Wróć do katalogu

Buty flisaka

Opowieść o ojcu.

Marianopublikowano 12 października 202118 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

„Zmarł Neil Armstrong, pierwszy człowiek, który postawił nogę na Księżycu.” Tak rozpoczynały swoje dzienniki wszystkie kanały telewizyjne i pokazywały niewyraźny film sprzed lat. Ta wiadomość przywołała też moje wspomnienia. Była lipcowa noc. Siedzieliśmy z ojcem przed telewizorem. Na ekranie nieostry obraz pokazywał Armstronga stojącego na ostatnim szczeblu drabinki lądownika. Kosmonauta jedną stopą ostrożnie dotykał księżycowego gruntu, jakby badał, czy się w nim nie zapadnie. Potem cofnął stopę, poczekał chwilę i zeskoczył. Nie zapadł się, stał! Stał na Księżycu! – Ile to się za mojego życia wydarzyło – powiedział wtedy ojciec. – Urodziłem się w domu krytym słomianą strzechą, a teraz oglądam ludzi chodzących po Księżycu. Minęło wiele lat i dopiero informacja o śmierci Armstronga przypomniała mi słowa ojca wypowiedziane tamtej nocy.

Ojciec urodził się jako poddany cara Mikołaja II w Wólce Drażniewskiej, bo wtedy Drażniew razem z Wólką był częścią carskiego imperium. Dom rodzinny ojca był drewniany, kryty słomą i maleńki jak wszystkie chłopskie domy tam i wtedy. Drażniew leży nad rzeką Toczną, wpadającą tu do Bugu. Ojciec opowiadał, że obydwie rzeki często wylewały niszcząc zasiewy, a woda podchodziła aż pod jego dom. Po powodzi w zagłębieniach na łąkach zostawała woda, z której grabiami wygarniano ryby. Dla dziecka połowy te były zabawą, ale jego rodzicom nie było do śmiechu, bo ich zasiewy były zniszczone. Pola było mało i stale go ubywało, bo dzieci zakładające własne rodziny, musiały dostać po kawałku. Dlatego dzielono zagony na węższe i węższe, aż dochodziło do tego, że koń z pługiem nie mógł na nich zawrócić. Często głodowano na przednówkach, a i na niejedną wigilię były tylko placki ziemniaczane pieczone bez tłuszczu na blasze kuchni. Trzeba było szukać chleba gdzie indziej. Poszła więc jedna z sióstr ojca na służbę aż do Radomia, a on sam dorabiał jako flisak przy spławianiu drewna. Spływy ruszały spod Drohiczyna, a kończyły się pod Toruniem. Były to wyprawy zagraniczne i ojciec był dumnym posiadaczem paszportu, co w tamtych czasach na wsi było rzadkością. Flisacy na noce i niedziele przybijali do brzegu. Którejś niedzieli cumowali koło małego miasteczka i po mszy w miejscowym kościele dzielna załoga postanowiła się zabawić. Karczmy nie było, a jedyny sklep był zamknięty, bo handel w święta był zabroniony. Sklep był oczywiście żydowski. Flisacy zapukali od tyłu, a Żyd chętnie im otworzył. Podał wódkę, chleb, kiszone ogórki, kiełbasę i rozpoczęła się uczta. Kiełbasa miała jakiś dziwny smak i goście zgodnie orzekli, że jest końska. – Ty Żydzie śmierdzący! Koniną nas pasiesz? – zakrzyknęli i rzucili się do bicia. W roboczy dzień zostaliby wyrzuceni i psem poszczuci, ale Żyd obsługując ich w niedzielę, złamał prawo. Dlatego wolał sprawę zatuszować i na stół wjechała normalna kiełbasa, przyniesiona przez piękną córkę gospodarza. Potem Żyd odprowadził ich aż do rzeki, kłaniał się nisko i wziął tylko połowę należności. Praca na wodzie była niebezpieczna i nieraz ktoś wpadał pomiędzy kłody, żebra łamał, a czasem zostawał pod kłodami na zawsze. Może dlatego flisacy nie szanowali zarobionych pieniędzy, a cieszyli się młodością i światem. Jak było tak było, ale ojciec za jeden spływ zarobił na porządne, robione na miarę buty z cholewami. Bardzo dbał o te buty i jeszcze wtedy, gdy Armstrong chodził po Księżycu, stały one na prawidłach, wypastowane na błysk. Przeszła pierwsza wojna światowa i przyszła wojna bolszewicka. Ciągnęli żołnierze Tuchaczewskiego przez prowizoryczny most na Bugu na Warszawę, a potem uciekali przez ten sam most, ścigani przez błękitnych kawalerzystów Hallera. Pobiegł ojciec nad rzekę zobaczyć jak ruskich biją, ale zobaczył co innego. Hallerczycy wyłapali okolicznych aktywistów, którzy za bardzo pośpieszyli się z tworzeniem sielsowietów i spędzili ich nad wodę. Siedziało więc nad rzeką kilkudziesięciu przestraszonych i niepewnych swojego losu Polaków, Białorusinów i Żydów. Żołnierze tymczasem poili konie, kąpali się, jedli i pili wódkę. Mieli dość chleba, ale nie mieli igrzysk. Znaleźli. Jeden, już dobrze podpity, podszedł do siedzących więźniów, wybrał kilku i kazał im płynąć na drugą stronę rzeki. Dwóch zaraz zabrały bugowe wiry, ale reszta przepłynęła. On tymczasem przeszedł po moście i kazał ocalałym płynąć z powrotem. Ruszyli, ale dopłynęli tylko do pierwszego filaru. Uczepili się go i prosili o litość. Nie doprosili się. Żołnierz klął, wrzeszczał, a potem wrzucił do rzeki granat kończąc w ten sposób zabawę. Po wojnie tereny dzisiejszej Zachodniej Białorusi przypadły Polsce. Zaraz po tym poszła po Podlasiu wieść, że tam można mieć ziemi nawet po włóce lub więcej. Do tego rząd dawał jeszcze ulgi podatkowe, a wymagał tylko pracy. Podlasiacy umieli pracować, ale niewielu odważało się zostawić ojcowiznę i jechać w nieznane. Rodzice ojca, będący już wtedy po czterdziestce, zaryzykowali. Zaryzykowali i wygrali, bo ojciec nie raz wspominał, że od wyjazdu za Bug nigdy już z postem* nie jadał. Na Białorusi trafili do wsi Prudno w wołkowyskim powiecie. Okolica tam była podobna jak w Drażniewie, ale nie było rzeki i ludzie byli inni. Z dziada pradziada mieszkali tam obok siebie katoliccy Polacy i prawosławni Białorusini. Chodzili do innych świątyń, ale do tej samej karczmy, żenili się miedzy sobą i żyli w miarę zgodnie. Podlascy przybysze mówili inaczej i nawet w kościele śpiewali na inną nutę. Nie rozumieli tamtejszych porządków. Prawosławnych traktowali z pogardą, a ich dzieci śmiały się z dzieci popa. Nie byli więc lubiani przez rdzennych mieszkańców obydwu wyznań i pogardliwie nazywani Mazurami. Nawet tamtejszy katolicki proboszcz nie lubił Mazurów i z ambony wypominał im, że za mało dają na tacę. Mimo wszystko żyć się tam dało. Pracy było w bród, każda para rąk była cenna, a tu jak na złość o ojca upomniało się wojsko. Przyszło mu stawić się w Ostrołęce w V Pułku Ułanów Zasławskich. Trafił dobrze, bo konie lubił i miał ułańską fantazję. Jeszcze przed wojskiem chadzał w ulubionych butach z cholewami na zabawy do okolicznych wsi, obtańcowywał dziewczyny i bił się z tamtejszymi chłopakami. W wojsku czuł się dobrze, bo ułani rządzili w Ostrołęce. Przeganiali piechociarzy z zabaw i nie szanowali nawet oficerów innych formacji. Wracał kiedyś ojciec wieczorem z kolegą z przepustki. Obydwaj byli już wtedy kapralami, więc rozmyślnie nie oddali honorów napotkanemu porucznikowi saperów. – Stać! – zatrzymał ich oficer. – Dlaczego to ułani nie oddają honorów oficerom? – Przepraszamy, panie poruczniku – odpowiedzieli, stając na baczność. – Jest ciemno, a pan porucznik ma szychy* takie szare, że trudno szarżę rozpoznać. I cóż mógł ten porucznik odpowiedzieć, skoro jego pagony lśniły słabiej od ułańskich. Na pokazie woltyżerki ojciec złamał nogę i trafił do wojskowego szpitala. Tam poznał wachmistrza z kwatermistrzostwa i po leczeniu został przeniesiony do pułkowego magazynu. Wtedy rozpoczęły się dla niego złote czasy. – Ile wtedy zjadłem i wypiłem, tyle mojego – wspominał. – Gęba mi się świeciła i pasek u portek trzeba było popuścić. Awansował też szybciej i służbę zakończył w stopniu plutonowego. Po wojsku mógł myśleć o ożenku. Myśleć mógł, ale żonę i tak wybrali mu rodzice. W sąsiedniej wsi mieszkała inna mazurska rodzina przybyła z Suchodołu Wielkiego. Było w niej kilka panien na wydaniu. Tamtejsza głowa rodu pilnowała, żeby córki wydawać według wieku, ale jedna z nich uparła się i za nic nie chciała iść za mąż. Tymczasem następna córka doszła do lat i na wydaniu były już dwie. Pojechał ojciec w swaty do młodszej panny, choć przyszły teść nie chciał jej wydać przez kłodę, czyli poza kolejnością. Targu jednak dobito i uzgodniono, że mój ojciec weźmie młodszą córkę przez kłodę, a za to jego siostra wyjdzie za brata mojej przyszłej mamy. Nie trzeba będzie dzielić pola ani wyprowadzać z obór posagowych krów. Przeprowadzą się tylko obydwie panny młode i nawet posagowe pierzyny pozostaną na starych łóżkach. Pojechał ojciec z narzeczoną do proboszcza zapłacić za ślub i był to ich pierwszy raz sam na sam. Zapłacili ile mogli. Księdzu było to jednak za mało, bo ślub odbył się bez organów i tylko przy czterech zapalonych świecach. Ojciec nie przykładał do tego wagi, ale mama bardzo nad tym bolała i nie lubiła za to proboszcza. Tak czy inaczej, ślub się odbył i pojawiła się szansa mojego przyjścia na świat. Szansa ta została wykorzystana wiele lat później na poniemieckim Pomorzu, ale podlaska mowa i opowieści o tamtych stronach towarzyszyły mi od dzieciństwa.

Gdyb

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych