Wróć do katalogu

Co spotkało Rauberta Brandenbotta

Kryminał sądowy osadzony w świecie fantasy

Kyroman, opublikowano , 12 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Ciepłe światło przedpołudniowego słońca zalewało jasnym blaskiem całą salę, odbijało się wieloma refleksami od wypolerowanych posadzek i poręczy, rozświetlało ozdobne gzymsy i boazerie. Tu i ówdzie tworzyło migotliwe plamy, to znów jakieś zakamarki pozostawiało w cieniu. Wpadało ono do środka przez dwa niezwykle wysokie, łukowato zwieńczone okna, znajdujące się u szczytu auli. Za jednym z nich malowało się jedynie jasnobłękitne, bezchmurne niebo oraz bezlitośnie czysta tarcza słoneczna, za drugim zaś widać było wyrastającą po drugiej stronie wąskiego placu wieżę ratuszową, która zasłaniała je niemal w całości. Taki przynajmniej widok miało się, stojąc pośrodku sali wewnątrz wyznaczonego przez drewniane barierki kwadratu przeznaczonego dla oskarżonych, który w tym momencie zajmował z podniesioną głową pan Raubert Brandenbott. Nie bez powodu jego głowa zadarta była do góry. Nie chodziło wcale o poczucie godności, bo z tej obdarto go dawno, jeszcze za drzwiami, pozostawiając jedynie resztkę nonszalancji i wrodzoną skłonność do drwin i sarkazmu. Głowę trzeba było jednak podnieść, by móc skupić się na największym kuriozum, jakie w tym momencie zaprzątało uwagę pana Rauberta, a którym była niezwykle drażniąca i zajmująca różnica czasu. Otóż ogromny, złoty zegar zawieszony pomiędzy oboma oknami wskazywał, że jest dokładnie kwadrans do jedenastej, zaś według tego jeszcze większego na wieży ratuszowej do jedenastej pozostawało zaledwie minut trzynaście. Pan Brandenbott wpatrywał się więc na przemian to w jeden, to w drugi zegar, próbując uchwycić moment, w którym na jednym z nich przeskoczy długa wskazówka, aby potem sprawdzić, po ilu sekundach nastąpi to na tym drugim. - Wolałbym to rozwiązać polubownie, bez niepotrzebnych spięć i kłótni – odezwał się cienkim głosikiem staruszek siedzący za ciężkim stołem na podwyższeniu, wyrywając oskarżonego z najwyższego skupienia – Jeśli zdecyduje się pan przyznać do stawianych mu zarzutów, to podejrzewam, że członkowie Komisji nie będą protestować i idąc za moją namową zgodnie zdecydują się umieścić pana w Nanogg, wśród pana pobratymców i w przez takowych pobratymców strzeżonej Twierdzy. Wyschnięty staruszek ubrany był w długą, czarną togę, bogato zdobioną haftami i obszywkami w kolorze rubinu. Ledwo co wystawał zza wysokiego stołu, łypiąc maleńkimi ślepiami sponad okularów-połówek. Jego ziemista cera poznaczona była starymi śladami po ospie i głębokimi zmarszczkami, ale tak to już jest, jak się jest gnomem i trzyma się tego świata dłużej niż powinno. Mimo wszystko sprawiał wrażenie osoby nastawionej przyjaźnie i dającej się lubić, nawet pomimo dzielącej pana Brandenbotta oraz Wysokiego Sędziego bariery, w przenośni i dosłownie. Osadzony w swojej ciasnej przestrzeni przypominającej dziecięce łóżeczko Brandenbott zamrugał parokrotnie i zmarszczył brwi. Wcale nie chciało mu się wierzyć, że w Nanogg zostałby potraktowany jakoś łaskawiej tylko ze względu na swoje pochodzenie rasowe. Znał dobrze wrodzoną skrupulatność i dyscyplinę goblinów, które łatwo mogły zamienić się w okrucieństwo, jeśli przychodziło do służby więziennej lub wojskowej. Atmosfera panująca w Nanogg oraz mroczna aura otaczająca górującą nad miastem Twierdzę wcale go nie pociągały. Rzadko kiedy tam bywał, mimo że wyspę od Arepolis dzielił zaledwie rzut kamieniem. Zdecydowanie bardziej wolał zostać zamknięty – jeśli oczywiście uznać taką ewentualność – gdzieś w lochach pod Pałacem Namiestnikowym, a może nawet w jakichś podziemiach gmachów Kompanii, bo przekonany był z całą pewnością, że kryje się pod nimi niejedna tajemnica i pewnie także sama Kompania trzyma tam wielu takich, którzy zaleźli jej za skórę. Podejrzewał jednak ponad wszelką wątpliwość, że oba te miejsca okazałyby się o wiele czystsze niż zagrzybiałe cele w Nanogg, bo dominujące tu gnomy i niziołki zdecydowanie bardziej ceniły sobie porządek i higienę niż jego współplemieńcy, przyzwyczajeni do smrodu i błota. On sam w tym względzie także raczej nie przypominał jednego ze swoich, przyzwyczajony raczej do wielkomiejskiego życia w stolicy, gdzie gobliny stanowiły co najwyżej brudny i zapity margines, z rzadka tylko pełniąc jakieś ważniejsze funkcje. Co prawda jego bogaty strój, na który składały się biała koszula z wysokim kołnierzem, gustowny zielony kaftan oraz podwiązywane spodnie, nosiły teraz ślady sponiewierania, jakiego doświadczył przez ostatnie parę dni. Mimo wszystko znać jednak było, że to nie byle kto i że w kaszę nie da sobie dmuchać. Zza stołu podniósł się Wielki Interwent, pełniący w czasie rozprawy rolę prawej ręki podstarzałego Sędziego i jednocześnie występujący w imieniu oskarżyciela. Podobnie jak Sędzia był to gnom, dużo jednak od niego młodszy i pozbawiony znamion nieuchronnego przemijania. Brandenbott nie potrafił oprzeć się satysfakcjonującej myśli, że ten młodzieniaszek czyha tylko, aby wskoczyć na wyższy stołek i przebrać się w togę innej barwy, zmieniając hafty szmaragdowe na szkarłat, czekając aż jego zdziadziały zwierzchnik zabierze się w końcu z tego świata. - W świetle obowiązującego prawa, mając na uwadze zarówno Kodeks Imperialny, jak i uchwaloną w roku poprzednim Ustawę o Substancjach Niebezpiecznych, za przypisywane panu czyny grozi pozbawienie wolności do lat trzydziestu, bez możliwości wcześniejszego zwolnienia warunkowego. W przypadku podjęcia współpracy sąd gotowy jest odstąpić od części oskarżeń i obniżyć wymierzoną karę. W pana gestii leży ubieganie się o jak najłaskawsze potraktowanie, więc tak jak pan Sędzia już powiedział, wolelibyśmy, aby jednak zaczął pan kierować się zdrowym rozsądkiem, a nie swoją wybujałą dumą… Brandenbott popatrzył na niego bez emocji. Normalnie w takiej sytuacji zaciągnąłby się spokojnie fajką i puścił ostentacyjnie kółka z dymu, teraz jednak na sali rozpraw ogołocony był całkowicie z wszelakich dobrodziejstw cywilizacji, zaś brak…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych