Chodzący w ciszy
Horror, a przynajmniej coś co ma przypominać horror:)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{b}„Nic nie mija bez echa, nawet cisza.”- Stanisław Jerzy Lec{/b}
Świat się zmienił, to fakt pewny i niepodważalny jak to, że ziemia jest okrągła. Nastały czasy ciszy, w których nikt nie mógł czuć się bezpieczny. Łatwiej mówiąc, nastały bardzo złe czasy. Zapoczątkowała je Wielka Ucieczka lecz właściwie ona była już następstwem wcześniejszych zmian. Podczas niej, uciekli bogowie, anioły i duchy, opuszczając niebiańskie łąki. Uciekli posłańcy boscy i mędrcy, którzy opuścili ziemskie tereny. Uciekł nawet sam szatan, gdyż dla niego nic już nie pozostało. Zostały tylko strach, śmierć i cisza. Cisza była najpotworniejsza. Strach, śmierć, cisza i ich władca. Władca, którego ludzie nazywali Chodzącym w ciszy.
* * *
W osadzie mieszkało dwadzieścia, może trzydzieści osób. Składało się na nią kilka domków krytych strzechą, teren na ognisko i dwa zakłady rzemieślnicze. Wszystko otaczała miernej konstrukcji palisada. Ludzie byli tutaj nieufni i podejrzliwi w stosunku do wszystkiego. Tak jak wszędzie indziej. I tak jak wszędzie, bali się ciszy. Był późny wieczór, kiedy się o tym dowiedzieli. Dorin, nieformalny przywódca osadników, wezwał wszystkich na ognisko. Musiał ogłosić smutną nowinę. Gdy ludzie się już zeszli, zauważył, że ich oczy były pełne strachu. Nie dziwił się temu. Domyślali się, o co chodzi. - Myślałem, że jesteśmy bezpieczni, że tutaj nie dosięgnie nas cisza...- zaczął swoim melancholijnym głosem. Odetchnął głośno. - Myślałem, że potrafimy z nim walczyć. Myliłem się...- ktoś zaszlochał. Inni rozmawiali cicho, nie tyle, by wymienić poglądy, tylko po to, by nie dopuścić tutaj braku jakiegokolwiek dźwięku. Łatwiej mówiąc, by nie dopuścić do ciszy. - Dopadł ją! Chodzący w ciszy, dopadł Mojrę!- wykrzyczał zamykając oczy. - Nie wiadomo czemu zaniemogła, ucichła i dopuściła go do...głosu. - A co z innymi? Przecież mieszkała z Gorem i resztą rodziny!- tęga kobieta siedząca najbliżej ogniska zapytała pełnym obaw głosem. - Gor mówił mi, że na chwilę wyszedł. Zostawił ją samą. Twierdził jednak, że miała lutnię, że kazał jej grać i czekać na niego... Więcej nie wiem.- spuścił głowę. Zaczęły się głośne rozmowy przerażonych ludzi. W tle grała orkiestra, która była swego rodzaju zabezpieczeniem dla wszystkich osadników. Kazano im tu siedzieć każdego dnia. Jak najdłużej. Tutaj było najbezpieczniej. Aran i jego rodzice wrócili do domu około północy. Zazwyczaj o tej porze, w osadzie kończył się dzień, a rozpoczynała się noc. Noc, która była nieustanną walką z ciszą. Usiedli przy dębowym stole, na którym stały świece, dające naprawdę mało światła. - Ja mogę dyżurować pierwszy.- odezwał się Aran. Był to około dziewiętnastoletni młodzieniec z brązowymi, długimi do ramion włosami. Niebieskie oczy nie pasowały do ogólnego wyglądu, a najbardziej do ciemnej karnacji. Prościej mówiąc, wyglądały jakby nie były jego. Jakby zapożyczył je od kogo innego. Z łatwością można stwierdzić, że nie był mocarzem, ale jednocześnie kłamstwem byłoby nazwanie go słabeuszem. - Dziecko...- matka dotknęła jego policzka. Wpatrywała się w niego czułym spojrzeniem. Do jej oczu napłynęły łzy. - Uważaj na siebie. Graj na lutni, śpiewaj, mów. Nie zapomnij o tym.- wciął się ojciec. Kobieta miała Arana za dziecko, jego ojciec, widział w nim mężczyznę. Pokiwał głową na znak, że zrozumiał. Wziął instrument leżący w szafie, przygotował śpiewniki. Nie mógł być cicho przez następne trzy godziny. - O trzeciej cię zmienię. Jakby coś się działo, nieważne co, ale bałbyś się... Obudź nas. - Nie martwcie się. Przecież dyżurowałem setki razy. - Nie słyszałeś co się stało z Mojrą?! On zabiera wszystkich ze sobą, rozumiesz? Jak nie, to zrozum... Uważaj na siebie! Proszę. - Spokojnie kochanie... Spokojnie. - Jak mam być spokojna? To, co się dzieje, na pewno nie pozwala na spokój. Boję się żyć w takim świecie. Nie chcę tak żyć. - Bzdury. Chodźmy już.- zakończył ojciec. Poszli spać, a chłopak zaczął grać piękne melodie pełne głośnych dźwięków. Do tego śpiewał cicho, czasami przepłukując gardło, a jednocześnie rozbudzając się, łykami zimnej wody. Nie mógł zasnąć, ani nawet myśleć o śnie. Taką miał rolę. Minęła godzina, która ciągnęła się bardzo długo, niczym trzymana z drugiej strony przez siłacza, który przeciąga linę. W oddali słyszał muzykę dochodzącą z innych domów. Nie mogło być cicho. Tutaj cisza wiązała się ze strachem i śmiercią. Cisza była zła. Zazwyczaj oznaczała koniec... W końcu nadeszła trzecia, do której dotrwał z wielkim trudem. Nie było jak zawsze, kiedy mógł zostać jeszcze kilka godzin, mimo zmęczenia. Teraz obudził ojca od razu. Chwilę z nim porozmawiał, po czym zasnął wsłuchując się w cichą muzykę lutni. Widać było, że coś go zmęczyło. Na pewno nie to co robił przez cały dzień, bo zawsze wyglądało to tak samo, ale to co stało się wieczorem. Strach, mimo, że nie okazywany, widocznie dopadł ich wszystkich. Niestety, ale On znów zabił. Chodzący w ciszy, znowu przypomniał im o swoim istnieniu i o tym, jak miernymi są dla niego przeciwnikami.
* * *
Aran obudził się o szóstej rano. Okna były już otwarte i swobodnie wpadały przez nie przeróżne dźwięki z zewnątrz, z muzyką orkiestry na czele. Matka nie spała już od dawna. Ojciec położył się przed chwilą, po trzygodzinnym dyżurze. Zasnął jak zabity. - Po co ty idziesz do tej pracy? Przecież i tak jesteś niezdarny i prawdopodobnie zamiast pomagać, szkodzisz temu rzemieślnikowi.- stwierdziła kobieta, kiedy zauważyła swego syna wychodzącego z domu. - No wiesz... Nie było to za miłe. - Wiem. Przynajmniej jestem szczera.- uśmiechnęła się. Zachowywała się bardzo dziwnie, nawet jak na nią. - Idź już. I pamiętaj o nas... I wcale nie jesteś niezdarny.- pocałowała go w czoło, wcześniej odgarniając stamtąd jego bujną grzywkę. Próbował coś jeszcze powiedzieć, ale ta wypchnęła go delikatnie z domu wołając coś na pożegnanie. Dziwne, pomyślał chłopak. Zanim zdążył się porządnie zastanowić, dotarł już na stanowisko swojej pracy. Zakład rzemieślniczy. Tutaj żyło naprawdę mało osób i dwa zakłady oraz kilka pól wystarczało, by zapewnić pracę dla wszystkich.
* * *
Kiedy już upewniła się, że nie wróci, zamknęła drzwi, przekręcając klucz w zamku. W sąsiedniej izbie spał jej mąż chrapiąc donośnie. Uśmiechnęła się przeraźliwie. Wygląd jej twarzy zmienił się momentalnie- z kochanej i miłej twarzy matki, w twarz obłąkanej staruszki nie w pełni wiedzącej, gdzie się znajduje. To było straszne. - Cisza... Zaraz będzie cisza na wieki... On mnie weźmie ze sobą...- szeptała przejętym głosem. Zamknęła okna. Cicho, by go nie obudzić, jednocześnie dociskając je maksymalnie mocno, by nie dochodził tu żaden dźwięk. Jednak muzyka była jeszcze słyszalna. Szybko sprawdziła pozostałe okiennice w domu uszczelniając je szmatami. Było cicho. Weszła do izby, gdzie spał on. Zamknęła drzwi. Wydały z siebie przeraźliwe skrzypienie, po którym nawet nie drgnął. Był zbyt zmęczony. Kobieta pierwszy raz usłyszała prawdziwą ciszę. Nie dochodził tu żaden dźwięk. Nawet jej szybki oddech nie zakłócał tego czegoś, czego w życiu nie spotkała. Nawet jej mąż ucichł przestając chrapać. Dla pewności przykryła mu twarz. Nie obudził się. W pomieszczeniu było ciemno. Zasunięte zasłony nie przepuszczały światła, domknięte i uszczelnione okna nie przepuszczały dźwięku. Nie bała się. Delektowała się każdą chwilą. Nie lękała się nawet gdy ściany zaczęły lekko drgać, a wszędzie stało się absolutnie cicho. Kompletnie. Było tak cicho, że bolały ją od tego uszy. - Sama mnie wezwałaś.- powiedział głos dochodzący jakby zewsząd. Spod koca wyłoniła się głowa ojca Arana. Coś krzyczał, ale nie słyszała ani słowa. Chodzący w ciszy przybył po ich dusze. - Nie lękaj się.- teraz zaczęła się lękać. Właśnie teraz, gdy głos nakazał jej, by się na bała. Wiedziała, że takie słowa nie oznaczają nic dobrego. Nie mogła pozbierać myśli. Zrozumiała, że zrobiła bardzo źle. Bała się. Spojrzała na miejsce, z którego jej ukochany przed chwilą coś wykrzykiwał. Nie było go tam. Była sama, a ciemność stawała się jeszcze ciemniejsza, jeśli można to tak określić. - Bogów już nie ma. Teraz jestem ja.- Chodzący w ciszy bawił się z nią. Śmiał się. Chciała coś odpowiedzieć, próbowała coś z siebie wykrztusić, ale nie mogła. Nie mogła wydobyć z siebie ani jednego dźwięku. - A teraz zobaczysz, jak on umiera. Zobaczysz śmierć swojego męża. Patrz!- ryknął. Powieki odmówiły jej posłuszeństwa, kiedy ujrzała Blaina, jej męża, stojącego przed nią. Oczy nie chciały się zamknąć, nie chciały spojrzeć w inną stronę. Z uporem wariata wpatrywały się w niego, czekając na śmierć duszy i ciała mężczyzny. Próbował podejść do niej. Dzieliły ich dwa, może trzy metry, ale wszystko zaczęło się od nóg. Upadł na kolana, ukazując na twarzy grymas potwornego bólu. Krzyczał w ciszy. Ona postanowiła pójść do niego, lecz coś ją trzymało i nie pozwalało się ruszać. - Patrz!- Chodzący w ciszy krzyknął jeszcze potworniej niż przedtem. Blain się rozpłakał. Ujrzała łzę, ale nie była to zwykła łza. Była to kropelka krwi, ściekająca po jego policzku. - Nie chcę...- udało jej się powiedzieć w myślach. Władca ciszy to usłyszał. - Ależ chcesz. Przecież wiesz...- odparł zadowolonym głosem. Po chwili, jej mąż miał już mnóstwo krwi na twarzy, ubraniu i rękach. Miał się tak wykrwawić- płacząc krwią. On umierał. Umierał, a jego żona, nie mogła nic zrobić. Wyciągnął rękę, próbując ją dotknąć, choćby musnąć koniuszkiem palca. Ona zrobiła to samo i złapali się. Miał zimną dłoń. Czuła potężne pulsowanie w jego całym ciele. Była to krew płynąca do głowy, do oczu. Chwilę mieli ze sobą kontakt. Przepraszała go, choć tego nie słyszał. Później upadł na twarz, a kobieta nie mogła do niego wstać. W głowie widziała scenę, jak ich uścisk rozłącza się. Patrzyła na to i nie mogła spojrzeć na nic innego. - Na zawsze...- wyszeptał Chodzący w ciszy. Nie chciała tego przyjąć do siebie. Próbowała coś robić. - Na zawsze będziecie błądzić i nigdy się nie spotkacie... Widzisz?- przywrócił jej wzrok. Blain pluł krwią. Wszystko wokół niego było pokryte czerwoną cieczą. Później skonał. Umarł w cierpieniu, próbując coś jej przekazać. - Koniec. Teraz umrzesz także ty... A później... Później będziecie błądzić po mglistych łąkach i nigdy się nie spotkacie. Twój wybór, czyny moje... Przedstawienie skończone!- roześmiał się przeraźliwie, a chwilę później kobieta nie żyła.
* * *
Aran ciął jakąś deskę używając do tego poszczerbionej, starej piły. Robił to bardzo nieporadnie i wyglądał jakby sprawiało mu to ogromną trudność. Zakład był mały. Dwa pomieszczenia, w których czwórka mężczyzn wytwarzała różnego rodzaju przedmioty. Chłopak był lubiany przez swoich współpracowników, choć każdy wiedział, że nie powinien tu pracować. Nie pasował do tych umięśnionych mężczyzn, dla których każda praca była łatwością. On miał nawet problem z przybiciem gwoździa, ale przydzielono go tutaj i tutaj musiał pracować. Nagle do środka weszła młoda, ładna dziewczyna. Była mniej więcej w wieku Arana. Rozejrzała się, patrząc tymi swoimi niebieskimi oczami po pomieszczeniu. Spojrzała na niego i machnęła długimi, złotymi włosami kierując się ku szefowi chłopaka, który był jej ojcem. - Patrz kto przyszedł.- szepnął Nayel. Był to przyjaciel Arana. Ten zawstydził się bardzo i zaczął pracować jeszcze bardziej niezdarnie. - Porozmawiaj z nią w końcu.- nalegał. Jego rozmówca był już cały czerwony - No nie dzisiaj. Jestem śpiący. - Wczoraj twierdziłeś, że... jak to było... masz jeszcze przed sobą jakieś sześćdziesiąt lat i na pewno zdążysz z nią porozmawiać.- uśmiechnął się szeroko. - Racja. Mam dużo czasu. Może jutro. - Ona wchodzi tu codziennie od półtora roku. I od pierwszego wejrzenia mówiłeś, że jutro. Może w końcu dziś? - Jutro.- zakończył wracając do pracy. Dziewczyna skierowała się ku wyjściu. Kiedy go mijała, on ze strachu upuścił narzędzie pracy. Nayel zaśmiał się przyjaźnie i uśmiechnął się do niej, oddając piłę koledze. - O widzę, że to był już pierwszy krok. Prawie na ciebie nawrzeszczała i mógłbyś
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil slawi13
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…