Wróć do katalogu

Braterska Wojna. Zdobywcy Artefaktów

Wojna dwóch braci o królestwo. Który z nich wyjdzie zwycięsko? Czy pomogą w tym artefakty?

Harikein, opublikowano , 5 godz. 6 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

 BRATERSKA WOJNA  ZDOBYWCY ARTEFAKTÓW  KRZYSZTOF HACZYŃSKI

ROZDZIAŁ 1 PRZEKAZANIE WŁADZY Irlachan , warowne piękne miasto, leżące w królestwie Eurladynu, od tygodnia tętniło życiem. Po ogłoszeniu tydzień wcześniej przez heroldów, wiadomości, że król Eurladynu, Gurlhand III, dnia pierwszego maja 1225roku Eurladynów, przekazuje władzę na pierworodnego syna ( jak głosiło prawo. Król po upływie dwudziestu pięciu, chyba, że umrze, lat panowania, musi przekazać władzę pierworodnemu synowi, który będzie w pełni wieku),całe miasto wzięło się do intensywnej pracy. Dekorowano domy, odmalowywano drzwi i okna, oraz przygotowywano się do wyborów prezentów, lub co która rodzina bogatsza, na podarunki w zlocie lub srebrze. Wieść o koronacji, pierwszego syna Gurlhanda III, szybko rozeszła się po całym królestwie, i za jego granicami. Do miasta zjeżdżali możni panowie, którzy na czas koronacji, mieszkali w najlepszych tawernach w mieście. Zjeżdżali również kupcy , którzy oferowali rozmaite rzeczy. Plac targowy szybko się zapełnił. Kupowano wszelaki towar. Płótna, klejnoty, ozdobne ścienne skóry z niedźwiedzia lub górskich rysiów. Oczywiście nie obeszło się, bez znakomitej broni, zbroi, tarcz opancerzenia. Towar bardzo szybko schodził sprzedającym. Na plac targowy wybrał się Alga -tar , głowa gildii magów w mieście. Od tygodnia, większość czasu spędzał w bibliotece studiując czary, które miał przedstawić publice, na zabawie po koronacyjnej. Był bardzo zmęczony tym ciągłym studiowaniem, beznadziejnej księgi czarów a czary, które miał pokazać znudziły go do reszty. Przywołanie powietrznego smoka, czy jaszczuroluda, który będzie tańczył w rytm muzyki dla gromady podchmielonych mieszkańców, całkiem odebrały mu nadzieje na pokazanie co potrafi. Korzystając z chwili wolnego czasu, wyszedł z biblioteki, i udał się na targ. Płótna, naczynia, garnki, biżuteria i inne przedmioty, nie ciekawiły go za bardzo, więc udał się na drugą stronę targu , na której znajdują się stragany z bronią. Były tu różnego rodzaju typy broni, czy to krótkiej, czy to długiej. Przystanął przy jednym, ze straganów przypatrując się przepięknej broni. Jego uwagę zwróciły dwie rzeczy. Celtycki miecz, ze złota rękojeścią i wyrzeźbionym na niej smokiem, oraz złota celtycka zbroja, z również wyrzeźbionym smokiem. –Musi być zdobyczna? Pewnie jej poprzedni właściciel zginął, w którejś celtyckiej bitwie. Miecz i zbroja, południowych Celtów. Będą drogo kosztować pomyślał i coraz bardziej chciał je kupić. Byłby to znakomity prezent dla przyszłego króla. Ale czy, w sakiewce ma wystarczającą ilość złota . Owszem za dobrą pracę, jako doradca króla, jest szczodrze wynagradzany. Dwieście pięćdziesiąt sztuk złota, co miesiąc i Kopalnia diamentów na własność, z której też miał niemały dochód, budziły respekt wśród mieszkańców Irlachanu. Może starczy mu w sakiewce na zakup tej wspaniałej broni? -Czyżby miecz i zbroja, pochodziły od celtów?- spytał podchwytliwie. -Owszem, należały niegdyś do, któregoś z celtyckich książąt.- odpowiedział kupiec, z plemienia nomadów, których była tu większość. -Sprawiają, iż odnosi się wrażenie, że są to artefakty? Lecz dla kogoś, kto się na tym zna, zbędne byłyby te słowa.- Alga -tar próbował zbić z tropu nomada, który i tak pewnie zawyżył cenę na ten towar. Alga-tar po chwili namysłu dodał. -Myślę, że cena, nie jest zbyt wysoka?- grał na nerwach kupcowi, który z coraz bardziej posępną miną wpatrywał się w brodatą twarz maga. Lubił to. Zawsze gdy zaglądał na targ za potrzebną, rzeczą, omamiał swymi słowami, kupców i sam ustalał cenę. Zawsze to czynił i wychodził na tym bardzo dobrze. Jego motto brzmiało- drogą, rzecz możesz kupić za Male pieniądze.- Tymi słowami się kierował. -Wiec jaką ustalimy cenę?- z małym uśmieszkiem na twarzy, Alga-tar skierował wzrok na kupca. -Mylisz się, drogi człowieku, to ja ustalam ceny.-odpowiedział, nomad, który jak zresztą wszyscy nomadzi, nie odróżniał zwykłego człowieka od bardziej inteligentnego czarodzieja. -Myślę, że obustronne uzgodnienie ceny, było by lepszym rozwiązaniem.- mag, ponownie zignorował kupca, coraz bardziej wybijając go z tropu. -Przypomnę, że to ja ustalam ceny.-odparł nomad, który opierał się omamom ,maga. - Jaka cenę proponujesz? -Sześć sztuk złota, a miecz i zbroja będą twoje.- powiedział kupiec, który jak można było się spodziewać zawyżył cenę. -Zbyt wygórowana cena, przypomnę, że nie są to artefakty.- odparł mag i ciągnął dalej- Mogę ci za oferować co najwyżej jedną sztukę. Jeśli nie przymierz tej oferty, ogłoszę wszem i wobec, że sprzedajesz marny towar za wygórowaną cenę. Chyba niechżeż stracić klientów?- tymi słowami Alga-tar, zniweczył nadzieje kupca na sprzedanie towaru za cenę, którą przedstawił. -Dobrze przystanę na tę propozycję.- odparł zniechęcony nomad. -Towar dostarcz, do domu numer dwa, masz tu Wier zapłaty, resztę dostaniesz na miejscu. Nie zrozum mnie źle, po ulicach kreci się sporo złodziejaszków. Po następnej udanej transakcji, Alga-tar udał się w stronę gildii. Szedł przez targ, z coraz większym przeczuciem, że ktoś go śledzi. Spojrzał za siebie i ujrzał, czterech kenderów, którzy wolnym krokiem szli za nim. Trzymający w rękach hopaki- długie kije z procą na szczycie-, w pasach, w których przyczepione były, sakwy i różne ostrza. Alga-tar skręcił w ulice, która prowadziła do gildii. Tuz przed nim, z przeciwnej ulicy wyłonili się, miecznicy udający się, ze swoim dowódcą dom koszar na ćwiczenia. - Żołnierze ćwiczą. Ja też pewnie jeszcze przez dłuższy czas będę musiał czytać, te głupoty.- pomyślał Alga-tar, gdy miecznicy zmierzali na plac ćwiczeń. Gdy oddział przeszedł, mag udał się w swoją stronę. Coś uderzyło go w głowę, robiąc ranę tuż nad lewym uchem. Mag chwycił się za głowę, jego dłoń stała się czerwona. Krople krwi splamiły jego jasnoniebieski płaszcz. Odwrócił się . Stał przed nim, śmiejący się kender, który w jednej ręce trzymał procę, a w drugiej garść kamieni. -Boli co głupku.?-odezwał się jeden z nich. Mały o dziecinnej twarzy, z rozmierzwionymi włosami. -Owszem boli.-odpowiedział czarodziej z pochmurną miną. -Jeśli niechceż pajacu, by bolało cię jeszcze bardziej, lepiej oddaj mi wszystko co masz.-mały człowiek zaczął urągać. To była najlepsza broń kenderów , która polegała na wyzywaniu wroga doprowadzając go do szybkiej dezorientacji. Alga-tar wiedział na czym polega słowna broń kenderów i nie dał się wytrącić z równowagi. -Słuchaj mała cielęcino, odejdź lepiej i nie próbuj mnie rozgniewać. –mag, przyłożył sobie kawałek, białej szmatki, namoczonej leczniczą wodą do rany i splunął ze złości. -Chcesz mnie zastraszyć nicponiu? Bracia!- krzykną karzeł. Z za rogu jednego z domów, wyłoniła się trójka braci, z procami i równie bujnymi fryzurami co ich brat. Zaczęli oszczeliwać maga z proc. Alga-tar próbował wywołać czar chroniący, gdy następny kamień, ugodził go w ramię robiąc niewielką dziurę. Alga-tar wypowiedział słowa zaklęcia, po czym otoczyła go przeźroczysta ściana, która osłaniać będzie go przez krótki czas. Kamienie bezgłośnie odbijały się od ściany. Mali ludzie wyjęli, swoje narzędzia z metalu i zmierzali w stronę maga. Alga-tar przyszykował następny czar , jednak poczekał, aż te Male istoty będą dostatecznie blisko. Gdy kenderzy zbliżyli się na odpowiednią odległość , przezroczysta ściana przestała istnieć ,a czarodziej wypuścił w stronę złodziejaszków , grom małych błyskawic, wylatujących z jego palców. Błyskawice dosięgły czterech złodziei, trzech z nich usmażyło się od razu, niczym ryby na patelni. Czwarty , przywódca grupy, poparzony ledwo trzymał się na nogach, opierając się na swoim kiju. -Uciekaj!- szepnął Alga-tar. Kender, utykając przeszedł obok swoich spalonych braci. Wymamrotał jeszcze kilka słów i uciekł. -Głąby.-parsknął mag i podążył do gildii. -Głąby.-parsknął mag i podążył do gildii. Wyszedł z ulicy na duży plac i spostrzegł, że z wysokiej wierzy, czyli gildii magów, uczniowie oraz nauczyciele, podążają do swych domów. -Kto wam pozwolił przerwać naukę?- Alga-tar zaczepił przechodzącego ucznia. Ubrany w czerwony płaszcz z kapturem, z paroma książkami u boku, młody uczeń stanął i Spojrzał na maga. Od razu spostrzegł, że stoi przed najwyższym, mina zrzedła mu nagle. - To postanowienie samego króla. Mamy przerwę do pierwszego dnia po koronacji.- wymamrotał początkujący czarodziej. - Dziękuje.- Alga-tar skręcił w lewo w ulicę, która prowadziła do jego domu. Czarodziej przechodził obok królewskich ogrodów, nieopodal stał jego dom. Zbudowany, z drogiego drewna, pomalowany, równie drogą farbą, na kolor niebieski, wzbudzał wrażenie wśród mieszkańców miasta. Alga-tar otworzył furtkę i udał się do domu. -Dzień dobry, nasz panie.- odezwały się dwa gliniane golemy, strzegące jego domu. Alga-tar nie odpowiedział, gestem kazał golemom odstąpić od drzwi, po czym wszedł do środka. -Witaj, Euregio.- Alga-tar uśmiechnął się do swej żony, która w kuchni gotowała obiad. -Witaj Alga-tarze. W samą porę się zjawiłeś. Właśnie przyrządzam pstrąga. -Z chęcią go zjem.- odpowiedział czarodziej, poczym usiadł przy kominku i zapalił fajkę. W końcu mógł, zapalić swój ulubiony tytoń, sprowadzany na zamówienie od krasnoludów. Przed domem, ktoś rozmawiał z golemami. Alga-tar wstał by zobaczyć co się dzieje. Golemy odtrącały pięciu przybyszów. Ubrani w przewiewne szaty nomadzi, z ogromnymi na wpół zakrzywionymi mieczami, spierali się z golemami, domagając się wizyty z magiem. -Dość .- krzyknął czarodziej. Golemy odeszły nieznacznie, mając na oku nomadów. -macie dla mnie towar?- spytał mag. -Czy masz dla nas zapłatę?- odparł jeden z nich. -Oczywiście.- czarodziej wyjął sakwę. W środku zaszeleściły, złote monety. -Gdzie mamy ją zanieść? Dwóch tęgich mężczyzn, trzymali w rękach skrzynię, w której mieścił się prezent dla przyszłego króla. -Postawcie ją tutaj. O to wasza zapłata.- Alga-tar podał sakwę no madowi. Tęgi nomad i jego kąpani, obrócili się na pięcie i poszli w swoją stronę. Z domku obok wyłoniły się dwie istoty. Człowieko podobne istoty. Z Głowami jeleni, porośnięte do pasa brązowymi włosami. Ubrani w skórzane spodnie z pod , których lśniła gładka skóra, chwycili skrzyń. Wykorzystując swe, szybkie kopyta, zaraz znaleźli się w zbrojowni. Istoty te, to jelenio trapy, pół jelenie, pół ludzie, którzy pracowali jako służba. Chwilę później, znów ktoś przed jego domem, spierał się z golemami. Alga-tar wyjrzał przed dom. Stał tam królewski posłaniec, który kłócił się z golemami. -Odejść.- krzyknął Alga-tar.- Słucham cię?- dodał. -Alga-tarze, jesteś wzywany do królewskiego pałacu. Masz stawić się bezzwłocznie.- goniec skończył i poszedł w swoją stronę. -Ani chwili spokoju.- mruknął czarodziej.

*******************

W pałacu, w wszechstronnej komnacie, rzeźbionej z pięknego drewna, wyposażonej w meble i obrazy, przedstawiające, różne miejsca, z różnych epok. Przy dębowym stole, dwaj mężczyźni omawiali plan. -Jesteś pewny, że plan się powiedzie?- spytał Hemides. Brat Tunisa, pierworodnego jego ojca. -Całkowicie.-odparł drugi. Nosił imię Vlak, był jednym z najbogatszych lordów w królestwie. Pochodził z miasta Tunaga. -A co, ze strażnikami? -Spokojn9ie, o wszystko zadbałem. Niewielka ilość, wężowego jadu, dodana do kolacyjnego wina, uśpi ich na zawsze. -Wreszcie nie będzie mnie gnębiło panowanie mego ojca. A tym bardziej tępego braciszka. -Masz całkowitą rację. -Śmierć ojca, przeszkodzi w przekazaniu władzy Tunisowi. Królestwo nie będzie miało władcy.- Hemides podrapał się po głowie, którą porastały blond włosy.- Bardzo się z tego cieszę.- jego jasną twarz, ogarną przeraźliwy śmiech. Zapadła cisza. Obaj wpatrywali się w siebie. czarne włosy Vlaka sięgające do ramion zalśniły, przy blasku świec. -Droga ucieczki? Czy jest bezpieczna?- pierwszy, przerwał ciszę Hemides. Włożył ręce do kieszeni żółtego płaszcza. Siedzący naprzeciwko niego, w równie znakomitym płaszczu, koloru bursztynu, lord położył ręce na dębowym stole i odpowiedział. -Niema powodu do strachu. Podążymy górskim szlakiem, gdy go przejdziemy, pozostanie nam kilka dni i znajdziemy się w królestwie Władcy Mroku. W Dalukulum , stolicy królestwa Mroku, którym włada Dabales , na pewno znajdziemy schronienie. -Dabales? A któż to? -Mój znajomy. Jest nekromantom, z jego pomocą możesz zasiąść na tronie. Oczywiście, jeśli podasz mu wygodne warunki. -Myślę, że milion gile nów, zachęci go do uczestnictwa w naszej kampanii. -Zapewne tak. -Ty Vlaku, również zostaniesz wynagrodzony. Miasto Tunaga, oraz ziemie w obrębie stu tysięcy hektarów, wokół niego, będą twoją własnością -Bardzo dziękuje, przyjacielu. -A teraz chodźmy , zadowólmy się, ucztą, przed koronacyjną. -Uczta, trzy dni przed koronacją?- z uśmiechem na twarzy, spytał lord. -Chyba nie chciałbyś, uczestniczyć , w ceremonii koronacyjnej, w niepełni sił.- z takim samym uśmiechem odparł Hemides.

************************* W Sali balowej, zdążyła się zejść elita Eurladynu, oraz przybyli władcy z innych królestw. Alga-tar siedzący w szacie koloru fioletowego, tuż obok leśnego elfa, który przybrał ceremonialny strój w kolorze srebrno-zielonym, przysłuchiwał się przemowie Gurlhanda III. -Jesteśmy zgodni co do tego, że Tunis będzie, dobrze władał królestwie i w równie dobry sposób poprowadzi politykę zagraniczną…- Gurlhand III, przemawiał jeszcze przez, krotka chwilę, gdy skończył dodał.- A teraz, wielmożni panowie, zajmijmy się ucztą. - Przez twoje słowa, przechodzi mad roś ojcze. Jestem zmuszony oddać pokłon, memu bratu i przyszłemu królowi.- z sarkazmem powiedział Hemides.- Tunisie twoje zdrowie.- podniósł kielich , i wypił zawartość. Reszta poszła za, jego przykładem. Zabrano się do ucztowania. Siedzący obok Alga-tara, leśny elf, pochodzący z Puszczy Ciszy, zaczął go zagadywać. - Uważasz Alga-tarze, że Tunis będzie w stanie udźwignąć, odpowiedzialność jaka na nim zawisła?- Fedrin, zarzucił do tyłu swe blond włosy, które zasłoniły mu oczy. Z pod zielono-srebrnych szat, wyłoniły się smukłe dłonie, ozdobione złotymi bransoletami oraz błyszczącymi pierścieniami. Czarodziej spojrzał na elfa po, krótkiej chwili powiedział. -Jeśli, będzie dobrze, rządził królestwem jak jego ojciec. To myślę, że nie będzie miał zbyt dużych trudności.- odparł spokojnie. - Obyś miał rację, Alga-tarze?- elf wziął kielich i wlał do gardła, jego zawartość. ****************************** Korzystając z tego, że uczestnicy uczty są nią, zbyt zajęci, Hemides oraz Vlak wyszli z sali im udali się dom osobnej komnaty. Wyrzeźbiona z drogiego drewna. Kosztowne meble, różnego rodzaju księgi i tak dalej, należała do Hemidesa, który lubował się w drogim towarze. Usiedli przy biurku, zrobionym z hebanu i zaczęli rozmowę. - Czy zrobiłeś, wszystko zgodnie z planem.?-Hemides spojrzał na Vlaka. -Oczywiście. Kilka kropel, żmijowego jadu dolałem do wina, które właśnie teraz piją wartownicy. Ucztującym podałem środki nasenne. Po uczcie, wszyscy pozasypiają w swoich komnatach a na drugi dzień będą mieli, trudności z odzyskaniem równowagi.- zaśmiał się Vlak i pociągnął łyk z kielicha. - Muszę przyznać, że w stosowaniu rudnego rodzaju pułapek, jesteś niezastąpiony.- na twarzy Hemidesa, pojawił się lekki uśmieszek. - Wszystko, pójdzie łatwo i gładko. Jeden cios, sztyletem w prosto w serce i Tunis, może zapomnieć o koronie.- zachichotał lord. - A my pod osłoną nocy, czmychniemy z miasta, udając się prosto na szlak. - za nim nasi przyjaciele oprzytomnieją, będziemy już dosyć daleko. - Bardzo dobrze Vlaku. Musimy dostać się do ciemnych jaskiń. Na pewno od ich władca udzieli mi pomocy.- powiedział, młody książę. - Kogo masz na myśli?- skupione oczy Vlaka, skupiły się na twarzy sojusznika. - Mam na myśli dreurgarów, czyli szarych krasnoludów, którzy są tak samo, źli, jak my. -Ciekawe! - Przez ich jaskinie, w górach rozciąga się pasmo tuneli. Może, któryś z nich zaprowadzi nas do Dalukulum? - Nie zaprzeczę ani nie potwierdzę. Chodźmy, nim zauważą naszą nie obecność. Wyszli z komnaty, idąc prosto do Sali balowej. Weszli do środka. Nikt nie zauważył ich nieobecności. Niektórzy z ucztujących, zajęli się rozmowom, inni słuchali muzyki i śpiewów bardów. A i środki nasenne, zaczęły już działać. Kilku ucztujących przysypiało, reszta jeszcze, zachowała trzeźwość umysłu Vlak spojrzał na towarzystwo. Niektórzy już pogrążeni byli w śnie. Na jego twarzy pojawił się uśmiech.

ROZDZIAŁ 2 ZABÓJSTWO W sali balowej pozostało niewielu uczestników. Gurlhand III, czując Zmęczenie i senność, pierwszy opuścił komnatę. Vlak spojrzał w prawo, właśnie wstał Alga-tar. Trochę znużony wypitymi trunkami. Po chwili, wstał Fedrin, lekko się zataczając. Kilku innych, również opuściło pomieszczenie. Pozostali, zasnęli głośno chrapiąc. Hemides i Vlak udali, pogrążonych we śnie. Po niespełna godzinie, Vlak spojrzał na otoczenie. Wielmożni panowie, spali niczym susły. -Już czas.-szepnął lord. - Więc na co czekamy?- Hemides nito z nadymaną miną, nito z uśmiechem, odpowiedział Lordowi - popatrz. Wyglądają jak dzieci. - A nimi nauczyciele.- zaśmiał się Hemides. - Nie zwlekajmy, szkoda czasu. Obaj jednocześnie, wyszli z Sali. Na głównym korytarzu, paru strażników leżało już trupem. - Znakomicie.- burknął Hemides. Szli krętymi schodami, które prowadziły do komnaty, króla a raczej do byłego króla. W blasku pochodni, szli w górę, stopień po stopniu. W umyśle, Hemidesa, znalazła miejsce, taka nienawiść do ojca, że gdyby, stał na schodach, tu i teraz , mógłby mu zadać, kilkanaście ciosów sztyletem i zepchnąć go, ze schodów. Gdyby spojrzał, w dół, z chęcią ujrzałby jego pękniętą czaszkę. Lecz nie mógł, tego ujrzeć, a przynajmniej nie w tej chwili. Ojciec , pogrążony we śnie nie zdawał, sobie sprawy co go czeka. Od komnaty, dzieliło ich kilkanaście, kroków, później Hemides dopnie swego. To co w jego chorej, głowie tliło się od lat, czyli śmierć jego ojca. Szedł z tą, myślą, aż w końcu, dotarli do szerokiego korytarza. Na samym, jego końcu, stały ciemnobrązowe drzwi do, komnaty ojca. Poszli w stronę drzwi, omijając leżących sztywno strażników. - Ciekawe jak się, miewa mój ojczulek?- burknął Hemides. Otworzyli drzwi i weszli do środka. Gurlhand III, nieświadomy niczego, spal w łóżku, jak gdyby, zmęczony po jakimś boju. Hemides nie czekając, długo przystąpił do działania. - Vlaku daj mi, twój sztylet.- złowrogo spojrzał na lorda. Dając mu do zrozumienia, że jak nie będzie wykonywał jego rozkazów, może zapomnieć o danej obietnicy. Vlak wyjął, z zapasa swój sztylet i podał go Hemidesowi. - Nie mógłbym zabić ojca, królewskim ostrzem. Rozumiesz? - Po części.- odpowiedział , trochę zaskoczony lord. Gurlhand III, otworzył oczy, słysząc czyjeś głosy. - Kto śmie, bez pytania, wchodzić do mej komnaty?- wrzasnął ku zaskoczeniu spiskowców. Hemides gwałtownie, cofnął rękę, chowając sztylet za sobą. Vlak zamarł, z zaskoczenia. - To ja, twój syn ojcze.- Hemides, spojrzał na lorda. - Czego szukasz, w mej komnacie Hemidesie?- Gurlhand III, skierował wzrok , na zmieszaną twarz, swego młodszego syna. - Chciałem wiedzieć, jak się czujesz?- odparł Hemides i zbliżył się do ojca. - Skąd ta nagła wrażliwość? I po co przyszliście, tu we dwóch? Gurlhand III, był zaskoczony niespodziewaną wizytą, syna w dodatku z lordem Vlakiem, w środku nocy. Oczy króla, zwęziły się, w poczuciu ogarniającego go strachu. - Usłyszę, w końcu odpowiedz?- warknął król. - A leż, oczywiście, przyszliśmy tu w osobistej sprawie.- z sarkazmem, wyjaśnił Hemides. - Jaka to sprawa? - A nóż taka. Hemides szybkim ruchem, dźgnął ojca sztyletem, ostrze zagnieździło się między, żebrami. Na białej kołdrze, pojawiły się czerwone plamy. Gurlhand III, próbował odepchnąć napastnika, jednak z Nienacka, dosięgła go pięść Vlaka , łamiąc mu nos. Krew, pry snęła na lorda. Hemides wyciągnął sztylet i ponownie go dźgnął, tym razem w okolice serca. Król poczuł, nieskazitelny ból , krew wypłynęła mu z ust. Rozgniewany Hemides, zaczął dźgać ojca, bez opamiętania. Gurlhand III, mdła wił się własną krwią. Przed oczami, pojawiła mu się ciemność, która za każdym ciosem, stawała się coraz ciemniejsza. Hemides upewniwszy się, że ojciec nie żyje, cisnął sztylet, pod lipowy segment. - Uciekajmy Vlaku.- krzyknął. Vlak w całym tym pośpiechu, zapomniał o sztylecie i razem z Hemidesem, uciekał w stronę bocznej bramy. Gdy do niej, dotarli, strażnicy leżeli nieżywi. Tuż za bramą, pięciu zaufanych, ludzi Vlaka, czekało na nich, z końmi. Cała siódemka, pogalopował w gąszcz lasu.

ROZDZIAŁ 3 UCIECZKA Siedmiu konnych, jechało w stronę szlaku. Hemides dumnie siedział na czarnym koniu, w pełni zadowolony, z tego co, zrobił parę godzin temu. Tak makabrycznego zabójstwa, nie widzieli w królestwie od dość dawna. - Tunis nie zasiądzie na tronie, kto mu przekaże władzę? Gdy tylko zbiorę, wystarczające siły, uderzę na Eurladyn, zasiądę na tonie i ustanowię nowe prawo. Będę panem mojego, królestwa i tylko mojego. Nikomu go nie oddam, nikomu, nikomu… - Hemidesie.- krzyknął Vlak. Hemides, obudził się z zamyślenia i spojrzał na Vlaka. - o co chodzi?- spytał. - jesteśmy na miejscu. Za tymi sosnami, jest szlak, który powiedzie nas w góry. W końcu. Jeźdźcy pogalopowali , górskim szlakiem. Porastały go lasy sosnowe, niebo zaczęło się rozjaśniać, poczęło świtać. Znaleźli jakąś jaskinię. Po chwili namysłu, postanowili w niej odpocząć. - Napójcie konie i nie zastawcie ich, zbyt daleko.- Vlak, rozkazał dwóm ludziom by zajęli się końmi. Wysoki wąsaty mężczyzna, razem z nieco niższym, również wąsatym kompanem, oddalili się z końmi do pobliskiego strumienia. Pozostali rozpalili w jaskini ognisko, przyrządzając nad nim, upolowanego chwilę wcześniej królika. Vlak był dosyć głodny, toteż z łapczywą miną patrzył na królika, obracającego się na rożnie. - No nareszcie coś do jedzenia.- powiedział, wracający z pod strumienia, wysoki wąsacz. Poszukał sobie wygodnego miejsca i usiadł. Królik prawie był gotowy, gdy jeden z ludzi lorda, wyszczerzył oczy w stronę wyjścia, które zamykało się niczym paszcza potwora. - Uciekajmy, póki jeszcze się nie zamknęło.- krzyknął, łysy karzeł. Pozostali spojrzeli na wyjście, które coraz bardziej zdawało się zmniejszać. Nie czekali długo, biegiem puścili się za łysym, towarzyszem, który już przeciskał się przez paszcze stwora. Dobiegli do wyjścia a raczej szczeliny, która coraz bardziej się zwężała. Pierwszy przecisnął się Vlak, potem Hemides tuz zanim wyskoczył tęgi brodacz, później z wielkim trudem, szczupły rudzielec. Ostatni, który został, okazał się kompan, który wyprowadzał konie. Mężczyzna potknął się o kamień, odrzucił z czoła kępkę, czarnych włosów. Z wąsa posypał się kurz. Gdy już, stanął na nogi, ujrzał jak otwór, który jeszcze godzinę temu, był zwykłym wejściem do jaskini, zamknął się całkowicie. Otoczyła go ciemność. Ruszył do przodu, z nadzieją, że znajdzie jakieś wyjście. Nagle za plecami, usłyszał szmer, potem piski, aż w końcu przed sobą, zobaczył setki małych białych stworków, wyglądem przypominających szczury. Mknęły w jego stronę. Wyjął swój miecz, przygotowując się do obrony. Pierwsi napastnicy, skoczyli na niego, zamachnął ostrzem w jedną i drugą stronę, stworki odleciały na skalne ściany, tracąc życie. Następne, rzuciły się na wąsacza, z większą niż poprzednie siłą. W tym przypadku miecz nic nie pomógł. Ukąszony przez kilkanaście szczurków, wąsacz gwałtownie opuścił miecz. Kąsany i gryziony, nie przez kilkanaście, ale już kilkadziesiąt potworków, upadł na ziemię, tracąc przytomność, a chwilę później życie. Wszyscy, którzy stali przed jaskinią, a raczej stworem, słuchali, ze smutkiem, rozpaczliwych krzyków, swego kompana. Nagle krzyki ustały. Ich towarzysz, stracił życie. - Na Dubiela księcia bólu, co to było?- krzyknął rudzielec. - To likaorg, Ostesie- odpowiedział Vlak. - Co się tu stało?- krzyknął niski obrodziły mężczyzna. - Cork nie żyje.- odparł tęgi brodacz. - Jak to się stało? - Likaorg, Siviasie.- wyjaśnił Ostes. - Co ty mówisz Ostesie, likaorg tutaj? - Sam zobacz, był otwór i już go niema. - Ale, że zapuszczają się w te rejony? - Musi brakować im pożywienia.- dodał Vlak. - Radził bym, znaleźć gdzieś spokojne miejsce, za nim się ściemni.- wtrącił się cichy jak dotąd, łysy karzeł. - Don ma rację, znajdźmy jakieś miejsce.- powiedział Vlak, poczym wskoczył na swego konia. Ruszyli za szlakiem, obok w koronie drzew, wyłoniło się następne wejście do jaskini, ani myśleli podjechać i sprawdzić jaskinię. Jechali dalej. Nieopodal nich, po lewej stronie, pojawiła się ścieżka, prowadząca gdzieś w las. Vlak podniósł dłoń, stanęli w miejscu. - Don- powiedział do łysielca.- Sprawdź. Don nie czekając, ani chwili dłużej kopnął kobyłę i ruszył leśną ścieżką. Pozostali, zsiedli z koni i skryli się w leśnych krzakach, porośniętymi paprociami. Słońce zeszło, ku zachodowi, szarzyło się coraz bardziej. Po nie krótkim czasie, nadjechał Don, zsiadł z konia i wszedł w gąszcz krzaków. - Znalazłem chatę, wygląda na opuszczoną. W zagrodzie błąka się owca. Będziemy mieli co zjeść na kolacje. - Chyba, nie będziemy tu tak siedzieć. Chodźmy.- wykrzyknął Sivias. - Zamknij się głupcze.- warknął Don. - Coś ty powiedział?- brązowe kręcone włosy, najeżyły mu się w narastającym gniewie, którego skutki, zaraz chciał zaprezentować. - Spokój. Nie czas na swary.- stanowczym głosem, Hemides pohamował od działania, obydwu naburmuszonych ludzi.- Chyba, masz jeszcze coś do powiedzenia? - Owszem. Nadciągają strażnicy lasu. - Elfy?- burknął Orlet - Tak. - Lepiej nie wchodzić im w drogę. Zostańmy jeszcze w tych paprociach. - Ilu?- spytał Vlak. - Odział. Nie jestem pewien, ale chyba Trzydziestu. - Cicho, ktoś nadchodzi.- szepnął Hemides. Z leśnej drogi, doszedł odgłos łamanych gałązek i deptanych liści. Siedzieli cicho, patrząc na leśną drogę. Nie minęła chwila, gdy z za drzew, wyłonił się pierwszy elf. Ubrany w zielony płaszcz. , pod nim lśniła srebrna zbroja, z boku wychylał się średniej długości miecz. Z pod zielonego kaptura, na ramiona opadały jasne włosy. Minę ów elf miał poważną. Mocniej chwycił łuk, poprawiając przy tym kołczan. Stanął w miejscu, a za nim oddział znieruchomiał. Stojące po dwóch, w rzędach elfy, bacznie obserwowały swego dowódcę. Dowódca , patrzył w stronę krzaków i paproci, w których jak strusie, siedziała grupa uciekinierów. Żaden nie parsknął, a tym bardziej oni nawet nie drgnęli powiekom. Elf nieustannie patrzył w ich stronę. Ogarnął ich strach i poczucie niebezpieczeństwa. Ich jest sześciu, naprzeciwko stoi, oddział około trzydziestu elfów. Nawet gdyby zabili połowę, to i tak nie uszli by z życiem. Coś zaszeleściło w koronach drzew i wzbiło się w powietrze. Nie poruszyli się. Miedzy drzewa, wzbiła się kuropatwa. Elf napiął łuk i wycelował. Z wielka precyzją, wypuścił strzałę, strzała świsnęła w górę, przeszywając szyje ptaka. Ptak bezwładnie spadł, tuż obok elfa. Dowódca wyjął strzałę z ciała kuropatwy, oczyścił ją z krwi i włożył do kołczana. Zabitą kuropatwę , jeden z żołnierzy włożył do małego woreczka i zarzucił go na plecy. Dowódca, ruszył na przód. - Ruszamy.- krzyknął. Gdy elfy, oddaliły się dosyć daleko, siedzący w zaroślach uciekinierzy, wyszli na szlak. Wskoczyli na konie i ruszyli leśna drogą. - Elfy wysokiego rodu. Są bardzo groźni w walce.- rozmowę zaczął Orlet. Jadąc ścieżką, rozmawiali o, różnych sprawach. Po prawie godzinie jazdy, wjechali na podwórze, gdzie stały opustoszała stara chata, oraz zagroda. Postanowili się rozgościć.

************************* Alga -tarze, Alga-tarze, Alga-ta…, słyszał czyjś głos. To jego, żona krzyczy do niego, z drugiej strony przepaści. Przed chwilą runął w dół, drewniany most, jego jedyna droga ucieczki. Euregia była, już po drugiej stronie. Spojrzał do tyłu, piętnastu orków, biegło w jego stronę , by go zabić. Niemiał wyjścia, musiał skoczyć w przepaść. Spojrzał na Euregie. W jej oczach, pojawiły się łzy i paniczny strach. Było mu przykro, ale zrobił to, wybrał samobójstwo . Skoczył. - Alga-tarze. Alga-tar, zbudź się.- Euregia, szarpnęła go, za ramię. Czarodziej otworzył oczy. - Euregio, jak dobrze cie widzieć.- wymamrotał, jeszcze zaspany. - szybko, alga-tarze wstawaj. Czekają na ciebie w pokoju gościnnym. - Kto? - Panowie z rady. - Co się mogło stać?- czarodziej błyskawicznie wstał, zajrzał do garderoby i wyjął szaty w fioletowym kolorze. Obrócił się na piecie i wyszedł z pokoju. W pokoju gościnnym, siedzieli, trzej panowie popijając herbatę. Byli to, elf Fedrin, skarbnik Kalanin odziany w czarny płaszcz , ozdobiony klejnotami. Oraz, Gladen, koniuszy króla, wystawnie ubrany w jasnoniebieską tunikę. Odrzucił długie jasne włosy do tylu i spojrzał na Alga-tara. - zapewne, zastanawiasz się, jakim celu przyszliśmy do ciebie, o tak wczesnej porze? - Chciałbym się dowiedzieć?- odparł mag. - Dziś w nocy, ktoś zamordował króla- dodał skarbnik. - O czym, wy mówicie? - O morderstwie.- do rozmowy, dołączył Fedrin. - Kiedy, jak?- spytał, zaskoczony czarodziej. - Kiedy to już wiesz. A jak, hm?- sprostował Kalanin i ciągnął dalej.- Nie poczułeś, na uczcie, wczesnego zmęczenia? - owszem, pora nie była tak późna, gdy udałem się na spoczynek. Nie pojmuje, dlaczego tak szybko zmorzył mnie sen? - tak się składa, że znamy odpowiedź. - Mianowicie? - Do trunków, dosypano środków nasennych. Dlatego wszyscy, tak wcześnie pozasypiali.- dokończył elf. - Ale, jak mogło dojść do zabójstwa? Gdzie były straże?- Alga-tar, wciąż nie chciał uwierzyć w to co się stało. - Leżą trupem, wcześniej zostali otruci.- wyjaśnił Gladen. - Nikt , nie zauważył zabójcy? - Prawdopodobnie uciekł, boczną bramą. Staże na bramie, również zostały otrute.- dodał skarbnik, kończąc herbatę. - Alga-tarze, musisz zbadać tę sprawę. Niezwłocznie.- dodał koniuszy. - Postaram się. – odparł mag. - Nie traćmy czasu, chodźmy do pałacu. Wyszli z domu czarodzieja i nie namyślając się dłużej, podążyli do pałacu. W mieście, straże legitymowały każdego , mieszkańca, szukano zabójcy. W komnacie króla, zrozpaczony Tunis, ściskał martwa rękę swego ojca. Trzej pachołkowie stający z boku, ze smutkiem patrzyli na niedoszłego króla .Kazano im wyjść. -Dlaczego, dlaczego to spotkało mojego ojca? – książę rozpaczał nad zwłokami swego ojca. -Uspokój się Tunisie.- ze smutkiem powiedział Fedrin. - ten kto to, zrobił poniesie za to okropną karę. Każę go wrzucić na pożarcie wściekłym wilkom. - Uspokój się Tunisie. Zamachowiec na pewno poniesie za to karę. Alga-tar, przypatrywał się segmentowi, stojącemu po przeciwległej stronie łóżka. Jego uwagę, przykuła plama krwi, tuż pod segmentem. Postanowił przyjrzeć się temu bliżej. Włożył rękę pod segment, by zbadać miejsce. Natrafił na przedmiot, ostry przedmiot. Wyciągnął go. - Chyba znaleźliśmy, sprawcę?- powiedział mag. W ręku , trzymał złoty sztylet , z wyrzeźbionym rysiem na rękojeści. Sztylet prawie, cały zamoczony był we krwi. -Sztylet lorda Vlaka.- wykrzyknął skarbnik. - Wiec znaleźliśmy sprawcę.- dodał Gladen. Do komnaty wpadł herold , odziany w czerwona tunikę z gryfem na piersi. - Zaginął, książę Hemides , oraz lord Vlak. - Znaleźliśmy sprawcę . W dodatku Vlak, zabił mego brata. Pościć za nim pościg i zabić. – wykrzyknął Tunis. - Nie wystawiaj pochopnych decyzji Tunisie.- odezwał się Alga-tar.- Ja zajmę, się tą sprawą. - Obyś, znalazł mordercę.

******************************

- Już drugi dzień, siedzimy w tej chacie. Cholerne elfy.- krzyczał zdenerwowany Ostes. - Nie nasza wina, że te głupie elfy, zrobiły sobie postój blisko szlaku.- dodał Orlet. Dwa dni, oczekiwali na odejście oddziału elfów, siedząc w opuszczonej chacie. Vlak rozmyślał nad, zaginięciem własnego sztyletu. - Gdzie podziałeś mój, sztylet Hemidesie?- - Musiał wypaść, w tej jaskini, a raczej w paszczy potwora. - Dużo, mnie kosztował. - Gdy będziemy już , w Dalukulum, zwrócę ci z nawiązką koszty za sztylet. - mam nadzieję ? W tej samej chwili do chaty, wparował zasapany zwiadowca. - Możemy ruszać, droga wolna.- powiedział. Zabrali swoje rzeczy, wskoczyli na konie i ruszyli górskim szlakiem. Do ciemnych jaskiń, zamieszkiwanych przez dreurgarów, zostało im prawie dwanaście dni drogi. Gdyby nie to opóźnienie, przybyli by w niespełna dziesięć dni.

Rozdział 4 Ciemne Jaskinie

By nadrobić stracony czas, chociażby o jeden dzień, z małymi przerwami, jechali przez dzień i noc. Po dwudniowej wędrówce, wyjechali na skalisty obszar, porośnięty jedynie heliofitami, roślinami o grubych liściach, pokrytych woskiem. Odbijające się od liści, promienie słoneczne, raziły ich w oczy, a skalne pustkowie, pełne jest niebezpieczeństw. Musieli, zachować ostrożność . Gdy upłynął, następny dzień, ujrzeli zarysy gór, z białym puchem. Postanowili, przyspieszyć tempo, by jak najszybciej dojechać, do Ciemnych Jaskiń. Zapadła następna noc. Znaleźli, w miarę wygodne miejsce, by odpocząć. Jedno z wielkich urwisk, porastała, trawa i kilka krzewów. Tuż po nim, płynął strumień, wypływający pewnie, z jakiegoś, źródła. Ośnieżone szczyty gór były, teraz tak widoczne, ze wydawało im się, iż przebędą jeszcze kilka metrów i przywitają ich, krasnoludy z Ciemnych Jaskiń. Wykorzystując , znalezione gałęzie i liście heliofitów, zbudowali dwa szałasy. Orlet, oraz Ostes, poszli w górę urwiska, by na cos zapolować. Don, z kolei, wyprowadził konie do strumyka, by je napoić, i napełnić bukłaki wodą. Sivias, zaś rozpalił ogień, by się ogrzać, ponieważ, noce w górach, są zimne. Hemides z Vlakiem, siedzieli w jednym z szałasów. - Jeszcze osie, góra dziesięć dni i będziemy u krasnoludów.- odezwał się Vlak. - Zabawimy tam trochę. Trzeba odpocząć, po trudach podroży.- odparł Hemides. - Zapewne, odnaleźli zwłoki, króla. - Na pewno tak. Jesteśmy dosyć daleko, aby nas dopadli.- zaśmiał się Hemides. - Gdy dotrzemy do jaskiń, będziemy całkowicie bezpieczni.- rzucił Vlak. - Coś mi się zdaje, ze trochę tam zagościmy. - Dlaczego tak sądzisz. -Musimy nabrać sil , zmienić odzież zwiedzić miasto krasnoludów. - O nadeszła kolacja.- burknął Vlak. Wrócili, Orlet z Ostesem, z jakimś upolowanym ptakiem, podobnym do roki, Ele nie z jej gatunku, żaden z nich nie wiedział jaki to gatunek. Zresztą Malo ich to obchodziło, teraz liczyło się tylko mięso. Od przeszło dwóch dni , nie zjedli nic dobrego. Zabicie ptaka, przyniosło polującym wiele trudu. Poznać to było po czterech strzałach wbitych w okolicach szyi, dwóch bardzo głębokich ranach, wokół klatki, pociętych skrzydłach, oraz bardzo poważnie wyglądającej ranie, na lewym ramieniu Orleta. - Niebyło czegoś mniejszego?- z sarkazmem zapytał Sivias. - Coś ci się nie podoba?- warknął Orlet. - Twoja rana. - Następnym razem, ty pójdziesz na polowanie. Zapewne zadowolą cie robaki. -Uważaj lepiej na słowa, bo może się to skończyć dla ciebie źle.- wybuchnął gniewem Sivias, chwytając za rękojeść miecza. - Tylko spróbuj, a rozrąbie ci ,ten głupi łeb. Orlet, prawą ręka chwycił za Topor i ruszył w stronę Siviasa. Sivias gwałtownie, wyjął swój krótki miecz i doskoczył do obrodziałego kompana. Już miało dojść do zaciętej walki, gdy w porę wpadł miedzy nich Vlak. - Spokój bałwany. Nie jesteście małymi dziećmi. Radze wam to zapamiętać.- szczęka aż się trzęsła lordowi z nerwów. - Twoim ludziom Vlaku, przydała by się lekcja dyscypliny.- Hemides, gniewnie spojrzał na dwóch męszczyzn, którzy, przed chwila chcieli się pozabijać. - zamiast się bić, lepiej obierzcie ptaka z piór.- warknął Vlak.- Donie, zajmij się jego raną. - To jeszcze nie koniec.- burknął Sivias, w stronę Orleta. - Siviasie pierwszy trzymasz wartę.- wrzasnął lord. Orlet usiadł, obok Dona, na wielkim zwalonym drzewie. Don wziął się za opatrywanie rany. - Kiepsko wygląda ta rana.- odezwał się zwiadowca. -To tylko draśniecie.- odparł czarnobrody. -Jeśli to nazywasz draśnięciem, to jak u ciebie wygląda, prawdziwa rana? - Musiał bym się zastanowić. Ha ha ha… Po najedzeniu się, pozasypiali w swoich szałasach .Jakiś dziki zwiesz , pałętał się obok szałasów, pewnie za porzuconymi kośćmi i kawałkami mięsa Ranek , okazał się pogodny, słońce wzbiło się wysoko, a wiatr przegnał nocne chmury. Wstali w pełni wypoczęci, zjedli pozostałe mięso i przyszykowali się do podróży. Po godzinie czasu ruszyli w drogę, do coraz widocznych gór.

************************************

Alga-tar, przez ostatnie dwa dni rozmyślał na morderstwem. Spokoju nie dawała mu, jedna myśl. A jeśli Hemides, maczał w tym palce? Całkiem, możliwe, że uknuł to razem z Vlakiem? Dlaczego lord, wcisnął własny, sztylet pod segment? Nie było, wątpliwości, że Vlak brał udział w zabójstwie. Nagłe zniknięcie, mówiło same za siebie. Ale co z Hemidesem? Czyżby on też? Do odpowiedzi doprowadzi śledztwo. Możliwe i to całkiem, ze w zabójstwie brało udział więcej osób. Na te, wszystkie pytania, czarodziej musiał poznać odpowiedź. Mag klasnął w dłonie. Z za drzwi, wyłoniła się postać jelenio człowieka. - Przyprowadź, Skandra. Byle szybko. Jelenio człowiek, ukłonił się przed swym panem, obrócił się na kopycie i wyszedł z pokoju. Alga-tar rozsiadł się wygodnie w fotelu i zapalił swój ulubiony tytoń, wciągając duże ilości dymu, a wypuszczając, przeróżne figury. Od dużych kręgów , do drzew. Ponownie, zaczął rozmyślać o tym co się stało. Gdy słonce skryło się na zachodzie i zaczynało się szarzyć, do pokoju weszły dwie osoby. Alga-tar , rzucił służącemu trzy złote monety, służący, ukłonił się i wyszedł. - Wkuj, tym swoim golemom, by następnym razem nie, sprawdzali mnie tak, szczegółowo.- powiedział, Skandro. Był skrzatem, o niskim wzroście, szpiczastych uszach, grubym nosie, małych zielonych oczach i rozczochranych brązowych włosach. Odziany w skórzany kaftan, stal w bojowym nastawieniu, patrząc na Alga-tara. Jego zielonkawa cera, troszeczkę zbrązowiała. - Dobrze zapamiętam. Jednak wezwałem cie w innej sprawie.- odparł czarodziej. - kogo mam wytropić? Złodziejaszka, który ukradł ci cenną rzecz.- zaśmiał się skrzat. - tym razem, cos bardziej interesującego. - Jestem ciekaw. - Ta sprawa, może kosztować życie. - Nie jestem, pewny czy się tego podejmę - Sowicie cie wynagrodzę. Jesteś najlepszym tropicielem w królestwie. - Życie jest, dla mnie bardzo ważne. Wiec nie myśl, że wyruszę na taka misję.- skrzat, wyraźnie odpychał od siebie myśl, o śmiertelnej misji. - Ta sprawa, swymi rękoma obejmuje całe, królestwo. Jest dosyć, ciężką zagadka, jak dla jednego gracza.- czarodziej zmrużył brwi.- Dlatego potrzebuje do pomocy ciebie. - Pozwól mi się zastanowić.- żachnął skrzat.- Czyżby, pozbawiono życia, kogoś dostojnego? Oczy Alga-tara, zwęziły się, a twarz przybrała dosyć drastycznego wygładu. Skandro stał , unieruchomiony w ogarniającym go strachu. - dobra. Powiedz o co chodzi?- wyksztusił z siebie skrzat. - Nie słyszałeś, o zabójstwie? - Jakim zabójstwie? - Król, został zamordowany. - Ta wieść, dopiero teraz dotarła do mych uszu.- powiedział skrzat, lekko drżąc. - teraz już wiesz, o co mi chodzi. - Mam, wytropić zabójcę? - Owszem. A może i zabójców? - może się, skusze na tę misję? - Pocieszyłeś mnie. Skandro wpatrywał się w maga, z niedowierzaniem w to co usłyszał, a dotarło to do niego bardzo wyraźnie. - A co do zapłaty.- zaczął rozmowę skrzat.- Piętnaście tysięcy gile nów i sześc. kryształów, powinno mnie zadowolić. Alga-tar spojrzał na karla chytrze. - Trzynaście tysięcy i cztery diamenty, przyjacielu. - Dziękuje za współprace. Dowidzenia.- odparł Skandro i poszedł w ruszył w stronę drzwi. - zaczekaj.- krzyknął czarodziej. - tak! - Przystanę na twoja propozycje. Ale wyruszysz jeszcze dzisiejszej nocy. - w porządku wezmę tylko to co , mi będzie potrzebne. - Wszystko jest na miejscu.- powiedział mag. Teraz przedstawię ci szczegóły. - Bardzo dobrze.

*********************************** . Za sobą mieli, już tydzień drogi. Było, południe, wbrew temu co myśleli, że w górach, jest o wiele zimniej , niż kilkaset metrów niżej, było bardzo ciepło, a w niektórych miejscach, nawet gorąco. - Spójrzcie.- krzyknął Orlet. Przed nimi, stał wielki skalny most, prowadzący do wielkiej góry. Która, zrobiła na nich wielkie wrażenie. - Skalny most, jesteśmy na miejscu.- powiedział Hemides. Wejścia na most, strzegły dwie skalne baszty, oraz ogromna drewniana brama. - Stać, kto nadjeżdża?- ktoś, krzyknął z góry. - Przyjaciele.-wykrzyknął Hemides. - Hasło!- rzucił strażnik. -Nim zapadnie zmierzch, Dannenberg nas wzbogaci, a Oeillet w dobrobycie zostawi.- odparł Hemides. - pozwólcie, ze do miasta odprowadzi was straż.

Po krótkiej chwili, otworzyła się ogromna brama. Przed sobą, ujrzeli długi skalny most, wspierany olbrzymimi łańcuchami. Po obu stronach mostu, na skalnych pułkach, stały w rzędzie, figury wielkich krasno ludzkich bohaterów. Pod mostem, unosiła się gęsta mgła, która nigdy nie opuściła tej przepaści. Płynęła tam, wiecznie gorąca, rzeka, Stigma. Odziwo zamieszkiwało, ją kilka wodnych stworów. Na moście, czekał na nich odział, który miał odprowadzić ich do miasta. - To wy, jedziecie do miasta. ?- spytał krasnolud. - tak.- odparł Hemides. - Pojedziecie z nami.- oznajmił strażnik, po czym gwałtownie, odwrócił głowę w stronę góry, z której wylatywała para. Rozległ się huk, bębnów i rogów. Dwa potężne trolle, pospiesznie , otwierali ogromną bramę. Najwyraźniej , cos się zaraz wydarzy, ponieważ krasnolud szybko zareagował. - Musimy, opuścić most. Udamy się na tamto urwisko.- krzyknął krasnolud.

Kompania, posłuchała strażnika i opuściła most, wyjeżdżając na urwisko. Z baszt, rozległy się głosy rogów. Obserwatorzy, patrzyli na most, z coraz większą uwagą. Odgłos bębnów, był coraz wyraźniejszy. Po chwili ujrzeli pierwszych maszerujących żołnierzy, potem następnych i jeszcze jednych , aż w końcu, uformował się spory oddział, składający się, z orków i szarych krasnoludów, wspomagany przez, pięciu olbrzymich trolli, taszczących na barkach ogromne młoty - Alit, Kazan!- rozległ się głos dowódcy. -Haaaan!- odpowiedziały, głosy żołnierzy. Odgłos trzystu gardeł , rozległ się na moście. Wszystko wskazywało na to, że dzisiejszego dnia, rozegra się bitwa. - Alit, Kazan! - Haaaan! Okrzyków bojowych, nie było końca, oddział parł na przód, szybko w bojowym nastawieniu. Obserwatorzy, patrzyli jak, pod ich stopami, przechodzi odział niebojących się wojowników, by sprawić rzeż , w jakimś ludzkim mieście. - Możemy, ruszać.- krzyknął krasnolud. Trzystu, żołnierzy wymaszerowało, wysoko w góry, by jakąś przełęczą, dojść do swego celu. Zjechali z urwiska, wjeżdżając na most. Tuż za nimi stanęło dwudziestu wojowników, przed nimi stanęło siedmiu krasnoludów. - Ruszajmy. – ponownie odezwał się strażnik. Bez chwili namysłu, podążyli za krasnoludami, prosto do miasta. Podziwiali kamienne figury, stojące po obydwu stronach mostu. - Kogo, przedstawiają te figury?- spytał Vlak. - Bohaterów, naszego miasta.- odparł strażnik. - ten tutaj, kim był?- Vlak skierował palec, na posąg krasnoluda, unoszącego w górę, wielki kilof. - To, Debro. Odkrył, największą kopalnię, złota w Ciemnych Jaskiniach. Został okrzyknięty, patronem górników. - Dlaczego, figury znajdują się na moście? -To rozkaz naszego, króla teraz panującego. Król Osto, nakazał by most nosił, mino mostu bohaterów. - bardzo dobrze to wygląda. - I jeszcze lepiej się trzyma. Po półgodzinnej drodze, ujrzeli drugą wielką drewnianą, bramę, która stała w wielkiej skale. Dowódca wypowiedział parę słów, i brama pod naporem, napierających na nią mięśni trolli, otworzyła się przed nimi. Przekroczyli bramę. W środku było ciemno, a jedyne nikłe światło, dawał odblask palących się pochodni. - Tu się , rozstaniemy.- powiedział dreurgar. -Dozo baczenia- pozdrowił, strażnika lord. - Milej drogi.- odparł krasnolud. Krasnolud i jego odział, poszli w lewo, w straszliwy mrok. Kompania ruszyła, w przeciwną stronę, podziwiając, skalne ulice, domy, miejsca pracy, oraz dziwnych przechodniów. Nieopodal, wydobywały się opary dymu. Właśnie, przejeżdżali obok kuźni. Czternastu krasnoludów, waliło młotami o stal, najwyraźniej było, duże zapotrzebowanie na broń. Jechali dalej, w jakiejś uliczce, dwóch orków, przekazywało fiolki, mrocznemu elfowi. Drow był, aż nadto zadowolony z dostarczonego mu towaru. Przy jednym, ze skrzyżowań, czterech orków, stało po obydwu stronach ulicy. Podjechali bliżej. Jeden, z orków, w czarnej zbroi, trzymający w zakrzywiony miecz w jednym, a tarcze w drugim reku, wyszedł im naprzeciw. - Droga chwilowo zamknięta.- powiedział grubym głosem. - z jakiego, powodu?- spytał Hemides. - Za parę chwil, będzie tedy przejeżdżał transport złota, musicie poczekać. Niemieli wyboru, musieli czekać. Tuz za nimi , zatrzymał się czarny wóz. Woźnicą okazał się kosmaty stwór, o czarnym ubarwieniu. Od jego, czerwonych oczu, odbijał się blask pochodni. Chwilę później, z prawej strony, wynurzyli się uzbrojeni krasnoludowi, za nimi wyjechało pięć wozów, załadowanych po brzegi, złotem, ciągnęły je, wielkie niedźwiedzie . Cały konwój, zamykało dwudziestu orków. - droga wolna.- krzyknął ork. Ruszyli w drogę. Kosmaty stwór, ruszył za nimi. Im bliżej byli celu , tym bardziej otoczenie, nabierało pomarańczowego ot cienia. Kosmaty stwor, nie spuszczał ich z oka. Zauważył to Orlet. - Ten stwór, od dłuższego czasu, podąża za nami.- mruknął. A pozostali, ukradkiem zerknęli za siebie. - Zwolnijmy może się ot czepi?- odezwał się Sivias. Zwolnili tempo jazdy, wyjmując przy okazji broń. Stwór postąpił tak samo. Węże, zaprzęgnięte do wozu, zaczęły złowrogo syczeć, a w kosmatych łapach stwora, znalazł się obustronny topór. - Zaraz, chyba dojdzie do walki?- burknął don. - Zachowajcie, spokój.- rozkazał Vlak i obejrzał się za siebie. Stwór wyglądał, na spokojnego i w dalszym ciągu nie spuszczał z nich oczu. Nagle , przed nimi stanęła ogromna brama, ze stali , a nad nią zwisały wielkie pomarańczowe sople. - W końcu, Czekaliśmy na was.- naprzeciw nich, wyszedł pulchny siwy krasnolud.- Proszę, chodźcie za mną. Otwarły się wielkie stalowe wrota. Nieopodal, dostrzegli wejście do wspaniałego pałacu. Jechali wolno , dostosowując się do kroków krasnoluda. Pałac wyglądał jak miasto w mieście. Ulica prowadząca do pałacu, wyłożona , została brunatnym kamieniem. Obok stały rzeźbione, ze złota domy . Nie mogli oderwać, wzroku ot tak cudownej architektury. Stanęli pod wielkim pałace, zrobionym, ze szczerego złota. Po jednym, ze złotych balkonów, przechadzał się król, dreurgarów. - w końcu, przybył.- burknął , król, krasnoludów. Otworzyły się, złote drzwi, z których, ktoś wyszedł. Tym, kimś, była mała dziewczynka, ubrana w szare szaty, szła wolnym krokiem w ich stronę. Wyglądała na , małą elfkę. Na jej twarzy, malował się smutek i tęsknota. Gdy, podeszła pod nich, spojrzała na Vlaka, i uśmiechnęła się ukradkiem. Morze, miała nadzieje, że Vlak zabierze ją, z tego miejsca. - Król Osto, prosi do pałacu.- powiedziała, patrząc na lorda. - więc skorzystajmy, z zaproszenia.- rzucił Hemides. - Proszę za mną. Zsiedli z koni, i udali się za małą elfką. Vlak, bacznie się jej przyglądał. Morze ją, kiedyś widział, morze nie? Weszli do środka, wciąż idąc za, dziewczynką. Wokół nich, połyskiwały, złoto i diament, nawet straże , nosiły złote zbroje. Wkroczyli do Sali gościnnej, wyrzeźbionej, w złocie. V Osto siedział, przy długim stole, czekając na swych gości. - Panie!- odezwała się dziewczynka.- Przybyli, twoi goście. - Możesz odejść.- rzucił, w jej stronę krasnolud. - Tak panie.- odparła. Dziewczynka, wyszła bocznymi drzwiami. Osto skierował, wzrok na przybyszy. - Witajcie, moi przyjaciele. - My, również cię Witami.- powiedział , Hemides. - zapraszam do stołu. Sześciu męszczyzn, zasiadło po obydwu stronach stołu. Na stole, czekały potrawy i dużo dobrego wina. - Proszę , posilcie się. Muszą wrócić, do was siły.- odezwał się Osto. - Owszem muszą.- wykrzyknął Don. Wszyscy, zaśmiali się jednocześnie. Rozpoczęła się uczta, a przy niej nie obyło się bez rozmowy. - zabójstwo, własnego ojca, przysporzy ci, nie małych kłopotów.- rzucił krasnolud. - Czyżby?- ze śmiechem, odparł Hemides i ciągnął dalej- Wtedy, to nam obu ścięto by głowy. Nie praw dasz Vlaku ? - Morze i tak? Ale w tym miejscu, czuję się bezpiecznie. – odparł lord. - I na pewno, żaden eurladyńczyk , tutaj nie wkroczy.- rzucił Osto. Po tych słowach, podnieśli kielichy i wypili za zdrowie krasnoluda. Vlakovi, spokoju ni dawała jedna myśl. Cały czas, myślał o małej elfce. Kim ona jest, co tu robi? Postanowił, zapytać się o nią. - Kim jest, ta mała dziewczynka? - Mówisz o tej malej elfce?- spytał krasnolud. - Owszem, z skąd się tu wzięła? - Po co ci to wiedzieć, lordzie? - Zwykła ciekawość. - dobrze, odpowiem na twe pytanie.- Osto, przejechał wzrokiem, po lordzie.- No więc, jak już wiesz , wiecie , jest to mała elfka. Siedem, lat temu, podczas bitwy z elfami, którą wygraliśmy. W mieście, w jednym z domów, usłyszeliśmy krzyki kobiety. Ja oraz, czterech żołnierzy, poszliśmy za krzykiem. Weszliśmy do środka domu, w którym roiło się od kwiatów, i roślin. Ujrzeliśmy baldachim, a łożu krzyczącą kobietę, podeszliśmy bliżej. Była, dojrzałą elfką , w jej oczach ujrzałem strach. Ogarnęła mnie litość . Jeden z żołnierzy był, łapiduchem. Razem odebraliśmy poród. Zobaczyłem małe dziecko, dziecko elfa, mała dziewczynka. Jej matka, chwilę później odeszła. Do tej pory, nie pojmuje dlaczego, przecież elfy są nieśmiertelne. Z początku, nie wiedziałem co zrobić, z dzieckiem, nie miałem odwagi, zostawić jej na pastwę losu. Postanowiłem ją, zabrać do Ciemnych Jaskiń. Pierwsze jej słowa, brzmiały Nela, takie też, nadałem je imię. Chciałbym ją chociaż, raz przytulić, jednak ona czuje strach. Ponoć, trzyma , ją wież telepatyczna z ojcem. Newie kim jest, ani on nie zna jej. Poszukuje jej. Nela porozumiewa się z nim, często przez sen, wtedy budzę ją, i mówię że to tylko sen. Ale czuję, że przyjdzie dzień, gdy jej ojciec stanie naprzeciw mnie, i będę go musiał zabić. - Czemu jej, nie oddasz elfom?- rzucił Vlak. - zbyt bardzo, ją kocham, bym mógł ją puścić wolno. - Tak czy inaczej sama ucieknie. - Wtedy, czeka ja śmierć. Vlak, uświadomił sobie, ze to chora miłość, krasnoluda, do małej elf ki, że Nela jest tu uwięziona, do czasu póki Osto nie umrze. Jednak, nic w tej sprawie, nie mógł wskórać. - Nie zaprzątajmy sobie głowy, elfem. Musimy omówić inne sprawy.- powiedział Osto, patrząc w każdą twarz.- Chyba, wiecie panowie, ze w Eurladynie trwają poszukiwania, zabójcy króla. - Jesteśmy dosyć, daleka od królestwa. Nie znajda nas tutaj Odparł Hemides. - Owszem nie znajda. Jednak Lord musi wiedzieć, ze o zabójstwo podejrzewają jego, i kogoś jeszcze.- król, spojrzał po obydwóch twarzach. - Co takiego?- wykrzyknął Vlak. - Uspokój się lordzie. Tak mi doniósł szpieg. - Jaki szpieg ? Osto klasnął w ręce, w tej samej chwili, w komnacie pojawił się kosmaty stwór. Uśmiechnął się, z jego paszczy wyłoniły się , szponiaste kły. - O to, Glad. Mój szpieg.- powiedział dreurgar.- powiedz co wiesz. Stwór, usiadł obok krasnoluda i zaczął mówić. - W Irlachanie, znaleziono zabitego króla. Czarodziej Alga-tar Sulim, znalazł w komnacie, sztylet lorda Vlaka, splamiony krwią, króla. Lordzie Vlaku, jesteś poszukiwany za zabójstwo. - Co…..- krzyknął Vlak natychmiast wyjął miecz, tak samo postąpiła jego kompania. Do komnaty, wbiegło siedmiu orkowi pięciu krasnoludów, atakując Vlaka i jego ludzi. Próbowali się Bronic. Na próżno. Pod ostrzami , orków i krasnoludów, padli Sivias i Orlet. Plamiąc podłogę, krwią. Resztę, posadzono na krzesłach. Znów otworzyły się drzwi. Do środka, wkroczył wysoki, siwy odziany w czerń męszczyzna. - Dabales. – burknął Vlak , trzymany przez grube łapy orka.- Hemidesie ty zdrajco. - Ja zdrajcą. A ty kim że jesteś?- zaśmiał się młody książę.- O to, ten który będzie, rządził Tu nagą.- Hemides, wskazał na Nekromantę, stojącego tuż za nim. - Zapewne obaj, będziemy mieli z tego pożytek.- powiedział nekromanta. - To twoje, stracone koszty, za sztylet.- Hemides rzucił, na stół sakwę z monetami, poczym, wyśmiał lorda. - Jesteście bydlakami.- wrzasnął Don, za co dostał potężny cios w szczękę, od orka. Z jego ust, spłynęła strużka krwi. - Przyjaciele, morze przedstawię wam, próbkę umiejętności czarnych magów?- rzucił Dabales. - Czyżby poszli pod twoją komendę?- wykrzyknął uszczęśliwiony Hemides. - Owszem, jednak sporo muszę im zapłacić.- tutaj nekromanta, poważnie spojrzał na młodzika. - Gdy zdobędziemy Eurladyn, wszystko zwróci ci się z nawiązką.- odparł młody książę. - Czarni magowie, kim ze się chwalicie.- krzyknął Don i ponownie dostał cios od orka. -Niech na nim, pokażą próbkę swych umiejętności.- Osto wskazał, na plującego krwią Dona. - Dlaczego by nie.- glos doszedł, od strony drzwi. Zobaczyli wysoka postać. Czarny mag, jak go określono, wyjął Spod póły czarnego płaszcza, takiego samego koloru różdżkę. Czarne włosy spadały mu na ramiona, a czarna broda dodawała powagi. - Staruman. Witaj przyjacielu.- powiedział Dabales. - Odsuńcie się.- mag skierował różdżkę w stronę Dona i zaczął wypowiadać słowa zaklęcia. Chwilę później, w Sali pojawiła się niebieska postać, z rażąco żółtymi oczami. Patrzyli na nią, z coraz większym zaciekawieniem. Na twarzy Dona, malował się strach. Staruman uśmiechnął się, głośno. - Wyssij z niego umysł.- rozkazał potworowi. Potwór, rozszerzył oczy, aż zgromadzonych przeszył dreszcz. Z jego, oczu wystrzeliły dwie, srebrne fale, docierając, do wystraszonego Dona, wbijając się do jego oczu. Z ust, wydobył się straszliwy, krzyk bólu , który rozrywał go z, każdej strony. Fale zmieniły kolor, na biały, stwór również, zmienił kolor na biały, oczy stwora, zmieniły się na, przerażająco czarne kule. Widok białej postaci, nie mógł tak wystraszyć świadków zdarzenia, oczywiście poza nekromantą i magiem, co widok niewinnego Dona. Z ust, wypłynęła piana, twarz przybrała bladofioletowego koloru, głos stał się ochrypły , a twarz zmieniła się na, okropnie zieloną. Oczy wylały, mu się z oczodołów, w tym samym czasie, kiedy fale opuściły jego mózg. Wydał z siebie, ostatni syk, usunął się z krzesła, zeschnięty niczym stary korzeń. Stwór, zmienił kolor, na niebieski, a oczy stały się, powrotem żółte. Staruman, przez chwilę, wpatrywał się w niebieską postać. - Udaj się do swej siedziby.- mag , rozkazał potworowi by odszedł. Stwór po chwili, rozpłynął się w powietrzu. - Co to było?- zapytał zdziwiony Hemides. - To żywiołak umysłu. Teraz wiem co ten osobnik, planował lub jakie nachodziły go myśli.- wyjaśnił Staruman. - Więc co, tkwiło w jego umyśle? - Nic szczególnego. Pragnął jedynie swobodnie żyć. - I tak, Eurladyn poradzi sobie z waszą magią.- wtrącił się Vlak. - Co chcesz przez to powiedzieć?- Hemides skierował wzrok na lorda. - To że, jesteście słabi. - A któż, na przeszkodzi?- wrzasnął młody książę.- stary Alga-tar, który całymi dniami, siedzi tylko w gildzie.- dodał gniewnie, odrzucając, kępkę włosów z czoła. - Nie tylko on, jest w królestwie.- rzucił lord. - To może, twój głupi brat Hemidesie?- żachnął Dabales. - Słusznie nikogo innego, tam nie widzę.- odparł Hemides. - Lepiej, abyście ujrzeli.- ze złością, krzyknął Vlak. - Do lochu z nimi.- Wrzasnął młody książę. - Słyszeliście, do lochu z nimi.- krzyknął Osto, do strażników. Straże chwyciły, obu więźniów, i zawlekli ich do lochów, pod pałacem. Więźniów, wrzucono , do średniej wielkości celi, i zamknięto ich grubymi kratami. - I co teraz?- szepnął Ostes. - Na razie nic nie zrobimy. Trzeba pomyśleć jak stad uciec?- odparł lord. Obaj siedzieli w lochu, już przeszło ponad tydzień. Wciąż nie mogli, znaleźć sposobu na wyrwanie się z ciemnej i zimnej celi. Ostes spożywając posiłek, rozmyślał nad planem ucieczki. - Może obezwładnimy tego krasnoluda, który przynosi nam posiłki?- odezwał się po, krótkiej chwili. - I co dalej?- spytał Vlak. - Uciekniemy. W którą stronę? - Nie wiem. - Musimy wymyślić, lepszą strategię ucieczki. Mijały kolejne dni, meczącego siedzenia w lochu. Ostes coraz bardziej, był zrezygnowany i zmęczony sytuacją, w której się znalazł. Tylko Vlak, rodził nadzieje, na to, że , uda im się z stąd uciec. Pewnego dnia, gdy już, prawie na wyczerpaniu psychicznym, doszedł do nich glos, z przeciwnej celi. - Pss..., planujecie ucieczkę? Obaj, podeszli pod krat, kierując głowy w prawą stronę. - Kim jesteś?- spytał Vlak. - Leśnym elfem.- odparł, tajemniczy głos. - Ja nazywam się Vlak, lord Vlak, a mój towarzysz , zwie się Ostes. Jak brzmi twoje imię? - Zwie się Galu.- odparł elf. - Ile tu już siedzisz i komu służyłeś? - Po ostatniej bitwie, z tymi szkarłatnymi krasnoludami, dostałem się tu do niewoli, siedzę tu już od siedmiu lat. Byłem generałem, wojsk Fedrina z Puszczy ciszy, dopóki mnie nie pojmano.- wyjaśnił elf. - zapewne cos wiesz, o tej malej dziewczynce?- spytał Ostes. - Bardzo dziwnie, na mnie patrzyła.- wtrącił się lord.- Miałem wrażenie, ze cos ode mnie chce. Kim ona jest? - tak się składa, ze wiem kim ona jest. To córka Fedrina. - On, niwie, nawet jak ona wygląda.- rzucił rudzielec. - a ona nigdy, nie widziała jego.- dodał Vlak. - Gdybym tylko mógł, zabił bym tego, okrutnego krasnoluda gołymi rękoma.- zdenerwował się elf. Nastała chwila ciszy, która przerwał Vlak. - teraz, powinniśmy pomyśleć o ucieczce. - Zdaje się, że chyba wiesz jak z stąd uciec?- powiedział Ostes. - Tam po prawej stronie, są drzwi do winiarni. Odwiedzają ją, na życzenie Osta. Z winiarni, wychodzi tunel, który kończy się po drugiej stronie, na powierzchni. Jest to ich droga ucieczki, w razie zagrożenia. Przez nikogo nie strzeżona. - Skąd to wiesz?- spytał Vlak. - Przysłuchuje się, rozmowom strażników. A mówią wiele.- odparł Galu. - Co proponujesz? - Jak zauważyliście, odwiedza nas tylko jeden strażnik, reszta siedzi w korytarzu. Ma klucze, do winiarni, i każdej z cel. Wystarczy go zlikwidować i wziąć klucze. - A jak niby, mamy go unieszkodliwić?- wtrącił się Ostes. - wszystko zależy od jednego ciosu. Musi to być mocny, cios prosto w skroń. Pamiętajcie prosto w skroń. - Jak to zrobić?- dopytywał się rudzielec. - Gdy przyniesie posiłek. - Nie będzie to łatwe.- mruknął lord. - Owszem, nie będzie. Wszystko zależy od jednego, precyzyjnego ciosu.- wyjaśnił elf. - Na razie musimy uzbroić się w cierpliwość. Posiłek nadejdzie dopiero rano. Dobranoc.- powiedział Ostes, poczym położył się na sianie, które służyło jako lóżko, i zasnął. ********************* Hemides oraz Dabales, siedzieli w gościnnej sali, czekając na krasnoluda i czarodzieja. Drzwi się, otworzyły . Do środka, weszli Osto i Staruman. - Jesteście gotowi do wyjazdu?- zapytał dreurgar. - Wszystko gotowe?- spytał Dabales. - Jak najbardziej, możecie ruszać, nawet i teraz. - Nie zwlekajmy z czasem, Dabalesie.- rzekł Hemides, patrząc na nekromantę. Wyszli z komnaty, opuszczając pałac. Przed główną bramą, czekał na nich oddział trzydziestu orków. Chwile później ruszyli, w drogę. Do Księstwa Mroku. **********************

W lochu, panowała ogromna ciemność, na szczęście Ostes, zdołał dosięgnąć pochodni, która leżała obok, nie żyjącego strażnika. - Są zawieszone, na jego szyi, nie mogę ich oderwać.- burknął Vlak. - Sztylet, wyjmij jego sztylet.- pośpieszył z pomocą rudzielec. Vlak wyjął, sztylet umarlakowi , i włożył go między łańcuszek. Szarpnął mocno. Klucze odbiły się od krat i zatrzymały obok celi. Vlak z łatwością , je dosięgną , znalazł odpowiedni klucz do celi, i otworzył ją. Wypuścili elfa, podbiegli pod drzwi, otworzyli je. Zobaczyli beczki z winem, a na końcu długiego pomieszczenia, otwór w skale. - Uciekajmy!- szepnął galu.

ROZDZIAL 5 LAS

Wydostali się, z Ciemnych Jaskiń, znajdując się po drugiej stronie skał. Po całym dniu, wędrówki dotarli do pobliskiego lasu. Wkroczyli do wewnątrz i poszukali odpowiedniego dla siebie miejsca, by przenocować nadchodzącą noc. Zauważyli, spory kawał lasu, porośnięty krzewami. Postanowili, schronić się miedzy nimi, przed nocą. Następnego dnia , wstali gotowi do drogi. Lecz nie wiedzieli w, którą stronę się udać. - Gdzie jesteśmy?- spytał Ostes. -Jeśli dobrze pamiętam, to granice południowej części Puszczy Ciszy.- odparł Galu. - Niemy li cię pamięć. Byłeś w niewoli przez siedem lat.- rzekł Vlak. - Nie jestem, pewny do końca.- odpowiedział elf, i nagle ud wrócił się do tyłu.- Kryć się i cisza.- szepnął. Trójka uciekinierów, skryła się za krzakami, i czekała co nastąpi. Z za drzew, wynurzyła się, mała postać, ubrana w ciemnobrązowy kaftan, szła w ich stronę. Nagle wszyscy trzej, niczym strzały wypuszczone z łuku, wyskoczyli na zbliżającą się istotę. Galu, zręcznie pochwycił osobnika, za rękę i powalił na ziemie. Vlak i Ostes , błyskawicznie doskoczyli do ofiary, chwytając za ręce i nogi. Jak , później się zauważyli, był to osobnik płci męskiej. Przez zakapturzoną, twarz, nie mogli rozpoznać, do jakiej rasy należy, osobnik. - lord Vlak !- wyksztusiła osobnik. - Skąd wiesz, kim jestem?- wykrzyknął lord. - Wynajęto mnie bym cię wytropił lordzie.- rzekł tropiciel i dodał.- A ty sam, na mnie wpadasz. Vlak, złowrogo spojrzał, na leżącego karła. - Czemu mnie ścigasz?- spytał lord. - Jeszcze się pytasz lordzie? Wszyscy już wiedzą, że zabiłeś króla.- wyjaśnił osobnik. - O czy ty, mówisz?- spytał Galu. - Obok ciebie panie, jest zabójca króla. - To nie ja, zabiłem Gurchlanda III- Vlak, stanowczo temu zaprzeczył. - To kto?- burknął elf. - Jego syn, Hemides.- odparł lord. - Hemides!- imię młodego księcia, jednocześnie , wymówili elf oraz pojmany. - Tak, to Hemides jest zabójcą. Obiecał mi, Tunagę na własność., jeśli w zamian, pomogę mu w obaleniu, króla i zajęciu przez niego Eurladynu. Do tego celu, sprzymierzył się, z odwiecznym wrogiem, Dabalesem. Mnie potrzebował, tylko do tego, by zwalić winę na mnie. Dlatego , zabił króla, moim sztyletem, aby potem, zaplamionego królewską krwią, cisnąć w kąt komnaty. A mnie, wmówił, że zgubił go w trakcie ucieczki.- tutaj lord, przestał na chwilę, patrząc w karła. – przez mą, głupotę, życie straciło, czterech moich ludzi, a ja szacunek w Eurladynie. - I nie prędko, go odzyskasz. – rzucił , osobnik i dodał.- a tak, przy okazji, jest was trzech, a ja jeden. Chyba nie jestem, aż tak niebezpieczny, abyście nie mogli mnie puścić? Jednak, nie puścili go, z uścisków. - Najpierw powiedz, kim jesteś?- rozkazał Galu. - Nazywam się Skandro, jestem skrzatem tropicielem. – wyjaśnił skrzat i dodał.- Wynajął mnie czarodziej, Alga-tar, bym wytropił ciebie lordzie, i jak przypuszczał kogoś jeszcze innego. Puścili go z uścisków. Skrzat, mógł poczuć się swobodnie. Zdjął z głowy kaptur. Przed nimi, pojawiła się , zielona twarz tropiciela z czarnymi włosami. - Powiedzcie mi jedno? -zaczął skrzat.- Dokąd, zamierzacie się udać? - Szczerze mówiąc, nie zastanawialiśmy się nad tym.- odparł lord. Dotarła do nich wiadomość, że nie mają dokąd uciec, byli w wielkiej pułapce, bez wyjścia z, żadnej strony. Skandro popatrzył, na nich z żalem. Zdradzony lord , na którego, z każdej strony czyha śmierć. Jego kompan, który nie był bezpieczny w towarzystwie Vlaka, a poza nim tym bardziej. I niczego winien elf, którego tropiciel nie znał, ale na pewno był , kimś ważnym wśród elfów, a morze nadal jest? - Co zamierzacie, teraz zrobić?- spytał skrzat. - Ja, próbował bym się przedrzeć, do Eurladynu.- powiedział elf. - To chyba, nie najlepszy pomysł?- sprzeciwił się Vlak, który był w beznadziejnej sytuacji.’ Skrzat , panicznie spojrzał za Vlaka. - Ucie…- nie dokończył, gdyż wokół, zaroiło się od jeźdźców w pełnym opancerzeniu. Zbroje, lśniły srebrem, w promieniach słonecznych. Wokół, ich głów, roiło się od mieczy i włóczni. Stali tak w bezruchu i patrzyli na około siedemdziesięciu konnych. - Zaiste, nie macie drogi ucieczki.- powiedział stojący, tuż przed nimi, jeździec. Ściągnął hełm, i rozpuścił na wietrze , blond długie włosy. - Gladen.- krzyknął Vlak. -Zgadza się , lordzie Vlaku. Czyżbyście się zgubili?- zastanowił się jeździec.- Spójrzmy co tu mamy? Skrzat, leśny elf, człowiek, a wśród nich zdradziecki lord.- Gladen, złowrogo spojrzał na Vlaka.- Związać ich i w drogę. Żołnierze postąpili, wedle rozkazu, i czworo, pojmanych, szybko znalazło się na rosłych wierzchowcach. - Tak, lordzie, jak mniemam, to twoi sojusznicy nie próżnują.- odezwał się Gladen.- Szare krasnoludy, oraz orki, zaatakowały kopalnie w Sambii. Król sambijczyków, czcigodny Rulchan, wezwał nas na pomoc. Pośpieszyliśmy w sile stu konnych. Wraz z sambijczykami, i kilkoma oddziałami Celtów oraz nomadów, odparliśmy wroga. Niebyło to łatwe starcie, wróg liczył z pięćset żołnierzy, a bitwie zginęło wielu dobrych żołnierzy. Sam widzisz, było nas stu, a wraca siedemdziesięciu. - Morze, być jeszcze gorzej?- mruknął Vlak. Po paru dniach, dojechali do granic Eurladynu. Pod ochroną drzew, przespali noc, by rano ruszyć w drogę. Vlak z każdą, chwilą bał się coraz bardziej, wpadł w sidła, nie miał pewności, że wyjdzie z nich żywy. Po kolejnych, pięciu dniach przebytej drogi, ujrzeli mury miasta, z czterema wieżami, zwróconymi w każdą stronę świata. Zbliżali się do Irlachanu. Stanęli przed, południową bramą. Na wierzy, strażnik zadął w róg, siedemdziesięciu żołnierzy, oraz czterech pojmanych, wkroczyło do miasta. Gladen, pojmani i pięciu żołnierzy, udali się wprost do pałacu, reszta pojechała do koszar. - Zanieś wiadomość, księciu Tunisowi, że mamy nie spodziewanych gości, którzy chcą go widzieć. Nie zwłocznie.- koniuszy, poinformował strażnika, przy drzwiach pałacu, który zniknął w środku budowli. Strażnik pojawił się powrotem. - Możecie wejść panie. Weszli do pałacu, by po chwili znaleźć się w wielkiej Sali obradniczej. Zastali tam, Tunisa, czarodzieja Alga-tara, elfa Fedrina, skarbnika Kalanina, oraz paru innych elfów i ludzi. - Co to za, goście szanowny Gladenie ?- pierwszy spytał Tunis. - Oto, twoi goście, książę.- powiedział koniuszy i odsunął się na bok. Żołnierze, wypchnęli pojmanych, naprzeciw zdziwionym twarzom. Na widok Vlaka, w Tunisie rozgorzał ogromny gniew. Błyskawicznie, odebrał miecz, strażnikowi stojącemu obok niego i z dziką furią, rzucił się na lorda. Wszyscy, znieruchomieli. Widząc co, zaraz nastąpi, czarodziej, na szczecie dla lorda, przeszkodził, księciu w jego zamiarach. Miecz z brzękiem, upadł na ziemię, a Tunis stał rozgniewany, w mocnych uściskach czarodzieja. - Zginiesz zdrajco. Twoi wspólnicy, również.- krzyczał Tunis. - Przestań Tunisie.- warknął Alga-tar- Najpierw, wysłuchajmy co ma nam do powiedzenia. - Posądźcie ich.- powiedział książę, próbując się uspokoić, sam siadł przy długim stole. - Chcę jeszcze, coś wyjaśnić.- powiedział mag- Skrzat, pracuje dla mnie. Wysłałem go z misją, wytropienia zabójców. Proszę rozwiążcie go.

Strażnik rozciął , węzły, uwalniając ręce tropiciela. - Dziękuję.- powiedział skrzat, i usiadł wygodniej. Władca Puszczy Ciszy, rozpoznał pojmanym elfie, swojego dowódcę. - Galu ty, również?- krzyknął Fedrin. - To nie tak…- elf chciał, wytłumaczyć się, z zaistniałej sytuacji, lecz postanowił się uciszyć. - Spokojnie.- wtrącił się czarodziej- Jak ich znalazłeś Gladenie i ty Skandro? - Wpadłem na nich, w lesie- wyjaśnił skrzat, trochę się pospieszając z wyjaśnieniami. - Ja napotkałem ich, wracając z Sambii.- dodał koniuszy. - Co zrobiłeś z moim bratem, lordzie?- wykrzyknął książę. - Na pewno książę, nie uwierzysz w to co powiem. - Jednak chcemy, cię wysłuchać- wyjaśnił Alga-tar. -Więc dobrze.- powiedział Vlak i ciągnął dalej.- Prawdziwym zdrajcom jest, twój brat, Hemides.- ty lord, przestał na chwilę, ponieważ wszyscy, poruszyli się nie spokojnie.- To on wszystko, zaplanował. Obiecał mi Tunagę na własność i kilkaset hektarów wokół niej. W zamian miałem pomóc mu w zamachu. Byłem, zbyt łapczywy na tę ofertę, a teraz tego żałuje. Posłużył się moim, sztyletem, by zamordować ojca, później cisnął go gdzieś , zamoczonego we krwi, aby wina zeszła na mnie, mówiąc mi, że zgubił go w drodze ucieczki. W ciemnych Jaskiniach, królestwie szarych krasnoludów, tam właśnie mnie zdradził, sprzymierzając się , z nekromantą Dabalesem, oczywiście za usługi obiecując mu Tunagę . Nekromanta, pod swój sztandar, wziął Czarnych Magów. Największy ranga, pokazał próbkę swych umiejętności, na mym żołnierzu. Wyczarował jakiegoś stwora, który całkowicie wyżarł mu mozg. Potem wsadzono nas, do lochów. Tam zapoznaliśmy, mości elfa i razem udało nam się uciec. Mówię wam, obaj zbierają ogromne siły zła, i z całą armią uderzą na Eurladyn.- na tym , lord zakończył. Zaś odezwał się Galu. - Dla ciebie, panie mamy złe wieści. Mości Fedrinie, twoja córka, którą tak szukasz, jest u króla dreurgarów, który uwarz ją za swoją i za żadna cenę jej nie wypuści z królestwa. Nosi imię Nela. - Moja córka. Jak to możliwe?- wykrzyknął Fedrin. - Siedem lat siedziałem, w lochach, a ten, nicpoń wmawia sobie, że jest to jego dziecko. - Odzyskasz ją. Przyjdzie na to czas.- rzekł mag.- Teraz zastanówmy się, nad zaistniałą sprawą. - Może i masz rację Vlaku. Ale nie uwalnia cię to z winy jaka, na tobie ciąży.- powiedział Tunis, już bardziej spokojniejszy. - Myślę, ze tkwi w tym, szczypta prawdy.- wtrącił się koniuszy- Jak sami wiecie, to szare krasnoludy i orki, zaatakowały Sambie. - Byliśmy świadkami wymarszu, kilkuset żołnierzy, z Ciemnych Jaskiń, były z nimi trolle.- wtrącił się, milczący jak dotąd Ostes. - Owszem to oni, zaatakowali kopalnie. A było ich z pięciuset, w bitwie poległo trzydziestu naszych żołnierzy i straciliśmy dwanaście znakomitych koni. -Rozwiążcie ich.- rozkazał Tunis.- Może i ma racje. Mój brat, ostatnio dziwnie się zachowywał. - Chcę oczyścić się z winy, dlatego oferuję pomoc.- oswobodzony z więzów, odezwał się Vlak. - W jaki sposób?- spytał Alga-tar. - Znam kogoś kto, mógłby nam pomóc, w walce z tak ogromnym wrogiem. - Czarni Magowie, to nie zwyczajni giermkowie.- rzekł czarodziej- Kto to taki? - Nie jaki Lagarst. Druid ,który posiada wielką księgę magów. Mógłby ją nam sprzedać. Mieszka tuż obok Puszczy Ciszy, w Zielonym Jarze. - To pięć dni stad.- wyjaśnił Fedrin. - Lagarst hymm……- zamyślił się czarodziej. - Lepiej stracić, pięć dni niż królestwo.- powiedział lord. - Ruszacie jutro z samego rano.- nakazał Tunis. Zaczęło świtać, zapowiadał się ciepły i bez chmurny dzień. Vlak, w towarzystwie Alga-tara, Fedrina, Galu, Ostesa i Skandra, był gotowy do drogi. Na swych, wytrzymałych wierzchowcach, przecisnęli się przez zatłoczone miasto, gdy już wyjechali, pośpieszyli konie, by nie tracić cennego czasu. Po całym dniu wędrówki, zatrzymali się na spoczynek. Galu, spostrzegł wejście do jaskini. - Możemy odpocząć, w tej jaskini.- powiedział , wskazując palcem, wejście. - Wolałbym, przespać tę noc, pod gołym niebem.- Ostes, odrzucił pomysł elfa. - Nie rozumiem? - Grasują tu likaorg.- wyjaśnił Vlak. - Chyba, rozbolały was głowy?- zaśmiał się Fedrin. - Obawiam się, że maja rację.- wtrącił się mag.- Wyczuwam w tej, jaskini, czyjąś obecność. - Jeśli tak twierdzisz, zostańmy tutaj.- rzucił elf. Pod ochroną, ciepłych koców, przespali rozgwieżdżoną noc. O świcie, po krótkim, posiłku, udali się w dalszą drogę. Po dwóch dniach, z lasów sosnowych, wjechali, do lasów, dębowo- klonowych, porośniętych krzewami. Byli w granicach, Puszczy Ciszy. Następnego dnia, jechali, przy granicy, bardzo dobrze strzeżonej, przez elfów. Dotarli nad wielki staw. Postanowili się zatrzymać. Napełniali bukłaki wodą, poili konie, gdy nagle za ich, plecami , pojawiło się kilkunastu elfów, z wycelowanymi w nich strzałami. - Opuście łuki.- odezwał się Fedrin, i postąpił krok do przodu. - Panie!- wykrzyknął elf, w srebrnej zbroi, w połowie zakrytej, zieloną opończą. - Widzicie przyjaciele, granice są tu dobrze strzeżone.- Fedrin , zwrócił się do swych, towarzyszy. -Wypierz pięciu żołnierzy, reszta niech wraca na stanowiska.- rozkazał elf- I ruszajmy w drogę. Elf szybko, wybrał pięciu, żołnierzy, reszt zniknęła w gąszczu drzew i krzewów. Elfy, szli pieszo, to też Skandro, który jak dotąd, jechał z Alga-tarem, dołączył do pieszych., przeszli przez, most na stawie, przekroczyli granice puszczy, i ruszyli do Zielonego Jaru. Po kilkunastu godzinach, wyjechali tuż, obok głębokiego jaru. Postanowili , zarządzić postój. Rozłożyli się na równym terenie, pod osłonom drzew. Skandro, w tym czasie, ruszył zbadać okolice. Minęło sporo czasu, a skrzat nadal nie wracał. - Jak, długa czeka nas, jeszcze droga?- spytał Galu, który niemiał jeszcze przyjemności, być w Zielonym Jarze- Siedzimy, tu już, od paru dobrych godzin. - Nie wiadomo, jakie niebezpieczeństwa, czyhają w Jarze?- rzucił czarodziej. - Coraz bardziej, martwię się o skrzata.- dodał Vlak. - Już nie musisz.- Fedrin, wskazał ręką na powracającego zwiadowcę. Istotnie, po paru godzinach, wrócił Skandro, cały przemoczony do suchej nitki. - Widzę ,że przy okazji, zażyłeś kąpieli.- Vlak, na widok skrzata, nie mógł powstrzymać się od śmiechu. - Uważaj lordzie, żebyś się tym własnym śmiechem, nie zadławił.- odburknął, zdenerwowany skrzat. - Na szczęście, mamy ze sobą, suche ubrania.- powiedział Fedrin, i podał skrzatowi, suche ciuchy. Skandro szybko, skoczył za krzaki, by chwile później wyjść, nawet całkiem suchym, mając na sobie, kaftan, z brązowej skóry jakiegoś zwierzęcia. Z włosów, nadal kapała woda. Mokre ciuchy, zawiesił na gałęzie i usiadł obok pozostałych. - Co się stało Skandro, dlaczego przyszedłeś cały mokry?- Spytał Alga-tar. - Poszedłem tym jarem, po jego obydwu stronach jest wiele skał. Jakieś dwie mile, dalej , jar się rozszerza, a nad nim unosi się mgła, tak gęsta, że nie w sposób zobaczyć, co jest po drugiej stronie. Postanowiłem się , przez nią przebić.. Chwilę później, wpadłem do wody. Zaplątałem się, w jakiś wodnych roślinach. Za pomocą sztyletu, zdołałem je rozciąć i wynurzyć się na powierzchnie. Chwilę później, uciekłem z stamtąd. - bardzo dziwne.- burknął mag. - Ciarki mnie przechodzą, na myśl, że mam wrócić tam powrotem.- jęknął Skandro. - Cóż noc musimy, spędzić tutaj. A rano zajrzymy do tego miejsca.- czarodziej, zakończył rozmowę i protesty skrzata, machnięciem reki, i udał się na spoczynek. Następnego ranka, po posiłku , ruszyli w dalszą drogę. Gdy dotarli, do głębokiego jaru, postanowili, że trzech żołnierzy, zostanie przy koniach, ponieważ, dalsza droga wiodła na piechotę. Jar, teraz jeszcze bardziej się zwę żył. Po obu, stronach, z ziemi wychodziły, ogromne skały, przypominające strażników, osłaniane przez grube drzewa,. Cisza, była ogromna. - Jeszcze bardziej, ciszej niż w Puszczy Ciszy.- Burknął Galu. - Radzę tej ciszy, nie przerywać. Bądźmy czujni.- dodał czarodziej, bacznie przyglądając się terenowi. - Nie opodal, unosi się ta gęsta mgła.- rzucił Skandro.- Jeszcze możemy zawrócić. - Naszym zadaniem, jest dotarcie do tego druida.- warknął mag.- O żadnym, zawracaniu, niema mowy. - Ale… - Żadne ale, Skandro.- wtrącił się Vlak- Idź prze siebie, Niedar omotać się strachowi. - Hmnn…..- burknął skrzat. Skręcili w prawo, obeszli stojącą naprzeciw skałę i ujrzeli, przed sobą, unoszącą się mgłę. Stanęli i patrzyli na Alga-tara, który za pomocą czarów, próbował mgłę rozpędzić. Jednak, żadne tego typu zaklęcie, nie podziałało na mgłę. - Kto śmie zakłócać, spokój w Zielonym Jarze?- odezwał się tajemniczy głos. - Przybywamy tu w pokojowych nastawieniach.- odparł Vlak. - Kimże jesteście?- spytał glos. - Lord Vlak i jego towarzysze. - Lord Vlak, dawno cię tu niebyło. Co cię sprowadza? - Powiedzmy, że masz cos co potrzebujemy. - Ja, hahahah.- zaśmiał się głos.- Cóż to takiego? - Wpuść nas, to się dowiesz. - A więc , dobrze. Gdy mgła opadła, ujrzeli przed sobą, wielką skałę, wyglądem przypominającą zamek. Do głównej bramy, prowadził zwodzony most, na którym, teraz stał wóz , zaprzęgnięty w dwa bazy liszki. Woźnica, o psim pysku, wskazał palcem , aby usiedli na długim wozie , wyglądem przypominający smoki. Gdy, usiedli wygodnie, na skurzanych siedzeniach, gnoll, pociągnął za lejce. Bazy liszki, ruszyły, ciągnąc wóz, do skalnego zamku. Po przekroczeniu, bramy , wóz się zatrzymał. Podszedł, do nich, ubrany w zielone szaty, karzeł. Skierował w ich stronę, wzrok. - Proszę zsiąść z wozu i iść za mną.- powiedział karzeł. Posłuchali go, i poszli za nim. Karzeł ,prowadził ich, przez ciąg, korytarzy i jaskiń, porośniętych przez, mech i nieznanego pochodzenia rośliny. Dotarli, pod ogromne skalne schody, prowadzące na wyższe pietra. Przewodnik, pierwszy , wszedł na stopnie, zaraz za nim poszła grupa. Gdy pokonali, schody, znaleźli się w szerokim korytarzu, na jego końcu, były drzwi. Poszli w ich stronę. Karzeł zastukał, stalową klamką, kilka razy, poczym się oddalił. Chwilę później, drzwi otworzyły się na oścież, przed ich oczami, ukazała się, kryształowa komnata. Wszystko, co było w środku, wykonane było z kryształu, nawet krzesła. Po środku kryształowego stołu, na kryształowym krześle, siedział starzec, odziany w płaszcz, kontrastujący z wnętrzem komnaty. - Witajcie, mili goście.- powiedział starzec- Proszę siadajcie. - Witaj Lagartcie, mądry druidzie.- przywitał się Vlak. Usiedli, po obydwu stronach stołu. - Nie wydaje mi się by był to, zwykły druid?- mruknął czarodziej do Fedrina. - Poprzednim razem, gdy mnie tu gościłeś, komnata była cała, w drewnie.- odezwał się lord. - Czasy się zmieniają. Byłeś ty, długi czas temu.- odparł siwobrody, starzec. - Owszem. - Co was, lub ciebie, tu sprowadza? - Potrzebujemy, pewnej rzeczy, którą ty posiadasz.- zaczął Vlak.- Jesteśmy, prawie w stanie wojny, z siłami zła. - Jaką ja odgrywam, w tym rolę?- spytał zaskoczony, druid. - Posiadasz, wielką księgę czarów, która jest nam potrzebna. Alga-tar, poruszył się, jak by sobie cos przypominając. - Możemy cię za nią, sowicie wynagrodzić. - Prosicie mnie, o to co, nie jest możliwe.- odparł starzec. - dziesięć tysięcy, sztuk złota.- zaproponował lord, z lekkim uśmiechem na twarzy. - Nie rozumiecie.- rzucił starzec.- Tej księgi, nie można kupić. Ją trzeba zdobyć. - W jaki sposób. – spytał Fedrin. - Istnieje, pewna możliwość.- odparł druid. - Słuchamy.- rzucił mag. Starzec, popatrzył przez, chwilę po wszystkich. - Do księgi, potrzeba paru artefaktów.- wyjaśnił. - Jakich, znów artefaktów?- zdenerwował się Galu. - Trudno je znaleźć, i zdobyć.- mówił starzec.- Oczywiście, jeśli, ktoś wie co robi, może mu się powieść. Zapanowała, chwila ciszy, którą przerwał Alga-tar. - Co sugerujesz. Mamy wyruszyć na misję? - To ogromne wyzwanie.- na twarzy starca, zarysowała się powaga. - Jeśli ta, księga jest tak ważna, to może dwa tysiące wystarczy.- wtrącił się lord. - Już powiedziałem. Zdenerwował się starzec- By księga, miała ogromną moc, potrzebne jest poświęcenie. - Więc co mamy zrobić? - Zdobyć siedem artefaktów.- wyjaśnił druid. - Zdobyć?- zdziwił się lord.- Jak to zdobyć. - Artefakty są bardzo ważne, dla księgi. Ale po jednej z wielkich, bitew skradziono je. Teraz są, rozrzucone po świecie. - Po co nam artefakty?- spytał Galu- Księga nie wystarczy. - Bez artefaktów, księga jest tylko, zwykłym pismem.- powiedział Lagarst. - Więc musimy wyruszyć na misje?- rzucił czarodziej. - Owszem, masz racje.- zgodził się druid. - Nie mamy wyboru, musimy zaryzykować.- powiedział czarodziej. - Jak je mamy, znaleźć, jeśli nie mamy nawet mapy?- wtrącił się Fedrin. Starzec, klasnął w dłonie. Po chwili do komnaty, wszedł karzeł, niosąc w rękach, małą szkatułkę. Podał ją starcowi. - Tutaj znajdują się wskazówki.- powiedział druid- Pamiętajcie, jeśli chcecie księgę, nie możecie zlekceważyć misji. Alga-tar, wziął szkatułkę i wstał. - Dziękuję druidzie. Jeśli, misja ma się powieść, musimy ruszać jak, najszybciej. Gdy , zatrzymali się za jarem, by przenocować noc, Skandro zaczepił czarodzieja. - Ciekawy jestem, kto wyruszy na tę misje? - My przyjacielu. -My?- Skandro, nie powiedział już nic więcej.

Rozdział 6 Najemnicy

- Artefakty.- krzyknął Tunis.- Po co, nam jakaś księga, odeprzemy wroga sami. - Nie mamy na tyle, mieczy by sprostać sile, która , przeciw nam powstaje.- wyjaśnił, jeszcze bardziej zły czarodziej, po chwili dodał- Bez tej, księgi, możemy się liczyć z rychłą zagładą. W Sali zapanowała, cisza. Wiedzieli co ich czeka, jeżeli nie podejmą ryzyka, i nie znajdą artefaktów. Jedynie Tunis, nie wierzył w to, że siły Eurladynu, nie będą wystarczająco silne, by odeprzeć wroga. - Nie liczysz, straconego czasu, Alga-tarze?- odezwał się książę- Przecież, ta misja, może potrwać parę miesięcy. - Przez te parę miesięcy, twój miły brat, zbierze takie siły, że nie będziemy w stanie, podnieść na niego miecza.- odparł, naburmuszony czarodziej. - Pamiętaj Tunisie, że nie posiadłeś absolutnej władzy, nad Eurladynem.- wrzasnął Alga-tar- W takiej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, obowiązek kierowania państwem spadł, także na radę. I my wszyscy, tu zebrani musimy podjąć decyzję. Książę, zawstydził swą dumą i umilkł. Musieli się, zastanowić, i podjąć trudną decyzję. Ruszać i narażać życie, za artefakty, czy też ginąć w nierównej walce, która szybkimi krokami, zbliża się ku nim? Mijały godziny, oni nadal nie znaleźli odpowiedzi, na pytania, które nie były łatwe. Jednak odpowiedź musieli znaleźć. - Kto, wyruszy, na misję?- pierwszy odezwał się koniuszy- Każdy, żołnierz jest nam potrzebny, tu na miejscu. - Kto wyruszy?- rzucił Alga-tar- Tak się składa, że może wiem. - Więc? - Vlak i Ostes, muszą oczyścić się z winy, dlatego wyruszą na misje. A do nich dołączą Galu, który na pewno, zna sztukę walki, Skandro, który jest, dobrym tropiciele, i zwiadowcą, oraz ja. Magia, będzie nam potrzebna. - Pięciu.- odezwał się Tunis- muszę stwierdzić, że jest was za mało. - Najemnicy.- zaproponował czarodziej. - Oni się cenią.- dodał Gladen. - Myślę, że doszlibyśmy, z nimi do porozumienia. - Ja jestem za, najemnicy to dobrzy, żołnierze i na niczym im nie zależy. - Gdzie, znajdziesz lojalnych, najemców?- spytał książę. - Tak się składa, że akurat znam takich. Rada, podjęła decyzję, o wynajęciu najemników, i wyprawie. - Dowódca grupy, gości w naszym mieście. Jutro, złoże mu wizytę.- rzekł, na koniec czarodziej. Wychodząc z Sali, Fedrin zatrzymał czarodzieja. - A jeśli misja, się nie powiedzie?- elf , spytał mrużąc oczy. - Nie wiem Fedrinie?- odparł Alga-tar.- Jeszcze nie znam odpowiedzi, na to pytanie. W pewnym momencie elf, skrzywił się w grymasie bólu. Chwycił się rękami, za głowę, opierając się o ścianę. - Fedrinie co się dzieje? - Co za , przeszywający ból.- szepnął elf.- Słyszę ją. - Spokojnie. - Moja córka Alga-tarze, maja córka. Alga-tar, nie mógł, znieść widoku cierpiącego elfa. - Nie martw się przyjacielu , odbijemy twoją córkę.- powiedział, uspokajająco mag. - Kiedy, ile jeszcze muszę czekać? - w końcu, przyjdzie na to czas. Następnego dnia, mag wstając z łóżka, przetarł oczy i zamyślony udał się na posiłek. - Zapewne, czeka cię ciężki dzień,- spytała Euregia. - Nie tylko, dziś.- odparł mag, kierując wzrok na, swą żonę. - O czym ty mówisz?- Euregia podeszła do stołu, podając posiłek i usiadła obok męża. - Nie będzie mnie przez, długi czas.- powiedział czarodziej. - długi? Czyli parę dni ?-zaśmiała się żona. - Nie. Parę miesięcy, albo i dłużej.- odparł, niespokojny mag. - Alga-tarze co się dzieje? - Musimy wyruszyć, na bardzo dla nas wszystkich, ważną misję. – powiedział Alga-tar.- Tu chodzi o królestwo. - Na życie.- krzyknęła Euregia.- Bądź błogosławiony. - Przepraszam cię kochanie, muszę iść do miasta. Czarodziej założył, brązowy płaszcz z wieloma kieszeniami i wyruszył do centrum miasta. Od kąt zabito króla, w mieście podwojono straże, teraz niemożna było czuć się bezpiecznie. Czarodziej przeszedł przez plac, oczywiście na placu, największy zarobek mieli handlarze bronią, widać to było gołym okiem. Mag, wyszedł z placu i za jedną z brukowanych ulic, przystanął przy budynku, wykonanego z kosztownego kamienia, na którym wisiał szyld, „ Zielony Smok”. - Spory ruch, dziś.- mruknął. Do tawerny, co chwila ktoś, wchodził i wychodził. Alga-tar wszedł do środka. W środku, panował ogromny tłok, od magów zaczynając, a na rycerzach kończąc. Bardowie śpiewali, pieśni, o minionych wydarzeniach. Przy jednym ze, stołów, przy ścianie ,pod figurą lecącego smoka, siedział barczysty rycerz. Długie blond, włosy, opadały na skórzaną kamizele, a z jasnego wąsa, skapywały krople ciemnego piwa. Dostrzegł go Alga-tar, i nie zwłocznie, poszedł w jego stronę. -Witaj Kas -tarze Mocny.- powiedział czarodziej. - Alga-tar Sulim, milo cie widzieć.- odparł , mężczyzna , obgryzając mięso, z kości. Czarodziej usiadł, obok mężczyzny. Gospodarz, przyniósł mu, zamówione piwo korzenne. - Co cię tu sprowadza?- zaczął Kastar- Chyba, nie przyszedłeś tu, z powodu piwa? - A jeśli tak?- odparł mag. - Zabawny jesteś, czarodzieju.- zaśmiał się rycerz.- Przychodzisz do tawerny, po to by się napić piwa i przysiadasz się do mnie. - Owszem. - O co chodzi, Alga-tarze? Czarodziej, spojrzał na Kas -tara, piorunującym wzrokiem, wypił łyk piwa, troszeczkę się krzywiąc. - Bardowie śpiewają o nie pokoju. A mnie właśnie cos nie pokoi.- powiedział czarodziej, rozglądając się po gospodzie. - Czyżby? - Wolałbym, porozmawiać w cztery oczy. - Rozumiem. Zapraszam cie do mego domu. Obaj wyszli z tawerny. Poszli boczną ulicą, która prowadziła do wynajmowanego domu, Kas -tara. Chwilę później, weszli do domu, zrobionego z dębowego drewna. W pokoju, usiedli wygodnie przy stole. - Może fajkę?- spytał Kastar. - Chętnie.- odparł mag. Wąsacz nabił dwie fajki, tytoniem z południa. Po paru pyknięciach, podjęli rozmowę. - Zapewne sprawa, z którą do mnie przyszedłeś ,jest bardzo ważna.- zaczął Kastar. - Ogromnie ważna.- odpowiedział mag, zaciągając się dymem. - Wiąże się, ze śmiercią króla? - Owszem.- czarodziej podniósł wzrok, na wąsacza- Dlatego przychodzę, do ciebie. Kastar, milczał przez chwilę. - Obawiam się, że nie będę ci mógł pomoc.- rzekł. - Byłeś już, na wielu wyprawach. W większości odnosiłeś sukces. – powiedział czarodziej i dodał.- Uważam, że twoja grupa, jest najlepszą w Ta -bizie. - Kawał czasu. Przez ostatni okres ni się nie działo.- skrzywił się wąsacz- Moje mięsnie zastygły. Spojrzeli po sobie, śmiejąc się głośno. - Jak zwykle, jesteś starym oszustem.- śmiał się czarodziej. - I chyba, już nim pozostanę do końca.- odparł Kastar. Alga-tar, zrobił się nagle poważny, a i Kas -tarowi śmiech zszedł z twarzy. - Zgadzasz się?- spytał mag. - To już nie ode mnie zależy. Dowództwo nad Żelaznym Toporem, przekazałem bratankowi, ja jedynie mu pomagam. - Grupę, przejął Igevar?- zdziwił się mag. - Nie, mylisz się przyjacielu. - Gdzie go mogę spotkać? - Obóz, rozbiliśmy tuż obok , Szarego Wichru. Niedaleko miasta, najemników.- wyjaśnił Kastar. - Obok Tabizu?- zdziwił się mag.- Cóż, nie traćmy czasu, udajmy się tam. - Zajmie nam to, trochę czasu. - Nie koniecznie. Czarodziej, odwrócił się w stronę dębowych drzwi, wyjął z kieszeni fiolkę, z niebieskim proszkiem, wysypał niewielką zawartość, na drzwi i wypowiedział odpowiedni czar. W chwilę, później na drzwiach, pojawiła się mała czarna dziurka, która z każdą chwilą się rozszerzała. Kastar, patrzył z podziwem, jak w dziurze falują jaskrawe pyłki. Czarodziej przeszedł, parę kroków do przodu i odwrócił się do wojownika i rzekł. - Lepiej się pospieszmy, ten portal nie jest wieczny. Obaj weszli w falujące pyłki. Chwilę potem, pyłki zniknęły, a na miejscu, znów stały, piękne rzeźbione drzwi dębowe. Wyskoczyli, ze środka wielkiego dębu, niczym strzały, spadając na ziemie, porośniętą bujną trawą. Portal zamknął się natychmiast. - Wszędzie dęby.- mruknął pod nosem czarodziej. - Przyjemna podróż- dodał wąsacz. Wstali na nogi, i zobaczyli przed sobą, w blasku zachodzącego słońca, zdziwioną twarz wojownika. - Czyżbym, tak bardzo się zmienił, że nie poznajesz mej twarzy, Allasie?- Kastar, skierował swe słowa do, ciemnowłosego i lekko obrodziałego wojownika. Ten odrzucił do tytlu, długie czarne włosy i przypatrzył się mu dokładniej. - Kastar Mocny.- krzyknął ubrany w czerń, wojownik.- Dawno cię już nie widziałem. - Ja również cieszę się, że cię widzę.- rzekł wąsacz.- A teraz prowadź do Igevara. Allas, poprowadził, dwójkę przyjaciół, przez zagajnik wielkich drzew, na ogromną polanę. Na jej końcu, od strony północnej, stał wielki szczyt, jego szpic był całkowicie szary. Po obydwu stronach, szczytu, rozciągał się łańcuch, gór, po których ochoczo, skakały kozice górskie. Tuż obok góry, w Mieście najemników, osłoniętym przez mury, słychać było krzyki, podchmielonych mieszkańców. Doszli do dużego, zielonego namiotu, w środku, którego paliło się jasne światło. Dwójka weszła do środka, a Allas odszedł parę kroków, od namiotu, i usiadł na trawie. W namiocie, przy ławie, siedział młody wojownik. Długie, krucze włosy spadały mu na ramiona, a minę miał poważną. Ostrzył swój, piękny rzeźbiony miecz, mrucząc pieśń. Przy blasku księżyca, dotarli pod ogromną jaskinię. Przez wiele tuneli szła droga, przez wszystkie przeszli nie bojąc się mroku. Ujrzeli w wielkiej jaskini, skarb, którego pragnęli, lecz na nim Wylegiwał się jego właściciel, pilnujący go chciwie. Dostrzegł przybyszy, ziewną gniewnie, jednak, nie pomogło mu to. Żelazny Topór, powalił na ziemie, białego smoka . Glowa opadła, mu bezwładnie, nie mając już przed sobą, Diamentowego łoza. - Chwalebna, pieśń, ale czy prawdziwa?- rzekł czarodziej. Igevar, przestał ostrzyc miecz i spojrzał na Alga-tara. - Nauczył mnie jej, nasz bard, goszczący teraz w Ta- bizie.- odparł kruczowłosy. Na dowód, że pieśń jest prawdziwa, cisnął na stół, parę diamentów, świecących czerwieniom. - Żelazny Topór, niema sobie, równych. – powiedział z uśmiechem, na twarzy Kastar Mocny. - Nie, zaprzeczę.- dodał mag. -Czyżby szykowało się jakieś , zajęcie wuju?- spytał Igevar, patrząc podejrzliwie na dwójkę, stojących naprzeciw męszczyzn. Obaj usiedli, przy stole. - Żelazny Topór, obok drzew?- zdziwił się czarodziej.- Spodziewałem się was, w tawernach. - Nie lubimy tłoku, w przeciwieństwie co do niektórych.- rzucił Igevar. Wstał i zaczął chodzić po namiocie. - Musi się, jeszcze dużo nauczyć.- Burknął wąsacz, a czarodziej przytaknął, kiwnięciem głowy. - Wiem, że jesteście najlepsi.- zaczął mag- Dlatego, osobiście do was przybywam. - Proszę, czarodzieju, mów ściślej.- żachnął Igevar. - Dobrze. Eurladyn jest, zagrożony, podbiciem, przez siły zdradzieckiego księcia, i jego sojusznika, księcia mroku. - Słyszeliśmy, o ostatnich wydarzeniach w Eurladynie. - Aby, moc przeciwstawić się, tym silom, usilnie potrzebujemy, artefaktów. – mag spojrzał na Igevara.- Artefakty, trzeba zdobyć. Do tego, celu, potrzebuje was. - Mam rozumieć, że czeka nas misja? - Owszem, czeka. Jeśli się zgodzicie. - Kiedy ruszymy? Żelazny Topór, nie zna strachu.- krzyknął podniecony Igevar, unosząc miecz, w geście triumfu. - Dam wam, jeszcze znać. – odparł mag. - Przygotuję ludzi. W twoich rękach wuju, pozostawiam, ustalenie zapłaty.- kończąc na tym, Igevar wyszedł z namiotu - Jest jeszcze, trochę za głupi, do interesów, ale serce do walki ma, ogromne, dlatego mianowałem go dowódcą grupy.- powiedział Kastar. Przez moment siedzieli, milcząc. - Co do zapłaty.- odezwał się mag.- pięćset sztuk złota. - Przyjacielu, nie jesteśmy jakimiś, dzikimi najemcami, z południa. Nasza cena, zaczyna się od tysiąca. - Osiemset? - Tysiąc pięćset. -tysiąc dwieście. Więcej nie mogę zaoferować. - W porządku.- zgodził się wąsacz- Kiedy zaczynamy? - Przyśle wam posłańca, z informacją. Wyszli z namiotu, pożegnali się uściskiem dłoni, i rozeszli się. Alga-tar, za pomocą portalu, znalazł się we własnym pokoju. Zapalając świecę, zaczął czytać zwoj, zawierający czar przyspieszenia. - Jak milo, znaleźć się we własnym domu.- mruknął. Następnego dnia, w pałacu, przestawił przed radą, rozmowę, którą przeprowadził z najemnikami. - Cóż musimy się, zgodzić na zapłatę.- rzekł Tunis- Nie chcemy stracić królestwa. - Za góra, dwa dni, musimy być, gotowi do drogi. Każda sekunda, jest na wagę złota.- dodał czarodziej.

Rozdział 7 Polana Alga-tar, dzień przed wyprawą, wypuścił sokoła, z informacja dla najemników. Sokół, wrócił wieczorem , z odpowiedzią od grupy. Alga-tar, rozwinął papier i począł czytać. „ Czekamy w swym obozie, pod Szarym Wichrem, jesteśmy przygotowani.” - Ruszamy jutro z rana.- rzekł czarodziej, do pięciu towarzyszy, wyruszających na arcyważną wyprawę. Siedzieli w pobliskiej tawernie pod „ Jaskrawą Gwiazdą”, jak na czerwcowy ciepły dzień, klientów było bardzo mało. - a wiec jutro, pod Szarym Wichrem.- powiedział Galu, wstając i kierując się ku wyjściu. Następnego dnia rankiem, pełni zapasów, stali na placu, przed pałacem, żegnając się z pozostałymi. - Fedrinie, pomóż, Tunisowi, w przygotowaniach. Pamiętaj do naszego przybycia, musicie uzbroić się w cierpliwość.- powiedział mag. - Będę próbował , jak najlepiej wywiązać się z powierzonego mi zadania.- odparł elf. Na dowódcę grupy wybrano czarodzieja, nie sprzeciwiał się temu, nawet dumny Igevar. - Ta misja, jest bardzo ważna i ciężka.- powiedział czarodziej.- Myślę, że jesteście dobrze przygotowani? - Nie musisz się obawiać przyjacielu.- rzucił Kastar Mocny. -Zechciałbym przedstawić wam, mych towarzyszy.- dodał Igevar. - Nie mam nic przeciwko, jednak może wpierw przedstawię swoich.- lekko zaśmiał się mag.- oto, skrzat Skandro, lord Vlak, wojownik Ostes, oraz elf Galu. W geście szacunku, pochylili głowy. - A oto moi, barbarzyńca Lugar, dezerterka, księżna Celtów z północy Elizaver, jej kuzyn Allas, pochodząca z Barcji Vlacia, krasnolud tarczowy Hartes, pochodzący z dalekiej mroźnej północy wojownik Luwar, zwany wikingiem , dziki elf Rachman- Igevar, przedstawił swych towarzyszy, którzy oddali pełny szacunku pokłon. - Gdzie się udajemy?- spytał Hartes, długie brązowe włosy splecione w warkocze, spadały mu na zbroje, oparty o wielki Topór, wpatrywał się w przybyszy. - W podróż, o której nigdy nie zapomnisz.- dodała, młoda barcjanka, z jej ciemne usta, rozszerzyły się w uśmiechu. - Masz rację, krótko włosa czarnulko.- zaśmiał się, barczysty o długich blond włosach i takiej samej brodzie woj., zwany wikingiem.- Ciekawe czy, będzie mroźno. - Chcesz nas zmrozić?- zaśmiała się Diana, odrzuciła do tylu swe czarne długie włosy, i rozejrzała się wokół. - Myślę, że spotkamy kogoś miłego?- dodała, jasnowłosa Elizaver. - Nie był bym tego taki pewien.- odparł długowłosy barbarzyńca, Luwar , bawiąc się swym długim jasnym wąsem. - Będzie, o tej wyprawie wiele pieśni.- dorzucił , brązowowłosy elf Rachman. - Skaczcie ten bełkot.- krzyknął Allas.- Dowiedzmy się pierw, w którą stronę mamy ruszać. Zapanowała chwila ciszy. Pierwszy odezwał się Alga-tar. - Masz rację , zajrzyjmy do dziennika. Czarodziej wyjął z torby , przywiązanej do siodła, małą książeczkę, i otworzył ją na pierwszej stronie. DZIENNIK PODRÓŻY Wyruszyliśmy po to co nam skradziono lata temu, po wielkich bitwach , zagrabiono nam naszą moc i oby utrudnić nam je odbicie, rozrzucono ja po rudnych krainach. Jednak postanowiliśmy, odnaleźć co nasze. Podróż. Przeszliśmy , przez Szary Wicher, na wschód, pasmem górskim, później przez dwie przełęcze, aż znaleźliśmy się obok wielkiej polany. W ochronie drzew, siedzieliśmy i wpatrywaliśmy się , w przepiękne drzewo. Kiedyś to drzewo należało do nas, jego główny korzeń miał leczniczą moc, jednak zagrabiły go siły nieczyste, i uwięziły we własnym domu, odbierając mu moc. Chcieliśmy zabrać korzeń, by drzewo na nowo ożyło, a korzeń dal nam, moc leczniczą. Wyszliśmy na polanę, nagle zaatakowały nas oszalałe enty, zabijając paru naszych. Uciekliśmy, pozostawiając korzeń, w rękach nie przyjaciół. Ale nie zaprzestaliśmy, na tym. Skierowaliśmy się do, Lodowej Jaskini. Tam bowiem, znajdował się lodowy diadem. Podjęliśmy próbę, odzyskania go. Niestety i tym razem, nie sprostaliśmy zadaniu. Zostaliśmy zaatakowani, przez żołnierzy, którzy strzegli diademu. Ponownie musieliśmy, ulec porażce. Ruszyliśmy na dalsze poszukiwania… Czarodziej przestał czytać. Pozostali milczeli czekając, aż ktoś się odezwie. - wiemy, gdzie pierw jechać .- powiedział mag.- Na koń. Piętnasto osobowa, grupa na swych szybkich koniach, ruszyła w stronę Szarego Wichru. Skandro, oraz Hartes, musieli znosić trudy podróży, dosiadając małych kuców. Wjechali na leśna ścieżkę, tuż obok murów, Tabizu, wyruszyli wieczorową porą, słońce lśniło czerwienią, jednak w lesie panował mrok. - Czy konie sprostają górom?- spytał Galu. - Jeśli nie, to wiedzą, jak nas odnaleźć.- odparł mag. Bez zbędnych słów, pojechali dalej. Droga zrobiła się, bardziej nie dostępna, zwolnili tępo jazdy. Po paru godzinach, gdy zaczęło już świtać, wyjechali z lasu na porośniętą, bujną trawą polane. Przed sobą ujrzeli, wielki szczyt, sięgający chmur. Po obu jego stronach, rozciągało się pasmo gór, ciągnących się dosyć daleko. - Dojedziemy pod gorę, i tam odpoczniemy.- Alga-tar. palcem wskazał, spory pagórek, porośnięty krzewami i paroma drzewami. Godzinę trwało, przejechanie przez polane. Znaleźli się pod ogromna górą, jej szary odcień, spowił ich chłodem i poczuciem strachu. - Tu odpoczniemy.- rzekł Alga-tar, zeskoczył z konia i usiadł pod drzewem. Skandro oraz Hartes, pozbierali chrustu i rozpalili ogień. - Wątpię, by konie przeszły Gorska drogę?- zauważył Igevar. - Tego się, obawiałem.- dodał mag.- Droga robi się, coraz niebezpieczna. Dalej, ruszymy pieszo. - A co z końmi?- wtrącił się Rachman, żując mięso. - Będą czekały na przełęczy.- wyjaśnił czarodziej. Nad Szarym Wichrem, nadciągnął zastęp, kłębiących się czarnych chmur. Słonce schowało się, za nimi, jak gdyby, na rozkaz swego pana, chwile później zaczął padać ulewny deszcz. Rozszalała się burza, z nieba leciał grad, towarzyszyły mu pioruny wespół z błyskawicami. Grupa w pospiechu szukała jakiegoś schronienia. Nie opodal Luwara, uderzył piorun, z ogromna silą, odrzucając go na bok. Znaleźli grotę, w której mogli by się schować. Vlak z Ostesem, opierali się wejściu, jednak mając obok siebie czarodzieja, wskoczyli do środka. Alga-tar, podszedł do wejścia, recytując zaklęcia. Ogromnej siły wiatr, przeszedł przez chmury, nie mogąc ich odpędzić. Na odpowiedź, czarodziej nie musiał długo czekać. Tuz przed wejściem, piorun przepołowił grubego dęba na pół, drzewo opadło na obydwie strony. Alga- tar, uznając wyższość, przeciwnika, dołączył do pozostałych. - Wiedzą o naszej misji.- powiedział . - Szpiedzy.- krzyknął Kastar.- Muszą się tu, gdzieś kręcić. - Będziemy musieli, przeczekać burzę.- rzucił czarodziej, opierając się o skalną ścianę. - To nas opóźni.- burknął Allas. - Nie sprostam tym siłom.- rzekł mag.- Bądźmy cierpliwi. Burza szalała, przez parę godzin, Az w końcu ucichła. Ponownie pod Szarym Wichrem, zajrzało słonce, wyszli z jaskini, zaczerpnąć świeżego powietrza. - Mam poparzoną, rękę.- mruknął wiking. - Przyłóż do rany, powinna się zagoić.- Alga-tar podął wikingowi, chustę namoczoną, leczniczą wodą.- Wyjdźmy na polane. Wyszli na osłonięty teren. Wokół leżały, chmary gałęzi i kamieni. Kilka drzew, leżało połamanych, a dąb, rozpołowiony na dwie części, otwierał teraz wejście do jaskini. - Duża, złość drzemie, w naszych nie przyjacielach. Rzekł Alga-tar, patrząc na każdego z osobna.- Dlatego, radziłbym, czym prędzej udać się w dalszą drogę. - Zważając na to, że niema przy nas koni, nie czekajmy, aż się ściemni.- dodał Kastar. Zręcznie omijając, powalone drzewa, wyszli na górską ścieżkę, idąc ku wielkiej górze, która wskaże im dalszą drogę. Przemaszerowali całą noc, by znaleźć się u stóp, wierzchołka, góry. Widok, prawie, z samego szczytu, Szarego Wichru, był fascynujący. Wokół, rozciągały się pasma górskie, porośnięte połaciami lasów. Nie daleko, Tabiz, znakomite miasto najemników, widziany z góry, robił ogromne wrażenie. Miasto rządzące się, własnymi prawami, odgrodzone grubym murem, z wieloma wieżyczkami, było miastem trudnym do zdobycia. Dalej, widoczna była Tunaga. Miasto, o którym, Vlak zdążył już zapomnieć, a które zapragnął Dabales. I dostrzegli, stolicę całego królestwa, warowny Irlachan. Cztery wierze, skierowane w cztery strony świata, gruby mur, na którym służbę pełniło, sporo żołnierzy, miasto przy, którym spędzić, trzeba by było sporo czasu, by je zdobyć. Wyszli, ze ścieżki, na dosyć szeroką skalną półkę. Postanowili, że w Tm miejscu, zatrzymają się na odpoczynek. Panował chłód, wiec rozpalili ogień. - Wróg, pewnie wie gdzie podążamy?- odezwał się, pytająco Ostes. - Pewnie tak.- rzucił Igevar, ogrzewając dłonie przy ogniu. - Musimy być czujni, gdy będziemy dochodzić pod Polane. Nie bezpieczne, będą również przełęcze.- powiedział Alga-tar i ciągnął dalej.- Wróg ma wielu szpiegów, jednak nie należy się ich bać. - Nie tylko, te enty, o których czytałeś, będą nam próbowały przeszkodzić- burknął Kastar i dodał.- Inni, też staną nam, na drodze. - Hemides wie o naszej misji, więc z pomocą czarodziejów, będzie, próbował nam przeszkodzić.- dodał mag. - wydaje mi się, że jest koło nas, ktoś kto nas śledzi. Patrzcie.- szepnął Galu. Spojrzeli w niebo. Nad nimi, krążyły dwa małe, skrzydlate stworki. Galu wyjął strzałę, napiął łuk, i wielką precyzją wypuścił ją w powietrze. Strzała ugodziła, jednego z potworków, który runął nie opodal półki skalnej. Drugi zaś, zniknął bez śladu. - Szybko musimy go złapać.- krzyknął elf i pobiegł w dół ścieżki. Za elfem pobiegli, Vlak i Allas. Sto kroków, od półki skalnej, znaleźli stworka, który chaotycznie trzepotał skrzydełkami. Strzała przebiła mu, jedno z nich. Stanęli tuż, nad nim. Wyglądał jak nietoperz, małe szpiczaste uszy, spłaszczony nos i malutkie kły. Okropnie piszczał. Galu próbował go złapać, lecz ten, rozpaczliwie, chciał go ugodzić swym szpiczastym, nasączonym jadem ogonem. Elf, podniósł grubą gałąź, poczym mocnym uderzeniem, złamał ogon, czerwonemu stworkowi, który teraz, z bólu piszczał jeszcze głośniej. - To, gog. – powiedział elf- Ma trujący ogon, ale teraz nic nim nie zdziała. - Jest ich, więcej niż dwóch?- spytał Allas. - Myślę, że tak.- odparł Galu- Zanieśmy, tego tu to obozu, może cos nam powie. Elf, związał mu Male raczki, złapał za, równie małe nóżki, zarzucił stworka na plecy i z pozostałą dwójką, wrócił na skalną półkę. Zrzucił, nietoperzowo podobne stworzenie, na ziemię, tuż obok ogniska. - Gogi.- rzekł czarodziej, wstając z miejsca. - Zabiję go.- krzyknęła Vlacia, i mieczem w dłoni, ruszyła na stworka. - Stój.- wrzasnął Galu, chwytając barcjankę, za nadgarstek. Przez dłuższą chwilę, patrzyli na siebie, elf, nie spuścił z niej oczu, uwalniając nadgarstek z uścisku, Vlacia schowała miecz, nie ruszając się z miejsca. Stworek, miotał się, próbując swym złamanym ogonem, kogoś zranić. Alga-tar, wysunął się do przodu, kucnął, jednocześnie chwycił stworka za gardło. Ten rozpaczliwie się miotał, lecz drugi chwyt, Vlaka, unieruchomił go na dobre. - Od kiedy, nas śledzicie?- wrzasnął czarodziej. Stworek, próbował wyrwać się z mocnych uścisków, lecz bez rezultatu. - Mów.- krzyczał Alga-tar, stwór tylko syczał, jednak chwilę później, zaczął cos bełkotać. - Ssss…. Zginiecie wszyyyysscy. - Skąd o nas wiecie?- mag, wyjął sztylet i przyłożył do gardła Goga. - Nieeepooowiem – wysyczał stworek i w tym samym, momencie zdołał poderwać się do góry. Ostrze wbiło mu się w gardło, krew bryzgnęła, magowi na twarz. Gog bezwładnie opadł na, ziemię w kałuży własnej krwi. - Cholerny samobójca.- wrzasnął Lugar.- I co teraz? - Nic.- odparł czarodziej.- Przyszykujcie się do drogi. Za trzy godziny ruszamy. Przeznaczyli dwie godziny na odpoczynek, a kolejną na przygotowanie się do drogi. - czeka nas wiele, niebezpieczeństw.- rzekł Alga-tar.- Bądźcie ostrożni. - Żelazny Topór, zawsze jest ostrożny.- Igevar, podkreślił wyższość najemników. Na co mag, tylko się uśmiechnął. Przy bez chmurnym niebie, ruszyli w dalszą drogę. Droga wiodła, przez górski szlak, ciągnący się wiele mil. Dni mijały, na przebywaniu drogi, na której jak na razie, nie widać było żadnego niebezpieczeństwa. Po czternastu dniach drogi, dotarli do końca szlaku. Pod ich stopami , rozchodziła się spora przełęcz, za skalnym przesmykiem widoczna była druga przełęcz. - Jesteśmy blisko celu?- spytała Elizaver. Igevar, spojrzał na nią, uśmiechając się lekko, odwzajemniła uśmiech, powtarzając pytanie. - czy jesteśmy, już blisko celu? Alga-tar, odwrócił się w jej stronę. - Tak, musimy przejść przez te przełęcze. - Nie będzie to proste.- zripostował Kastar. - Owszem.- odparł mag.- Skandro, sprawdź teren. - Dobrze.- burknął skrzat. Skrzat, ruszył w dół ścieżki, chwilę potem, zniknął w gąszczu krzaków. Reszta skryła się, pod drzewami. Po dwóch godzinach, wrócił zwiadowca. - Musimy, przygotować się do walki.- oznajmił skrzat i ciągnął dalej.- Na przełęczy, nie zauważyłem nikogo podejrzanego, lecz na tamtej bramie.- tutaj Skandro, wskazał palcem na skalny przesmyk.- Co chwilę, ktoś się tam szwęda i kogoś wypatruje. - Nas.- rzucił Ostes. - Trzeba będzie, przedostać się niespostrzeżenie.- rzucił Rachman. - Ciekawe jak, to zrobisz?- oburzył się skrzat. Dziki elf, spojrzał na karła i roześmiał się głośno. - Czarodzieju, czy znasz czar oślepienia?- spytał bard. - Owszem znam.- odparł czarodziej. - W takim razie, zaśpiewam im pieśń, po której ogłuchną, a ty ich oślepisz.- elf, zaśmiał się dumnie. - Rozumiem.- powiedział mag, podnosząc wzrok na barda.- trzeba, tylko ściągnąć ich w jedno miejsce. - Podzielmy się na grupy.- odezwał się Igevar.- Ja Elizaver, Lugar, Vlacia, Skandro i Ostes zwabimy ich pod przejście. Wezmą nas, za złodziejaszków. Wy nie zauważenie, podejdziecie i przeprowadzicie atak. Podzieleni na grupy, zeszli w dół na przełęcz. Grupa Igevara, poszła na wschód, by zwabić przeciwnika, pod skalny przesmyk, reszta w gęstwinie wysokich traw, poszła prosto, pod skalne przejście. Po dwóch godzinach, alga-tar i reszta, dotarli pod skalne przejście, kryjąc się miedzy skałami. Druga grupa, doszła pod szlak, prowadzący pod przejście. - Są.- burknął Skandro, pokazując prawie, dwudziestu oddalonych, o dobre dwieście metrów orków. Wyszli, na równy skalny teren, porośnięty trawą, wolnym krokiem, zmierzali na zachód. - Przyspieszmy lepiej tempo, bo zaraz nas dopadną.- krzyknął Lugar, puszczając się w bieg. To samo zrobili inni. Za nimi, biegło dwudziestu rozwścieczonych orków. Orkowe wzięli, ich za maruderów chcieli, załatwić ich, dla rozrywki. Jednak grubo się pomylili. Dobiegli na skraj , skały, chowając się za kamienie. W tej samej chwili, naprzeciw, rozwścieczonym orkom, wyszli Alga-tar oraz Rachman. - Zaczynaj.- powiedział czarodziej, spoglądając na elfa. Rachman, zaczął śpiewać, bezgłośną pieśń, grupa patrzyła na elfa, którego usta się nawet, raz nie poruszyły. Orkowie, nagle stanęli chwytając się, za uszy, byli całkowicie zdezorientowani, coś się działo z ich uszami, nic nie słyszeli, bezradni chwycili za broń, machając ją, we wszystkie strony. Gdy elf, śpiewał, czarodziej wypowiedział, ostatnie słowa zaklęcia, tym samym oślepiając orków. Teraz orkowie, biegali, potykając się o siebie, przez to i zabijając się nawzajem, albo spadali, ze skał łamiąc kości. Resztę, orków, dobiła grupa, kończąc z tym żałosnym widokiem. - Musimy przejść, jeszcze jedną, przełęcz. A później znowu walka.- wykrzyknął Hartes, rozwścieczony. - Owszem.- odparł Vlak. Przedostając się, przez skalny przesmyk, poszli, przez następną, przełęcz, by w końcu dotrzeć i zakończyć, pierwszy etap zadania. Byli przygotowani na walkę, na przeleczy nie zauważyli, nawet muchy, przełęcz była, krótsza niż, poprzednia, to też przeszli ją w godzinę. Doszli pod, wzgórze, całe w klonach. Gdy wdrapali się, na samą górę, ujrzeli to, co chcieli ujrzeć. A mianowicie, u stop wielkiego, wzgórza, rozpościerał się, zieleniutka polana, tworząc ogromne koło, które tworzyło wzgórze. Ku ich, uciesze, po środku stało. Ogromne białe drzewo. Odziwo wyglądało, pięknie, o czym świadczyły, porastające gałęzie, rdzaw obrazowe liście. Drzewo, biło blaskiem tak, pięknym, że poniektórzy, zachodzili w głowę, po co im korzeń, jak za same liście, zarobili by Fortune. Ale, to tylko fantazja. Oczywiście, dało się wyczuć, niebezpieczeństwo. Polana, była puściutka, a drzewo stało samotnie. Jednak wiedzieli, że w tych lasach, czai się niebezpieczeństwo. - Na co czekamy?- szepnął Luwar. - Jak ci się, spieszy, to wyjdź i zawołaj, tych, na których czekamy.- odparł czarodziej, dając brodaczowi do zrozumienia, by nie zadawał tak głupich pytań. Godzinę przesiedzieli w milczeniu, czekając. Nikt się, nie pojawił. - Są sprytni. To oni są łowcami.- burknął Alga-tar.- Trzeba, będzie zaskoczyć, ich iluzją. Zeszli, pod samą polanę, nie wychylając się, z między drzew. - przyszykujcie łuki.- kazał czarodziej. - Jak chcesz, strzałami powalić drzewa?- spytał Igevar. - A mi się wydaje, że to nie tylko enty, czyhają w tych lasach.- odparł mag, robiąc grymaśną minę. Następnie podał, dwie małe kusze, krasnoludowi i skrzatowi, oraz, kilkanaście bełtów. Pozostali, z napiętymi łukami, oczekiwali na walkę. Jednak, w dalszym ciągu, nikt się nie pojawił. Białe drzewo, stało nieporuszone, a jego liście, kołysał lekki wiatr. - Pora zacząć.- powiedział Alga-tar, dodając.- Pamiętajcie, strzelacie na mój znak i w miejsca, które powiem. Wyczuwam, ze nie będziemy mieć, z entami tylko do czynienia. Czarodziej wyjął, z kieszeni małą fiolkę, z zawartością niebieskawego pyłku. Wysypał go, na lewą dłoń, jednocześnie wypowiadając zaklęcie. Uniósł dłoń i dmuchnął. Pyłek, rozniósł się z wiatrem, po polanie. Czarodziej, dokończył zaklęcie i spokojnie, czekał na to co nadejdzie. Pozostali, takiego spokoju, niemieli. Albo, niecierpliwie, spoglądali na czarodzieja, który spokojnie siedział, na pniu zwalonego drzewa, albo jeszcze bardziej niespokojni, patrzyli na polanę. Alga-tar, poruszył się, grupa osłupiała. Na polane, wyszło, czternastu wojowników. Piętnastym okazał się czarodziej. - Co to jest ?- zdziwił się Igevar. - Cicho!- skarcił go mag. Piętnasto osobowa grupa, zmierzała w stronę, wielkiego drzewa, by zdobyć korzeń. Nagle, na wzgórzu, po przeciwległej stronie, cos głośno zahuczało. Zobaczyli jak, ze wzgórza schodzi siedem, wielkich i grubych drzew. Drzewami, okazały się, dorodne dęby. Zeszły, ze wzgórza, wychodząc na polane. Wojownicy-widmo, stanęli blisko białego drzewa, ustawiając się w obronnej pozycji. Z dużym wrzaskiem, bodajże nie drzew, drzewa ruszyły w ich stronę. Przyczajona, miedzy drzewami, prawdziwa grupa wojowników, z podziwem, patrzyła na to, co się teraz dzieje. Ślepia, ogromnych dębów, świeciły czerwonym blaskiem. Odziwo, dęby nie stąpały, swymi wielkimi krokami, tylko posuwały się, jakby wiezione na belkach. Blaskiem, w ślepiach, okazały się pochodnie palące się w środku. Drzewa przybliżyły się, ze ślepi, wystrzelone zostały, podpalone strzały. Stworzony odział, rozproszył się, dobywając broni i doskakując do entów. Ponownie, zostały, wypuszczone strzały. Jedna dosięgła, czarnowłosej Diany, zwalając ja na ziemię, zaraz padł Lugar, za nim Ostes, reszta rzuciła się do ucieczki. Osłupili, skryci wojownicy, nadal nie zabardzo pojmowali co się na polanie dzieje. Uciekającą, iluzjoniczną Elizaver, przeszyła płomienista strzała. Padła, zalewając się iluzjoniczną krwią. - Ty!- warknął, skryty za krzakiem, Igevar, podrywając się gwałtownie. - Igevarze, spokojnie. Jestem tutaj.- odezwała się, jasnowłosa celtka, do porywczego młodzieńca, uśmiechając się przy tym. Igevara opuściła złość, wrócił na miejsce. Na polanie trwała walka, iluzji z rzeczywistością. Ogniste strzały, wystrzeliwane, ze ślepi entów, latały po polanie. Tu i ówdzie, ogień zżerał korę drzew. Iluzyjni wojownicy, nadal walczyli. Wypuścili serię strzał, jedna z nich, dosięgła ognistego ślepia enta. Ze ślepia, wpierw wyleciał, wrzask bólu, a później, ork. ze strzałą w szyi. - Widzicie to nie SA enty.- krzyknął Alga-tar.- Wychodzić. Jednym uderzeniem, krzemienia o krzemień, rozpalił ogień, w zeszłych liściach. Odpalił pochodnię, ze złamanej gałęzi, pełnej żywicy. Pochodnia rozeszła się, po szczałach, których groty, teraz paliły się, żywym ogniem. Wyszli na skraj lasu, ale tak, aby nie byli widoczni. - strzelajcie w oczy.- krzyknął mag. Pierwszy wypuścił strzałę, ta wleciała w ślepie, najbliższego enta. Usłyszeli krzyk, a potem zobaczyli martwego orka, który właśnie spadł na ziemię martwy. Świsnęły płonące strzały, każda z nich dosięgła celu. Kilkunastu orków, pożegnało się z życiem, niektórzy, połamali się na ziemi. Poszły następne, drzewa stanęły w płomieniach, które bez litości, pochłaniały korę. Nad polana, uniósł się, czarny kłąb dymu. Orkowie, ze środka palących się entów, wyleźli na polanę. Trafiani, padali jak muchy. Gdy grupa, zorientowała się, że została, tylko garstka orków, ruszyła do ataku. Potężnym uderzeniem topora, wiking odciął głowę, pierwszemu orkowi, uderzeniem w plecy, powalił drugiego. Na polanie, rozgorzała walka. Wykorzystując zamieszanie, Alga-tar, Galu, Kastar i Skandro, ruszyli w stronę drzewa, zabijając po drodze paru orków. Na polanie, nadal strasznie walczono, albowiem kilkunastu orków, dołączyło do swych braci. Czwórka kompanów, dotarła pod białe drzewo, zabijając , próbujących im przeszkodzić, trzech orków. - Gdzie ten, korzeń?- krzyknął Kastar, odwracając się tyłem do drzewa. Dwóch pozostałych, zrobiło to samo. Orków, na polanie było coraz więcej. Tylko Alga-tar, stał nie poruszony, wpatrując się w białą, korę wysokiego drzewa. Skandro, rzutem jednym z wielu noszonych przy sobie sztyletów, powalił na ziemię, nadbiegającego chuderlawego orka. Kastar ciosami, swego miecza, zabił następnych dwóch, zręcznie przy tym zasłaniając się tarczą. Ostes, który co dopiero do, nich dołączył, zdążył położyć już trzech, teraz zaimponował szybką reakcją i ciosem w głowę, zabił czwartego obrzydliwca. Alga-tar wciąż stal nieporuszony, patrząc w korę. Wypuszczając strzałę za strzałą, podbiegł do niego Galu. - Pospiesz się, jest ich coraz więcej.- krzyknął. Wycelował, strzała dosięgła następnego intruza, wbijając mu się w oko. Czarodziej, spostrzegł , wyblakłe napisy, znajdujące się na wprost linii jego wzroku. Wyjął z kieszeni, szkatułkę, wysypał na rękę szczyptę, czerwonego proszku i dmuchnął go na drzewo. Proszek wleciał, w zakamarki kory. Po chwili czasu, na białej korze, zaczęły pokazywać się, małe czarne napisy. Przybliżył się by muc odczytać napis. „ Powiedz czemu , tu jesteś?” - Czemu tu jestem? Hę, niech pomyśle?- czarodziej mruknął, sam do siebie. - Myśl szybciej, czarodzieju.- przypadkiem usłyszał go Hartes, który był w pobliżu. Rzucone, przez niego dwa sztylety, zagnieździły się w gardłach, dwóch orków. Potężnym uderzeniem, swego topora, w klatkę piersiową, pozbawił życia trzeciego. - Wiem!- burknął czarodziej.- Jestem, tu dlatego, że nie mam wyjścia. Nagle, kora drzewa, zaczęła falować, zmieniając kolor na coraz ciemniejszy. Chwile potem, powstał czarny otwór. Czarodziej przeszedł, na drugą stronę. Za nim, wskoczył skrzat. Na polatanie, wciąż trwała walka. Otwór znikł, zapanowała ciemność. Ciemność nie trwała długo, zajaśniało na tyle, by muc dostrzec, drewniane schody, zmierzające ku dołowi. Alga-tar, przybliżył się, spojrzał w dół. Schody, ciągły się prosto przez jakieś trzysta kroków, później, przeszły w spirale. Czarodziej postanowił po nich zejść. Za nim, skryty w cieniu, poszedł skrzat. Czarodziej, szedł schodami, nie wiedząc, że towarzyszy mu skrzat, w teraz świetle tak jasnym, jak gdyby świeciło tu słonce. Doszli do punktu, gdzie schody, schodziły w spirale. Poszli. Spirala, ciągła się, przez następne ponad trzysta kroków. Na samym jej, końcu ujrzeli drewniane rzeźbione drzwi. Rzeźby, przedstawiały drzewa i rośliny. Silnym pchnięciem, Alga-tar otworzył je na oścież. W oczy, uderzyło jasne światło, oślepiając dwójkę, na krotką chwilę. Gdy, wzrok czarodzieja przyzwyczaił się do światła, przekroczył drzwi. Światło przygasło, zmieniając kolor, na bladoczerwony. Czarodziej znalazł się, w środku, wielkiej drewnianej groty. Przed nim, woda chlupała, w dużej fontannie, porośniętej korzeniami. Na samej, górze, z niewielkiego korzenia, do którego, dołączyła splatania, innych badyli, obficie, lała się woda. - Nie podchodź!- odezwał się, tajemniczy glos. Alga-tar spojrzał , za fontannę. Za nią, pod ogromnym sklepieniem, na tronie, całym pozarastanym korzeniami, siedział siwy starzec. Ubrany , w szarą tunikę, i bluzę z kapturem, swym umarłym wzrokiem, patrzył na czarodzieja. - Przybywam w pokoju.- rzucił mag i przybliżył się parę kroków. - Nie podcho…..- starzec nie dokończył, gdy nagle, z za korzeni, z dwóch stron, wypadli orkowie. Skandro, nie czekał długo, czterema sztyletami, cisnął w przeciwników. Sztylety ugrzęzły w ciałach, czterech orków. - Co ty tu…?- zaczął czarodziej. - Nie kończ. Poszedłem za tobą.- powiedział Skandro, lekko się uśmiechając. - Nie potrzebnie.- warknął mag. - Gdyby mnie tu nie było, prawdopodobnie już, byś nie żył.- z nuta sarkazmu, skrzat, wyciągając, sztylety z ciał orków, odgryzł się czarodziejowi. - Może i tak, jednak…- czarodziej, nie dokończył, przerwał mu starzec. - Całkiem, zapomnieliście o mnie, mili panowie. Skrzat zląkł się z początku ale widząc, nie wzruszonego czarodzieja, opanował się. Alga-tar spojrzał na starca. - Kim jesteś?- spytał. - Zapewniam, że się wam przydam.- odparł starzec.- Gdybyście, mogli mnie uwolnić, z tej plątaniny korzeni. - Jaką mamy gwarancje, ze nas nie zdradzisz?- czarodziej, nie spuszczał wzroku ze starca, Skandro, choć tchórzliwy, stał w pogotowiu. - Na pewno zależy wam na czasie i na korzeniu. A ja , starzec, mogę wam pomóc. Skrzat, skierował wzrok na maga, mag na skrzata. - Dobrze. Co mamy zrobić?- w końcu, odezwał się mag. - Widzicie, ten korzeń, w górze fontanny? Skierowali głowy w gorę. Z korzenia, po plątaninie badyli, spływała woda. Skrzat, ze znana tylko sobie, zwinnością był już przy korzeniu. Dwaj pozostali, niecierpliwie, patrzyli w górę. Skandro wyjął, swój mały zakrzywiony miecz, szybkimi ruchami, odciął , pnącza wychodzące z korzenia. Gdy korzeń, znalazł się w jego rekach, on w tym samym czasie znalazł się na dole. Ocknąwszy się, ujrzał twarz, czarodzieja, który patrzył na niego, jak gdyby był przestępcą. Skandro oparł się, na dłoniach i zerknął na tron. Wciąż siedział tam, starzec w postrzępionej tunice. Po badylach, nie został ani jeden ślad. - Podajcie mi korzeń.- odezwał się starzec. Alga-tar, wyrwał korzeń z rak, oszołomionego upadkiem skrzata i pospiesznie podał go starcowi, aczkolwiek, zachował przy tym ostrożność. Starzec wypił, zawartość korzenia. Grota, nabrała teraz zielonego koloru. Czarodziej stał, teraz osłupiały, widząc rozrastające się rośliny. Skrzat, nadal był oszołomiony. Komnatę obrosły, bujne rośliny. Tron obrósł, w gęste liście. Siedział tam , nie starzec z postrzępioną tuniką na sobie, lecz młody mężczyzna. Twarz miał wąską, zielone włosy opadały mu, na ramiona. Siedział dumnie, patrząc na przybyszy. - Kim ty jesteś?- spytał zdziwiony mag. Skandro, nie wyszedł jeszcze z oszołomienia. - Będzie czas, będziemy się przedstawiać.- odparł, mężczyzna. Wstał. Miał złote, sięgające kolan buty, czarne skórzane spodnie , zieloną tunikę, srebrną kolczugę, zawieszony na szyi talizman, w kształcie słońca, za pasem połyskiwała, złocista rękojeść miecza, obok przy tronie, leżał solidny łuk i kołczan, pełny strzał. Nie wątpliwie był elfem. Bogatym elfem. - Napełnijcie bukłaki wodą, ze źródełka w fontannie.- powiedział i zanurzył korzeń w źródełku. Alga-tar szturchnął skrzata, by ten wreszcie wstał. Napełnili bukłaki wodą. Elf wyjął korzeń, obwinął go w białą chustę i zawiesił na szyi. - Teraz szybko, do wyjścia.- nie zastanawiając się, ruszył do drzwi. Oni tak samo. Krętymi schodami, zmierzali ku górze, Az w końcu znaleźli się u progu wyjścia. Nim alga-tar zdążył wypowiedzieć słowa, które by ich wypuściły, portal otworzył się. Na polanie, oprócz trzynastu, członków drużyny, uśmierconych orków, leżało około osiemdziesięciu. - Kawal dobrej roboty.- rzekł zielonowłosy, patrząc na wojowników. Zagwizdał donośnie. Na polanę wybiegł biały ogier. Konie grupy, stały już od jakiegoś czasu. - powiesz w końcu jak się nazywasz? Mniemam ,że jesteś poi naszej stronie?- wyrzucił czarodziej, do nie poruszonego elfa. - Zwie się Elgert. Oczywiście, że jestem po waszej stronie.- odparł elf.- dziękuje za uwolnienie. - Witaj w drużynie. - Radze, ruszać w dalszą drogę. Szkoda mitrężyć czas.- zerknął na maga.- Spokojnie, korzeń jest bezpieczny. Jadąc, patrzyli na drzewo. Jego kora, stała się teraz, całkowicie złota, liście w blasku słońca, lśniły złociście, ze aż, niektórym łza kręciła się w oku. Zielonowłosy elf, ze smutkiem patrzył na enty, a raczej na to co zrobili z nich orkowie. Pokonując wzgórze wyjechali na szlak. Zmierzali ku Lodowej Jaskini. Po pięciu dniach drogi, schowali się pod osłonę, grubych klonów, by się posilić i odpocząć. Teraz mieli okazję, by zadać parę pytań, nie znajomemu. - Nosisz na sobie, bardzo cenne rzeczy.- pierwszy odezwał się Allas, drapiąc się po, krótkiej brodzie. Jego wzrok, ani na moment nie odszedł z widoku, złotych butów oraz talizmanu. Elgert uśmiechnął się lekko i rzekł. - Zapewniam cię, że musiałbyś słono zapłacić , za te rzeczy. - Wiec musisz być, kimś ważnym.- dorzucił Ostes. - Może i tak, może i nie?- elf, ponownie się zaśmiał i dodał.- Jeszcze raz, dziękuję za uwolnienie. Czarodziej miał przeczucie, że zielonowłosy elf, może odegrać jeszcze jakaś rolę w tej misji. - zapewne będziesz towarzyszył nam, do końca wyprawy?- spytał mag, patrząc na elfa poważnie. - Nie mylisz się.- odparł elf.- Przecież mamy, wspólnego wroga. - Skąd wiesz o Dabalesie?- wyrzucił Vlak, wstając na równe nogi. Reszta wytężyła słuch. - Jesteś członkiem, tamtej grupy?- powiedział pytająco, czarodziej. - Tak jestem.- odparł elf, odrzucił z czoła Kępe włosów.- Ruszyliście na te, wyprawę, z polecenia Largasta? - Jak najbardziej.- zgodził się czarodziej. - Dwieście lat, siedziałem tam uwięziony, nie mogąc nic zrobić. Starzejąc się, z dnia na dzień, czekałem, Az w końcu mnie ktoś uwolni, z tego koszmaru. - A orki, przecież też tam były?- rzucił Skandro. - Te bezmyślne zombie, które codziennie, żywiły mnie ich trucizną, a zarazem dla nich, przysmakiem. Zgniłym mięsem. Próbowali powstrzymać się od, ogarniających ich mdłości. Vlaci się to, jednak nie udało. Zwymiotowała prosto, na wystające korzenie klonu. - Buty i talizman, skąd je masz?- Allas nie mógł, powstrzymać ciekawości. - Talizman, zrobił mi na specjalne zamówienie, zaufany kleryk Pewnie już dokonał żywota ? Skrywa magię słońca. Buty kupiłem u bogatego kupca. Dużo sobie za nie policzył, Jednak, było warto. Są to buty przyspieszenia. - Buty przyśpieszenia, bardzo cenna rzecz.- rzekł Alga-tar. - Owszem, bardzo.- dodał Elgert. Po spędzonej nocy, pod osłonom liści klonów, ruszyli w dalszą drogę. Jak się mogli spodziewać, szlak prowadził , przez lasy klonowe, które wydawało by się, nie miały końca. W drodze byli, już trzeci dzień, po obu stronach, nadal rosły klony. Zastanawiali się, kiedy zobaczą, jakieś miasto, albo chociaż wioskę? Oprócz co chwila, pojawiających się, na drzewach i ziemi, zielonkawych ludzików. Ciut większych od butów Elgerta. Niebyło chyba w tych lasach, kogoś kto by im wzrostem dorównał. Karły, skakały po gałęziach drzew i miedzy krzakami, chichocząc i coś mówiąc w ich języku. - Te istoty, działają mi na nerwy.- burknął , znudzony chichotem liliputów, barbarzyńca. - Mnie oni śmieszą.- powiedziała Elizaver.- Chociaż, na moment mogę, oderwać się od tego wszystkiego. - Zgadzam się z tobą co do słowa księżniczko.- podjeżdżając bliżej celtki, Igevar uśmiechnął się prowokująco. - Zachowujesz się, jak dziecko, które co dopiero, poznaje otaczający go świat.- celtka odwróciła się, do dwóch kobiet. Trojka zaczęła się śmiać, z przywódcy ich grupy. Dumny Igevar, dołączył do, Alga-tara, Kastara i Elgerta, jadących z przodu. Oni, jak i reszta, nie mogli powstrzymać się od śmiechu. - Następny pionek, zbity z planszy szachów.- powiedział, śmiejąc się od ucha do ucha, wuj Igevara. - Będziesz się musiał, sporo napocić, zalotniku.- dodał, równie rozbawiony Elgert. Pełni humoru, jechali szlakiem, ku walce, która ich czeka. Jedynie Igevar jechał, ze spuszczoną głową. Zastanawiał się, jaki znów błąd popełnił, że ponownie, nie dała się jego urokowi?

Rozdział 8 Góry

- Czuję się tu jak olbrzym.- powiedział wiking, zjadając kolejne porcje jagód, które przyniosła mała zielonkawa kobieta. Zaczynali się w jakimś dziwnym mięście. Mieszkańcy, swe domy, wybudowali, miedzy klonami. Domy były mniejsze od tych, które, na co dzien. widywali. Gospodarz karczmy, która wybudowana została na ziemi, pomyślał o istotach o wiele wyższych i wybudował ją na wzór ludzkich domów. Karczma nosiła nazwę „ Czerwony Liść”, była dość duża, by pomieścić, polowe mieszkańców i co według samego karczmarz, było Malo spotykane, przybyłych gości, jakimi niewątpliwie byli, wojownicy. - Co to za istoty?- dopytywał się wiking. - To klonowy.- wyjaśnił Elgert.- nie są agresywni, ani skorzy do pomocy. Klonowy, jak nazwał ich Elgert, siedzący przy drewnianych niskich ławach, w ogóle niezwracani na nich uwagi. Popijali, zielonej barwy trunek, robiony z żywicy klonu, noszący nazwę ‘ klonik” , rozprawiali o swoich sprawach. Klonik stosunkowo, szybko ubywał z kubki Hartes. Krasnolud po pierwszym wypitym kubku, szybko zasmakował w napoju, i już zdążył wypić tych kubków znacznie więcej. - Bardzo wyśmienity napój.- lekko, drąży cm głosem, odezwał się Hartes.- Jagody są, również smaczne. - Owszem są dobre.- przyznał Ostes i dodał.- Szkoda, że nie podaja tutaj mięsa. Drużyna, zaśmiała się donośnie, na mieszkańcach nie zrobiło to , żadnego wrażenia. Siedzieli tu, już od dwóch godzin. Ten dzien. i noc, stanowili spędzić w mieście. Trzech podchmielonych karłów, opuściło już karczmę, trzech pozostałych przy tym samym stoliku, zasnęło z głowami , przy ławie. Korzystając z tego, ze karczmarz ma chwilę wolnego czasu, krasnolud postanowił, zamienić z nim kilka słów. Jemu jak i większości , Klonowców, przebywających w karczmie, utrzymanie równowagi, przychodziło z coraz to, większym trudem. Usiadł, na przyniesionym, przez siebie krześle i zamówił, kolejny kubek klonika. - Wyśmienity, naprawdę wyśmienity napój.- krasnolud, zachwalał , napój alkoholowy, podany poraz siódmy, przez gospodarza „ Czerwonego Liścia”. - Prawda!- odparł pulchny, karczmarz.- Ostatni raz, tak zachwalał nasz produkt, gość pochodzący z bardzo daleka. Dziwny był to człowiek. - Ciekawe? - Twarz miał ciemną, białe włosy. Przybył nocą, kupił kilka butelek i rankiem, niczym duch zniknął. - Czarny na twarzy o białych włosach, powiadasz? - Tak. - To drow, mroczny elf. Przybrał, acz kol wiek z twojej opowieści wyni8ka, ze nie do końca, ludzki wygląd. Pewnie dla kamuflażu. Widzisz my, mieszkańcy powierzchni, nie zabardzo lubimy drowy. - Widać, nasz produkt jest popularny. - Na pewno, jeśli wyszedł z pomroku, nic tu nie zagrabił, a kupił. Jakiś elfi, pijaczyna może? Nieważne. - ty zapewne, na drogę, też zechcesz kilka butelek? - Po to, tu podszedłem. -Ile? Zbliżał się wieczór, Czerwony Liść, prawie że, opustoszał.

***************************

Po przejściu siarczystego deszczu, nieba trochę przejaśniało, zmieniając kolor na lekko fioletowy. Słońce zaś, zachodziło, krwistoczerwone, jakby wiedziało co planuje, władca , Księstwa Mroku, kładąc swój czerwiony blask, na dachach ponurych, czarnych domów. Krwistoczerwony blask, słońca padał na królestwo. Dalukulum, stolica Księstwa Mroku, szykowało się na podbój sąsiednich, królestw. A największe przygotowania, czyniło co do Eurladynu. Tu i ówdzie, uwijał się ork, niosąc broń, lub inny towar. W mieście aż roiło się od, drowów, sprzedających towar. Księstwo Mroku, przygotowywało się na wojnę. Krwistoczerwony blask słońca, położył się na zachodniej części, Wieży Diabelskiej, ogromnej twierdzy, o wyglądzie czarnej gniewnej, wolnostojącej skały, której cześć, oddawało, ogromne miasto, wyglądem przypominające, miejsce w piekle. Z najwyżej położonej komnacie, zrobionej z bursztynu, z okna, na krwistoczerwone słońce, patrzył, blady o siwych włosach męszczyzna. Dabales, Władca Księstwa Mroku, obmyślał plan, zrujnowania Eurladynu i sąsiednich królestw. Z wielka dumą, patrzył na swe , piękne miasto. Na Dziesiąte Wrota Piekieł. - Jak widzisz, nasz dom, oraz dom matki opiekunki, Eleny Mylin, oferują ci pomoc.- odezwał się , Glost Zygrit, drow stojący w ciemnym koncie komnaty, tuż obok, posągu piekielnego demona. - Podziękuj im.- odparł Dabales. - Możesz zrobić, to osobiście.- Glost, postąpił krok do przodu, nadal stojąc w cieniu. Był chudy, jak każdy drow, długie białe włosy, opadały mu na ramiona, okryte czarnym piwafi. W lewej , ciemnej dłoni, ścisnął białą różdżkę. Był czarodziejem. - Doprawdy?- nekromanta, odwrócił się od okna, patrząc , wprost na drowa. - Matki opiekunki, Lena Zygrit oraz Elena Mylin, stawia się z połową swej armii, jutro, gdy już, zajdzie to cholerne słonce. - ciekawe w jakiej sile?- rzucił Osto, pykając fajkę i wygodniej siadając w fioletowym fotelu. - Wystarczającej.- Glostowi, ze złości, zaświeciły czerwone oczy. Dabales usiadł na złotym krześle, przeglądając księgę nekromancji. - Tak, wskrześ trupy, a będą ci służyć.- nekromanta, zaśmiał się szyderczo, wbijając wzrok w Starumana.- ponoć nasz mały odział, przeszedł przez Polanę? Siedzący naprzeciw dreurgar, w takim samym fotelu, czarodziej skrzywił się lekko, podnosząc głowę.

- Nie przejmował bym się tym zbytnio.- podjął mag.- Zdobycie artefaktów, jest bardzo trudne, dlatego prędzej czy później, znikną z tego świata. Nasi sojusznicy, już o to zadbają. - Dobry tytoń, produkują ci wasi niewolnicy.- krasnolud, śmiejąc się, spojrzał na mrocznego elfa. - Wskrześ szkielety oraz zombie, obuć wampiry, rozruszaj jeźdźców mroku i czym prędzej, ruszaj podbijać królestwa. Eurladyn.- Staruman, nie spuszczał wzroku z nekromanty.- Ja tym czasem, sprowadzę kościste smoki i mumie. A także ściągnę , hordy piekieł księcia Mardoga. - Jakże to pięknie brzmi.- odezwał się, cicho siedzący, na bursztynowym fotelu, młody Hemides. - Tak Hemidesie. Viktoria zakrzykniemy.- wykrzyknął Dabales. Noc następnego dnia, była dosyć przyjemna i cicha. Do czasu gdy, zadudniły rogi przy głównej bramie. Nekromanta, podszedł do okna. Właśnie przez główna bramę, do miasta, wkroczyły zastępy mrocznych elfów. Pierwsza armia drowów, w sile dwóch tysięcy, przeszła bramę, zmierzając do koszar. Zaraz za nimi, do Dalukulum wstąpiła następna armia. Armia niewolników. Minotaury, gobliny, orki, dzikie orki i inne, zdegradowane do najniższego poziomu istoty, w sile pięciu tysięcy, przeszły przez bramę, zmierzając za swymi panami.

*************************************** - Jak mogłeś , być tak głupim?- Lugar zbeształ krasnoluda.- Oddać, taki sztylet, za marny alkohol. - Tylko nie marny, Lugarze.- gniewnie odparł Hartes, potwierdzając swe słowa, pociągnął łyk z butelki.- Może chcecie spróbować?- zwrócił się do pozostałych, trzymając butelkę w ręku. Niebyło chętnych. Krasnolud schował, alkohol, do torby przywieszonej, u boku kuca. - za ten, sztylet, zapłacono by ci w Eurladynie, dwie sztuki złota.- barbarzyńca, nadal nie mógł, zrozumieć, jak krasnolud, mógł postąpić tak pochopnie.- i to, za dziesięć butelek. - Zapewniam cię, było warto.- odparł Hartes. Lugar spojrzał, tylko na Hartesa i popędził konia do przodu. Podjechał do Igevara, który jechał, w towarzystwie, uroczych kobiet. - Nicpoń!- mruknął barbarzyńca. - Ty narzekasz na Hartesa, a ja dałbym wszystko, w zamian za jeden pocałunek, naszej pięknej celtyckiej księżniczki.- rzucił młodzieniec. Lugar zaśmiał się pod nosem, patrząc jednocześnie, na trzy kobiety, które udawały, że nie zwracają na nich uwagi. Elizaver, podśmiechiwała się prowokująco, na widok, tego, młodzieńcowi ,krew burzyła się w żyłach. - Ach te kobiety!- westchnął, patrząc na swą miłość. Galu, nie rozumiejąc o co poszło, miedzy krasnoludem a barbarzyńcą, to też postanowił się tego dowiedzieć od Rachmana. - O co, chodzi z tym sztyletem?- spytał, zwalniając trochę. - Trochę głupia sprawa.- odparł bard.- pół roku temu, Lugar za sztylet, oferował krasnoludowi, dwie sztuki złota. Hartes uparł się, że tego sztyletu nigdy nie sprzeda. Bo jest dla niego zbyt cenny.- Rachman zorientował się, czy niema w pobliżu krasnoluda. Upewniwszy się, że nie dodał.- Naprawdę był tyle wart. Rękojeść zrobiona, ze złota, choć mniejszej wartości. Widzisz Lugar, nie wiedział o jednym. - O czym? - O tym, że, krasnoludy tarczowe, mają jedną słabość. Ulegają alkoholowi. - Teraz już rozumiem.- galu, również był zaskoczony, postępkiem krasnoluda. Zastanawiał się, czy klonik był wart sztyletu? Według niego, pół sztuki złota, za dziesięć butelek, w zupełności, powinno wystarczyć. - Teraz to Będziemy wiedzieć, co krasnoludom tarczowym, trzeba dać za cenne rzeczy.- zaśmiał się dziki elf, skupiając przy tym uwagę, nieznanych gości, którzy obeszli ich z dwóch stron. Z lasu, wyszło dwudziestu ludzi, przynajmniej połowa, miała wycelowane w nich kuszę i łuki. Ubrani w kolczugi i pancerze, nieznani goście, dzierżący w rękach różnego rodzaju broń, od krótkiego miecza po obustronny topór, podeszli bliżej. Łucznicy, nie ruszyli się z zajmowanych pozycji. Drużyna stanęła w miejscu, nie prowokując przeciwnika. Druga strona, również, zachowywała ostrożność. - To rozbójnicy.- szepnął Ostes, ukradkiem spoglądając na Vlaka i czarodzieja.- Chyba czekają na wodza. - W rzeczy samej.- dodał Kastar, patrząc na wzgórze po lewej stronie, gdzie pod drzewami, uzbierało się najwięcej łuczników i kuszników. Z za ogromnego dębu, wyszli dwaj mężczyźni. Pierwszy z nich był szamanem, wysoki, na sobie miał kolczugę, na którą naciągnął kubrak. Stał wyprostowany, w ręku trzymał maczugę, z której wyrastały, niezliczone małe kolce, w drugiej miał zwykłą drewnianą różdżkę. Drugi wyglądał na wojownika. Miał elficką kolczugę i pancerz. Stał dumnie. Z pod srebrzystego hełmu, opadały mu długie blond włosy, na plecach zawieszona tarcza, twardo trzymając w reku, ciężki miecz. - ten, miecz musi być sporo wart?- mruknął Igevar.- Rękojeść, zrobiona z diamentu, który szlifują, elfy księżycowe. - Tak.- dodał Elgert.- Fioletowy diament, wydobywany jest, w Gorskich kopalniach. A te są, bardzo dobrze strzeżone.

Blond włosy wojownik, uniósł miecz i wskazał nim drużynę. - Mieliśmy nikogo, nie spotkać na drodze.- wrzasnął do ucha, szamana.-A to kto? - Nie wiem. Ten szlak, prawie nie jest uczęszczany.- odparł, siwiejący szaman, a raczej łysiejący. -Prawie? Brigonie miałeś mnie, przeprowadzić przez szlak, po którym, nawet mysz nie chodzi. - Wybacz panie, ale ten szlak, wydawał mi się najlepszy.- starzec zniżył głos, dowódcą. - Wybaczcie!- odezwał się Alga-tar, podjeżdżając bliżej wzgórza. Łucznicy natychmiast napięli łuki i kusze, żołnierze zasłonili dwójkę. - Spotkaliśmy się tu, całkiem przypadkowo.- oznajmił czarodziej i ciągnął dalej.- Nie szukamy kłopotów, zmierzamy do Lodowej Jaskini, w prywatnej sprawie. Dlatego, pragniemy udać się w swoja stronę. - Doprawdy?- rzucił wódz.- Na mój znak, oni mogą was, zabić. - Masz rację. Jednak my nie szukamy kłopotów. - Rozumiem. Może dojdziemy do porozumienia?.- powiedział wojownik. Schował miecz i nakazał opuścić broń. Żołnierze wypełnili jego rozkaz. Wojownik w towarzystwie szamana, zszedł ze wzgórza. Alga-tar z resztą zsiedli z koni. - Wybaczcie, ale szaman, miał mnie przeprowadzić, przez całkiem nie uczęszczany szlak.- wojownik, wskazał na starca, który oddal pokłon.- Na imię mam Frost, a to moi żołnierze. - Jestem Alga-tar, a to moja drużyna.- czarodziej , odsunął się, odsłaniając towarzyszy. - Zmierzacie w tą samą stronę, co my.- powiedział blondyn.- Widzisz, jestem pół elfem księżycowym i pół człowiekiem. Mieszańcem. Zostałem wysłany na misję z tego powodu. - Nie rozumiem?- oparł mag, oczekując wyjaśnienia. - Moja matka, jest elfką a na dodatek dumną arystokratką. Po ojcu należy mi się część cytadeli. Niestety, żeby ją mieć muszę wykazać się męstwem. Mam zdobyć fiolkę ze sproszkowanym lodem. Jest dobrze pilnowana w Lodowej Jaskini. Ponoć zawiera, czar zlodowacenia. To moja historia. - Niewątpliwie masz trudne zadanie.- powiedział czarodziej.- My mamy jeszcze, trudniejsze. Musimy zdobyć, lodowy diadem. - Lodowy diadem?- krzyknął wojownik. Po co wam, tak potężny artefakt?- spytał , szaman wybałuszając oczy. - Przykro mi, nie mogę wam powiedzieć. - Cóż, możemy to zrozumieć. Hoc naprawdę mnie to zastanawia.- rzekł wojownik, zdejmując srebrny hełm i pozwalając by, wiatr rozwiał blond włosy.- Jakieś dwie mile, z stąd leży mała wioska. Znajduje się tam, karczma, w której serwują dobre żarcie. - Więc jedźmy.- rzucił Kastar. Wioska, o której mówił Frost, leżała u podnóży wielkich gór, gdzie rozpościerał się , ogromny mieszany las. Zapewne zamieszkiwały go, dzikie zwierzęta, leśne duchy i inne dziwadła. Wioskę ogrodzono płotem. W karczmie panował tłok, siedziało więcej klientów niż mogła pomieścić. Drużyna , i ich nowi znajomi zajęli długą ławę, tuz przy ścianie, karczmy. Zaciekawił ich, niemały ani nie duży dwór, z dwiema basztami i morem wokół. Vlak, zastanawiał się do kogo, może należeć? Z podwórza karczmy , doskonale go było widać. Wzniesiony na wzgórzu, z tyłu, chroniły go skały, porośnięte drzewami. Przyglądnął się przodowi. Po obu stronach, wznosiły się wysokie, na dziesięć stóp baszty. Obie baszty, łączył mur, który kończył się na skałach. Z muru i baszt, okolicę penetrowało, kilkunastu strażników. Przy czarnej bramie, na przeciw siebie, patrzyły dwa posągi, wyglądające na jakiś ludzi. „ Dobrze pomyślane” szepnął w myślach lord „ Dworek, którego zdobyć mogłaby jedynie, pięćdziesięcio osobowy oddział, dobrze wyszkolonych żołnierzy.” Vlak oderwał wzrok, od dworu, kierując go na grupę. Na długi stole, walało się smaczne mięso, wino , piwo i inne przysmaki. Obok nich siedzieli, jacyś nie znajomi,. Nie zwracali na nich uwagi. Czego można się było spodziewać, po małych góralach, zamieszkujących podnóża gór. Vlak jednak, zachował ostrożność. Odwrócił się do Frosta. - Ile już, przebywacie w tych okolicach?- spytał lord. - Ponad dwa miesiące.- odparł Frost.- W mięście byliśmy, trzy razy. Fiolkę próbowaliśmy zdobyć raz, jak widzisz musimy do zadania, podejść , po raz drugi. - Po raz drugi? - Tak. Za pierwszym razem, zatrzymali nas, jaskiniowi wojownicy.- wojownik, rozejrzał się, upewnił się, że go nikt nie słyszy, poczym ciągnął dalej.- Ci łucznicy, to najemnicy z Tabizu. Przy pierwszym skoku, zginęło ich pięciu. W tej piątce, był ich dowódca, znakomity strzelec. Teraz przeszli, pod moją komendę. Czeka nas, teraz drugi raz. - Wybacz, ale nie to mnie ciekawi.- powiedział Vlak, odwracając się w, stronę dworu. - Rozumiem.- szepnął mieszaniec.- aby, zagrabić, potrzeba… - Z pięćdziesięciu, dobrze wyszkolonych i uzbrojonych ludzi.- pośpieszył się, z wypowiedzią lord. - Owszem.- blondyn, zwrócił się do opalonego lorda.- Nie chcę ryzykować . - Na pewno jest, go z czego ograbić?- spytał Ostes, przyłączając się do rozmowy. - Tak. Na pewno tak.- odparł niewzruszenie Frost. - Kto tam siedzi?- spytał lord. - Wysoko mierzysz.- powiedział mieszaniec, ukazując żeby w uśmiechu. - Na pewno?- rzucił rudzielec. - Mieszka tam, wysoki urzędnik. Służy Amaronowi, panu Lodowej Jaskini.- pół elf, zaspokoił głód, kawałkiem piżmo wołowego mięsa, chwilę później, mówił dalej.- Jest skarbnikiem i bogatym kupcem. Niech was ten, dwór nie zwodzi. Jego prawdziwa siedziba, mieści się w skalnych jaskiniach. Domyśliłem się tego, patrząc na jego ułożenie. Z tyłu domu, są same skały. - Można się nim, lepiej zainteresować.- szepnął Ostes. - Nie teraz Ostesie. Może później?- powiedział Vlak, odwracając, w stronę gospody. W ich stronę zmierzał, Hartes oraz kilku ludzi Frosta, niosąc czarne wory. Rzucili je, na wolne miejsce u brzegu stołu. Krasnolud, zwrócił się do grupy. - To są futra, z piżmowołu, dla wszystkich. Tam gdzie idziemy, będą nam potrzebne.- Hartes spojrzał w bok. Po przeciwnej stronie, paru górali, zwróciło na niego uwagę.- Musimy w końcu, sprzedać nasz cenny towar. A pogoda nie jest łagodna.-dodał . Na podwórzu gospody, rozległ się tupot kopyt. Do wioski wjechał, oddział piętnastu zbrojnych. Wjechali na teren, gospody, zsiedli z koni i przywiązali je do kilku innych. Wojownicy, mieli na sobie, pełne srebrne zbroje, solidne hełmy. Na niebieskich płaszczach, zawieszone mieli, trójkątne tarcze, na których, wyrysowany był herb, przedstawiający, lodową górę i dwie baszty. „ Herb miasta albo dworu” pomyślał lord. Ośmiu zbrojnych, udało się do gospody, reszta zasiadła, w wolnych miejscach na podwórzu. Parę chwil, później, z gospody wyszło sześciu górali i dwa niskie wystraszone gnomy, wypatrując wolnych miejsc na podwórzu. - Kto to?- spytał Hartes. Nasi przeciwnicy.- odparł stary szaman.

Galu stał nieruchomo, opierając się o wysoką sosnę, patrząc na oddalony o mile dworek, z dwiema basztami. Owinął się bardziej, futrem z piżmowołu i wszedł do jaskini. Z wioski wyjechali przed czterema godzinami. Udali się do kryjówki Frosta i jego świty. Jaskinia położona, dwie mile od miasta, niewzbudzana, żadnych podejrzeń. Tym bardziej, ze najbliższy szlak, to ten, gdzie obie grupy się zetknęły. Obrośnięta krzakami, osłonięta przez sosny, była dobrom kryjówką. Można tu było, dostrzec, dworek, a patrząc bardziej na zachód, wielkie miasto, lezące na skalnej półce, u podnóża wielkich gór. Miasto, chronione ogromnym murem, z wieloma basztami, było trudne do zdobycia, droga powietrzną, nie mówiąc już o lądowej. Przed grupą, stanęło nie byle jakie zadanie. Po pierwsze, dojść i wejść do jaskini, choć to może być łatwiejsze, to drugie zadanie, które polega na zdobyciu, artefaktów, jest o wiele, trudniejsze. Galu przegnał od siebie, wszystkie te, myśli i usiadł na kamieniu, przy wschodniej ścianie, dużej jaskini. Zerknął na przeciwna stronę i zaśmiał się. Widok lorda i Ostesa, którzy, wtykali sztylety, miedzy każdą, szczelinę i, za każdym razem, ściana odpowiadała im, głuchym brzękiem stali. - Siedzimy tu, już prawie od czterech godzin, a oni jeszcze nie przestali szukać, tego czego nie znajdą.- powiedział elf, szczerząc żeby w uśmiechu. - Zauważ galu.- odezwał się Igevar, siedzący tuz obok elfa, na okrągłym, kamieniu, czyszcząc klingę swego miecza.- Że są dokładni. - Laufer i Kastar Mocny, zdążyli rozegrać, już trzy partie szachów, a oni, w dalszym ciągu, szukają i szukają.- dodał Frost. Wstał z kamiennej lawy i wyszedł zaczerpnąć, świeżego powietrza. Laufer, męszczyzna średniego wzrostu, dobrze zbudowany, odrzucił kępkę, długich czarnych włosów, z czoła. Posunął pionka dwa pola dalej, rozpoczynając, czwartą partie szachów. Kastar Mocny, lekko podenerwowany, trzema wcześniej poniesionymi porażkami, również posunął pionka koloru czarnego o dwa pola do przodu, odsłaniając, czarnego króla w białej koronie. Gra toczyła się dalej, dzień schodził ustępując nocy. - Nasi zwiadowcy i wasz, jeszcze nie wrócili. Co też, ich tam zatrzymuje?- powiedział szaman, obgryzając mięsistą kość. - Nie obawiaj się, na pewno nie stanie się im krzywda.- wyjaśnił Alga-tar, pykając fajkę i rozkoszując się w smaku, tytoniu , podarowanego od Hartesa. - Zapewne szukają, słabego punktu, przez który możemy dojść do celu?- dorzucił krasnolud, pociągając z fajki.- A swoja drogą, wyśmienity tytoń, Alga-tarze. - Twój, trze jest, niezły. Zapadła chwila ciszy, którą przerwał krzyk Kastara. - Powiedz mi jak, ty to robisz?- krzyczał Kastar, kręcąc wąsem. Laufer, rozłożył ręce i ugryzł kawałek mięsa, popijając go czerwonym winem. Ponownie zaskoczył wojownika, swym sprytem i technika gry. Gdy Kastar, ruszył wieżą na konia, który wydawał mu się łatwym kąskiem, przeciwnik wykorzystał ten ruch. Ustawił szachowego laufra tak, że, król Kastara nie miał ruchu, ani nie mógł go niczym zasłonić, go żadną figurą, ponieważ drugi, laufer i królowa, odpowiednio ustawione, uniemożliwiały jakikolwiek ruch, ze strony Kastara. - Po prostu, białe, zawsze maja szczęście.- rzucił Laufer, wypijając kubek wina na raz, w geście triumfu. - Gadanie!- odrzucił Kastar. Zdenerwowany wąsacz, wyszedł i dołączył do stojącego obok, głazu pół elfa. Nagle obaj, zamarli w bezruchu. Z dołu urwiska, wyłonił się , ogromny skrzydlaty stwór, porośnięty białą sierścią. Wyszczerzył ogromne kły i wrzasnął donośnie. Dwoma machnięciami skrzydeł, odleciał nieznacznie w tył. Machając skrzydłami wisiał nad przepaścią. Patrzył zielonymi ślepiami, na otwór do jaskini. Ponad trzydziesto osobowy, oddział , chwycił za broń, przygotowując się na atak, białego stwora. - Smok?- rzucił Allas. - Wątpię.- odparł czarodziej.- Może ktoś z was, wie co to, za monstrum? Stwór, ponownie wydobył z gardzieli, przerażający dźwięk, w dalszym ciągu, utrzymując tą samą pozycję. Brigon, wysunął się trochę do przodu, bardziej przyjrzał się stworowi. - To górski, nietoperz.- stwierdził szaman. - Co?- rzucił, zaskoczony Allas, podchodząc do szamana. - Później wam wytłumaczę.- odparł szaman- Przygotujcie broń. Połowa napięła łuki, celując w stwora. Galu, szukał słabego punktu w ciele stwora. Rachman, przygotował odpowiednią pieśń. Alga-tar, sięgnął, po zwój, z czarami. Ogromny nietoperz, znów wrzasnął i odfrunął do tylu. - Nie jest sam.- wrzasnął Brigon.- Zwołuje swoje, dzieci. - Dzieci?- krzyknął Kastar. W jednej ręce, trzymał, miecz, w drugiej okrągłą tarczę. - Tak dzieci. Na mój znak, wypuście w nią wszystkie strzały. To umożliwi, nam, lepszą obronę, przed jej dziećmi. To samica - Dlaczego, nie atakuje?- krzyknęła Diana. Jej, dłonie, z trudem, powstrzymywały się, przed wypuszczeniem strzały. - Nie zmieści się, w jaskini.- odparł starzec. - A dzieci, wręcz przeciwnie.- dorzuciła, krótkowłosa Vlacia, która nie mogła się powstrzymać przed, zaatakowaniem stwora. - Nadciągają.- wrzasnął Frost, patrząc w dół przepaści. W górę, leciało kilkadziesiąt, białych stworów. Trzy razy, mniejszych od ich matki, która zbliżyła się do jaskini, wrzeszcząc jeszcze głośniej. Kastar i Frost, trzmychnęli, za głaz, przed salwą wypuszczonych strzał. Kilkanaście strzał, pomknęło w stwora. Przynajmniej połowa, dosięgła celu. Stwór wrzasnął z bólu, rozpaczliwie trzepocząc skrzydłami. W tym samym czasie, Rachman skończył swą pieśń, ogłuszając nietoperza, który z przerażenia jeszcze mocniej trzepotał skrzydłami. Alga-tar, już miał zastosować jeden z czarów, gdy do jaskini, z ogromnym pędem, wtargnęły białe stwory. Białe nietoperze, od razu przystąpiły do ataku. Próbowały gryźć i drapać pazurami. Czarodziej, powalił swym mieczem, trójkę nietoperzy, próbując przedrzeć się do wyjścia z jaskini. Na drodze, stanęły następne cztery, rzucając się na maga, z rozpaczliwym piskiem. W samą porę, ku pomocy czarodziejowi, nadbiegł Luwar. Jednym machnięciem, olbrzymim toporem, rozplatał, dwa nietoperze na raz. Szybkim ruchem, ręki wytarł krew, z twarzy, i zabrał się za następne stwory. Alga-tar, wyjął miecz z zabitego stwora i przebił nim następnego, który nadleciał z za jego pleców. W tyle jaskini, usłyszał wrzaski. Przez chwilę, zastanawiał się, czy nie dołączyć do dwóch towarzyszy, którzy z zapałem, walczyli przed wejściem do jaskini, lub czarem zaatakować matkę nietoperzy. Spostrzegł, że samica oszołomiona, pieśnią barda, szaleńczo miota skrzydłami, próbując nie spaść w przepaść. Spojrzał na towarzyszy, w miedzy czasie powalając następnego stwora, do których dołączył się wiking, wtopił Topór w skórę nietoperza, który wbił pazury w jego lewe ramie. Z za sosny, wypadł następny stwór, spadając na dno przepaści. Obok sosny walczył krasnolud, które rozbryzgał mózg następnemu nietoperzowi, wbijając Topor w sam środek jego głowy. W tyle jaskini, znów rozległy się wrzaski . Czarodziej, popędził w tamtą stronę, po drodze zabijając, dwa stwory. Za czarodziejem pobiegli Allas i Igevar, cali we krwi, zarówno swojej jak i nietoperzy. Na końcu jaskini, szaman wrzeszcząc , machał maczugą, naszpikowana kolcami, odpędzając prawie dwadzieścia nietoperzy. Obok starca, ledwo stojący na nogach, słaniał się Laufer. Z Glowy, ciurkiem lala mu się krew. Czarodziej zauważył, na ziemi, trzech zabitych łuczników, oraz zakrwawionego barbarzyńcę. Alga-tar podbiegł do niego, odwracając go, twarzą do góry. Allas z Igevarem, osłaniali maga i leżącego kompana. Lugar leżał nieprzytomny, wolno oddychając, z czoła oraz prawego boku, nieprzerwanie sączyła się krew. W chwile później, dołączyli do nich Elizaver i Galu, wpadając w wir walki. - Pomóżcie mi go przenieść, za tamten głaz. – wrzasnął Alga-tar, wskazując głaz, leżący obok skalnej ściany. Szaman machał maczugą i podtrzymywał , Laufra by nie upadł. Zdążył już zabić pięć stworów. - No chodźcie, no dalej, obrzydliwe nietoperzyka.- krzyknął Brigon, po tym jak jego maczuga dosięgła nietoperza, rozłupując mu czaszkę. Elizaver odwróciła się, atakując dwójkę agresywnych stworów, w inne posłała parę strzał. Cztery stwory, padły od razu, przeszyte strzałami, parę innych zostało zranionych. Kilka ruszyło w jej stronę. Miedzy stwory wpadł, Galu tnąc swym, krótkim mieczem. Alga-tar i Allas zdążyli przenieść, nieprzytomnego towarzysza, do Strzeliny, miedzy głazem a ścianą skalną. Igevar, tym czasem. Odpierał ataki, rozwścieczonych stworów. - pomóż mu, czarodzieju. Pomóż.- krzyczał drżąc ciemnowłosy celt. - Postaram się mu pomóc, jeśli nie będziesz mi przeszkadzać.- wrzasnął czarodziej.- Dołącz do Igevara. Igevar, walczył u boku szamana, obok którego leżało kilkanaście trupów. Brigon, potrzymał, szachistę, próbując z nim dotrzeć do czarodzieja. Allas dołączył do nich, zabijając paru nietoperzy, umożliwiając, szybsze dotarcie do czarodzieja, z rannym żołnierzem. Rozległ się, ogłuszający wrzask. Samica wyszła z osłupienia. - Cholera, przestaje działać.- krzyczał Rachman, walczący u wejścia do jaskini. Niedobitki nietoperzy, zaczęły szybko kierować się ku wyjściu. Kilku z nich dołączyło, do umarłych braci. - Brigon zostań z nimi.- powiedział mag, poczym pobiegł ku wyjściu. Jaskinia została opuszczona. Pozostała jedynie kompania i trupy nietoperzy. Ogromny skrzydlaty nietoperz, z furią walił skrzydłami o ściany jaskini. Ze sklepienia, zaczęły spadać małe kamyki. Skała zaczęła się kruszyć. - Ona nas tu zabije.- krzyknęła Diana, uchylając się, przed spadającym kamieniem. Stwór nie przestawał, nacierać, krasnolud rzucił sztyletem, który drasnął tylko stwora i wbił się w drzewo. Dopiero strzała wypuszczona z łuku Elgerta, ugodziła samice w ogon. To rozwścieczyło ja jeszcze bardziej. Kamienie spadały jeden za drugim. Zagrożenie zawaleniem się jaskini, stawało się coraz bardziej realne. Nagle stwora ugodziły, cztery strzały i dwa sztylety, nietoperza odrzuciło do tyłu, co wykorzystał Alga-tar, ciskając w niego kulę ognia. Kula trafiła, prosto w klatkę piersiową stwora. Samice ogarnęły płomienie. Wrzeszczała okropnie, trzepocząc skrzydłami. Stwor odbił się od skał i cały w płomieniach, runął w dół. - Co tu się dzieje?- spytał skrzat, patrząc na trupy nietoperzy. Z drygnął się, gdyż dziesięć pozostałych przy życiu, nietoperzy wzbiło się w górę, z okropnym piskiem. Skandro odprowadził je wzrokiem. Poczym z pozostałą dwójką wszedł do jaskini. W środku, leżało, kilkadziesiąt trupów, nietoperzy, oraz pięciu zmasakrowanych, najemników Frosta. Cala jaskinia, przybrała barwy czerwonej, w niektórych miejscach krew, ściekała ze ścian. Skrzat, spostrzegł, obok głazu, Brigona, opatrującego barbarzynce oraz swego towarzysza. Obok, nich stali czarodziej i Igevar, rozmawiając. Reszta chodziła po jaskini, dobijając żyjące nietoperze, lub siedzieli rozmyślając. Skandro, podszedł pod głaz. Alga-tar z Igevarem, prowadzili ostrą rozmowę. - Mam nadzieje, że Lugar, dojdzie do siebie, czarodzieju?- powiedział młodzieniec, zdrapując zeschłą krew z podbródka.

- Zrobiłem co w mojej mocy.- odparł mag, wyglądający , nie lepiej niż, czarnowłosy towarzysz. - Oczywiście!- krzyknął Igevar- To dlaczego, opatruje go szaman? - Bo on, lepiej się na tym zna, niż ja.- gniewnie, odparł czarodziej. Igevar, patrzył na barbarzynce, który, w dalszym ciągu leżał nieprzytomny. Na szczęście szamanowi, udało się zatamować krew, z rozciętego prawego boku. Rana na czole, wymagała leczenia. Brigon wylał , zawartość fiolki, z leczniczym eliksirem, do gardła Laufra, który już czuł się znacznie lepiej. Upewniwszy się, że kompan lepiej się poczuł, szaman zajął się Lugarem. A dokładniej, rana na jego czole, która co jakiś czas pluła krwią. - Cholerne ścierwa.- burknął starzec. Igevar, odrzucił Kępe włosów z czoła i zwrócił się do czarodzieja. - Nie wyruszyliśmy na tę wyprawę by, ginąć z łap jaki s, nietoperzy. - Skąd mogliśmy wiedzieć?- odparł mag. - Jesteś czarodziejem.- warknął Igevar. - To nie znaczy, że mogę wszystko przeczuć.- odpowiedział zdenerwowany Alga-tar, patrząc na barbarzynce.- Po za tym, on jeszcze żyje. - Ty !- krzyknął , kruczowłosy, chwytając za rękojeść miecza. Czarodziej wysunął różdżkę w jego stronę, gotowy do rzucenia czaru. Wtem za ramię Igevara, chwyciła kobieca dłoń. - Igevarze, daj spokój, swym nerwom.- z za jego pleców, wyszła celtycka księżna.- Czarodzieju ty, również. Igevar, zdjął rękę z rękojeści miecza, nie spuszczając wzroku z Alga-tara. Mag schował różdżkę do płaszcza, nie spuszczając z młodzieńca oczu. - Wybacz Alga-tarze.- zniżył głowę, kruczowłosy.- Poniosły mnie nerwy. - Rozumiem.- odparł mag.- Oby nie ponosiły cie częściej. - Powinniśmy wysłuchać zwiadowcy, niż się kłócić.- rzekł Frost, który pojawił się obok nich, chwilę wcześniej. - Chyba, nie będziemy tu stać? – dodał Igevar. - Usiądźmy, przy kamiennym stole.- powiedział pół elf i poszedł do, następnej malej jaskini. Usiadł przy w miarę długim stole. Trojka pozostałych, usiadła obok. Na palenisku, leżała pieczeń, wiec odkroili po sporym kawale mięsa, nalali do kubków wina i zajęli się rozmowom. - Jak wygląda sytuacja w mieście?- spytał Alga-tar. - Jest dosyć spokojnie. Wjechać można, od każdej strony.- powiedział Skandro. - Czyżby, był targ?- zapytał Frost, zajadając się mięsem. Skrzat wyjął cos z kieszeni. Otworzył zaciśniętą zieloną dłoń i położył na stole małą srebrną błyskotkę - Owszem.- odparł skrzat. -Przeprowadzają ścisła kontrolę?- spytał Igevar, pijąc w miedzy czasie wino. - Przy każdej bramie, sprawdzane są dokumenty.- odparł skrzat odgryzając kawałek mięsa. - Będzie trudno, wjechać do miasta, nie mając dokumentów odpowiednich i ubioru.- dodał czarodziej. Wstał by przeciągnąć…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych