Wróć do katalogu

Camille Stocker

Ciężko jest być autorką opowiadań, do której przychodzą różne dziwne postacie, domagając się opisania... O nie napisanym fanfikcie.

Ariel, opublikowano , 25 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Przyszła do mnie o poranku.

Stałam w autobusie, a ona podeszła i przedstawiła się.

- Nazywam się Camille Stocker - powiedziała spokojnie, jakby codziennie zagadywała niczego nie spodziewających się ludzi. - No, co tak na mnie patrzysz, przecież chciałaś mnie poznać. Nie dalej jak przedwczoraj mówiłaś, że masz centralnie dość tych wszystkich rozczytanych lalusiów obojga płci - no i jestem.

- Nie używałam takiego słownictwa. A zwłaszcza "centralnie" - zaprotestowałam słabo. Przychodzi taka bez zapowiedzi i przerywa mi rozmyślania.

Owszem, myślałam właśnie o tym, że na moim ulubionym forum literackim pojawia się ostatnio tak wiele najzdolniejszych w szkole bohaterów, będących molami książkowymi i ulubieńcami najsurowszego nauczyciela, że ci zwykli uczniowie stają się przejmującą mniejszością - ale ta dziewczyna, choćby była nawet odpowiedzią na moje wewnętrzne monologi, mogłaby się pojawić w innym momencie. Albo chociaż poczekać, aż skończę.

- Bo ty w ogóle jesteś grzeczną panienką - odparła, żując gumę. - Ale jeśli szukasz kogoś mniej miłego, to nie narzekaj, kiedy ten już się zjawi. Wcale nie musiałam do ciebie przyłazić.

- Właśnie. Nie musiałaś.

Udała, że nie słyszy:

- Ale skoro jestem, to już tu zostanę. A ty o mnie opowiesz.

Zgromadzony wokół tłum ludzi nie zwrócił najmniejszej uwagi na dziewczynę, która zjawiła się znikąd. Wpatrywałam się w nią ja jedna.

Nie wyglądała jakoś specjalnie dziwacznie. Niższa ode mnie o parę centymetrów, z mocnymi kośćmi. Miała - jakże wrednie i bezczelnie z jej strony - rude włosy i zielone oczy. Zupełnie jak jedna z bohaterek stworzonych przez moją przyjaciółkę, też autorkę na tym forum. I zupełnie jak moja własna bohaterka.

- No, co tak na mnie patrzysz? Wcale ich nie przypominam. Tamte mają subtelniejszą urodę.

- A ty masz jakąkolwiek? - zmierzyłam wzrokiem jej zadarty, obsypany piegami nos, wydatny podbródek i bardzo szerokie brwi. W zasadzie {i}była{/i} ładna. Po pewnym czasie, kiedy już przywykło się do jej króciutkiej fryzurki, tego podbródka i mocnych linii szczęk. A także groźnego wyrazu, jaki nadawały jej ciemne brwi, wygięte w dziwne łuki. I do złośliwego uśmieszku, czającego się gdzieś w kąciku wąskich ust.

- Wiesz, przez moment, kiedy mówiłaś... myślałam, że powinnaś mieć gęste, falujące włosy, splecione w warkocz związany wstążką. I kosmyki tańczące wokół uszu.

- Phi - skrzywiła się. - Kiedyś miałam. Ale ścięłam.

Aha, pewnie w ramach jakiegoś buntu. Pasował do niej.

Zapytałam o to.

- Może tak, a może nie - odparła. - Nie powiem.

- To jak ja mam o tobie pisać?

Wzruszyła ramionami.

- Wymyśl coś. Mnie to centralnie nie obchodzi, czy będziesz miała ze mną jakieś problemy.

Jęknęłam ciężko. Och, w ciągu całej mojej kariery na forum HP Fanfiction na Twój.Necie zetknęłam się z wieloma kłopotliwymi bohaterami, z których najbardziej niemożliwym był chyba jedenastoletni wampir, Emil Simieur: podrzucał mi urywki swojego pamiętnika, ja publikowałam dany miesiąc, a on parę dni później znajdował w swoim bałaganie notatki, które powinny znaleźć się w wysłanym w świat odcinku. Ale żeby przychodziła do mnie postać z krwi i kości i wymagała, żebym ja jej wymyślała życiorys?

Uderzyłam głową o poręcz autobusu, krzywiąc się przy tym z rozpaczy.

- Nie jesteś zbyt przyjemna - zauważyła, opierając się o poręcz. Zdziwiłam się, że jeszcze nie wyjęła z kieszonki na piersiach papierosa i nie zapaliła go w miejscu publicznym. Może zapomniała?

- Nie chce mi się pisać. Zwłaszcza o jakichś wariatkach.

- Och - powiedziała tylko, ponownie wzruszając ramionami.

Wobec tego totalnie ją zignorowałam. Z nikłą nadzieją, że się ode mnie odczepi, wysiadłam z autobusu i poszłam do szkoły. Słyszałam za sobą jej kroki, ale się nie odwracałam.

*

Po drugiej lekcji - fizyce - jęknęłam i oparłam ciężko głowę na ławce.

Camille siedziała obok, korzystając w najlepsze z nieobecności Justyny.

- Wiesz, dziwię ci się - mruknęła. - W mojej szkole jest o wiele ciężej.

- A właśnie - podchwyciłam. - Gdzie chodzisz do szkoły?

- Zasadniczo to do polskiego liceum. Ale przecież mam występować w fanfikcie. Więc równie dobrze mogę uczyć się w Hogwarcie. Bez problemu dostosujesz realia.

- Yhy, już to widzę... Zatem Hogwart. Z czego jesteś najlepsza?

- Najlepsza? No... - zawahała się. - Z... tego...

- Aha. A w jakich czasach chodzisz do szkoły?

- Noo... we współczesnych. Razem z tym maniakiem książek, na którego ostatnio narzekałaś. Ale on jest z innego wymiaru, ja go nie chcę znać.

- Jak miło z twojej strony. Z całą rodziną będzie świętował, że cię nie spotka.

- Niewątpliwie. Co ci?

- Spać. Nie chce mi się z tobą gadać.

- Przykre - zauważyła bez cienia współczucia. Byłabym zaskoczona, gdyby je okazała.

Nie odzywałyśmy się do siebie przez następne pół lekcji.

Na niemieckim, kiedy większość klasy usiłowała za wszelką cenę nie zrozumieć nic z tego, co nauczycielka mówiła o czasie Perfekt, Camille chodziła po klasie. Oczywiście nikt jej nie dostrzegał, nie widział, jak kręci głową.

- Debile - zauważyła, kiedy wróciła na miejsce Justyny. - Nic nie kumają.

- Lenie, nie debile - zaprotestowałam. - Inteligentni to oni są.

- Jakby byli inteligentni, to by nie zadawali tak centralnie durnych pytań - odparła swobodnie Camille. - "Och, tu chyba jest błąd, dlaczego tu jest habe a potem jeszcze jeden czasownik?", i ty to uważasz za przejaw myślenia?

- Mówię ci, że lenie.

- Nie myślą. A nie myślą debile. Więc oni są debilami - powiedziała wolno i wyraźnie. - Szczere wyrazy współczucia - zadrwiła.

- Przynajmniej mnie nie nawiedzają. Ty niemiecki znasz?

- Mniej więcej nie. Jakieś tam pozapominane podstawy, miałam go w podstawówce.

- Jako ty-mugolka czy jako ty-z-opowiadania?

- I tak i tak, to nie ma znaczenia.

- Skoro tak twierdzisz... - Zajęłam się ćwiczeniem, usiłując jednocześnie wyjaśnić koleżance zasady tworzenia czasu przeszłego. Niby słuchała, co mówi nauczycielka, ale tak nie do końca. Zresztą, sama stwierdziła, że niemieckiego nie zna w ogóle.

Po lekcji zapytałam ją o imię. Dlaczego angielskie, skoro twierdzi, że właściwie jest Polką i tylko mam jej wymyślić jakiś świat.

- Zawsze nazywali mnie Camille - wyjaśniła, opierając nogi na blacie ławki. - Kamili nie uznawałam. Ani tym bardziej Kamy. Margaryna, błe!

- Ale Camille wśród rozmaitych Kasiek, Asiek i Małgosiek jest strasznie pretensjonalne.

- I co z tego? W mowie się nie czuje, a ty będziesz pisała o moich koleżankach jako o Kate, Jo i Maggie. Swoją drogą, miło że od razu centralnie odgadłaś ich imiona. Może o nich samych też coś powiesz?

- Nie powiem. Ja się teraz pouczę do sprawdzianu.

- Po kiego czorta? Twoja klasa i tak go przeniesie.

Spojrzałam na nią ponuro.

- Skąd wiesz?

- Bo nikt poza tobą niczego nie umie. Same niegrzeczne dzieci, ściągi sobie robią. Ale wolałyby odwlec.

Miała rację, niestety.

- Marcin, przeniesiesz ten sprawdzian? - w mojej szkole do nauczycieli zwraca się po imieniu, co zapewnia zmniejszenie dystansu; łatwiej wtedy klasie zwracać się do belfra z takimi pytaniami. - Na jutro? Prosimy... Marcin, no!

Przeniósł. Kartkówka będzie w przyszłym tygodniu.

Pięknie. Znowu będę robiła generalną powtórkę materiału. A pewnie zaraz urządzi nam następną.

- Chwilowo, skoro nie masz tej kartkówki, może mogłabyś napisać coś o mnie? - zamruczała Camille. - Wiesz, na wypadek gdybyś zapomniała o naszym pierwszym spotkaniu... Tylko nie zapomnij opisać moich pięknych oczu. To moja wielka duma. Chluba. I te de.

Zgrzytnęłam zębami i zanotowałam scenkę autobusową. Pomijając opis pięknych zielonych oczu.

- Ja wcale nie mam mocnych kości! - wybuchła dziewczyna, kiedy przeczytała wreszcie moje bazgroły. Jestem szczupła i zgrabna!

- Też - zgodziłam się. - Ale czytelnik natychmiast wyobraziłby sobie jakąś eteryczną chudzinę. Czymś musiałam zaznaczyć to, że eteryczność pasuje do ciebie niczym pięść do nosa.

- Albo jak do ciebie - wrodzona delikatność.

- I myśli, że jest taka fajna... - zanuciłam.

- Nie. Uważam, że wcale nie jestem fajna. I ty masz o tym napisać.

*

W domu Camille rozgościła się natychmiast. Podczytywała dłuższy czas moje rękopisy, szczególnie krytykując wampira Emila ("Aha, i ty narzekasz na jakichś lalusiów? A to zakompleksione i przemądrzałe chuchro to niby nic nie czytało?"), wypiła herbatę z mojego ulubionego niebieskiego kubka, przejrzała płyty i włączyła - o, zgrozo! - Haendla.

- Lubię barok - rzuciła.

- A mnie klasyka znudziła się trzy lata temu.

- Mi nie - dodała, podkręcając dźwięk.

- Mnie - poprawiłam, nie starając się nawet panować nad tym odruchem. Dla niej?

- Ee, tam. Przecież ja nie czytam. A ty byś mogła zacząć przepisywać. Chciałabym zobaczyć się jeszcze dzisiaj w druku.

- Nie ma szans, tusz wyszedł na Voldemorta.

- Kogo?

- Wiesz, jeśli masz być w Hogwarcie, powinnaś podskoczyć i powiedzieć: "Nie wymawiaj tego imienia!"

- No dobrze. - Podskoczyła, pisnęła cienko: "niewymawiajtegoimienia!" i oklapła na łóżko. - Lepiej? To teraz powiedz mi, kim był ten cały Volcośtam.

- Voldemort... Nie skacz aż tak wysoko... Czarnoksiężnik. Zły. Panował w latach siedemdziesiątych aż do osiemdziesiątego pierwszego, potem prawie umarł, odrodził się w dziewięćdziesiątym piątym i pewnie został pokonany w dziewięćdziesiątym ósmym, ale tego nie wiadomo, bo się odpowiednia książka nie ukazała jeszcze...

- A, to aż pięć lat temu. To ja mogłam o nim nic nie wiedzieć. Już nie będę skakała - dodała po namyśle. - To głupie. Jakiegoś starego dziadygi miałabym się bać?

- Rozsądne podejście - przyznałam, nie dodając, co myślę o takiej beztrosce w sprawach polityczno-społecznych jej nowego świata. - Ile ty masz lat?

- Piętnaście - odparła. - Skończone w maju.

- To nie możesz chodzić do liceum - rzuciłam. - Czekaj! W maju?...

- Aha, chyba dwudziestego ósmego. - Odetchnęłam z ulgą, druga ważna bohaterka mojej koleżanki obchodziła urodziny siedemnastego; a zatem bezczelność Camille miała swoje granice. - I mogę chodzić, gdzie mi się podoba. Pójść rok wcześniej do szkoły albo coś... Zresztą i tak uczę się w Hogwarcie, zapomniałaś? W Hogwarcie chcę mieć piętnaście lat.

- To czekają cię SUM-y. Egzamin - dodałam, przez moment wyglądała bowiem na zaskoczoną.

- A. To tym lepiej. Będę miała co oblewać.

- Niewątpliwie. A teraz, czy byłabyś tak łaskawa i zdjęła nogi z mojej półki z książkami?

- Nie, żartujesz?

- To ja o tobie nic nie napiszę. I w końcu się wyprowadzisz.

- Aha. Za rok. Albo coś koło tego. Ile się ciebie na ogół trzymają pomysły?

Uwaga była celna.

- Zależy, czy mi się podobają czy nie - odparłam niezobowiązująco.

- To bez problemu - stwierdziła. - JA ci się podobam.

- Kpisz.

- Nie - Camille wstała, wyłączyła Haendla i włożyła płytę z "Born to darkness". - Wyjątkowo mówię szczerą prawdę. Bądź tak miła i to doceń.

- Ale dlaczego miałabyś mi się podobać?

- Bo cię fascynuję. Po prostu. Więc lepiej zacznij pisać. Wena cię naszła, wykorzystaj to. Jeszcze cię za mnie pochwalą i wtedy mi podziękujesz...

- Przypuszczam. Że. Wątpię - wycedziłam.

*

Camille umiała jednak być uprzejma. Bez większych spięć dotrwałyśmy do wieczora. Nie przeszkadzała mi w rozmowach z innymi. Kiedy wyraziłam chłodno swoje zdziwienie tym faktem, powiedziała, że nie ma zamiaru pozwolić, by jej autorka trafiła do psychiatryka za rozmowy z urojonymi postaciami. Okazało się też, że nie ma żadnych problemów z noclegiem - ona u mnie nie może spać, nie umie, natomiast kiedy śpię ja - znika.

- To działa w obie strony, tak? - zapytałam, marszcząc brwi. - Kiedy się obudzę, będziesz pierwszą osobą, którą zobaczę?

- Zapewne tak. Ale mogę sobie iść na jakiś czas.

- Co za szlachetność...

- Prawda? Ty mnie nie doceniasz. Jeszcze. Ale może kiedyś zaczniesz.

- Mówiłaś chyba, że wcale nie jesteś fajna?

- To nie oznacza, że możesz mnie nie doceniać - odparła swobodnie.

Kiedy usypiałyśmy, siedziała na krześle przy komputerze i grała w pasjansa. Pomachała mi i chyba widziałam, jak znika, ale właśnie wtedy usnęłam. Nie wiem więc, czy to mi się po prostu nie przywidziało...

Zobaczyłam ją dopiero w szkole. Weszła do sali, kiedy zajmowałam miejsce w ławce.

- Śnił mi się niezwykły sen - oznajmiła tajemniczo.

- Przecież mówiłaś, że ty u mnie nie śpisz?

- Przestań się czepiać - zirytowała…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych