Bunt Bawołów
Walka narodu o wolność
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Bunt Bawołów
Prawdopodobnie kiedyś w naszym mieście panowała atmosfera bardzo przyjazna. To niemożliwe, by wiecznie, od niepamiętnych czasów trwały spory, bitwy i długotrwałe, wyniszczające wojny. Przecież nie było ku temu powodów. Wręcz przeciwnie. Nasze miasto położone było w pięknej, malowniczej okolicy, klimat panował łagodny, także położenie geograficzne i warunki atmosferyczne były nader sprzyjające. Przez środek miasta przepływała uregulowana rzeczka, dzieląc je na dwie równe części, połączone solidnym, stalowym mostem. Przez ten most mieszkańcy naszego miasta swobodnie przechodzili na obydwie strony, odwiedzając się nawzajem, robiąc zakupy, odpoczywając na spacerach. Pobudowano wiele ładnych, funkcjonalnych domów, sklepów, szkół, przeróżne architektoniczne formy i konstrukcje powstawały po obu, przeciwległych brzegach. Dzielnice sprawiały wrażenie dostatnie urządzonych, pełne sytych i zadowolonych obywateli. Konflikt pomiędzy mieszkańcami, którymi wówczas było plemię Goryli i szczep Marabutów, zaczął się niespodziewanie, później przerodził się w krwawą, przerażającą walkę, puszczając w niepamięć beztroskie czasy tak dalece, że trudno było je przypomnieć i uznać, że wszystko istniało kiedyś całkiem inaczej, że można było swobodnie poruszać się po ulicach, śmiać się, bawić, a nawet normalnie rozmawiać. Pomiędzy Marabutami i Gorylami istniały, oczywiście, pewne różnice (same ich nazwy by na to wskazywały), lecz nikt nie przykładał do nich zbyt wielkiej wagi, nikt też nie spodziewał się, że mogłyby one stać się źródłem jakichkolwiek zadrażnień. Oni szanowali nawzajem swoje odrębne obyczaje, tolerowali różne przyzwyczajenia. Nieporozumienia w mieście zaczęły się od podjęcia, w odległym Centrum, istotnych dla obu stron, decyzji. W szkołach Marabutów obowiązkowym językiem jakiego się uczyli był język grecki. Uczyli się go już od dawna, nauka doskonale im szła, pisali i porozumiewali się nim swobodnie. Po przeciwnej stronie rzeki nie uczono się greckiego. Goryle tradycyjnie już uczyli się języka starogreckiego. Oba języki były do siebie podobne, dlatego też ze wzajemnym porozumieniem się nie było kłopotów. Decyzja podjęta przez głównego Amarantusa z Centrum nakazywała Marabutom zaniechania nauki języka greckiego, w zamian zobowiązywała do wprowadzenia w szkołach i nauczania języka starogreckiego. W uzasadnieniu tego, niewątpliwie kontrowersyjnego, postanowienia obszernie tłumaczono jakie korzyści przyniesie Marabutom nauka nowego języka; jest bardziej rozpowszechniony, bardziej przydatny, więcej ludzi nim włada, większość tekstów literackich i technicznych jest nań tłumaczona, w ogóle jest bardziej uniwersalny niż język grecki. Marabuty byli przeciwnego zdania, sformułowali pismo zawierające ich przeciwstawne argumenty, wysłali delegację z protestem do Amarantusa. Żądali unieważnienia powziętej decyzji i przywrócenia stanu poprzedniego. Protestu nie uwzględniono. Zmiana języka nastąpiła we wszystkich podległych Centrum miastach. I wszyscy obywatele wyrazili zgodę, tylko Marabuty zaprotestowali. Decyzja była jednak ostateczna i nieodwołalna. Marabuty mieli oddać dotychczasowe książki i zeszyty, w zamian mieli otrzymać nowe. Zakazano rozmów po grecku. Nie wiadomo czy był to zbieg okoliczności, że Goryle uczyli się akurat starogreckiego, czy też jakaś bliżej nieokreślona zmowa, ale następna decyzja wzbudziła w Marabutach poważne wątpliwości i podejrzenia. W ich dzielnicy, już dawno temu, zbudowano nieduży, drewniany kościółek, był on zabytkową budowlą, a zarazem pełnił rolę świątyni, w której Marabuty spotykali się na wspólnych, religijnych mszach. Byli oni bardzo przywiązani do swego malutkiego kościółka, nie wyobrażali sobie, by gdzie indziej i w innym towarzystwie mogliby odprawiać swe święte obrządki. Kościółek był, co prawda, trochę podniszczony, lecz co roku przeprowadzano naprawy i drobne remonty, które umożliwiały funkcjonowanie tego skromnego przybytku bożego. Mieli już nawet uzbierane fundusze na remont generalny, posiadali plany i harmonogramy prac, zamierzali je przeprowadzić tak, by nie uniemożliwiały one korzystania im ze świątyni. Centrum uprzedziło Marabutów. Tam powzięto następną, niekorzystną dla nich decyzję. Postanowiono zamknąć kościółek na nieokreślony czas poważnego remontu generalnego. Zaznaczono, że nie wiadomo czy po remoncie zostanie on im udostępniony. W tym czasie korzystać mieli z olbrzymiego, ceglanego kościoła, stojącego po drugiej stronie rzeki, w dzielnicy Goryli. Marabuty nie lubili tam chodzić. Kościół ten był olbrzymim, nigdy niedogrzanym, nieprzytulnym gmaszyskiem, podobno największym tego rodzaju na kontynencie. Znajdowało się w nim tylko kilka obrazów, drewniany krzyż i jedna smutna płaskorzeźba, w takim otoczeniu wyczuwało się chłód i obcość. Tej wiadomości Marabuty też nie chcieli przyjąć. Delegacja wysłana z protestem dotarła ponownie do głównego Amarantusa. Głośno domagali się niezamykania ich kościółka, wysuwali swoje racje, dysponowali niepodważalnymi argumentami. Amarantus słuchał i kiwał swą łysą głową. Po zakończeniu, emocjonalnych bardzo, wystąpień stwierdził, że nic nie da się zrobić. Podjęta decyzja jest słuszna i zasadna, należy konsolidować wiarę, dążyć do zacierania najmniejszych nawet różnic, starać się modlić w jednej, wspólnej dla wszystkich świątyni. Kościółek zamierzano otoczyć kolczastym drutem, drzwi i okna zabić deskami. Członkowie szczepu Marabutów naradzali się, jak to się stało, że obie, tak przecież ważne decyzje, były tak bardzo dla nich niekorzystne, a sprzyjały sąsiadom po drugiej stronie rzeki. Goryle, jakby świadomi tego, że Marabuty będą musieli się uczyć języka, którego oni uczyli się już od dawna, że będą uczęszczać do świątyni, w której oni modlili się już od dawna, stali się jakby bardziej napuszeni i przemądrzali. Tak się przynajmniej ich sąsiadom wydawało. Protesty nie przyniosły efektu. Ale Marabuty nie zamierzali wcale podporządkowywać się odgórnym nakazom. Szanowali swą niezależność i godność, cenili swobodę podejmowania własnych decyzji. To jakiego języka się uczyli, do jakiej świątyni uczęszczali było im nieobojętne, było dla nich synonimem samodzielności i wolności. Zgoda na wprowadzenie zarządzeń, ustalonych gdzieś daleko, uczniłaby z ich dzielnicy niesamodzielną i pozbawioną możliwości aktywnego istnienia grupę niezorganizowanych jednostek. Tego nie pragnęli. Wzburzeni i zdenerwowani zastanawiali się jak zareagować, jaką metodę przyjąć, by przeciwdziałać powziętym postanowieniom. Wtedy jeszcze próbowali pielęgnować przyjazne stosunki z Gorylami, myśleli nawet o wspólnym wystąpieniu naszego miasta przeciw decyzjom wymyślonym w dalekim Centrum, lecz z upływem czasu stwierdzali, że staje się to coraz bardziej nierealne. Na ich głębokie rozważania Goryle reagowali pobłażliwymi uśmieszkami, ich poważne propozycje zbywali lekceważącym machnięciem ręki. Nigdy przedtem tak się nie zachowywali. Utwierdzało to sąsiadów, że zwracanie się o pomoc nie ma sensu, wręcz przeciwnie, prośby spowodowałyby wzrastającą pogardę, chęć poniżenia, jeszcze bardziej nonszalanckie zachowanie. Zostali ze swymi problemami sami. Dlaczego tak się stało? Dlaczego przyjaźń przerodziła się w niezgodę, sympatia w niechęć, tolerancja w niezrozumienie? Właśnie w tym czasie, w dzielnicy Goryli, na ulicy Poprzecznej, w suterynie środkowej kamienicy, zamieszkał Ostry. Nikt z Marabutów na początku nie zdawał sobie sprawy jaką rolę on pełni w całym tym zamieszaniu. Później wyszło na jaw, że Ostrego przysłał łysy Amarantus, by z jego pomocą ujarzmić , złamać opór Marabutów. Ostry był dzikim Muflonem, pochodził z północno-zachodniego archipelagu. Tam wychowywał się od dzieciństwa, w pobliżu lodowatych wód oceanu. Był niski, przysadzisty, pokryty twardą, kołtuniastą sierścią. Rogi miał osobliwe, nie zaokrąglone jak to zwyczajnie bywa u Muflonów lecz proste i zakończone spiczastymi, stalowymi końcówkami, przypominającymi ostre noże. Był brudny, cuchnący, wiecznie ponury, złośliwy i ordynarny. Rzadko odzywał się, jeżeli już postanowił coś powiedzieć, to wówczas z jego gardzieli wydobywał się nieznośny syk. Ubierał się w czarne garnitury, na nosie zawsze miał ciemne okulary. Nigdy nikt nie dowiedział się jaki kolor mają jego źrenice. Czyżby to on stał się bezpośrednią przyczyną wybuchu konfliktu między dwoma przyjaźnie nastawionymi wspólnotami, zamieszkującymi nasze miasto? Swą złością, nieuprzejmością przeradzającą się w trudną do opanowania agresję, dał przykład? Zachęcił, rozochocił? Ten złowieszczy Muflon nie brał później udziału w żadnych bezpośrednich walkach, podczas nich chronił się w swej suterynie, tam trwożliwie wyczekując. Wynurzał się zawsze niespodziewanie, gdy potrzebna była prowokacja, podjudzenie i wytworzenie zamętu. Zapach krwi go podniecał. W każdym bądź razie, od wprowadzenia się Ostrego sytuacja w naszym mieście niebezpiecznie zaogniła się. Goryle diametralnie zmienili swe postępowanie. Można to było określić krótko. Wszedł w nich dziki Muflon. Goryle zostali ośmieleni i rozuchwaleni przez Ostrego. Decyzje Amarantusa odpowiadały im, nie obawiali się o swój język i o własny kościół. Domyślali się, że Marabuty, w konflikcie z silną, rozciągającą się na znacznym obszarze, władzą, nie mają zbyt wielu szans, że stoją na straconej pozycji. Dlatego też pewnego ranka podjęli trzecią decyzję. Stała się ona iskrą zapalającą i tak już napięte stosunki w naszym mieście. Czy myśleli, że Marabuty podporządkują się jej, tak jak musieli podporządkować się wcześniejszym, nieodwołalnym poleceniom? Czy zdawali sobie sprawę, że wzniecają groźny i tragiczny w skutkach konflikt? A może właśnie podochoceni pochrząkiwaniami Muflona chcieli tego? Napiąć wątpliwą tężyznę swoich mięśni? Wzniecić szaleńcze żywioły, dać upust ujarzmionym namiętnościom? Czy może nasłany Muflon chciał po prostu zrobić im wszystkim na złość? Dokuczyć złośliwie, zaśmiać się ironicznie, zagrać palcami na nosie, pokazać wzgardliwie swój szorstki język, nachłeptać się krwi. Tamtego ranka nikt nie analizował tak bardzo zachowania Goryli. Marabuty stwierdzili, że na łączącym obie dzielnice moście zostały poprzestawiane znaki drogowe, wskazujące kierunki ruchu pieszych. Dotychczas przez most przechodzono prawą stroną a wracano lewą, obu stronom odpowiadały te kierunki, nikt się nie skarżył. Gdyby komuś one wydały się niewygodne, to można byłoby je bez trudu zmienić. To przecież bez znaczenia, którą stroną przechodzi się przez most, lewą czy prawą? Równie dobrze mogłoby być odwrotnie. Lecz zmiana wymagałaby kilku wcześniejszych ustaleń, niewielkich przygotowań, uprzedzenia mieszkańców obu dzielnic. Niestety, Goryle ustawili nowe znaki nagle i niespodziewanie. Marabuty stali przed nimi zirytowani. Kto i po co je ustawił? Goryle, z Muflonem przy boku, przypatrywali się z drugiego brzegu, uśmiechali się, badali zachowanie sąsiadów. Nowe porządki, nowe zwyczaje, ulegniecie jeszcze nam, nie tylko dalekiej władzy, zdawały się mówić ich usta, zdawał się potakiwać łeb Muflona. Marabuty poczuli się samotni i oszukani. Nie dość, że gnębi ich Amarantus, to jeszcze niedawni przyjaciele pokazują swą pychę. W zacietrzewieniu wyrwali drewniane tyczki, zerwali tekturowe szyldy, wrzucili do rzeki. Muflon radował się, ponaglał, niecierpliwił się. No już, już zaczynać, zaczynać prędzej, podskakiwał na swych krótkich nóżkach, to jest zniewaga, obraza, należy się odegrać. Tak rozpoczęła się długotrwała wojna.
Po męczącej walce Marabuty odpoczywali w piwnicy jednego ze swych domów. Goryle atakowali nieustannie od kilku dni. Początkowo udanie odpierali chaotyczne ich ataki, rozsądnymi akcjami zaczepnymi udało im się nawet opanować kilka gorylowych ulic. Wykazywali większą wolę zwycięstwa, silniejszą chęć walki. Dowodził nimi Lekuśki, doświadczony i mądry pułkownik. Był Marabutem. Studiował nauki wojenne poza granicami naszego miasta, mimo młodego wieku posiadał bogate doświadczenie bojowe. Fanatyk walk o słuszną sprawę. Udanie walczył na wielu kontynentach przeciwko licznym ciemiężcom, zawsze opowiadając się po stronie uciskanych i niesprawiedliwie pokrzywdzonych pomagał im zrzucać niewolnicze jarzma. Zjawił się w naszym mieście natychmiast jak tylko wybuchły pierwsze walki, stanął na czele, dumnych z niego, Marabutów. Umiejętnie formował oddziały, rozdzielał broń, kierował atakami, swym nieulękłym zachowaniem dodawał ducha bojowego, walczył zawsze na pierwszej linii, razem z innymi dowódcami. Lekuśki był dobrej myśli, chciał dać nauczkę Gorylom, przepędzić cuchnącego Muflona i ostrzec Centrum, że Marabutom, bez ich zgody, nie można narzucić obcej woli. Po początkowych zwycięstwach przyszły porażki. Muflon skrył się w suterynie. Goryle otrzymali od Amarantusa nowoczesną broń. To pomogło, odepchnęli Marabutów ze swojego terenu, Lekuśki z oddziałami zmuszony był się wycofać aż za most. Goryle nie ustawali w atakach, ostrzeliwali domy, bombardowali ulice i podwórza, zdobywali teren w coraz szybszym tempie. Ginęli młodzi żołnierze, kobiety, starcy i dzieci. Marabuty byli już przemęczeni, niewyspani, zaczynało brakować żywności i lekarstw. - Nie dajemy rady, są silniejsi i sprawniejsi, więcej ich jest - rozpaczał Walentin. - Dostali transportery i ciężką broń. Amarantus chce za wszelką cenę nas zniszczyć by pokazać innym miastom, że protesty przeciwko decyzjom Centrum nie mają szans powodzenia - Samuel też nie był najlepszej myśli. - Mamy dużo ofiar wśród ludności cywilnej, giną niewinne dzieci, kobiety, biedne staruszki. Zniszczona została większość naszych domów, ostatnie bombardowania były dla nas tragiczne w skutkach. Szpitale są przepełnione, brakuje lekarstw i środków opatrunkowych. Lekarze nie nadążają z wykonywaniem operacji, słaniają się ze zmęczenia - relacjonował Maksymilian. Wszyscy trzej należeli do najbardziej zaufanych, młodych dowódców pułkownika Lekuśkiego. On, z zamyśloną twarzą chodził wzdłuż piwnicznej ściany, tam i z powrotem. Ręce założył na piersiach. Maksymilian kontynuował swe sprawozdanie. - W szeregi naszych przyjaciół i członków rodzin wdziera się głód, skąpe racje żywnościowe przeznaczane są w pierwszej kolejności dla walczących oddziałów. Poległych grzebiemy w przypadkowych miejscach, obawiamy się wybuchu epidemii. Niektórzy teraz zadają pytania, czy warto było niszczyć gorylowe znaki i buntować się przeciwko odgórnym poleceniom? Mówią, że mogli się uczyć starogreckiego i modlić się w ceglanym kościele, a kierunki ruchu na moście są im obojętne. Pytają czy warto było protestować i doprowadzać do takiej ciężkiej sytuacji. Czy warto? Lekuśki, czy warto było? - Warto! - odparł głośno pułkownik. Potem dodał. - Uważam, że podejmowaliśmy słuszne decyzje. Nie mogliśmy podporządkowywać się bzdurnej zmianie znaków na moście. Centrum nie ma racji. Bronimy naszych słusznych wartości, naszych podstawowych praw, które postanowiono, nie wiadomo dlaczego, nam odebrać. Sytuacja jest ciężka lecz nie beznadziejna. Wybuchy armatnie przerwały rozmowę, musieli opuścić schronienie. Artyleria przeciwnika uderzała w najczulsze miejsca. Goryle wzmogli swe ataki, po kilku następnych dniach kontrolowali już większą część marabutowej dzielnicy. - Lekuśki, co robimy? - Maksymilian był zrozpaczony - giną młodzi chłopcy, żal na to patrzeć. Zamiast budować naszą rzeczywistość oni giną. A tam opasłe grubasy podejmują decyzje, przesuwają chorągiewki na makietach, zacierają z radości ręce lub mają łzy w oczach, gdy gra nie przebiega po ich myśli. Okrutna, bezmyślna zabawa. Jak temu zapobiec? Wymyśl coś Lekuśki! Pułkownik tarł ręką o czoło, myślał intensywnie. Nie odpowiadał. Maksymilian podsuwał mu swe przemyślenia. - Może zaproponować im walkę? Dowódcy przeciwko dowódcom. Nas czterech przeciwko czterem gorylowym generałom. Na pięści. Przy moście. Kto wygra ten będzie miał prawo ustalać warunki, dyktować polecenia. Nie trzeba niszczyć dzielnic, burzyć domów. Dlaczego mają ginąć młodzi żołnierze, niewinni ludzie? Jeśli tłuściochy chcą się bawić w wojnę, to niech spróbują najpierw walki na gołe pięści, jak za dziecinnych lat. Może poprzetrącane nosy, podbite oczy i krwawiące usta pozwolą im ochłonąć, zastanowić się nad sensem wojny. Unikniemy ogromnych zniszczeń, zaoszczędzimy życie ludzkie. Powinniśmy już na początku to im zaproponować. Lekuśki popatrzył zdziwiony. - Myślisz, że się zgodzą? Generałowie z dowódcami? Na pięści? Na oczach prostych żołnierzy? A rakiety, czołgi, armaty? Wyszkolone oddziały? Co z nimi? Co z nowoczesnym sprzętem i niezawodną bronią? Będą bezużyteczne? - Musimy spróbować. Pójdę do nich, przedstawię propozycję, nie mamy nic do stracenia. Pułkownik wyraził zgodę, Maksymilian poszedł. Powrócił dosyć szybko. Po jego smutnej minie można było stwierdzić, że misja nie przyniosła spodziewanych rezultatów. - Wyśmiali mnie. W żadnym wypadku nie zgadzają się na gołe pięści. Współpracują z nimi przedstawiciele Centrum. Żądają natychmiastowego złożenia broni, podporządkowania się nowym znakom na moście, zamknięcia świątyni, nauczania starogreckiego w szkołach. W przyszłości musimy zgadzać się ze wszystkimi wydawanymi przez nich decyzjami. Takie są ich warunki. "Nie myślicie chyba, że ja generał będę walczył na pięści z waszym dowódcą, gdy za mną stoją zagrzewane do walki oddziały doborowych żołnierzy, wyposażone w nowoczesną broń", powiedział jeden z Goryli, "I tak wygrywamy, jeszcze kilka dni i nie będzie po was śladu". Lekuśki był zmartwiony. Przygnębiające myśli go opadły. - Nie mogę przyjąć tych warunków. Całe moje życie straciłoby sens. Przewróciłby się świat moich wartości. - Walczymy więc dalej? - pytał Maksymilian. - Nie, nie. W tej chwili nie zwyciężymy, zbyt dużo strat ponieśliśmy, zaprzestajemy walki. Przejmujesz dowództwo, Maksymilian. Podpiszesz warunki kapitulacji. Ja wycofuję się z miasta, znam podziemne korytarze, wyjdę na zewnątrz. Lecz wojna nie skończona, wrócę z posiłkami, zrzucimy gorylowe panowanie, obalimy władzę Amarantusa. Lekuśki opuścił miasto, Maksymilian podpisał warunki kapitulacji. Przyjaciele, członkowie rodzin z ulgą przyjęli zakończenie walk. Ustały straszliwe bombardowania, Marabuty opuszczali kryjówki, wychodzili na zniszczone ulice, otrzepywali zakurzone, pomięte ubrania, po długotrwałym wdychaniu zaduchu podziemnych pomieszczeń zachłystywali się świeżym powietrzem, przymykali oczy przed zaistniałą nagle jasnością. Wygłodzeni zachłannie rzucali się na kotły z gorącą zupą i ziemniakami, przywiezionymi przez Goryli. Przedstawiciele Centrum poszukiwali Lekuśkiego, dopytywali się o niego. Jako przywódcę chcieli go osądzić i z pewnością posadzić w areszcie. Nikt jednak nie wiedział gdzie przebywa pułkownik, po kilku dniach zaniechano poszukiwań. Nastały ciężkie czasy dla zwyciężonych. Co prawda mieli co jeść i pić, lecz musieli zrezygnować z poprzedniej niezależności. Goryle byli bardzo podejrzliwi, transporterami opancerzonymi objeżdżali zamieszkane przez Marabutów rewiry, patrole policyjne bez uprzedzenia kontrolowały ich domy i mieszkania. Najmniejszy nawet objaw niezadowolenia był odpowiednio karany. W szkołach dominował język starogrecki. Każda książka czy zeszyt w greckim języku, każde podejrzanie brzmiące słowo, były piętnowane przez tajnych agentów przeciwnika. Mały kościółek ogrodzono podwójnym drutem kolczastym, okna i drzwi zabito deskami, przygotowywano plany rozbiórki. Marabuty chodzili do olbrzymiego, ceglanego kościoła, tam modlili się, razem z Gorylami. Podejrzliwość i strach panowały wśród nich, rzadko kto próbował łamać prawa i nakazy ustalane przez urzędującą administrację. - No cóż, przegraliśmy - tłumaczył zrezygnowany Maksymilian - powinniśmy się podporządkować, przyzwyczajać do teraźniejszości, zapominać o przeszłości. Opór na nic się nie zda, może tylko zaszkodzić. Jesteśmy słabsi, musimy wykonywać polecenia silniejszych. Marabuty czynili i postępowali według tych zaleceń, podporządkowywali się transporterom opancerzonym, podejrzliwym policjantom i gorylowym tajniakom. Uczęszczali na msze w nieprzytulnym kościele, uczyli się starogreckiego, odbudowywali zniszczoną podczas walk dzielnicę. Jeszcze na początku, gdy trudno było znieść nowe porządki, oczekiwali powrotu Lekuśkiego, ufali jego zapowiedziom rychłego wyzwolenia. Minął jednak rok, drugi, trzeci, biegły następne lata a on się nie zjawiał. Powoli zapominali o nim.
Byli dowódcy popijali napoje u Maksymiliana, gdy ktoś otworzył drzwi. Nikt z nich początkowo, w chudej, zarośniętej postaci, odzianej w długi, podarty płaszcz, nie rozpoznał wojowniczego pułkownika. On przypatrywał się im uważnie, zdejmował powoli okrycie. - Lekuśki - zakrztusił się Maksymilian - Ty, ty jeszcze jesteś, jeszcze istniejesz? On podszedł do stołu, siedzący machinalnie zdjęli z niego nogi, powstali z foteli. Lekuśki skosztował napoju. Rozglądał się po umeblowanym pokoju, kiwał głową. - Dobrze wam tutaj. A ja widziałem naszą świątynię zrujnowaną, chwastami porośniętą, drutem kolczastym zagrodzoną. Tak już zostanie? Nie słyszałem na ulicach naszego języka, tylko starogreckie szwargotanie. Czy już o nim zapomnieliście? - Nie miej do nas pretensji, Lekuśki - odpowiadał lekko zdeprymowany Maksymilian - na ulicach nieprzyjacielskie patrole, zamykają ludzi, grożą, biją. Agenci wsłuchują się w nasze rozmowy, kontrolują nasze kroki. Nie jest nam lekko. Zostaliśmy zmuszeni do modlitwy w obcym kościele, do nauki innego języka. Ulegliśmy. Przyzwyczajamy się powoli. Nie przyszło to łatwo lecz chcemy żyć w miarę spokojnie, zachować minimum poczucia bezpieczeństwa. Boimy się cierpień i prześladowań, zbyt dużo ponieśliśmy ich w przeszłości. - I co, tak już zostanie na zawsze, na wieki? - ironicznie zapytał pułkownik. - Przegraliśmy Lekuśki, podpisaliśmy kapitulację. Słuchamy się Goryli, wykonujemy ich polecenia, nie przeciwstawiamy się, nie drażnimy, pragniemy żyć z nimi w zgodzie. - Przegraliśmy walkę, lecz wojna toczy się dalej. Nie po to stanąłeś na czele szczepu, by ulec całkowicie i złożyć bezradnie ręce. Miałeś tworzyć pozory pojednania, a w rzeczywistości toczyć bezkompromisową wojnę o przywrócenie naszych podstawowych wartości, kościoła i języka. - Czy musimy? Czy musimy walczyć i cierpieć? Czy musimy posiadać własny kościół i swój język, przy tym cierpieć w beznadziejnej walce z silniejszym przeciwnikiem, skazani na męczeństwo? Walka spowoduje, że nie tylko stracimy kościół i język ale też nas unicestwią. I nas już nie będzie. - Musimy walczyć! - krzyknął zirytowany pułkownik - właśnie walka powoduje to, że wciąż istniejemy, że jesteśmy Marabutami. Inaczej staniemy się Gorylami. Ty nim już jesteś, Maksymilian. Przesiąknęliście ohydnymi Gorylami, ty i tobie podobni. One siedzą już w was. Nie spodziewałem się, że zastanę taką sytuację. Myślę, że jeszcze nie jest za późno, by ratować nasz szczep. Maksymilian poczuł się obrażony. - Goryle też są ludźmi, takimi samymi jak my. Myślą i czują podobnie do nas, są wrażliwi i kulturalni, chciałbym by wielu z nas brało z nich przykład. Na te słowa Lekuśki drgnął. Odwrócił się do Samuela i Walentina. - Wy, Samuel i Walentin! Też tak uważacie? - przypatrywał im się przenikliwie. - Nie, Lekuśki, nie. My pragniemy powrotu do naszego kościoła i języka, tylko nie wiemy jak to zrobić. Na razie zgadzamy się na warunki przeciwników, lecz czekamy na odpowiednią chwilę by się im przeciwstawić. Ich kościół jest nam obcy, język nieodpowiedni. Nigdy nie damy się zmienić. Lekuśki powiedział do Maksymiliana. - Jesteś zdrajcą, Maksymilian. Sprzedałeś nasze ideały w zamian za pełny żołądek i spokojną głowę. Ze szpicli i prześladowców chcesz uczynić przyjaciół. To idź do nich, idź i módl się w ich kościele, we wrogim języku, przez całe życie. Nie możesz szerzyć swych poglądów wśród nas, nie możesz mieszać ludziom w głowach. Maksymilian nie ustępował. - Dużo z nas myśli tak, jak ja. Po przebytych cierpieniach i upokorzeniach chcą spokoju i dobrobytu, nawet za cenę utraty pewnych wartości. Ty przyszedłeś po latach, wraz z tobą przyjdzie męka i cierpienie, jeszcze większy strach i poniżenie. Lepiej byś powrócił tam skąd przyszedłeś, Lekuśki. Chcemy życie spokojnie przeżyć a nie je przeklinać. - Życie w niewoli i upodleniu nazywasz spokojnym życiem? Zniknięcie w gorylowym tyglu cię satysfakcjonuje? Jak można radować się będąc w niewoli? Jedynym naszym wyjściem jest walka, jakiekolwiek ustępstwa nie wchodzą w rachubę - zakończył stanowczo pułkownik. Lekuśki został u Marabutów, postanowił rozejrzeć się po mieście, poznać panującą atmosferę, miał pewne plany i pomysły, na razie nie zdradzał ich. Goryle dowiedzieli się o pobycie Lekuśkiego. To chyba Muflon go wywęszył, miał dobry węch i właśnie w takich niejasnych i niezdecydowanych momentach ten człowiek uaktywniał się. Opuszczał wtedy swą kryjówkę, cuchnącą suterynę. Patrole policyjne z większą niż dotychczas zawziętością kontrolowały przechodniów, agenci gorliwie rozsyłali swych informatorów i współpracowników. Maksymilian wpadł w łapy Ostrego. Muflon zawlókł go do swej piwnicy, poszarpał mu ubranie, rogami rozorał policzki, przebił wargę. - Gdzie jest Lekuśki! - zasyczał obrzydliwie, z jego ust powiało piwniczną stęchlizną. Maksymilian jakby chciał, to przez opuchniętą twarz i obrzmiałe usta i tak nie mógłby nic powiedzieć. Lecz nie przyszło mu na myśl, by wstrętnemu Muflonowi wydać kryjówkę Marabuta. Ostry chyba się tego domyślał, bo wcale nie czekał na odpowiedź. Zapach krwi go podniecił, dyszał rozochocony, serce waliło mu pod szorstką sierścią, tętnice gorączkowo pulsowały. Wbił jeden ze swych, stalowych rogów w źrenicę Maksymiliana. Galaretowata maź, zmieszana z krwią, spłynęła po twarzy. Więzień krzyczał przeraźliwie. Ostry uśmiechnął się złośliwie. Drugi róg wetknął w zdrowe oko, przeraźliwy krzyk nie ustawał. Muflon odetchnął, przez chwilę wsłuchiwał się w odgłosy wydawane przez torturowanego, później cofnął się aż do ściany piwnicy, by rozpędzonym wbić się głową w ciało Maksymiliana. Marabuty słyszały krzyki dochodzące z suteryny Ostrego. Lekuśki zastanowił się. - Maksymilian jest niepewny. Za bardzo ufa Gorylom i ich intencjom. Może zdradzić moją kryjówkę. Muflon wymusi zeznania. Ostry pastwił się nad swą ofiarą. Znajdował się w ekstazie, podniecony dawał upust swej wynaturzonej i nigdy niezaspokojonej chuci, rozpruwał brzuch, wyrywał wnętrzności, przebijał jelita, tratował członki. Zaspokoiwszy swą żądzę, na koniec jeszcze poodgryzał ręce i nogi, obciął głowę. Zarzucił strzępy Maksymilianowego ciała na swą kołtuniastą powłokę i przyniósł je do marabutowej dzielnicy. Lekuśki z niesmakiem, zza firanki, przyglądał się muflonowej postaci. Ostry domagał się od Goryli dalszych poszukiwań i pozwolenia na torturowanie podejrzanych. Goryle zgadzali się, chociaż znając krwiożerczość Muflona nie spodziewali się żadnych efektów przesłuchań. Lecz wiedzieli, że jego działalność spowoduje w szeregach Marabutów bojaźń i strach. Muflon mordował w sposób okrutny, znęcał się, masakrował stopniowo porwanych i więzionych. Był wynaturzonym osobnikiem. Marabuty brzydzili się nim i jego wyrafinownymi metodami, zarazem bali się. Muflon został tak skonstruowany, że musiał mordować. Lubił rozkoszować się innych cierpieniem, lubił wsłuchiwać się w krzyki męczonych, wwąchiwać się w zapach krwi spływający po ciele ofiary. Widok zdeformowanych ciał, poobcinane głowy, wydłubane oczy - to zaspokajało jego prymitywny, obłąkany popęd, zastępowało inne przyjemności. Taki był już styl jego muflonowego życia. Marabuty stracili kilku wartościowych ludzi. Samuel był niezadowolony. - Lekuśki, on wymorduje naszych najlepszych ludzi. Nie możemy na to pozwolić. - Tymi metodami Goryle stworzą spośród nas, wielu pogodzonych już z nimi, przeciwników. Łatwiej będzie ich można przeciągnąć na naszą stronę. - Są chytrzy i przebiegli, posługują się Muflonem, byśmy jego obwiniali i nienawidzili. - Za parę dni nadejdzie jesień. Wówczas ruszymy - zakończył rozmowę pułkownik. Marabuty nie domyślali się dlaczego mają czekać akurat do jesieni. Ostry zamordował jeszcze kilku ich przyjaciół, aż Goryle wstrzymali wydane wcześniej polecenia. Uznali, że sytuacja z Lekuśkim jest opanowana. Muflon nie protestował, czuł się zaspokojony, skrył się w suterynie. Minęło kilka dni, nadeszła jesień. Pułkownik przedstawił swój plan. - Daleko za miastem, na błoniach, pasie się wolne stado Zielonych Bawołów. Przebywałem wśród nich, rozmawiałem, poznałem ich problemy. Otóż, co jakiś czas Bawoły są niezadowoleni, podnoszą wtedy bunt. Stają się wówczas bardzo groźni, są rozjuszeni, nieobliczalni. Tratują każdego kto im się przeciwstawi, niszczą wszystko co pojawia się na drodze. Nikt nie może powstrzymać rodzących się emocji, nikt nie jest w stanie zapobiec buntowi. Są straszliwi, szaleni, zachowują się jak wulkan, jak cyklon. Mój plan przewiduje wykorzystanie tego buntu. Skierujemy nagromadzone emocje przeciw Gorylom. Bawoły stratują, zniszczą ich. My odzyskamy utraconą wolność. W tej rewolcie widzę naszą jedyną szansę. Inaczej, przez lata jeszcze będziemy uciskani. Inaczej, pójdziemy drogą Maksymiliana, powolnego wtapiania się w obce środowisko, by później zginąć męczeńsko pod rogami Muflona. Samuel zastanawiał się. Zapytał. - Dlaczego Zielone Bawoły buntują się? - Co jakiś czas powódź zalewa łąki, susza wypala glebę, nie mają co jeść, nie mają co pić. Są zrozpaczone. Nie wiedzą co robić, nie wiedzą jak żyć? Wtedy buntują się. Część ich niestety ginie. Nie mają jednak innego wyjścia. Chcąc przeżyć jako gatunek muszą się zbuntować. Pułkownik zamilkł na chwilę, by zaraz dalej kontynuować. - W tym roku wiosenne powodzie zniszczyły młodą, wschodzącą trawę, letnia susza wypaliła pozostałe pastwiska, Bawoły nie posiadają większych zapasów. Nie będzie zbiorów, nie mają szans na przezimowanie. Teraz wybuchną, jestem pewien. Musimy to wykorzystać, na następną okazję możemy długo czekać. - Jak chcesz ich poprowadzić przeciwko Gorylom? Jak przekonasz stado by nam pomogło? - Rozmawiałem już z nimi na ten temat. Spytałem się, czy jak będą się buntować, to czy możemy przyjść i wykorzystać ich bunt do naszych celów? Obiecałem zieloną trawę i źródlaną wodę. Zgodzili się, przystali na moją propozycję. Odpowiedzieli, że jak przyjdzie czas buntu to powinienem się zgłosić. Plan Lekuśkiego rozpalił emocje wśród przedstawicieli zniewolonego szczepu. Według pułkownika wolność znajdowała się tuż, tuż, za rogatkami miasta, wystarczyło pokierować buntem Zielonych Bawołów. Samuel jednak miał wątpliwości. - A Amarantus? Przyśle posiłki, wzmocnienia. Goryle stłumią bunt, Bawoły nie dadzą rady. - Nie, nie - zaprzeczył pułkownik - to nie takie proste. One buntowały się już wiele razy i nikt nie interweniował. Za każdym razem pozwolono im się zbuntować. Domyślam się tylko, że Bawoły dysponują niesamowitą bronią a w Centrum boją się skutków jej działania. Nie wiem gdzie jest ukryta ta broń i jak wygląda, mniemam jednak, że posiada straszną siłę rażenia. Do tej pory Zielone Bawoły są wolnym stadem, nikomu niepodporządkowanym. Centrum znosi cierpliwie ich bunty, nie reaguje. Nikt ich nie drażni i nie prowokuje. Muszą mieć coś niesamowitego. Dlatego też, teraz nie obawiam się reakcji głównego Amarantusa. To jest okazja, by zerwać żelazną obręcz gorylowego ucisku. Lekuśki przekonał Marabutów, zgodzili się przyjąć jego plan. Wyruszono do stada Zielonych Bawołów.
Gdy tam doszli, zobaczyli pastwiska wypalone i rowy odwodnione. Bawoły pomrukiwały złowrogo, nerwowo stąpały po wydeptanych łąkach, przeżuwały resztki siana z zeszłorocznych zapasów. - Przyszliśmy w samą porę, zaraz powinien wybuchnąć bunt - Lekuśki był zadowolony. Podeszli bliżej. Od stada nadlatywały
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Gomez
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…