Cicha inwazja - czterdzieści lat później
Inne kontynenty milczą, więc Bariera przestaje być potrzebna. W tym czasie Riikka Sorensen dorasta i zaczyna marzyć o zorganizowaniu wyprawy do Ameryki na wzór Kolumba.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
− Hej, ho! Wzburzone wody Kanału La Manche kołysały kruchym żaglowcem jak łupiną orzecha. Wysokie spienione fale przelewały się od czasu do czasu przez pokład, wywołując popłoch wśród szczupłej załogi, lecz kapitan jednostki zdawał się nie zwracać żadnej uwagi na zagrożenie. Kapitan był, gwoli ścisłości, kobietą. Dziewczyna stała na pokładzie pewnie, rozstawiwszy szeroko nogi, wzorem doświadczonych wilków morskich, do których się zresztą, pomimo młodego wieku, zaliczała. Jasne włosy splotła w dwa grube warkocze, które furkotały teraz zawadiacko na silnym wietrze. Niebo nad cieśniną było całkowicie zaciągnięte ciężkimi chmurami o barwie stali, porywisty wicher igrał bezlitośnie z morzem i zawodził odwieczną melodię, zmuszając ludzi do pozostania w domach, lecz przynajmniej nie padało. Mała to była pociecha dla garstki śmiałych żeglarzy, nawykłych do bezwzględnego posłuszeństwa złotowłosej pani kapitan, która tak lekkomyślnie ryzykowała życiem własnym i swoich ludzi. − Hej, ho! Chcecie się spróbować? I kto mocniejszy, mądrale? Tych słów dziewczyna nie kierowała wcale do swojej załogi. Nie kierowała ich też pod adresem załóg innych statków, pomijając fakt, że jej drakkar był jedynym, który odważył się żeglować po Kanale La Manche podczas tak silnej wichury. Otóż ryzykantka wygrażała zaciśniętą pięścią skalistym wybrzeżom, przepływając pomiędzy Calais a Dover niczym mityczny Odyseusz pomiędzy Scyllą a Charybdą. Nie czyniła tego zresztą po raz pierwszy, lecz może setny, poszukując w tym trochę niemądrym wyczynie przygody i chwały. Kanał mierzył w najwęższym miejscu zaledwie trzydzieści dwa kilometry. W pogodny dzień podróżni nie zdążali jeszcze stracić z oczu lądu, a już po przeciwległej stronie pojawiał się w zasięgu wzroku drugi brzeg. Ten akurat dzień do pogodnych się nie zaliczał. Kanał La Manche, będący ważnym szlakiem morskim Europy, łącząc północ z południem kontynentu i stanowiąc najwygodniejszy pomost pomiędzy Europą kontynentalną a Wyspami Brytyjskimi, miewał też swoje kaprysy. Warunki żeglugi nie należały tutaj do najłatwiejszych, a często występujące burze i mgły powodowały, że kursy promów odwoływano z dnia na dzień, a niekiedy nawet z godziny na godzinę. Sytuację w dużym stopniu ratował przebity pod jego dnem tunel. Tam właśnie przekierowano niemal cały ruch, pozostawiając drogę morską pasjonatom żeglugi oraz kolekcjonerom urokliwych widoków i mocnych wrażeń, ceniącym raczej przygodę niż wygodę. Takim, jak Riikka Sorensen. Pojedynczy prostokątny żagiel, pod jakimi żeglowali średniowieczni morscy rozbójnicy, Wikingowie, wydymał się na wietrze do granic możliwości. Dziób stateczku przechodził płynnie w długą szyję zwieńczoną smoczą paszczą, a rufa stawała się smoczym ogonem. Takie statki zwano w minionych wiekach drakkarami, smoczymi okrętami. Na obu burtach wymalowano czarną farbą nazwę statku. Brzmiała ona {i}Grimsoy{/i}, a była to także nazwa jednej z wysepek na dalekich Lofotach, na której dziewczyna spędziła sporą część życia. Młody mężczyzna otworzył drzwi nadbudówki, wychylił się połową ciała, oparł dłońmi o deski pokładu i przekrzykując wichurę wciskającą mu słowa z powrotem do gardła, zawołał: − Riikka! Schowaj się! − Nie! – odkrzyknęła. – Dobrze mi tutaj! Zostanę! Chłopak mocował się przez chwilę z wiatrem, chcącym wyrwać z jego rąk, a może i z zawiasów, drewniane drzwi budy. W końcu udało mu się je zamknąć i schronić ponownie w mesie, w miejscu choć trochę przytulniejszym od omywanego zimnymi falami pokładu. A dziewczyna, lekceważąc zagrożenie bycia zmytą w odmęty, śmiała się radośnie na cały głos. Potrzebowała tego. Nie umiała żyć bez wyzwań, bez ryzyka, bez srogiego, niemal nadludzkiego wysiłku. Tego domagało się jej silne, zahartowane ciało, a także duch, jaśniejący w niej z całą siłą jak wieczny płomień. Rozmiłowała się w potędze natury i w reliktach przeszłości, ożywiała je z pasją graniczącą z obsesją, lekceważąc zdobycze nowoczesności. Nie wyposażyła swojego {i}Grimsoya{/i} w silnik, zdając się na siłę wiatru, a podczas ciszy morskiej zmuszała załogę do wiosłowania, nie oszczędzając samej siebie. Była prawdziwym Wikingiem, urodzona jakby o tysiąc lat za późno, powtarzała: − Skoro im to wystarczało, by docierać do zachodnich krańców świata, czemu nie miałoby wystarczać nam? Sięgnęła do szyi, wyjęła spod bluzy srebrny łańcuszek i ucałowała z czcią to, co z niego zwisało. Nie był to bynajmniej krzyż. To, czemu Riikka oddawała tak wielki szacunek, wyglądało jak mały młotek. Było to wspomnienie mitycznego Mjollnira, wspaniałego młota Thora, boga piorunów i błyskawic, wiatrów i burz. Uważała Thora za swojego opiekuna i sprzymierzeńca i wierzyła w niego gorąco. Zważywszy na tryb życia, jaki prowadziła, potrzebowała jego opieki o wiele bardziej niż miłości Jezusa Chrystusa. Jako najmłodsze, najukochańsze dziecko wychowała się na kolanach swej matki Ariny, do bólu rozkochanej w nordyckiej mitologii i naukowo się w niej specjalizującej. Od najwcześniejszych lat Riikka nasiąkała skandynawskimi baśniami i legendami. O ile jednak dla Ariny opowieści o dawnych bogach i bohaterach były jedynie wielką i najważniejszą pasją, czymś, co nadaje życiu smak i sens, lecz nie staje się wiarą, o tyle Riikka uczyniła ze starych wierzeń swą religię. O ile dla matki zapowiedź końca świata i wielkiej bitwy sił dobra z siłami zła, Ragnaröku, była jedną z ulubionych i najbardziej ekscytujących przypowiastek, o tyle dla córki było to coś, co pewnego dnia zwyczajnie się wydarzy. Zarażana dzień po dniu entuzjazmem matki, wyuczona imion Thora i Odyna znacznie wcześniej, niż w szkółce niedzielnej poznała imiona świętych, nie umiała już przyjąć żydowskich ksiąg jako swojej wizji świata. Gdy Arina pojęła, co wybrała jej córka, było za późno, by zawrócić ją z tej dziwnej drogi. Przez pewien czas obwiniała się za swoje samolubne pragnienie, by podzielić się z Riikką wszystkim, czym sama żyła. Potem dała spokój, uznając prawo Riikki do odrębności, także w sferze wiary. Tym bardziej, że jedna z bliźniaczek, Anna, również była – w dawnym tego słowa rozumieniu – poganką. Tak więc przeprawiała się przez Kanał La Manche po raz może pięćdziesiąty, może setny. Czasy, w których żyła, nie obfitowały, niestety, w okazje do dokonywania wielkich czynów. Co więcej, nikt się ich po niej nie spodziewał.
* * *
Riikka Sorensen miała już lat trzydzieści. W bardzo młodym wieku zrezygnowała z pokonywania kolejnych stopni drabiny edukacji. Akt ten miał wyrażać bunt wobec stylu życia rodziców i starszego rodzeństwa – a przynajmniej jego „większej połowy” – którzy lwią część swojej młodości i dojrzałości strawili na pochłanianiu kolejnych porcji wiedzy, doskonaleniu kompetencji w swojej wąskiej dziedzinie i umacnianiu kariery zawodowej. Tę młodziutką, pragnącą chodzić własnymi ścieżkami dziewczynę mierziła sama myśl o robieniu „kariery”. Nie chciała być zamkniętym w czterech ścianach urzędnikiem, pracownikiem naukowym bądź specjalistą, z nosem przyrośniętym do książek i oczami załzawionymi od ciągłego wpatrywania się w monitor komputera, marzącym wciąż o wakacjach na łonie natury, lecz w gruncie rzeczy nie potrafiącym wśród niej żyć. Odrzuciła wszystko to, czego inni ludzie pożądali jak powietrza i chleba. W wieku osiemnastu lat, natychmiast po zdaniu matury, rozstała się ze szkołą i wyjechała na Lofoty. Tam zaciągnęła się na jeden z rybackich kutrów. W surowych arktycznych warunkach, wśród ścinającego krew w żyłach mrozu, w ciemności polarnych nocy, wysysających z ludzi wszystką radość, pracowała fizycznie razem z mężczyznami, spluwając w zziębnięte dłonie i przeklinając jak oni. Nie żądała dla siebie taryfy ulgowej. Dla tych, z którymi przyszło jej dzielić życie, była najwierniejszym towarzyszem, lecz nie kandydatką na żonę. Kilkakrotnie miała okazję ułożyć sobie życie z mężczyzną, bo była piękna i budziła miłość, lecz nie wykorzystała żadnej z tych okazji, wybierając niezależność. Mieszkała sama w małej chacie, żyjąc bardzo skromnie. Kupowała tylko to, co niezbędne do przeżycia, resztę zarobionych pieniędzy odkładając w banku. Bardzo ceniła sobie bliski związek z dziką, zapierającą dech w piersiach swym pięknem przyrodą północnego skrawka Norwegii. Nie pogłębiała związków z ludźmi, zadowalając się przelotnymi przygodami seksualnymi z młodymi mężczyznami, którym niczego nie obiecywała. Całą więc mocą duszy przylgnęła do wszystkiego, co ją otaczało. Żyła w intensywnym związku ze światem, każdym zmysłem chłonąc jego wspaniałość. Trwała w ciągłym skupieniu i natężeniu duchowych sił, które nie było niepokojem, a raczej bezustannym zamyśleniem. Kochała takie życie i za nic w świecie nie wróciłaby do szkolnej ławy. A jednak nie wytrzymała. Nie nadawała się do tego, by wieść proste życie do późnej starości. Wzgardziła wprawdzie systemem edukacji, lecz nie była w stanie wyrzec się swego błyskotliwego intelektu. Tak jak czwórka starszego rodzeństwa, odziedziczyła po rodzicach wysoki iloraz inteligencji. Dlatego nie umiała do końca wpasować się w towarzystwo ludzi, którzy nie tylko nie wyobrażali sobie innej pracy niż fizyczna, ale nie byliby do takiej zdolni. Ogień buntu w jej sercu stał się powoli słabym płomykiem. Lofoty podarowały dziewczynie już wszystko, co mogły podarować. W jej uporządkowanym życiu wymarzone poczucie spokoju stawało się powoli nieznośną nudą. Pragnęła rozwoju, wyzwań intelektualnych. Nauczyła się wyciągać sieci i oprawiać ryby, lecz nie stała się narzędziem do wykonywania tych czynności. Nie rozumiała przyziemności swoich towarzyszy, a oni nie rozumieli trawiącej ją żądzy poznania. Ostatecznie wytrwała na Lofotach jedenaście lat. Nie zdobyła się na powrót do Trondheim, do rodziców, i przyznanie, że popełniła życiowy błąd. Za odłożone w banku pieniądze kupiła stary kuter rybacki, wyremontowała go i przebudowała tak, by przypominał średniowieczny drakkar. Nazwała go {i}Grimsoy{/i}, a było to imię wyspy, na której mieszkała. Pod pokładem stateczku urządziła dla siebie mieszkanie. Drakkar stał się jej domem. Statek Riikki nie był naturalnie prawdziwym drakkarem, smoczym statkiem, na jakich wiele setek lat temu Wikingowie wyruszali na podbój Europy. Zasługiwał na tę nazwę głównie z powodu dekoracji, a nie funkcjonalności. Był od dawnych drakkarów znacznie mniejszy, nadawał się świetnie na przybrzeżne wycieczki, ale nie na dalekomorskie rejsy. {i}Grimsoy{/i} był po prostu kutrem rybackim, który spragniona wrażeń Riikka zakupiła, wymontowała silnik, zastępując go kilkoma parami wioseł, i wystylizowała na średniowieczną modłę, by bawić się w odkrywcę. Z początkiem wiosny udało jej się zwerbować czworo młodych, spragnionych przygód ludzi, z którymi wypłynęła w nie kończący się rejs po oblewających Europę morzach. Wciąż miała pieniądze, za które wyposażała swój statek i utrzymywała załogę. Letnie dni upływały jej beztrosko. Żeglowała, wygrzewała się na pokładzie w promieniach słońca, dumała o harmonii bytu, niekiedy gawędziła ze swoimi nowymi przyjaciółmi. Jednego z chłopców zapraszała czasami do swojej kajuty i odkrywała z nim uroki cielesnych rozkoszy. W świetle dnia nie wyróżniała spośród reszty załogi, dając mu jasno do zrozumienia, jaki charakter ma łącząca ich relacja. Na co dzień posługiwała się językiem norweskim i ten właśnie język uważała za swój ojczysty. Większość ludzi, których spotykała na swojej drodze, była Norwegami. Uważała sama siebie za Norweżkę, lecz duch słowiańskiego narodu, z którego wywodziła się jej matka, tlił się w niej uparcie. Łączyła w sobie skandynawską praktyczność z polskim romantyzmem w sposób, w jaki jeszcze nikomu nie udało się tego dokonać. Była pragmatyczna i nierozsądna, konsekwentna i impulsywna. Potrafiła całkowicie skupić się na codziennych zajęciach, lecz nie stroniła także od głębokiej duchowości. Raz po raz rzucała się w ogień ciałem i duchem, nie przestając marzyć. Oprócz norweskiego znała polski, którego nauczyła ją w dzieciństwie matka. Używany kilka razy do roku język erodował w jej pamięci bardzo szybko. Gdy cumowała u południowych wybrzeży Bałtyku, porozumiewała się wprawdzie z miejscową ludnością, lecz z trudem. Mówiła z silnym akcentem, którego nie udawało jej się pozbyć. Znała też naturalnie angielski, nieoficjalny język urzędowy Zjednoczonej Europy, lecz nie mówiła nim biegle i również kaleczyła. W gruncie rzeczy czuła się najlepiej, mówiąc po swojemu. Mocno zakorzenione było też w niej to, co wspólne dla wszystkich Europejczyków. Nie lękała się świata, nie zamykała w sobie. Przepalała ją żądza objęcia myślą wszystkiego, co da się poznać rozumem i doświadczyć zmysłami. To zaś, co jest niepojęte dla śmiertelnego człowieka, poznawała siłą miłości i wiary. Dopowiadała sobie po cichutku tę brakującą cząstkę, będącą pomostem pomiędzy światem materii a światem ducha, pomiędzy ziemią i niebem. Pragnęła odkrywać i zdobywać, wspinać się na szczyty własnych możliwości, nie ustając nigdy w wysiłku i nie wygaszając wewnętrznego żaru. W czasach, w których żyła, nic już nie pozostało do odkrycia i odpowiedziano już na wszystkie odwieczne ludzkie pytania. „Odkrywała” więc wciąż te same miejsca, udając, że wyrusza na prawdziwą, daleką wyprawę.
* * *
Dla jej rodziców nieustająca „wojna”, którą Europa miała szansę przetrwać jedynie poprzez skuteczne odgrodzenie się, w sensie przede wszystkim fizycznym, od reszty świata, była czymś powszednim, o czym się nawet nie rozmawia, bo nie ma dla niej alternatywy. Uporczywe próby zniszczenia Starego Kontynentu, ponawiane przez sprzymierzone siły „reszty świata”, nie mogły się jednak powieść. Bariera wytrzymała wszystkie obciążenia, na które została obliczona przez dysponujących nadludzkim geniuszem Konstruktorów. Całą młodość Ariny i Olafa wypełniały obserwacje nieba, dokonywane po części ze skrytym głęboko lękiem, po części z zaciekawieniem. Barwne zygzaki i odległy, głuchy huk stanowiły po prostu część życia. Riikka znała więc naloty z powtarzanych wielokrotnie opowieści rodziców i sióstr, a także z własnych rozmazanych wspomnień. Ataki zaczęły tracić na sile, gdy była małym dzieckiem. Od tego czasu sytuacja wciąż się poprawiała. Upiorne błyskawice dawały się dostrzec nad głowami Europejczyków najpierw dwa czy trzy razy w miesiącu, potem kilka razy w roku, potem raz na rok, aż wreszcie ustały całkowicie. Dla ludzi urodzonych po roku czterdziestym dwudziestego trzeciego stulecia ta dziwna wojna była czymś nieznanym, a dla starszych stawała się powoli mglistym wspomnieniem. Czymś, co można odłożyć już na półkę historii. Jednocześnie do Europy przestały docierać wieści ze świata. Wcześniej informacje zawsze przeciekały sobie tylko znanymi kanałami poprzez rozmaite media. Dotyczyło to przede wszystkim wiadomości z USA, które za nic w świecie nie chciały zrezygnować z wywierania wpływu na każdy zakątek kuli ziemskiej. Rozsiewanie zaś własnej propagandy pośród zadowolonych ze swojego losu Europejczyków uważały za ich, Stanów Zjednoczonych, święty obowiązek. Począwszy od wczesnych lat czterdziestych, wieści te były coraz rzadsze i bardziej lakoniczne, by po kilku latach zupełnie się urwać. Świat poza Europą milczał. Zdawać by się mogło, że w ogóle przestał istnieć. Czyżby Europejczycy zostali na kuli ziemskiej całkiem sami, opuszczeni przez tych, którzy niedawno próbowali ich zgładzić? Ostatnie z odebranych wiadomości nie wskazywały na to, by jakaś straszliwa katastrofa dotknęła planetę. Jaka więc mogła być przyczyna milczenia? Nic łatwiejszego, chciałoby się powiedzieć, jak zbadać sytuację, ponownie nawiązując zerwane kontakty. Nie za pośrednictwem zdobyczy techniki, lecz stając z mieszkańcami innych kontynentów twarzą w twarz. Lecz Kopuła nie pozwalała na podróżowanie poza kraje Federacji Europejskiej. Poza tym pomysł zainicjowania kolejnej ery wypraw nigdy nie był rozważany na poważnie, ani w kręgach elit, ani w społeczeństwach Federacji. Żyjąc w izolacji przez dwa pełne wieki, obywatele Zjednoczonej Europy przywykli do samotności i nie pragnęli przywrócenia dawnego stanu rzeczy. Stary Kontynent nauczył się wystarczać sam sobie i nie potrzebował już sięgać na zewnątrz, by szukać potwierdzenia, umocnienia, by nieść innym ludom zagładę lub pomoc. Gwałtowne wstrząsy przemian były ostatnim, o czym marzyli Europejczycy. Trwali w swej nirwanie, otrzymanej w darze od uciekinierów z umierającej planety, starając się odsunąć jak najdalej myśl, że gdzieś, może całkiem blisko, toczy się inne, nie tak beztroskie życie. A jednak pokój wydawał się być trwały. Zagrożenie atakami z powietrza przestało istnieć, coraz głośniej i częściej przebąkiwano więc w całej Europie o rychłym wyłączeniu generatorów pola. Bariera już nie chroniła, lecz ograniczała. Nawet w tych mało bohaterskich czasach nie brakowało na kontynencie umysłów bardziej otwartych, wizjonerskich, ciekawych świata, dla których perspektywa dalekich wypraw i nowych odkryć była daleko bardziej pociągająca niż trwanie w półśnie. Tych umysłów było na razie znacznie mniej niż tych, którzy walczyliby na śmierć i życie o utrzymanie status quo. Mimo to temat wyłączenia Bariery uparcie powracał, dyskutowany na wszystkich szczeblach władzy, a także na „nizinach”, coraz śmielej. Riikka Sorensen uważnie śledziła wszystkie te wieści, gdyż temat bardzo ją interesował. Miała marzenia, dla których Bariera stanowiła przeszkodę nie do pokonania. Ze względu na samotniczy tryb życia miała utrudniony dostęp do informacji. Nie korzystała na pokładzie {i}Grimsoya{/i} z radia ani telewizji, rzadko czytała też prasę. Tym skrupulatniej zbierała wszystkie strzępy informacji podczas krótkich postojów w portach. Łamanym angielskim wypytywała o Barierę, a przede wszystkim o datę ewentualnego jej zdjęcia, każdego, kto mógłby wiedzieć cokolwiek na ten temat. Najlepszym jednak źródłem informacji była jej własna, bardzo wysoko postawiona rodzina.
* * *
Rodzina Sorensenów spotykała się w komplecie przynajmniej dwa razy w roku, na święta Bożego Narodzenia oraz Wielkanoc. Był to zwyczaj ustanowiony przez Arinę w czasie, gdy najstarsze dzieci zaczęły wyfruwać z domu. Sigrid i Magnus mieszkali ze swoimi rodzinami w Trondheim i każde z nich odwiedzało matkę co najmniej raz w tygodniu. Także Christian często zjeżdżał wraz z ojcem do domu, w którym się wychował, z Brukseli, gdzie mieszkał ze swoją partnerką. Właściwym celem tych zjazdów stała więc się konieczność ściągania Anny z Polski i Riikki z Lofotów. Teraz również siedzieli wszyscy razem przy dużym stole w ogrodzie, ciesząc się łagodnym słońcem popołudnia. Była niedziela wielkanocna. Rodzice wraz z Sigrid wrócili już z kościoła i nawet Magnus oderwał się na kilka godzin od duszpasterskich obowiązków. Riikka, Anna i Christian także spędzili ten dzień miło, spacerując po kamienistej plaży. Jedli teraz uroczyście obiad, troje z nich z partnerami u boku, Anna i Riikka samotne. Trochę dalej bawiły się na trawie z psem dzieci Sigrid i Magnusa. Najmłodsza dziewczynka składała domek dla lalek. Kiedy omówiono już bieżące sprawy każdego z członków rodziny, dysputa zeszła na aktualne wydarzenia polityczne. Należało się tego spodziewać, biorąc pod uwagę fakt, że Olaf był ważnym, wybitnym politykiem, a Christian wytrwale dreptał jego śladami. W tym roku dominował jeden temat, czyli Bariera, a raczej zarysowująca się coraz realniej możliwość jej braku. − To nierozważne. Powiedziałabym więcej: wbrew naturze – zawyrokowała Sigrid. – Bariera chroni nas od zawsze. Bez niej Europa stanie się bezbronna i narażona na wszelkie idące z zewnątrz niegodziwości. Nie możemy się tak odsłonić. − Gwoli ścisłości – wtrącił Christian – nie od zawsze, moja droga. Od mniej więcej dwóch wieków. Wcześniej utrzymywaliśmy z resztą świata regularne i bliskie kontakty. − Przypominam ci, mój przemądrzały braciszku – głos Sigrid był chłodny jak stal – że nigdy nie wychodziliśmy na tym dobrze. Gdyby to ode mnie zależało, nie pozwoliłabym na taką głupotę. Wydawało się przed wieloma laty, że przynajmniej bliźniaczki pójdą, jak to na ogół bywa, wspólną, a przynajmniej zbliżoną drogą. W rzeczywistości różniły się od siebie jak dzień i noc. Sigrid i Anna, obecnie czterdziestoletnie kobiety, to była ta sama twarz w całkowicie różnych oprawach. Sigrid została lekarką, prowadziła własną praktykę, wyszła za mąż i urodziła dwoje dzieci. Nie widziała potrzeby, by wyjeżdżać z rodzinnego miasta. W Trondheim miała matkę, brata i przyjaciół, tu było jej najlepiej. Dobrze zarabiająca, zawsze ubrana i uczesana w zgodzie z obowiązującą modą, wyglądała i zachowywała się jak prawdziwa dama. Jej młodsza o niecałą godzinę siostra Anna nosiła długą, powłóczystą lnianą szatę, przewiązaną konopnym sznurem, i rozwiane długie włosy. Latem zakładała rzemienne sandały, a zimą, na gołe zresztą stopy, skórzane, szyte na modłę dawnych Słowian trzewiki. Została kapłanką Świętowita. Zamieszkała w kraju, z którego pochodziła jej matka, wybrała swoje polskie dziedzictwo, by pielęgnować kult, który przez wiele setek lat był martwy i bujnie odżył dopiero w ubiegłym stuleciu. Jej rodzina miała ją za nieco szaloną. Pewnie działo się tak z powodu ziołowych oparów, których musiała nawdychać się co niemiara, przesiadując w chramie. Mówiła po polsku znacznie lepiej niż po norwesku. Zwykle łagodna jak dziecko, wpadała w prawdziwą furię, gdy ktoś ośmielił się pokpiwać z jej boga i jej kapłaństwa. Z drugiej strony, w chwilach wielkiego szczęścia twarz Anny jaśniała najprawdziwszą ekstazą, zdolną topić lodowce Alp. − Przemawia przez ciebie zwykłe tchórzostwo – odparował Christian. – Trochę usprawiedliwia cię fakt, że nie jesteś w tym odosobniona. Strach przed nieznanym przetacza się przez cały kontynent jak mordercza fala, którą trzeba koniecznie powstrzymać. Nie możemy zawsze kryć się jak zwierzęta w lesie. Musimy ponownie otworzyć się na świat. Nie ma już niebezpieczeństwa, więc czas zakopywać wojenne topory. − Widzę wielkie pożary, wielki głód – wymruczała Anna, nie patrząc na nikogo z obecnych. – Nieszczęścia przytłoczą Europę wielkim ciężarem, jeśli ulegniemy złej mocy. Nie wolno wyrąbywać świętych drzew. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, co zdarzało się całkiem często. Może zbyt często. Christian przekonywał gorąco o zbędności Kopuły w „tych spokojnych czasach” i o niezaprzeczalnych korzyściach, jakie przyniosłoby ponowne nawiązanie współpracy z pozostałymi kontynentami. Odwoływał się do odwiecznej odwagi i ciekawości świata Europejczyków. − Ale te pozostałe kontynenty milczą – zauważył trzeźwo Magnus. – Nie wiemy, czy ktoś tam w ogóle żyje. Nie możemy nawiązywać współpracy z nieistniejącymi partnerami. Magnus, trzydziestopięcioletni, postawny, jasnowłosy mężczyzna, był ewangelickim pastorem. Ojciec trojga dzieci, podchodził do życia bardzo poważnie, a jednocześnie pogodnie. Zaufał Chrystusowi i ze spokojem podążał wytrwale Jego drogą. Był wspaniałym mężem i ojcem, cenił sobie również bliską więź z rodzicami i rodzeństwem. Starał się ją stale podtrzymywać, co czynił czasami bardziej w duchu chrześcijańskiej jedności niż z autentycznego porywu serca, ponieważ przyjaźnił się jedynie z Sigrid. Siostra, również wyznająca wiarę Lutra, przychodziła z rodziną na niedzielne nabożeństwa do kościoła, w którym urzędował Magnus. Jej wiara była o wiele bardziej rozważna i nie tak gorąca jak wiara brata. Tym, co Sigrid stawiała na pierwszym planie, była praca zawodowa i rodzina, a więc sprawy jak najbardziej z tego świata. Wyraźnie różniła się w tym od Anny i Magnusa, a także od uduchowionej najmłodszej siostry. − Trzeba to sprawdzić – odezwała się milcząca do tej pory Riikka. − Ach, tu jest pies pogrzebany! – roześmiał się Christian. – Teraz już wiem, siostrzyczko, dlaczego tak bardzo zależy ci na tym, by Bariera przestała istnieć. Mogłabyś wypłynąć tą swoją łajbą na szerokie wody. Nic by cię nie krępowało. Riikka mruknęła coś cicho. Na jej ogorzałą twarz wpłynął lekki rumieniec. − A nawet jeśli, to co? – rzuciła wreszcie zaczepnie. − A może sama chciałbyś to sprawdzić, co, Riikka? Popłynęłabyś do Afryki? A może do Australii? No jak, siostrzyczko? Chciałabyś? – wyraźnie drażnił się z nią Christian. Przyjemność płynąca z obserwowania jej reakcji, będącej zarazem ledwo hamowanym entuzjazmem, jak i niezdarną próbą ukrycia tego uczucia, prowokowała go do dalszych zaczepek. Trzydziestodwuletni Christian również żył sprawami ziemskimi, lecz w odróżnieniu od reszty rodzeństwa otwarcie deklarował całkowity ateizm. Był człowiekiem nie owijającym w bawełnę, trochę cynicznym, zarabiającym duże pieniądze i robiącym błyskotliwą karierę. Już jako nastolatek zapragnął pójść w ślady ojca. Studiował zarządzenie projektami europejskimi na uniwersytecie w Oslo, a zaraz po studiach rozpoczął pracę w instytucjach federalnych w Brukseli. Zawsze mógł liczyć na wsparcie ze strony zasiedziałego w strukturach europejskich Olafa. Nie spieszył się do ożenku. Garściami brał z życia wszystko to, czego zapragnął, i co było do wzięcia możliwe. Przed kilkoma laty zamieszkał ze swoją belgijską przyjaciółką Anette Cheval, tłumaczką pracującą dla Parlamentu Europejskiego. Związek ten, w założeniu niezobowiązujący, wydawał się być trwały. Riikka nie lubiła drobnej Anette, może za alabastrowo białą skórę, tak różną od brązowej, wypieszczonej słońcem jej własnej karnacji. A może za zażyłość z Christianem, którego Riikka szczerze kochała. Starszy od niej tylko o dwa lata, zawsze podchodził do jej spraw poważnie. Nie uległ, jak reszta rodzeństwa, pokusie sprowadzenia najmłodszej siostry do roli małego dziecka, które nigdy nie będzie dość dorosłe, by traktować je jak partnera. Prędko zresztą nauczyła Riikka rodzinę, że nie jest już maskotką ich wszystkich. Miała prawo do podejmowania własnych decyzji. Nieważne, jak bardzo nietrafnych i nie podobającym się innym ludziom. − Tato, czy to jest naprawdę możliwe? Kiedy? – Riikka zwróciła się do Olafa, ignorując jak na razie ulubionego brata. Olaf Sorensen, w wieku lat sześćdziesięciu pięciu wciąż w pełni sił, dojrzały, lecz nie stary, o wyglądzie wzbudzającym szacunek, westchnął lekko. Potem odparł, zwracając się do całej rodziny: − To jest możliwe. Obecnie jesteśmy na etapie przekonywania ostatnich niechętnych tej decyzji rządów narodowych. Rząd Norwegii już zgodził się na ten odważny projekt. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, wyłączymy generatory najpóźniej za dwa, może trzy miesiące. Musimy za wszelką cenę uniknąć referendów. Przegralibyśmy je z kretesem. − Widzisz sam, ojcze – powiedziała z gniewem Sigrid. – Ludzie nie chcą tej zmiany, a wy przepychacie ją na siłę. Ale przecież władza, żadna władza, nigdy nie słucha głosu ciemnego ludu. Czyż nie tak, panie przewodniczący? − Sigrid – w głosie Olafa zadźwięczała nuta pobłażliwości. – Obywatele nie zawsze wiedzą, co przyniesie im w dłuższej perspektywie dobro. Czasami rządzący muszą podjąć decyzję za nich. Taka jest nasza, polityków, rola i niełatwy los. Podejmujemy kontrowersyjne, czasami niepopularne decyzje. Niewiele pozostało w nim z pełnego entuzjazmu i idealistycznie patrzącego na świat chłopaka, którego przed czterdziestu sześciu laty pokochała młoda Polka, Arina Lewandowska. Olaf wraz z upływem czasu całkowicie zżył się z pełnionymi przez siebie kolejno publicznymi funkcjami i nie uchronił przed żadnym z typowych grzechów rządzących. Może to był jeden z powodów, dla których namiętność Ariny przygasała z roku na rok. Słońce lśniło na czystym niebie jak pojedynczy bezcenny klejnot, morska bryza przyjemnie schładzała skórę. Dzieci bawiły się w trawie, od czasu do czasu wybuchały między nimi drobne sprzeczki. Riikka pozwoliła sobie na chwilę snu na jawie. Znów była na pokładzie {i}Grimsoya{/i} i wytyczała kurs. Prosto na zachód. − Zjawią się w końcu wrogowie – prorocze słowa Anny wyrwały ją ze słodkiego rozmarzenia. Kapłanka słowiańskiego boga umiała irytować ludzi. – Będą zabijać i niszczyć. Nie powstrzymamy ich...
* * *
Religia chrześcijańska nie była już w Europie kultem dominującym. Traciła na znaczeniu od wielu wieków, poczynając od okresu Oświecenia, czasów gwałtownego rozwoju ludzkiej myśli. Potem przyszła rewolucja naukowo-techniczna dziewiętnastego i dwudziestego wieku, gdy ludzkość uczyła się polegać na własnej sile i mądrości, nie będąc już zdaną na kaprysy przyrody, i wyzwalała się z oków strachu i zabobonu. Lecz ostatecznie na dalszy plan zeszła dopiero za sprawą Podróżników. Kościół katolicki utracił swą wszechwładzę, księża przestali być panami ludzkich serc i sumień. Biskupom odebrano majętności, które czyniły ich udzielnymi książętami i wielmożami. Były nawet w tych czasach osoby twierdzące, iż najbardziej znanym z ludzi, którzy ponieśli śmierć na krzyżu, i jednocześnie symbolem walki o godność i wolność każdego człowieka, był przywódca powstania niewolników w starożytnym Rzymie, Spartakus. Wiara w Jezusa Chrystusa przetrwała, lecz postawiona została na równi z wierzeniami prawdziwie europejskimi, wcześniej zwanymi pogańskimi, teraz zaś dawnymi. Te dwie wielkie rodziny kultów istniały obok siebie, nie wchodząc sobie wzajemnie w drogę. Gwałtowne odrodzenie się religii dawnych nastąpiło w pierwszej połowie dwudziestego drugiego wieku. Ich baśniowość, a także utrzymująca się wciąż w zbiorowej świadomości zła sława, przyciągały wielu wyznawców, głównie ludzi młodych, zawsze z radością przyjmujących zmiany. Dekada po dekadzie kulty dawne wyrąbywały sobie nisze w społeczeństwach, przypominając narodom o ich korzeniach, wszystkim zaś Europejczykom, poprzez kładzenie dużego nacisku na obrządki związane z rocznym cyklem przyrody, o konieczności utrzymywania ścisłego związku z naturą, zamiast wyobcowywania się z niej. Przypominały wreszcie o tym, iż ich przodkowie nie zawsze żyli według nakazów żydowskich ksiąg, mimo ich niezaprzeczalnie dużej wartości, i że nawet te księgi nie mogą rościć sobie prawa do bycia źródłem wyłącznej prawdy. Era „jedynie słusznych” prawd wszelakiego rodzaju skończyła się w Europie bezpowrotnie. Przetrwał na terenie Europy także islam, zmodyfikowany tak, by żaden z jego nakazów nie stał w sprzeczności z ogólnie przyjętymi zasadami postępowania na Starym Kontynencie. Zrównano chociażby prawa mężczyzn i kobiet. Tolerancja religijna i wolność sumienia stały się w Europie faktem, nie martwym zapisem. Nikt nie prześladował i nie zabijał z powodu odmienności przekonań. W niezmierne zdumienie wprawiała Europejczyków myśl, że takie postępowanie było w ogóle możliwe, a przede wszystkim zasadne. Jaki sens miało dręczenie bliźniego swego i odmawianie mu należnej godności tylko z tego powodu, że klękał do modlitwy przed innym posągiem? Mroczne czasy prześladowań religijnych, zastąpionych w wiekach bardziej światłych złagodzoną wersją, czyli chłodną niechęcią i ostentacyjnym demonstrowaniem przywiązania do „tradycyjnych” – czyli własnych – wartości, odeszły do lamusa raz na zawsze. Tolerancja obejmowała także bezwyznaniowców, będących w społeczności Federacji Europejskiej sporą grupą. Wolność wyznania obejmowała też możliwość odrzucenia religii. Z drugiej strony, przywiązanie do ideałów europejskiego humanizmu i uparte zaprzeczanie istnieniu siły wyższej również było pewnego rodzaju religią, którą można było wyznawać, jak każdą wiarę, na sposób umiarkowany lub gorący. Świadomy ateizm nie był tożsamy z nihilizmem, wypływającym z lenistwa i wygodnictwa, gdy odrzucenie religii było wynikiem pragnienia niczym nie ograniczonego korzystania z przyjemności życia i braku jakichkolwiek zasad. Mimo całej miłości do brata, Riikka nie była czasami pewna, czy ateizmowi Christiana bliżej było do pierwszego czy raczej do drugiego wzorca. Istnienie na szeroką skalę kultów dawnych bóstw w niczym nie zagrażało jedności Europy. Pewnie mogłyby jej zagrozić, gdyby były, jak działo się to w czasach przed „cichą inwazją”, przede wszystkim wyrazem przywiązania do etnicznych tradycji i sposobem na wyrażenie własnej odrębności na tle rodziny europejskiej. Lecz w dwudziestym trzecim wieku nic podobnego nie miało miejsca. Po pierwsze, religijność nie odgrywała w życiu większości ludzi szczególnie ważnej roli. Wyznanie stało się prywatną sprawą każdego z obywateli. Po drugie, co wynikało z pierwszego, przestało istnieć ścisłe powiązanie pomiędzy wyznaniem religijnym a narodowością i obywatelstwem. Naturalnie, większość wyznawców Thora zamieszkiwała w Skandynawii, a Zeusa – w Grecji, lecz automatyczne skojarzenia typu Polak – katolik przestały mieć rację bytu. Po trzecie, zdawano sobie po cichutku sprawę, że wszystkie te bóstwa, siły, święci i nadprzyrodzone istoty, obojętnie, jakimi nazwie się je imionami, są tylko bladym i niedoskonałym obrazem zakrytej przed ludzkim pojmowaniem drugiej strony rzeczywistości. Istniała tak naprawdę tylko jedna wiara, w to mianowicie, że świat materii nie jest jedynym, że śmierć nie kończy wszystkiego, a wręcz przeciwnie, jest kolejnym początkiem. Wszystko poza tym było niewiarą. Po czwarte, co wiązało się z trzecim, w Europie zrodziła się nowa, wspólna dla całego kontynentu religia. Kult ten wygasł bardzo prędko, gdyż nie był ani potrzebny, ani właściwy. Była to wiara w Podróżników, których istnienie zostało oficjalnie potwierdzone przez władze Federacji. Podróżnicy uznani zostali przez entuzjastów ich kościoła za potężną, opiekuńczą siłę, za wszechmocną i wszechogarniającą jaźń, a więc coś w rodzaju boga, któremu z samego faktu boskości należy się cześć. Wybudowano kościoły, ustalono porządek liturgiczny, wyświęcono nawet kapłanów, lecz religia ta przetrwała niecałe trzydzieści lat. Jej dalsze trwanie oznaczałoby zatarcie granic pomiędzy tym, co obiektywnie istnieje, a tym, co jest jedynie kwestią wiary. Poza tym nie udało się przeskoczyć paradoksu, iż modlitwa do Podróżników była w gruncie rzeczy modlitwą do siebie samych, co uznano za skrajne i odrażające bałwochwalstwo.
* * *
Nadszedł wreszcie długo oczekiwany przez Riikkę dzień, a zdarzyło się to może na tydzień przed letnim przesileniem. Prezydent Federacji Europejskiej, a był nim w owym czasie Gediminas Paksas, Litwin, wcześniej pełniący obowiązki przewodniczącego parlamentu swojego kraju, wydał zaaprobowane przez Parlament Europejski i przez rządy narodowe rozporządzenie, dotyczące wyłączenia wszystkich generatorów pola siłowego. Bariera, broniąca dostępu do Starego Kontynentu, przestała istnieć. Opinia publiczna wyraźnie się w tej sprawie podzieliła. Jedni zareagowali strachem i niechęcią, drudzy radością i ekscytacją, upatrując w tym wydarzeniu początku lepszej, a na pewno bogatszej w wydarzenia ery. Riikka Sorensen należała naturalnie do tych drugich, lecz nie cała załoga {i}Grimsoya{/i} podzielała jej zdanie. Jens oraz jej kochanek Harald optowali entuzjastycznie za zdjęciem Bariery, z kolei pochodzący ze Szwecji Jörg, a także młodziutka Sonia, prześcigali się w poszukiwaniu argumentów za pozostawieniem dawnego stanu rzeczy. Pokład drakkara stał się, wzorem całej Federacji, polem zaciekłej dysputy politycznej. Lecz Riikka nie zamierzała dyskutować w nieskończoność. Poleciła uzupełnić prowiant na żaglowcu, postanowiła bowiem, wykorzystując sprzyjające wiatry, popłynąć na zachód. {i}Grimsoy{/i} wyruszył z portu w Trondheim na drugi dzień po świętym Janie, tuż po letnim święcie, obchodzonym przez wyznających dawną wiarę Skandynawów bardzo uroczyście. Z początku czas płynął załodze stateczku bardzo miło. Słońce świeciło niemal nieprzerwanie, lecz powietrze nad morzem pozostawało chłodne. Boską ciszę mącił jedynie krzyk mew. Riikka spędzała prawie cały czas na deskach pokładu, ubrana w skąpy strój. Pozwalała słońcu rozpieszczać swoją brązową skórę, nie narzekała przy tym ani słowem na chłodną bryzę. Miała niepożyty zapas sił i zapraszała Haralda do swojej kajuty każdej nocy. Ekscytowała ją myśl, do której wstydziła się przyznać nawet przed samą sobą, lecz która nie mogła pozostać na długo w ukryciu. Gdy na horyzoncie pojawił się zarys Wysp Owczych, załoga zaczęła się niepokoić. Trzej młodzi mężczyźni i delikatna złotowłosa Sonia szeptali ze sobą za plecami nie znoszącej sprzeciwu pani kapitan, jakby się naradzając. Wreszcie, gdy {i}Grimsoy{/i} zbliżał się do pierwszej z wysepek, a bezpieczne, znajome wybrzeża Europy pozostały daleko za plecami, jakby piątka uciekinierów miała nigdy więcej ich nie ujrzeć, pozostała czwórka zdecydowała się na otwartą rozmowę z Riikką. Gdy ją zagadnęli, Riikka opierała się obiema dłońmi o reling, zapatrzona w morskie fale. Była milcząca, nieobecna, jakby wpadła w trans, z którego nic nie było w stanie jej wyrwać. Nie zwróciła z początku uwagi na przyjaciół, lecz oni nie pozwolili się zbyć. − Riikka – zaczął Harald – powiedz, dokąd chcesz płynąć? − Jak to dokąd? – spojrzała na niego ze zdumieniem. – Na Islandię. Wcześniej nie było to możliwe, ale teraz już jest. − Nie możemy popłynąć na Islandię – mówił spokojnie ciemnowłosy, dwudziestoczteroletni Harald. – Nie damy rady. Mamy zbyt małe zapasy żywności. Poza tym to zbyt daleko. Nikt tam nie pływa. − Chciałeś powiedzieć, że nie pływał do tej pory. Albo, bardziej trafnie, że od dawna nikt tam nie pływał. Ale teraz to się zmieni. Nie bądź tchórzem, Haraldzie. Nie zrezygnuję ze zrobienia czegoś tylko dlatego, że wszystkim innym ludziom brakuje odwagi, by tego dokonać. − A może to nie jest brak odwagi? – zawołał porywczym głosem Jörg. – Może to rozsądek? − Riikka, {i}Grimsoy{/i} jest zbyt mały, by wybierać się nim na Islandię – Harald nie rezygnował z tonu łagodnej perswazji. – To szaleństwo. Zginiemy. Zawracajmy. Po co w ogóle chcesz tam płynąć? − Po co? – krzyknęła. – Chociażby po to, by przekonać się, czy ktoś tam jeszcze w ogóle żyje! Nie chcę już słyszeć nawet słowa więcej o zawracaniu, rozumiecie? − Ona nie chce płynąć na Islandię – odezwał się ponuro Jörg. – Nie wierzę w tę bajeczkę. Mówiliście, że nie mam racji, a teraz sami widzicie. Ona nie poprzestanie na Islandii. Ona popłynie dalej, na Atlantyk. Aż do Ameryki. Jest kompletnie szalona. Taka jest prawda. Teraz może to zrobić i pewnie zrobi. Sonia ukryła twarz w dłoniach i zaszlochała bezradnie. − Och, wracajmy, proszę, wracajmy! – krzyknęła. − Riikka, posłuchaj – odezwał się znów Harald. – Zawrócisz natychmiast {i}Grimsoya{/i} na wschód. Zrobisz to, gdyż w przeciwnym razie zrobimy to sami. Tym razem nie możemy być ci posłuszni. Jeżeli będziesz się upierała przy swoim, zwiążemy cię. Wiem, że jesteś silna, ale wszystkim naraz nie poradzisz. Nie masz wyboru. Przez kilka nieskończenie długich chwil patrzyła na niego z złością w oczach, jakby nie dowierzając, że nie śni. Wreszcie powiedziała: − Dobrze. Zawracajcie. Płyniemy do Kopenhagi. Odeszła, nie patrząc na nich. Zbuntowana załoga odniosła triumf, strach wziął górę nad odkrywczą pasją. Jej autorytet dowódcy nawet jeśli nie upadł, to na pewno znacznie z powodu tego incydentu ucierpiał. Lecz tak nie będzie zawsze, poprzysięgła sobie w duchu. Pewnego dnia uda jej się popłynąć na zachód. Na naprawdę daleki zachód.
* * *
Dwie z trzech córek Ariny podążyły przetartym na nowo szlakiem. Anna wyjechała do Polski w wieku dwudziestu dwóch lat, przerwawszy studia. Sposób, w jaki rodziły się jej przekonania religijne, był bardzo podobny do duchowej drogi, którą przebyła Riikka. To, co miało być jedynie pasją i przedmiotem studiów, stało się światopoglądem, najgłębszym przekonaniem. Anna wybrała swoje polskie dziedzictwo. Zamieszkała w świątyni, gdzieś na Kujawach, pośród cichości lasu, spokoju traw i nieba. Oddała się na służbę bogu Świętowitowi, nazywanemu też mylnie Światowidem. Posąg boga miał postać olbrzymiej, człekopodobnej istoty o czterech twarzach. W prawej ręce trzymał róg, który kapłanka napełniała winem podczas święta Libacji w celu odprawienia wróżb. Uważany był przez wyznających dawną wiarę Słowian za boga najwyższego – pana niebios, lasu, słońca, ognia, urodzaju i wojny. Jego imię tłumaczyło się ze staropolskiego „Świętowity” jako „Wiecznie Święty” Dni i lata upływały córce Ariny na modlitwach, składaniu darów przed posągiem, podtrzymywaniu świątynnego ogniska, odurzaniu się wonnym dymem, wróżeniu ze szczątków zwierząt i przepowiadaniu przyszłości. Kapłani Świętowita, podobnie jak kapłani wszelkich uznanych przez władze Federacji kultów, nie składali ofiar z ludzi i nie wykorzystywali ich w żaden sposób do celów rytualnych. Zabraniało tego prawo. Obchodziła za to Anna wszelkie słowiańskie święta. W lutym obchodzono święto śmierci – topiono Marzannę. Od tego czasu można było oczekiwać wiosny. Równonoc wiosenna poświęcona była narodzinom nowego życia po mroźnej zimie. W dzień ten malowano pisanki, jajka były symbolem odrodzenia życia. Czwartego czerwca święcono kult młodej brzozy, reprezentującej żeński pierwiastek świata. Dzień ten poświęcony był Mokoszy, władczyni płodności, deszczu i wody. Uderzenie gałązką brzózki miało pobudzać siły witalne. Na brzozowej korze wypisywano prośby do duchów lub „Białej Pani” i wieszano je na brzózce. Było to także święto młodej zieleni i przyrodotwórczych sił ziemi. Z dwudziestego pierwszego na dwudziestego drugiego czerwca obchodzono ku czci słońca i ognia noc Kupały. To właśnie w tę noc rósł legendarny kwiat paproci, którego wytrwale szukano. Palono ogniska, puszczano wianki na wodę, chłopcy i dziewczęta łączyli się w pary. Trzonem obrzędu były ogniska, krzeszone rytualnie z drewna. Kobiety śpiewały pieśni, wróżyły i swatały młode pary, skakano przez ogień, palono słomianą kukłę bogini Mary i puszczano wianki. Para ta – Kupała i Mara – występowała jako zamierzchłe świadectwo dualistycznego mitu brata i siostry, ognia i wody. Czwartego sierpnia obchodzono zażynki, czyli początek żniw, a dwudziestego trzeciego września – dożynki, zwane też Świętem Plonów. Była to równocześnie równonoc jesienna. Dziękowano bogom za plony i proszono o jeszcze lepsze w przyszłym roku. Wróżono przyszłość, a po modlitwach organizowano rytualne biesiady. Drugiego listopada obchodzono Zaduszki. Było to święto poświęcone zmarłym przodkom. Palono ogniska na cmentarzach, by ogrzać zmarłych, organizowano uczty ku ich czci, by nie głodowali, na rozstajach dróg palono „grumadki”, drewniane polana. Od nocy z dwudziestego pierwszego na dwudziestego drugiego grudnia aż do szóstego stycznia świętowano Gody, Kres lub Kolędę. Wróżono pomyślność w nadchodzącym roku, grupy w rytualnych przebraniach obchodziły wszystkie domy śpiewając kolędy i zbierając zapłatę w darach natury. Całowano się po podłaźnicą i jemiołą, spożywano trzynaście potraw, dbając jednocześnie o dodatkowe nakrycie dla zmarłych przodków.
* * *
Przypomniała sobie zajście, jakie miało miejsce na ostatnim rodzinnym zjeździe. Na tym samym rodzinnym spotkaniu, kiedy tak zaciekle dyskutowano o obecności Kopuły. Nie pracowała już wtedy na Lofotach, lecz od kilku tygodni miała {i}Grimsoya{/i}. Zdążyła opłynąć niemal całą Europę. Na dobrą sprawę, niewiele było do opływania. Szlak morski w Cieśninie Gibraltarskiej był bardzo wąski. Do tego właśnie miejsca sięgała Bariera, odgradzając Europę od Afryki. Niestety, nie było innej drogi, by dostać się na Morze Śródziemne. Przeciskając się pomiędzy Słupami Herkulesa, widziało się samą Barierę, jawiącej się oczom w postaci rozmigotanej, falującej powietrznej ściany i lśniącego nieziemsko pasa wody. Lecz żadne mające już trochę oleju w głowie dziecko nie dałoby się zwieść temu bajkowemu pięknu. Bariera stanowiła śmiertelne zagrożenie dla wszystkiego, co znajdowało się w jej zasięgu. Żaden Europejczyk nie zbliżał się do niej bardziej, niż było to absolutnie konieczne, a najbardziej konieczne było właśnie u południowego krańca Hiszpanii. Dlatego też Riikka i jej przyjaciele manewrowali żaglowcem z największą ostrożnością, zdając sobie sprawę, że zboczenie o kolejny kilometr na południe równałoby się śmierci. Odetchnęli z ulgą, gdy znaleźli się wreszcie na szerokich wodach, zostawiając diabelskie lśnienie daleko za sobą. Słoneczne dni mijały leniwie i rozkosznie. Tak wczesną wiosną upał nie zdążył się na dobre zadomowić w tym regionie i ludzie północy nie musieli chować się przed słońcem. Minęli Baleary, turystyczny raj, nie rzucając kotwicy u ich brzegów. Byli jeszcze wtedy ze sobą zbyt krótko, by znudzić się własnym towarzystwem, i nie tęsknili za innymi ludźmi. Nie zamierzali schodzić na ląd także na Sardynii. Postanowili, że uzupełnią zapasy żywności dopiero w Neapolu, opłyną Sycylię, następnie półwysep Peloponezu i zawrócą na zachód dopiero wtedy, gdy Bariera, rozciągająca się pomiędzy pustymi greckimi wysepkami, znów zagrodzi im drogę. Słońce świeciło mocno, cudowna jasność nieba i morza, w połączeniu z mąconą jedynie krzykiem morskich ptaków ciszą, obezwładniała pięknem i usypiała czujność. Wszyscy pięcioro wylegli na pokład, rozłożyli na deskach zwilżone ręczniki i ułożyli się na nich jedno przy drugim. Rozbierali się bez skrępowania, a Riikka i Sonia zdjęły biustonosze. Delikatny erotyzm nasycał atmosferę, nie zapędzając dwójkami na koje, pozwalając za to snuć słodkie marzenia. Leżeli tak do samego wieczora. Czasami któreś z nich wstawało, by napić się wody, i zaraz kładło się z powrotem pomiędzy przyjaciółmi, by cieszyć się wzajemną bliskością. Nikt nie martwił się udarem słonecznym, lecz, co istotniejsze, nikt nie troszczył się także o kierunek, w jakim poruszał się {i}Grimsoy{/i}. W atmosferze skrajnej nieodpowiedzialności młodzi ludzie, wśród których najstarsza była niespełna trzydziestoletnia Riikka, założyli, że ich kurs musi być tym właściwym. Pierwsza ocknęła się wracająca z toalety dziewiętnastoletnia Sonia. − Spójrzcie! – poderwała resztę na nogi krzykiem. – Tam, przed nami! Co to takiego? Mężczyźni i Riikka wstawali gwałtownie, zataczając się lekko od upojenia wszechobecnym słońcem, lecz mieli bardzo prędko wytrzeźwieć. Okazało się, że silny wiatr, tak przyjemnie chłodzący rozgrzane ciała, zniósł drakkara na południe, daleko poza granicę rozsądku. Skacząc po falach pędzili po własną zgubę. Przez nimi rozciągała się na całą szerokość wzroku ta charakterystyczna rozedrgana zasłona, przed którą uciekali u wybrzeża Gibraltaru. − Bariera! – wrzasnęła Riikka. – Do wioseł i nie żałować sił, jeśli wam życie miłe! Nie tracili nawet czasu na ubieranie się. Sonia została przy sterze, natomiast pozostali zbiegli jak szaleni pod pokład i chwycili za wiosła. Udało im się skręcić {i}Grimsoya{/i} dziobem na wschód. Płynęli przez jakiś czas równolegle do groźnej Bariery, dysząc ciężko po nadludzkim wysiłku. Potem, gdy znów byli w stanie wziąć wiosła w dłonie, skręcili na bezpieczną północ, kierując się w stronę Półwyspu Apenińskiego. Potworne lśnienie znów znikło im z oczu i nikt go nie żałował. Gdyby dostali się w zasięg oddziaływania Bariery, straszliwa moc pola elektromagnetycznego skruszyłaby stateczek w drzazgi, a ich ciała zgniotła na miazgę z taką łatwością, z jaką człowiek rozgniata uprzykrzoną muchę. Nigdy więcej nie pozwolili sobie na taką niefrasobliwość. W Neapolu Riikka kupiła całą garść żetonów i zadzwoniła z ulicznego automatu na domowy numer Christiana. Nie troszcząc się o to, że być może przerwała jego późnowieczorne umizgi do Anette, opowiedziała mu ze szczegółami całe zajście, drżąc jeszcze z podekscytowania i zgrozy. Zadzwoniła do człowieka, którego kochała najbardziej na świecie, by zdać mu relację z tego, jak udało jej się wykiwać śmierć. Christian wysłuchał jej cierpliwie, łagodnie uspokoił, nakazał większą rozwagę i rozłączył się, by wrócić do przeglądania dokumentów bądź do całowania Anette. Wydawało jej się tamtego wieczoru, że Christian rozumie ją doskonale. Lecz zaledwie dziesięć dni później, w niedzielę wielkanocną, w ogrodzie przy domu rodziców, zdarzyło się coś, co nakazało jej zrewidować własny bezkrytyczny stosunek do brata. Wykorzystując chwilę ciszy, Christian odezwał się nagle: − A wiecie, co zrobiła nasza mała Riikka? Otóż nasz aniołek podprowadził swój statek w okolicach Sardynii niemal pod samą Barierę. Co chciałaś za nią znaleźć, siostrzyczko? − To wierutne kłamstwo! – krzyknęła Riikka z oburzeniem, uderzając zaciśniętą pięścią w stół. Poczuła cieniutką igiełkę bólu w sercu. Jak Christian śmiał tak do niej mówić po tym, co przeszła? I po tym, jak mu się z tego w zaufaniu zwierzyła? − Jak możesz tak mówić, Christianie? Czy sądzisz, że jestem tak głupia, by próbować przebić się przez Barierę czy chociażby przez nią spojrzeć? Po prostu wszyscy jednocześnie się zagapiliśmy! Znam dobrze swoje miejsce i na pewno nie jest ono po drugiej stronie Bariery. Opowiedziała rodzinie swoją przygodę. Gdy skończyła, a wszyscy obecni wyrazili już swoje współczucie, znów odezwał się Christian: − A ja i tak uważam, że podświadomie zrobiłaś to z rozmysłem. Chciałaś, by twoi przyjaciele zagapili się razem z tobą, byś mogła chociaż otrzeć się o Barierę. Nieprawdaż? Chociażby się zbliżyć, prawie jej dotknąć... Pomarzyć o tym, co jest po drugiej stronie... Ten cel jest wart zdjęcia stanika. Niechże chłopcy się napatrzą i pomarzą o przyjemności w twoich ramionach, a ty powyobrażasz sobie przez chwilę, że jesteś jakimś Ferdynandem Magellanem. − Nie mogłaś... – szepnęła Anna. – Nie mogłabyś naprawę tego pragnąć... − Bo nie pragnęłam – odparła Riikka ze złością. – Ani przez chwilę. Nie słuchajcie tego szaleńca. To była tylko i wyłącznie chwila nieuwagi. − A gdyby Bariery wcale nie tam nie było? – zapytał Christian. – Czy wtedy również zawróciłabyś do Włoch, czy raczej utrzymałabyś południowy kurs? Chciałabyś zobaczyć Afrykę, Azję? − Nie wiem, u diabła. Nie umiem gdybać. Wiem tylko, że Kopuła tam jest i była tam przez całe moje i wasze życie. Ale wiem też, że doskonale obeszlibyśmy się bez niej. Powinniśmy z powrotem nawiązać łączność z innymi kontynentami. Ktoś będzie musiał pewnego dnia postawić znów na nich stopę. − A tym kimś będziesz zapewne ty – dodał Christian z wyrafinowanym uśmieszkiem na ładnej twarzy. − Owszem, może to będę właśnie ja? – odparła zaczepnym tonem, nie umiejąc na czas ukryć błysku ekscytacji w ciemnych oczach. Ten błysk nie uszedł uwadze najstarszej siostry. − I właśnie po to potrzebujemy Bariery! – krzyknęła ze złością Sigrid. – Aby powstrzymać takich jak ty przed ściągnięciem na Europę fali nieszczęść. Siedzisz na tyłku, bo musisz, nawet jeśli nie chcesz na nim siedzieć z rozsądku. Poczytaj trochę historii, wariatko, a może wtedy wróci ci rozum. I nie mówcie mi już, wy zwolennicy otwierania się na świat, o nowych nieograniczonych możliwościach. Nawet moje córki są już za duże, by wierzyć w takie bajki. Nie sposób było przekonać Sigrid. Riikka milczała. To było ze strony Christiana takie niesprawiedliwe. Nie znalazła się tak blisko Bariery z własnej woli, a jej pragnienia, nawet te najskrytsze, nie mają tu nic do rzeczy. A zresztą, przecież ta cholerna przezroczysta pułapka nie jest wieczna...
* * *
Normanowie postrzegali wszechświat jako trójpoziomową strukturę. W jego środku znajdował się olbrzymi jesion, Yggdrasil, którego korzenie sięgały do wszystkich trzech poziomów – do Asgardu, siedziby bogów, do Midgardu, zamieszkanego przez ludzi, oraz do Nilfheimu, lodowatego, pustynnego królestwa śmierci. Ocean otaczał Midgard, a na jego drugim brzegu, w krainie zwanej Jotunheimem, żyli olbrzymi mrozu, wrogowie bogów i ludzi. Ukochanym bogiem, opiekunem i obrońcą Riikki był płomiennooki i rudowłosy Thor. Kiedy jechał po niebie ciągniętym przez kozły rydwanem, grzmoty i błyskawice wstrząsały ziemią. Pomimo to właśnie Thor czuwał nad ludźmi, jak i nad innymi bogami, i zwalczał wrogów porządku świata. Riikka namiętnie zaklinała się w chwilach wzburzenia, a także rozradowania, na jego imię, mając potem z powodu tego bluźnierstwa silne wyrzuty sumienia. Zwracała się do niego ze swoimi kłopotami i troskami i prosiła o natchnienie przy podejmowaniu trudnych decyzji. Szczególnie doświadczała jego bliskości na pokładzie Grimsoya, gdy morze było rozgniewane, a niebo pokryte chmurami, albo stojąc nad brzegiem morza, przy samej linii wody, i wsłuchując się w pieśń fal. Czuła wtedy głęboką pewność, że mimo wielu zmian, jakie zaszły w świecie, skandynawscy bogowie wciąż tym światem władają, a wszyscy dobrzy i dzielni ludzie, nie tylko ci, którzy polegli w boju, znajdują wieczne szczęście w przepięknej Walhalli. Lecz jeszcze bardziej czule kochała parę innych opiekuńczych bóstw. Frey władał słońcem, deszczem i płodnością ziemi, zwierząt i ludzi. Ważną częścią dawnych weselnych obrzędów była składana Freyowi ofiara. Jego siostra Freyja, bogini miłości i płodności, była też panią wojny i śmierci. Żądała dla siebie połowy zabitych w boju wojowników, zaś drugą połowę otrzymywał Odyn. Riikka trzymała figurki Freya i Freyji w swojej kajucie, układała wokół nich świeże kwiaty i paliła świece, a w szczególnie trudnych, bolesnych momentach, gdy zostawała sama, klękała przed posążkami i otwierała serce. Nazywała Freya ojcem, a Freyję matką.
* * *
Powoli mijały letnie miesiące. Wody, po których żeglował wytrwale {i}Grimsoy{/i}, były na przemian spokojne i wzburzone, lecz w sercu Riikki niepokój zagościł na stałe. Rzeczy, które niedawno sprawiały jej przyjemność, cieszyły ją coraz mniej. Już nie upajała się błękitem nieba i srebrzystym lśnieniem mórz i zatok. Wzruszała ramionami na dźwięk do tej pory ukochanej pieśni burzy, za nic miała wylegiwanie się godzinami w słońcu i stawianie czoła wyimaginowanym niebezpieczeństwom. Nie cieszyły ją nawet nocne wypady w miasto i bywanie w modnych klubach, której to rozrywce załoga drakkara oddawała się w pasją we wszystkich większych portach, w jakich cumowali. Pozostawiła tę przyjemność swoim młodszym przyjaciołom, sama zaś zostawała na pokładzie, by w spokoju pogrążać się w myślach. Pewien plan zagościł na stałe w jej głowie. Tego właśnie, tej jednej rzeczy pragnęła z całych sił od pierwszego dnia wyprawy. Pytana przez rodzinę i przyjaciół, uparcie zaprzeczała, jakoby taka myśl choćby przez chwilę była dla niej czymś więcej niż niedorzecznością. Teraz jednak miała dość udawania. Była głęboko przekonana o słuszności własnego postępowania i postanowiła, że jeśli będzie zmuszona zrezygnować ze swoich marzeń, to dopiero po ciężkiej i długiej walce. A wiedziała, że walka ta będzie niełatwa, może nawet beznadziejna, miała bowiem przeciwko sobie niemal cały znany jej świat. Skrzętnie zbierała wszelkie dostępne materiały na temat kontynentu amerykańskiego, a w szczególności potężnego mocarstwa półkuli zachodniej, w skrócie nazywanego USA, które niegdyś narzucało reszcie świata swoją wolę, teraz zaś milczało jak zaklęte. Godzinami rozmyślała o przyczynach tego milczenia, izolując się od reszty załogi. Unikała nawet intymnych schadzek z Haraldem, na które zauroczony nią chłopak zaczął nalegać. Jej prywatnym bohaterem stał się genueński żeglarz i nawigator Krzysztof Kolumb, dokonujący swych przełomowych odkryć na przełomie XV i XVI wieku. Kupowała jego biografie, które studiowała z prawdziwą pasją. Mimo iż zmiany społeczne, polityczne, ekonomiczne, kulturalne i przyrodnicze po obu stronach Atlantyku, jakie zapoczątkowały jego podróże, były z punktu widzenia późniejszych epok kontrowersyjne i po części tragiczne, jak chociażby wyniszczenie setek rdzennych plemion kontynentu amerykańskiego i upadek kilku dużych i wspaniałych cywilizacji, w oczach Riikki nie był on żądnym sławy i bogactw okrutnikiem i autokratą, nie bezmyślnym niszczycielem tego, czego on i jemu współcześni nie rozumieli i nie chcieli rozumieć, lecz szlachetnym marzycielem, który strawił wiele lat życia na zabieganiu o realizację swych wielkich planów. Był dzielnym człowiekiem, który dokonał niezwykłych czynów. Który, dysponując skromnymi technicznie środkami, ujarzmił olbrzymie przestrzenie i zawiózł w daleki świat blask europejskiej cywilizacji, a samej Europie podarował nowe horyzonty. Był człowiekiem, który odkrył dla siebie nawzajem i połączył dwa zupełnie różne światy. Tak widziała go Riikka i nieodwołalnie postanowiła pójść w jego ślady. Jej celem było nie tylko ponowne odkrywanie Ameryki, ale także niesienie pomocy milczącej młodszej siostrze Europy. Nie dawało jej spokoju przeczucie, że po drugiej stronie wielkiej wody stało się coś bardzo złego. Coś, czemu Europa nie może już zapobiec, lecz wciąż ma możliwości, by nieść cierpiącym ulgę. Obojętność jej braci i sióstr na los Amerykanów doprowadzała ją do ledwo skrywanej, żarzącej wściekłości. Gdyby mogła, od razu skręciłaby dziób {i}Grimsoya{/i} na zachód i popędziła zapomnianym lądom na ratunek. Rzuciła kilkakrotnie parę słów na ten temat, głównie po to, by wybadać reakcję przyjaciół. − A gdybyśmy tak rzeczywiście popłynęli na zachód? Na Atlantyk? Możemy to zrobić. Co o tym myślicie? – odezwała się niby od niechcenia, jedząc w mesie śniadanie z chłopcami i Sonią. − Czemu nie – odparł chmurnie Jörg. – Świetny pomysł. Płyń sobie, poczekaj tylko, aż my zejdziemy na ląd. Otrzymała wyczerpującą odpowiedź. Na poparcie Sonii nie mogła liczyć w żadnym wypadku, bo dziewczyna wpadała w panikę na samą myśl o opuszczeniu Europy. Nawet energiczny Jens i zadurzony w niej Harald nie palili się do porywania z motyką na słońce. Postanowiła na razie zatrzymać większość swoich myśli dla siebie. Wiedziała, głęboko w to wierzyła, że ten bardziej sprzyjający moment, kiedy ludzie po prostu będą musieli wysłuchać tego, co ma im do powiedzenia, nadejdzie prędzej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.
* * *
A jednak nie wytrzymywała rozsadzającego ją napięcia. Naga wstała z łóżka po miłosnych zmaganiach z Haraldem, przeszła się kilka kroków po kajucie tam i z powrotem, i usiadła znów na łóżku obok chłopaka. − Haraldzie – zaczęła – będę potrzebowała trzech statków. Dokładnie tylu, iloma dysponował Krzysztof Kolumb podczas swej pierwszej wyprawy na zachodni ląd. Jednej karaki i dwóch karawel. Wiesz, o czym mówię? Pokręcił głową, że nie bardzo wie, więc kontynuowała: − {i}Santa Maria{/i}, flagowy okręt Kolumba, była karaką. Karaki był pierwszymi statkami nadającymi się do oceanicznych podróży, ze względu na wielkość i pojemność, które pozwalały na zabieranie dużej ilości zapasów na długie rejsy. Były trzy-, rzadziej czteromasztowe. Używali ich przede wszystkim hiszpańscy i portugalscy odkrywcy w XV i XVI wieku. Potem karaka stała się galeonem, w naszej części kontynentu zwanym {i}holk{/i}. Karawelami były statki {i}Nina{/i} i {i}Pinta{/i}, które Kolumb otrzymał zgodnie z królewskim nakazem w porcie Palos. Karawele były z kolei trójmasztowymi żaglowcami o nadbudówkach na dziobie i rufie. Miały dwa żagle prostokątne i jeden ukośny. Były szybkie, stabilne i bezpieczne, co umożliwiało dłuższe podróże morskie i czyniło je przydatnymi do wypraw odkrywczych. Znów wstała, przespacerowała się po pomieszczeniu. − Chcę odtworzyć wyprawę Kolumba we wszystkich możliwych szczegółach, bez zatracania celu naszej własnej wyprawy. Będę się na nim wzorować, ale przecież nim nie jestem i muszę żyć przede wszystkim dniem dzisiejszym. Chcę wyposażyć te statki tak, jak zrobiłby to Wielki Admirał i Wicekról odkrytych przez siebie ziem. Nie potrzebujemy zdobyczy techniki, wystarczą przyrządy nawigacyjne z czasów Kolumba. Jeśli tamci ludzie zdołali przepłynąć ocean, dysponując tak ograniczonymi środkami, o ile łatwiej przyjdzie to nam, z naszą uzupełnianą przez kilkaset lat wiedzą i doświadczeniem. − Nie znajdziesz nikogo, kto odważy popłynąć w nieznane na pokładzie takich zabytków. Po to ulepszamy wynalazki, by ułatwić sobie dzięki nim życie. Nawet najwięksi szaleńcy będą się trzymali z daleka od tych statków. − Tak uważasz? A jednak jesteś tutaj ze mną, na pokładzie małego żaglowca, który nie ma nawet silnika, nie wspominając o łączności radiowej i komputerowej nawigacji. Dlaczego tu jesteś, Haraldzie? Szukasz wrażeń? A może w głębi duszy tęsknisz za czasami, gdy ludzie polegali na własnych siłach i zręczności, a nie na mądrości maszyn? Nie odpowiedział. Zamiast tego zapytał: − Skąd weźmiesz te statki? − Nasz rząd, Komisja Europejska, da mi je. − Nie byłbym tego taki pewien. − Owszem, da mi je, Haraldzie. Kolumb też długo starał się zainteresować swoim pomysłem możnych tego świata. Dopiero łaskawość Izabeli, królowej Kastylii, i jej męża Ferdynanda, króla Aragonii, pozwoliła mu na urzeczywistnienie marzenia jego życia. Moja droga też będzie wyboista, ale zwyciężę. Zobaczysz. − A czy nie byłoby prościej zwrócić się z prośbą o pomoc do rządu Norwegii? Twoje szanse na pomyślne rozwiązanie wzrosłyby przynajmniej kilkakrotnie. − Myślałam o tym, ale to jest zły pomysł. To ma być wyprawa europejska. Europejska, rozumiesz to? Nie norweska. Cała Federacja, nie tylko nasza ojczyzna, ruszy z pomocą braciom i siostrom za oceanem. Dlatego potrzebuję pomocy władz Federacji. − Twój ojciec jest wysokim dygnitarzem w aparacie urzędniczym Wspólnoty. Powinnaś zacząć od niego. − Być może tak właśnie zrobię. Bo musi być chociaż jedna stocznia, która wybuduje mi te karawele i karakę. Muszą być pieniądze, za które je wyposażę. Muszą być wreszcie ludzie, którzy będą mi w tej podróży towarzyszyć. Wszystko to będę miała. Zobaczysz.
* * *
Wraz z upływem lat, a następnie dziesięcioleci, Arina Lewandowska-Sorensen stawała się w coraz większym stopniu Norweżką, a w coraz mniejszym Polką. Początkowo, gdy jeszcze pracowała w Instytucie Przyjaźni Norwesko-Polskiej, spotykała swoich rodaków dość często, co dawało jej dobrą okazję do podtrzymania znajomości ojczystego języka. Kilka razy w roku odwiedzała rodziców w Polsce. Tamci dwoje nigdy nie pogodzili się do końca z decyzją córki, która zgodnie z ich planami miała „wyjść za polskiego chłopca i rodzić polskie dzieci”, lecz z konieczności tę decyzję zaakceptowali. Ale potem sytuacja zmieniła się. Arina zrezygnowała z pracy w Instytucie i mocno wrosła w środowisko norweskich naukowców. Czuła się wśród nich jak ryba w wodzie, lecz nie miała już tak dużych możliwości podtrzymywania więzi z Polską. Na świat przychodziły kolejne dzieci. Opieka nad nimi, studia i praca badawcza absorbowały ją w najwyższym stopniu i niewiele pozostawało czasu na wspominanie własnego dzieciństwa i młodości. Język polski, język jej przodków, używany kilka razy w roku, stawał się stopniowo nie jej pierwszym, podstawowym, używanym na co dzień językiem, lecz jednym z języków znanych, wyuczonych, których znajomość trzeba podtrzymywać, aby nie uleciała całkowicie. Zamienił się miejscami z norweskim. Arina mówiła po polsku z coraz silniejszym akcentem, co nie martwiło jej zbytnio, gdyż teraz jej życie toczyło się głównie po norwesku. Pomimo to wyuczyła polskiego całą piątkę swoich dzieci, aby nie zapomniały o kraju matki. Była przeszczęśliwa, gdy jedna z jej córek wybrała na swoją ojczyznę właśnie Polskę. Byłaby jeszcze szczęśliwsza, gdyby Anna wybrała inny sposób na życie. Ale na to niewiele mogła poradzić, jak jej rodzice nie byli w stanie zmienić jej decyzji. Jej związek z Olafem również się zmieniał. Początkowa namiętność przerodziła się w przyjaźń, która stopniowo erodowała aż do stanu, w których tych dwoje pozostawało w małżeństwie, ponieważ tak było najwygodniej. Dzieci dorastały i kolejno wyfruwały z rodzinnego gniazda, sam zaś Olaf coraz silniej związywał się z aparatem brukselskiej administracji. Praktycznie zamieszkał w Brukseli, ściągając do siebie Christiana. Arina pozostała w Trondheim. Tam miała pracę, przyjaciół i znajomych, wszystko, co było dla niej ważne. Kochała to zimne miasto i wyobrażała sobie życia poza Półwyspem Skandynawskim. Można powiedzieć, że stała się Skandynawem w stopniu większym niż jej mąż. Olaf bowiem bez wahania zamienił piękne, lecz prowincjonalne Trondheim na Brukselę, dającą nieporównywalnie większe możliwości zrobienia poważnej kariery. Cieszyła się z jego sukcesów, lecz nie miały one większego wpływu na jej codzienność. Nawet wtedy, gdy Olaf został wybrany przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, pozostała sobą, profesorem filologii nordyckiej. Ta godność znaczyła dla niej o wiele więcej niż miano żony wysokiego dygnitarza federalnego. Służyła Europie na własny, prosty sposób, czyli robiła to, co dawało jej radość, najlepiej, jak umiała. Nie żałowała nigdy, że Polska pozostała daleko. Tamten kraj dał jej niewiele, nie pozwolił na zrealizowanie marzeń. A może to nie Polska zawiniła, lecz jej rodzice, dla których córki miały być tylko wykonawczyniami ich planów, a własne pragnienia dzieci były ignorowane. Starsza, Marta, doskonale wpasowała się w ten model domku z ogródkiem, dwójki dzieci, dobrze zarabiającego męża i własnej błyskotliwej kariery, najlepiej w świecie finansów, lecz Arina tego nie potrafiła. Starała się więc nie stosować tej metody wychowawczej względem własnych dzieci. Z czasem zrezygnowała nawet z dwuczłonowego nazwiska i zaczęła podpisywać się krótko – Arina Sorensen. Uniwersalne imię i norweskie nazwisko nie wskazywały w najmniejszym stopniu na powiązania ze słowiańskim krajem. I tak było dobrze. A potem umarli jej rodzice i wizyty w Polsce stały się jeszcze rzadsze. Jedyną rodziną, którą mogłaby tam odwiedzać, była jej siostra, „doskonała” Marta, i szwagier Jacek. Nigdy nie były z Martą szczególnie zżyte, nawet we wczesnym dzieciństwie, a potem wyraźne faworyzowanie Marty przez rodziców skłóciło je na dobre. Arina nie widziała więc powodu, by podejmować dla siostry trud tak dalekiej podróży. Tym bardziej, że czas jej nie oszczędził. Z drobnej młodziutkiej dziewczyny stała się ładną młodą kobietą, potem elegancką panią w średnim wieku i wreszcie osobą, której ciemne włosy poważne musnęła siwizna, a rozmaite drobne dolegliwości starszego wieku dawały o sobie znać. Przestała podróżować, niemal nie ruszała się z miasta, które nazywała swoim rodzinnym miastem. Jej dzieci zaczęły żartować, że „mama nie zjeżdża poniżej kręgu polarnego”. Była to oczywista nieprawda, ponieważ samo Trondheim leżało na południe od koła podbiegunowego. Poza tym wybierała się przecież od czasu do czasu do męża do Brukseli. Lecz powiedzonko to przylgnęło do niej, zżyła się z nim i gdy odrzucała zaproszenie któregoś z kolegów profesorów, chcących gościć ją na swojej uczelni, mówiła z uśmiechem: „Przykro mi, ale nie zjadę poniżej kręgu polarnego”. Szczególnie dotyczyło to zaproszeń z południa Europy. Ten dowcip stał się nawet słynny w wąskim światku badaczy kultury nordyckiej.
* * *
Matka była kolejną osobą, do której zwróciła się Riikka, by uzyskać radę. Arina przyjęła córkę w swoim dużym domu w Trondheim, który po odejściu dzieci i Olafa wyraźnie opustoszał. Zasiadły w ogrodzie, Arina popijała powoli ciemne piwo. Riikka z reguły wystrzegała się alkoholu i tym razem też z niego zrezygnowała, tym bardziej, że zamierzała mówić o poważnych sprawach. − Christian mówił prawdę – zaczęła Riikka bez owijania w bawełnę. – Chciałabym popłynąć na zachód. Do Ameryki. Pokrótce przedstawiła matce swój plan. Nie udało jej przy tym nie poruszyć kwestii wyprawy Krzysztofa Kolumba. Ten człowiek, nie żyjący od tak dawna, był teraz kluczem do jej zamierzeń. Kiedy skończyła, Arina przez chwilę milczała, a potem zapytała: − To wszystko, co chciałaś mi powiedzieć? − Tak, chyba tak – odparła zniecierpliwiona Riikka. – Nie pytam cię, co o tym sądzisz. Już podjęłam decyzję. Chcę tylko, byś doradziła mi, od czego mam zacząć. − Jeżeli nie interesuje cię moje zdanie, to nie rozumiem zupełnie, po co chciałaś się ze mną spotkać. Skoro wszystko wiesz najlepiej, Riikko, nie potrzebujesz ze mną rozmawiać. Tym więcej, że to nie ja jestem właściwą osobą do takiej rozmowy. Jest nią twój ojciec. Jeżeli chcesz uzyskać akceptację i pomoc władz Federacji, on będzie w stanie ci pomóc. Jeżeli oczywiście uda ci się go przekonać, że warto ci pomagać. − W takim razie muszę się z nim jak najszybciej spotkać. Harald zresztą mówił to samo. − Kim jest Harald? – zapytała obojętnym głosem Arina, upijając łyk piwa i poprawiając się na miękkiej poduszce, którą wyściełała swoje wyplecione z wikliny krzesło. Riikka zawahała się przez moment. Przecież nie powie matce, że Harald to „ktoś, z kim sypia”. Jak świat światem, matki zawsze pragnęły, by ich córki prowadziły się dobrze. − Mój przyjaciel. Właściwie nawet… bliski przyjaciel. − Macie jakieś poważne plany? − Nie – roześmiała się Riikka. – Harald to dzieciak. On nie myśli o ślubie. Zresztą, ja też nie. − W takim razie po co zadajesz się z dzieciakiem, który nie myśli o ślubie? Masz trzydzieści lat. Powinnaś rozejrzeć się za mężczyzną, który już dojrzał do życia z kobietą. Znów to przeklęte „powinnaś”, ta gorzka pigułka, którą przed czterdziestoma laty częstowali ją rodzice. Arina skarciła samą siebie w duchu za ten brak umiarkowania, lecz nic nie mogła poradzić. Najwidoczniej wszyscy rodzice we wszystkich epokach są tacy sami. Gdy wydaje im się, że coś w życiu ich dzieci szwankuje, nie umieją się powstrzymać, by nie podskoczyć ochoczo na ratunek. A najgorsze jest, że robią to nawet wtedy, gdy same dzieci czują się zupełnie szczęśliwe. Ale Riikka nie czuła się szczęśliwa. Arina dobrze o tym wiedziała. − Nie mam zamiaru wychodzić za mąż – odparła Riikka z pierwszą nutą gniewu w głosie. – Płynę do Ameryki i nie chcę teraz angażować się w stały związek. Zresztą, nie znam nikogo, kto byłby mną zainteresowany, poza Haraldem, ale dla niego jestem tylko przygodą. − Więc powinnaś kogoś takiego poznać. Jesteś zbyt pewna siebie. Jak znam życie, twoje marzenia spalą na panewce. Nie chciałabym cię zniechęcać, ale im szybciej przestaniesz myśleć o tej całej Ameryce, tym lepiej dla ciebie. A jeśli już o tym mowa, to powiem ci, chociaż nie interesuje cię moja opinia, że nie popieram tego szaleństwa. Ułóż sobie życie w Europie. − Pomyślę o tym, ale nie w tej chwili. Wciąż mam nadzieję, choć wszyscy próbujecie ją we mnie zabić. − Bo wszyscy troszczymy się o ciebie i o przyszłość naszej cywilizacji. − W jaki sposób mogłabym tej przyszłości zagrozić? Jestem tylko jednostką, jedną z wielu milionów. − A w jaki sposób i w jakim stopniu zmienił historię Europy twój idol Kolumb? On też był tylko jednostką. Nie przedsięwziął swoich wypraw po to, by zmienić bieg światowych spraw. Poszukiwał zachodniej drogi do Indii, a przyświecała mu nadzieja sławy i bogactw. A jednak po jego wyprawach świat nigdy już nie był taki sam. − Ja nie chcę sławy ani bogactw. Chcę nieść pomoc. − A co zrobisz, jeżeli będziesz musiała zapomnieć o tej wyprawie? Jak ułożysz sobie życie? Riikka wzruszyła ramionami. − Nie wiem. Na razie nie chcę o tym myśleć. − Żyjesz bez celu. Tak nie może dłużej być, Riikko. Nie możesz wciąż tylko się bawić. Musisz coś w swoim życiu zmienić, nadać mu kierunek. − To znaczy? − Masz dwie możliwości. Znajdź pracę, która daje dobre perspektywy na przyszłość, i rozwijaj zawodową karierę. Albo wyjdź za mąż i poświęć się rodzinie. Albo zrób obie te rzeczy. Tak żyją twój brat Magnus i twoja siostra Sigrid, i są bardzo szczęśliwi. Może powinnaś pójść drogą Christiana. Interesują cię przecież, o ile wiem, sprawy europejskie. − O Annie nie wspomnisz? – wtrąciła zgryźliwie Riikka. – Czarna owca w rodzinie, co? − Córko, nie przeciągaj struny – odparła Arina, podnosząc nieco głos. – Nie próbuj wyprowadzić mnie z równowagi. Anna ma swoje miejsce w naszej rodzinie i zawsze będzie je miała. Po prostu nie wyobrażam sobie ciebie jako kapłanki jakiejkolwiek religii. Jesteś zbyt niecierpliwa i zbyt egocentryczna, by skupić się, wyciszyć, poddać boskiej woli. Tobie pisane jest życie aktywne, nie życie w zaciszu świątyni. Tak czy owak, aby być szczęśliwą, musisz do czegoś dążyć, mieć cel. To właśnie dążenie do celów, a nie jedynie osiąganie ich, nadaje ludzkiemu życiu sens. − Mam swój cel i dążę do niego. A jeśli on się oddali tak bardzo, że nie będę mogła go dosięgnąć, wtedy będę musiała poszukać innych możliwości. Ale nie wcześniej, mamo. Nie wcześniej.
* * *
Riikka Sorensen truchlała na samą myśl o oddaleniu się od bezpiecznego wybrzeża. W jej pojęciu tym bezpiecznym było każde wybrzeże, w jednakowym stopniu norweskie, francuskie, polskie czy włoskie. Musiała po prostu czuć morze tuż za plecami. Takie natomiast kraje jak Węgry czy Szwajcaria pozostawały dla niej zamkniętym, niedozwolonym terytorium, o którym się wprawdzie słyszy, lecz na które nigdy się nie zapuszcza. Łamała tę zasadę dla jednego tylko miejsca, Brukseli, i to wcale nie dlatego, że miasto to tradycyjnie pełniło rolę stolicy Zjednoczonej Europy. Tam mieszkał Christian. Aby spędzić z nim trochę czasu, była w stanie nawet tolerować towarzystwo bladej Anette Cheval. Tym razem również zatrzymała się u Christiana i jego dziewczyny. Zostawiła {i}Grimsoya{/i} w porcie w Rotterdamie, a opiekę nad nim powierzyła Haraldowi. Do Brukseli dotarła pociągiem tuż przed zmrokiem. Wypiła filiżankę herbaty w towarzystwie brata i Anette, a potem położyła się spać w gościnnym pokoju. Potrzebowała nabrać sił przed jutrzejszą rozmową. Jej zachowanie nieco zdziwiło Walonkę, przyzwyczajoną do tego, że Riikka, jeśli już przyjeżdża, domaga się uwagi Christiana z zaborczością małej dziewczynki. Anette bez słowa rozłożyła więc i posłała szeroką kanapę, zadowolona z faktu, że tym razem Riikka i Christian nie przegadają całego wieczoru po norwesku, a ona, Anette, będzie siedzieć jak na tureckim kazaniu. Nazajutrz Riikka kupiła na mieście nową sukienkę. Nieczęsto chodziła w sukienkach, wiodła przecież raczej męski tryb życia. Może nie warto było stroić się dla własnego ojca, lecz klamka zapadła. Sukienka w krwistoczerwonym, wyzywającym kolorze została wybrana i zapłacona. Powłóczyła się po mieście, zabijając czas głównie w parku. Lepiej czuła się wśród drzew niż budynków. Po południu wróciła do mieszkania Christiana, założyła sukienkę, łowiąc przy tym zazdrosne spojrzenie Anette, której subtelna, jasna uroda nie pozwalała na noszenie ubrań w tak intensywnych barwach. Włożyła pantofelki, zastanawiając się, jak bardzo obetrą ją do końca wieczoru, rozpuściła jasne włosy i już była gotowa, by stawić czoła wyzwaniu. Christian umówił spotkanie w ojcem w jednej ze znanych restauracji w centrum miasta. Zawiózł tam siostrę, krótko przywitał się z Olafem i wyszedł, obiecując odebrać Riikkę z powrotem za dwie godziny. Dziewczyna została sam na sam z przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Zanim nastąpiła „cicha inwazja”, tak wysokim rangą politykom przysługiwała ochrona, lecz czasy bardzo się zmieniły. Obecnie przypadki nastawania na życie przywódców były absolutną rzadkością. Olaf Sorensen przyjechał więc do restauracji sam, własnoręcznie prowadząc samochód. Był w końcu prawdziwym mężczyzną, nie gadającą kukłą, którą ktoś mocniej osadzony w świecie „zwyczajnych” ludzi musi wszędzie zawieźć i przywieźć. Mając nadzieję, że Olaf ureguluje rachunek, zamówiła obiad. Siedząc tam, naprzeciwko tego siwowłosego mężczyzny, pomyślała, że właściwie nigdy nie łączyły ich szczególnie serdeczne stosunki. Olaf bardzo się cieszył, gdy na świat przyszły bliźniaczki, i namiętnie bawił się z Anną i Sigrid, ale to było wtedy, gdy płynął jeszcze na fali młodzieńczego entuzjazmu. Narodziny synów również należały do najszczęśliwszych wydarzeń w jego życiu. Za to chwila, gdy na świecie pojawiła się mała Riikka, przemknęła mu tak jakoś niepostrzeżenie. Za bardzo był już wtedy zaabsorbowany swoją karierą polityczną. Riikkę wychowała matka i siostry, a pierwszym „mężczyzną” w jej życiu był nie ojciec, lecz Christian. Pomimo to właśnie ojciec dysponował władzą i mógł pomóc jej w osiągnięciu celu. − Dzwoniła do mnie wasza matka – zaczął bez ogródek Olaf. – Powiedziała mi o rozmowie, którą z tobą odbyła. Zważywszy na to, że nieszczególnie kryjesz się ze swoimi marzeniami, domyślam się mniej więcej, o co chodzi. Powiedz, czego ode mnie oczekujesz? Poza tym, ładnie wyglądasz. Dawno już cię takiej nie oglądałem. Pomyślała, że jednak warto było zainwestować w taki drobiazg jak ta wystrzałowa kiecka. Nie będąc pewną, czy ten strój w czymkolwiek jej pomoże, zaczęła od streszczenia planu przedsięwzięcia, by Olafowi nie umknął żaden istotny szczegół, o którym Arina nie wspomniała. Zakończyła słowami: − Tato, chcę, abyś zorganizował dla mnie wystąpienie w Parlamencie Europejskim. Byłoby idealnie, gdyby wszyscy deputowani byli wtedy obecni na sali. Oni muszą mnie wysłuchać, a kiedy już wysłuchają, nie będą mieli innego wyjścia, jak tylko przyznać mi rację i dać pieniądze. Chciałabym też, aby prezydent również mnie wysłuchał. − Dużo żądasz. Dlaczego akurat Parlament Europejski? Dlaczego prezydent Paksas? Po co tak wysoka instancja? Przecież tę wyprawę mógłby sfinansować rząd Norwegii lub jakaś organizacja pozarządowa. − Tato, myślałam, że mnie zrozumiałeś – odparła ze zniecierpliwieniem. – Nie interesuje mnie wyprawa zorganizowana przez państwo norweskie. Chcę pokierować prawdziwie europejskim przedsięwzięciem. Dostrzegła na jego twarzy przelotny uśmiech. Dobrze zagrała z tym zdeklarowanym euroentuzjastą. − Dlaczego w ogóle chcesz to zrobić? A więc przyszedł czas, by odpowiedzieć na najtrudniejsze z pytań, które mogły paść podczas tej rozmowy. Było to jednocześnie pytanie, bez którego to spotkanie nie miałoby sensu. − Tam się stało coś strasznego. Stany milczą, dlaczego? Nie powinny się tak zachowywać. To zupełnie nie w ich stylu. Świat narzekał raczej na ich wścibstwo i wtrącanie się w sprawy każdego zakątka kuli ziemskiej, a nie milczenie. Oni potrzebują pomocy, tato. Amerykanie zawsze, jak historia długa i szeroka, stali wiernie u boku Europy, gotowi wspierać pomocą i radą. Nie możemy teraz się od nich odwrócić i pozostawić miliony ludzi na pastwę losu. Dla nas, Europejczyków, to idealny czas, by okazać wdzięczność i serce. Kręcił głową z niedowierzaniem i jednocześnie rozgoryczeniem. − Riikko, Riikko – zaczął wreszcie. – Córeczko moja. Czyżbyś pielęgnowała w sobie ten romantyczny obraz…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Vanelia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…