięski kunszt domu. Podłoga i ściany utrzymane były w szaro-ziemistej tonacji, imitującej cegły starego zamku (a może były prawdziwe?), natomiast wszelkie dodatki – począwszy od staroświeckich lichtarzy z prawdziwymi świecami aż do puszystych, perskich dywanów i ustawionych co kilka metrów komódek ze zdjęciami przybranymi w złocone ramy – były już całkiem czarne. Laurence zaparło dech na ten widok. Kiedy po chwili doszła do siebie ruszyła w lewo. Po kilku sekundach wędrówki prostym jak strzała korytarzem dotarła do schodów prowadzących na wieżę. Zrozumiawszy, że znalazła się w lewym skrzydle zamczyska szybko podążyła w przeciwnym kierunku. Omijając swój pokój zauważyła, że drzwi są uchylone i z ciekawości zajrzała do środka. W środku krzątały się dwie skrzatki. Nie chcąc im przeszkadzać cichutko przeszła obok i pognała do schodów, którymi zbiegła w dół. Stała teraz w olbrzymim holu, również stylizowanym na średniowieczny ozdobionych wielkimi, pięknymi rzeźbami i słynnymi, żywymi obrazami. Widniały na nich przede wszystkim zamki – przed murami toczono pojedynki, zasiadano do stołów, pasowano na rycerzy, zabawiano się na balach – w głębi dojrzała kilka postaci łypiących na nią groźnie spod wielkich tiar. Podeszła bliżej. Grupa wybitnych czarnoksiężników odzianych w czarne i ciemnozielone peleryny przerwała właśnie dyskusję o postępkach Voldemorta i obrzuciła dziewczynę niedbałym spojrzeniem. Do jednego z magów podszedł bardzo stary człowiek, z długą, siwą brodą, który przywędrował z sąsiedniego obrazu i szepnął mu kilka słów do ucha. Przez chwilę na twarzy młodszego z nich malowało się ogromne zdumienie, potem jednak śmiało podszedł do ramy, odchrząknął i rzekł: - Witamy w naszych skromnych progach, Laurence. Zszokowana, kiwnęła tylko głową. - Chcielibyśmy życzyć Ci wielu sukcesów na czarnoksięskiej drodze życia i choć twego ojca mamy niejako w pogardzie, za czyny, których dokonał przeciw nam – wierzymy, że ty, zgodnie ze swoim przeznaczeniem, wesprzesz zło i zapiszesz się na zawsze w kartach historii Czarnej Magii. Za jego plecami rozległy się gromkie oklaski i wszyscy magowie pokiwali z uznaniem głowami. Przemawiający rzucił jeszcze półgębkiem, gdzie ma szukać biblioteki i zasiadł przy stole by dokończyć tak brutalnie przerwaną debatę. Laurence chwilę jeszcze stała pod obrazem i rozważała usłyszane słowa. Potem, przypomniawszy sobie o wskazówkach młodszego z magów, postanowiła udać się do biblioteki. Olśnił ją ten widok. Wysokie na pięć metrów, hebanowe regały, kryły niezliczone ilości ksiąg i książeczek. Ciągnęły się wzdłuż trzech ścian, dając pośrodku miejsce owalnemu dywanowi, w kolorze…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych