Chusty i papierosy...(Ja się nie żegnam. cz.3)
Czytaliście kiedyś opowiadanie od środka? Świetna zabawa, zapraszam... Czyli kolejne przygody Weroniki i jej dramatyzmu...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}Chusty i papierosy...{/i}
(...)Czerwiec, który przyszedł, był biały, przynajmniej dla Weroniki stojącej wtedy na swoim balkonie. Zmrużonymi oczyma przeglądała wyblakły od gorącego słońca świat, który zdawał się jej nierzeczywiście falować nagrzanym powietrzem. Kolejny raz ogarnęła wzrokiem nieosiągalny horyzont i nie mogła nadziwić się, w jakim stopniu lato może przypominać zimę. Zawsze uważała, że przeciwności w swej najgłębszej istocie są bliźniacze, odbicia lustrzane, jednocześnie podobne i różne. Usatysfakcjonowana obserwowała jak upał pozbawił kolorów wszystko naokoło, jakby świat był jedynie pełną foremek pracownią, z których można wylać na chwilę barwy. Na lewo - biały blok, na prawo - śnieżny przystanek i zawsze na wprost - kaleczący marmurowe niebo mleczny pałac kultury; a tylko, zresztą tak rzadkie, srebrne chmury.
Obok niej stał Marcel palący nieśpiesznie papierosa marki{i} „Lucky Strike” {/i}ze swą obojętną, głupkowatą miną, a dym wokół niego wydał się jej, w tym wyblakłym świecie, niemalże czarny, jak roztopiona od otaczającego gorąca smoła; czarny jak jej włosy. Oparł się plecami o barierkę i wpatrywał się w jakiś punkt w przestrzeni, tak się jej przynajmniej wydawało, bo na jego nosie tkwiły szerokie przeciwsłoneczne okulary-pilotki. {i}Mam swoją scenę balkonową{/i}, pomyślała i wybuchła histerycznym chichotem.
Marcel powoli odwrócił głowę i po tym jak zmierzył ją swym przeciwsłonecznym wzrokiem, wypuścił nosem dym, by w końcu podać jej w połowie wypalonego papierosa, a Weronika niemalże wystudiowanym ruchem, tak jakby umiejętność przekazywania papierosów wymagała praktyki, w taki sposób właśnie, odebrała go i subtelnie zaciągnęła się trującym dymem. Przez chwilę zastanowiła się nad tym wszystkim, nad obrazami, nad filmami, nad scenami, nad listami od niego, od Michała Roznekraca, który tak bardzo ją fascynował, którego tak się obawiała.
Pisał do niej nawet trzy razy w tygodniu, która to częstotliwość akurat ją cieszyła. Nie bała się także jego fizycznej obecności, faktu egzystencji, {i}„gdzieś”{/i}, na świecie, w Warszawie, ponieważ wewnętrznie, w swej artystycznej duszy, zakładała możliwość spotkania z nim, jako naturalne, kompozycyjne następstwo ich korespondencji. To wszystko było w jej mniemaniu w porządku. Martwiło ją wyłącznie to, że coraz częściej Michał pisał tak, jakby rozmawiał z Karoliną, z jej matką. Myślała, że rozumie reguły tej gry, jej specyfikę, ryzyko, ale zawsze jest jakaś granica, a w tym przypadku mógł nią być list napisany w całości do Karoliny, nie do niej-Weroniki. Lękała się jedynie tego, że Michał może o niej-Weronice zapomnieć.
Delikatnie i z wyczuciem wyrzuciła niedopałek. Zaraz po tym niebezpiecznie wychyliła się przez barierkę i z głową skierowaną w dół zawisła w nienaturalnej pozie, by po chwili powiedzieć:
- Powinieneś stać tam. – Wystawiła teraz także rękę, którą wskazała ziemię. – Na dole. – Jej włosy falował wiatr, niczym czarną banderę; czarna bandera w wyblakłym świecie.
- Teatr elżbietański? – Mruknął ironicznie pod nosem Marcel.
- No proszę. – Prychnęła. – Jednak potrafisz myśleć. – Weronika, szybka i nieustępliwa, jak antyczny gladiator, miała zły humor i pragnęła, by wiedział o tym cały świat.
- Ach. – Beznamiętnie westchnął Marcel, w końcu wszystko było mu zupełnie obojętne. – Przy tobie przecież wszystko jest takie teatralne.
Gdy skończył, jak na swoje warunki, imponujących rozmiarów przemowę, Weronika gwałtownym ruchem, tak, że przez chwilę sprawiała wrażenie jakby spadała w dół, szarpnęła barierką i powróciła do pozycji stojącej. Przyłożyła swoje lekko połyskujące od kropelek śliny usta do jego ucha, zupełnie jakby chciała zdradzić swą największą tajemnicę i z furią w oczach, w głosie, w całym ciele, powiedziała:
- Dramatyczne…
- Sztuczne. – Krótko podsumował. Marcel był już znudzony ciągłym słuchaniem jej teorii i o ile niektóre inscenizowane przez nią eksperymenty były naprawdę podniecające, o tyle gadanina ta wydawała mu się zupełnie bez sensu.{i} Tego typu rzeczy powinna mówić jedynie w łóżku, wtedy to działa{/i}, pomyślał i dodał:
- Nawet nie masz pojęcia, co to jest dramat… – Marcel mniej-więcej myślał, o co, bynajmniej, zupełnie nie posądzała go Weronika, tym bardziej, że jego twarz ciągle stygła w wytrenowanej do perfekcji, głupkowatej minie.
- Powiedział pilot amerykańskiej armii… – Rzuciła słowa pełne pogardy i ironii.
- Przecież to twoja filozofia. – Bronił się pozostając ciągle w tej samej pozycji: tyłem do pałacu kultury, tyłem do Warszawy. – Chodzi o stworzenie obrazów, pojedynczych sekwencji na taśmie filmowej. Tak? – Emocje i zaangażowanie, choć wątłych rozmiarów, jednak zawsze jakieś, akcentował jedynie zmianą intonacji głosu, niczym najlepszy aktor.
Nagle, niczym drapieżna kocica, Weronika gwałtownie skoczyła w jego kierunku. Stanęła przed nim w prowokującym rozkroku, obejmując go ciepłymi, napiętymi udami, mocno chwyciła go za koszulę, potrząsnęła i przechyliła przez barierkę. Niespokojnie spojrzała Marcelowi w zasłonięte okularami oczy, ale jego twarz ciągle pozostawała zupełnie obojętna, co jeszcze bardziej ją rozwścieczyło i wreszcie wybuchła:
- Nigdy nie zrozumiesz tej filozofii! – Gorący, wilgotny wiatr bezwładnie rozwiewał jej białą sukienkę oraz czarne jak rozgrzana smoła włosy i Weronika, niczym falująca zjawa, stała tak na balkonie jednego z tych bloków na Mokotowie, szarpiąc i niebezpiecznie przechylając swą ofiarę. Wciąż, ociekając furią i pasją, krzyczała:
- Całe życie przesłaniają ci jakieś duchowe, czarne pilotki i nie jesteś w stanie pojąć istoty rzeczy. Nosisz amerykańskie pilotki, palisz amerykańskie „Lucky Strike’i”, te same, co amerykańscy żołnierze i myślisz, że już jesteś jednym z nich. To tylko głupie rekwizyty! Gówno, a nie obraz! – Gdy skończyła, zamknęła oczy, wciąż trzymała jednak Marcela za koszulę i wtedy przez jej głowę przeleciała nieokreślona plątanina listów, obrazów i słów.
Przypomniała sobie, co pisał o tym balkonie Michał.{i} Często staliśmy tam paląc i marząc; w tej kolejności właśnie. Masz tam naprawdę świetny widok na…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil erazmus
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…