Wróć do katalogu

Co roku?

Co roku?

T.R.Weich, opublikowano , 18 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Co roku?

- To już dziś? No jasne, że dziś. Po co się pytam? Przecież wiem, że to dziś. - Który to już raz od północy spoglądał na kalendarze? Trzydziesty? Prawdę mówiąc nie musiał nic sprawdzać, kiedy zbliżał się ten dzień nie mógł spać. Jednak dla pewności włączył telewizor i przełączył na teletext. Nie inaczej, niż jak wcześniej sprawdził w kalendarzach i nie inaczej niż podawali w radiu, osiemnasty października. - Czyli, że to dzisiaj?! – Tym razem bardziej sobie odpowiedział, aniżeli się zapytał. Jednakże jeszcze raz przejrzał wszystkie kalendarze, a miał ich szesnaście. Trzy w kuchni: nalepiony na drzwiach lodówki, wiszący na ścianie i w zegarze, po jednym w każdym z pokoi, czyli pięć, bo tyle miał pokoi w domu, w którym zresztą mieszkał sam. Nie wyobrażał sobie, żeby ktoś inny mógł razem z nim dzielić to lokum. Jeden kalendarz zawieszony na drzwiach w ubikacji, jeden w łazience, jeden w garażu, jeden nosił w portfelu, jeden w formie notesu, który każdego dnia zabierał ze sobą do pracy i w nim zapisywał ważne spotkania, a który w tej chwili leżał na stole w pokoju telewizyjnym. Czternasty kalendarz wisiał na drzwiach wejściowych, piętnasty stał na półpiętrze, przy telefonie. Wszędzie była ta sama data. Czas szybciej płynął, kiedy tak spacerował od kalendarza do kalendarza. - Tym razem dziesięć minut mi to zabrało. – Spojrzał na zegarek elektroniczny, który nosił na ręce, a który jako szesnasty i ostatni pokazywał datę. Można by jeszcze dorzucić radio i telewizor. - A więc to dzisiaj! Usiadł przy stole i nalał sobie wódki do kieliszka. Nie przechylił jednak jego zawartości do ust, tylko przelał ją do innej butelki. Postanowił, że dzisiaj nie będzie pił. Generalnie lubił wypić, ale dzisiaj będzie trzeźwy. Musi być trzeźwy. Nie będzie się przecież oszukiwał i zwalał wszystko na to, że nie wiedział, co robi, bo był pijany. Kiedyś tak robił, nie, zawsze tak robił, kiedy nastawał osiemnasty października, pił. Pił nie tylko wtedy, ale osiemnastego października pił ile wlezie, a potrafiło wleźć sporo. Jutro, tak jutro się uchleje, ale to dopiero jutro. Kłamstwo to kłamstwo, a kradzież to kradzież i nieważne, czy duże kłamstwo, czy małe kłamstwo i czy duża kradzież, czy mała. Jego kolega twierdził, że facet ma tylko wtedy jaja na swoim miejscu, kiedy nie da się złapać na oszustwie albo na kradzieży. I oszukiwał, a w związku z tym był gościem jajami na swoim miejscu. Jego problem. Kłamstwo to kłamstwo, a kradzież to kradzież. Tę kwestię ma już za sobą. Wiedział, że kiedy opiłby się, to by kłamał, a kiedy by kłamał, to by się okradał. Okradałby się z tego, przy czym powinien zachować się jak mężczyzna. Z czym powinien stanąć twarzą w twarz. Do tej pora się oszukiwał, chociaż przyznawał się do tego. No i co z tego? Pił, a potem twierdził, że to przez picie. Kłamstwo, oszustwo i kradzież. Tego roku osiemnasty października jest dniem trzeźwości, w tym domu. Trzeźwości i patrzenia prawdzie w oczy. - Tylko, czy ktoś przyjdzie? No jasne, że przyjdzie. – Zapytał i sam sobie odpowiedział. – Zawsze ktoś przychodził. Tak mu się przynajmniej wydawało, nie, nie wydawało się, był tego pewien. Zawsze ktoś przychodził. Zawsze, odkąd zrobił to pierwszy raz, ktoś zjawiał się osiemnastego października, czyli dziesięć razy. Dziesięć osiemnastych październików. Pierwszy? Kto był pierwszy? Pierwszy był mleczarz. On był tym pierwszym, pierwszym, który jako pierwszy zadzwonił do drzwi osiemnastego. Drugim pierwszym, który zadzwonił do jego drzwi osiemnastego października, był goniec z jakąś wiadomością. Co to była za wiadomość? Nie pamiętał. A czy to ma jakieś znaczenie? Trzecim był jakiś przechodzień, który chciał skorzystać z telefonu. Potem była ta mała. Piątego sam zwerbował, bo już myślał, że nikt nie przyjdzie (robił to potem jeszcze kilka razy). Był nim taksówkarz. Zadzwonił po niego i on był tym pierwszym, który zadzwonił do jego drzwi osiemnastego. Kiedyś poznał dziewczynę w barze i kilka razy się z nią spotkał, a potem zaprosił ją do siebie. Było to oczywiście osiemnastego. Potem ten przybłęda, który kręcił się od kilku dni po okolicy. Miał z nim trochę problemów, ale jakoś sobie poradził. Dwa lata temu był kolega z podstawówki. Ileż musiał z nim wypić, i co mu naobiecywać, żeby w końcu zgodził się wstąpić. Wszyscy faceci są tacy sami, wystarczy powiedzieć, że zna się kilka chętnych panienek, które zgodzą się przyjść, razem, a żaden nie oprze się pokusie. No, a w zeszłym roku? W zeszłam roku był ten chłopak, który zaplątał się na podwórko. Zbierał butelki i puszki po napojach. - Przyjdą, na pewno ktoś przyjdzie. – Powtórzył. W tym roku postanowił w niczym sobie nie pomagać i dlatego był taki rozgorączkowany. Wybiła już dwunasta, a nikt się nie zjawił. Ale z drugiej strony, to jest dopiero dwunasta, czyli, że jeszcze cały dzień przed nim. Znowu nalał sobie wódki do kieliszka, a z kieliszka do butelki. Jutro. Jutro będzie pijaństwo. Kto to może być? Kto będzie tym “zwycięzcą”, tym “szczęściarzem”? Zaśmiał się. Oba słowa mu się podobały i oba były dobre, tylko, czy aby na miejscu. No jasne, że na miejscu. Przecież na pierwszego czeka nagroda. A czyż ten, który wygrywa nie jest zwycięzcą albo szczęściarzem? - Tak szczęściarze, przychodźcie! – Krzyknął – Nagroda was nie ominie. Włączył radio. - Dzisiaj jest środa, osiemnastego października, dwieście dziewięćdziesiąty dzień roku. Do Sylwestra zostało siedemdziesiąt cztery dni. Imieniny obchodzą.... – Wyłączył radio pilotem. - A kogóż interesuje, kto obchodzi dziś imieniny. Kogo w ogóle obchodzą, jakieś tam, imieniny osiemnastego października? Mnie na pewno nie. No przychodźcie już. – Wrzasnął. – Ileż można na was czekać?!!! Chciał wstać od stołu, żeby zrobić obchód kalendarzy, machnął jednak ręką i nalał sobie do kieliszka, a z niego do flaszki. Mleczarz, - zaczął sobie uprzyjemniać czas wspominkami, - sam sobie był winien. Po co przychodził tak wcześnie i budził mnie po nocnej zmianie. Wtedy jeszcze pracowałem w tym zakładzie stolarskim koło kościoła, nie tak jak teraz, kiedy sam sobie jestem królem i mogę chodzić do pracy, o której chcę i o której chcę kończyć. W stolarni była harówa. Dzień i noc, sobota i niedziela. A ten pajac od mleka przylazł tu o szóstej, kiedy właśnie zaczynałem zasypiać. Dostał za swoje. Tylko, co ja z nim zrobiłem? Zakopałem go za domem, a może w piwnicy? Nie pamiętam. „No jasne, że nie pamiętasz, pacanie, - odezwał się drugi głos, w jego głowie, - przecież żadnego mleczarza nie było.” - Był! – Krzyknął. – Był, przecież pamiętam. „Gówno pamiętasz, coś ci się tylko przyśniło w tej zapijaczonej pale.” - Nieprawda, nic mi się nie przyśniło. Byłem, co prawda, pijany, ale dobrze pamiętam tego mleczarza, miał biały fartuch, a ja poderżnąłem mu gardło nożem kuchennym. Tym największym. Krew zapaćkała cały fartuch na czerwono. Tylko, że nie pamiętam, co z nim zrobiłem. „No widzisz. Żadnego mleczarza nie było.” - Był. Nie kłóć się ze mną. Albo ten goniec, co mu rozwaliłem łeb młotkiem? „Jaki goniec? Powinieneś chłopie iść na odwyk. Piłeś wtedy jak wielbłąd, a i w głowie miałeś tyle samo. To się nazywa delirium.” - Żadne delirium. Rozwaliłem mu łeb młotkiem, ale za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć, co za wiadomość mi przyniósł. „Delirium. Jak ktoś pije tyle, co ty, to dostaje od tego kręćka i wydaje mu się, że widzi to i owo. To tak, jak ty. Delirium chłopie, mówię ci.” - Zamknij się! I tak cię nikt nie słucha. A ten gość, co chciał telefonować, to też delirium? Dobrze pamiętam, walnąłem go łopatą. Jeszcze dziś widzę tę krew, która wypływała z rozwalonej czachy. A potem, kiedy się obudziłem, miałem jeszcze ręce popaćkane krwią. „No jasne, że byłeś ubabrany od krwi, bo poślizgnąłeś się na swoich rzygach i walnąłeś nosem o podłogę. Krwawiłeś jak szlachtowana świnia.” - Sam jesteś świnia. Jezu, jak bym się napił. „Pij, pij to znowu może coś ci się przyśni w tych twoich chorych, pijackich snach.” - A, co ta mała? „No właśnie, co ta mała? No jak ją załatwiłeś, łachmaniarzu? No i co? Nie pamiętasz.” - Nie pamiętam i co z tego? Załatwiłem ją i koniec. „Gówno. Nikogo nie załatwiłeś, ty byś nawet muchy nie załatwił. Masz chorą wyobraźnię i tyle. Słyszysz? To tylko twoja wyobraźnia.” - Słyszę, ale możesz sobie gadać ile wlezie, bo i tak wiem swoje. Zazdrościsz mi tylko. No, a co powiesz na tego taksiarza? Najpierw walnąłem go siekierą, a potem pociąłem na kawałki i spaliłem w piecu. „Dobre sobie. Walnąłeś siekierą, pociąłeś i spaliłeś w piecu? Nie bądź śmieszny. Ale nawet jeśli miałbyś tak twarde jaja, to co byś zrobił z samochodem, którym tu ten taksiarz przyjechał. Pewnie wsiadłeś za kierownicę i wywiozłeś samochód za miasto, do lasu, i tam go zostawiłeś albo może zepchnąłeś go ze skarpy do rzeki?” - Tak. Tak właśnie zrobiłem. Pojechałem na tę skarpę za miastem i zepchnąłem z niej samochód. „Ha, ha, ha, ale mnie rozśmieszyłeś. Przecież ty nawet nie umiesz jeździć samochodem.” - A właśnie, że umiem. Umiałem już kierować samochodem, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Tato mnie nauczył.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych