Córka słońca, rozdział 16
Aldorent spotyka się w tym samym okresie czasu z dwiema bardzo różnymi kobietami. Oczywiście żadna z nich nie wie o istnieniu tej drugiej.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}{b}ROZDZIAŁ XVI DWIE KOBIETY{/i}{/b}
Aldorent Morrison myślał przez okrągłe dwa tygodnie niemal bezustannie o zaskakującej, namiętnej chwili pomiędzy nim a Derrą. Mógłby wykorzystać swoją pozycję wysokiego funkcjonariusza ZSS, wejść jeszcze raz do mieszkania Carradine’ów i porwać dziewczynę. Pewnie nie opierałaby się zbytnio, gdyby obiecał Derze to, czego domagała się od niego od samego początku: że odwiezie ją do Sokoła. A może nie musiałby jej niczego obiecywać, ponieważ uległaby mu, kierowana samą fascynacją lub nawet miłością. To ostatnie słowo wypowiadał zresztą w myślach nieśmiało. Rozsądek mówił Eliminatorowi, że nie powinien oczekiwać od Derry tak wielkiego uczucia do niego. Ale, jak zwykle bywa, serce niechętnie słuchało rozsądku. A może rzeczywiście odwiózłby ją do Entorii. Może nawet zostałby tam z nią na dłużej, rzucając w diabły ZSS i zabijanie. Takie szalone myśli snuł, gdy miał trochę wolnego czasu i mógł pozwolić sobie na pofantazjowanie. Wiedział jednak dobrze, że nie odważy się na złamanie kodeksu postępowania organizacji, której przysiągł wierność do ostatniego tchu i ostatniej myśli, niczym kobiecie. To, że wymawiane słowa nie płynęły z serca, lecz były realizacją woli matki, nie miało najmniejszego znaczenia. Gdyby pomógł Derze i związał się z nią, stałby się odszczepieńcem bez możliwości powrotu do kraju i do zawodu, a każdy z jego dawnych kolegów miałby prawo go zabić. Poza tym nie wierzył, by ten związek mógł być udany. Wprawdzie istniał w Sangacji niepisany zwyczaj, że mężczyźni wiązali się z młodszymi, a nawet sporo młodszymi kobietami, ale w ich przypadku różnica wieku była zbyt duża. Derra pod wieloma względami pozostawała wciąż dzieckiem. Nie, to nie miało sensu. Mężczyzna po trzydziestce nie powinien marzyć o upojnej nocy w ramionach szesnastolatki. Dlatego wraz z upływem dni myślał o niej coraz mniej, aż wreszcie przestał zupełnie. Derra Amno stała się dla niego mglistą i dość odległą postacią, która nie odgrywała znaczącej roli w życiu mężczyzny. Wciąż docierały do niego nowiny na jej temat od kolegów, którzy pracowali z nastolatką na co dzień. Pewnego dnia dowiedział się, że Derra prawie nie rozstaje się z jednym z kolegów ze szkoły, do której uczęszcza. Pogodził się wtedy ostatecznie z myślą, że ścieżki życia jego i Entorianki muszą biec oddzielnie.
* * *
Nareszcie miał kilka dni wolnego. Posprzątał starannie całe mieszkanie, nie omijając nawet coraz bardziej zagraconej „rupieciarni”, wybrał się do kina na jakiś film akcji, kupił i powiesił nowe zasłony do sypialni, obejrzał wystawę kotów rasowych i zjadł dobrą kolację w „Gwieździe Północy”. Wszystko to zrobił sam i kiedy wracał na piechotę do domu – nie brał samochodu, ponieważ nie umiał oprzeć się pokusie wypicia lampki przyzwoitego wina do tak wystawnej kolacji – po raz kolejny w życiu doznał uczucia przytłaczającej samotności. Nie miał kolegów, z którymi mógłby spędzać wolny czas, a jakoś nie wierzył w przyjaźń mężczyzny z kobietą. Kobiety były po to, by je kochać lub w ogóle nie zawracać im głowy, a ponieważ nie poznał ostatnio nikogo interesującego, wybierał tę drugą możliwość. Od dzieciństwa pasjonował się szeroko pojętą kulturą i kiedy tylko mógł, odwiedzał regularnie rozmaite galerie, muzea, wystawy i teatry w Derbachii i pozostałych metropoliach. Nie stronił też od popkultury, bywając w multikinach i centrach rozrywki, połączonych z wielkimi powierzchniami handlowymi. Nie lubił natomiast spędzać wolnego czasu w domu, z kubkiem herbaty bądź butelką piwa w ręce, gapiąc się w telewizor. Ciągnęło go do ludzi, chciał być wszędzie tam, gdzie tworzono wielką, mniejszą i tę całkiem malutką historię nie tylko Sangacji, ale całego kontynentu. Jeśli podobała mu się samotność, to tylko wśród przepięknej przyrody Kiramu. Panicznie bał się zamknięcia, kojarzącego się mężczyźnie ze spętaniem woli. Chyba dlatego tak bardzo kochał ogromne, rozzłocone mocnym kiramskim słońcem otwarte przestrzenie, które w typowych mieszczuchach budziły lęk właśnie brakiem ścian. Jego światem były łąki i sosnowe lasy Entorii, poszarpany masyw gór Peiling na granicy Gardu i Dantu, pomarańczowe gaje Quatessinu, a także ciągnąca się ze wszystkich stron aż po horyzont, porośnięta skąpo ostrą trawą i cierpkimi jagodami równina kenlackiej i skeńskiej tundry. Ale nawet tam marzył o bliskiej osobie, z którą mógłby dzielić zachwyt cudami natury albo ludzkiego geniuszu. Wiedział, że nie jest i nigdy nie będzie takim Eliminatorem, jakich życzył sobie widzieć marszałek Raszkiewicz, ponieważ nie umiał pokochać samotności. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dopiero dziewiąta. A przecież jeszcze przed chwilą sądził na podstawie szybko zapadającej ciemności, że jest znacznie później. Chyba będzie musiał przyzwyczaić się do myśli, że lato zmieniało się we wczesną jesień. A skoro było tak wcześnie, postanowił odwiedzić siostrę, jedyną osobę, do której mógł wpadać niemal o każdej porze dnia i nocy. Matka, odkąd przekroczyła sześćdziesiątkę, zaczęła kłaść się spać punkt dziewiąta i nie życzyła sobie wizyt po tej godzinie, nawet ze strony jedynego syna. Siostra Aldorenta mieszkała w jednym z szeregowych domów jednorodzinnych w dzielnicy Mexico, czyli praktycznie na przedmieściu Derbachii. Jej mąż, projektant mebli, zarabiał w ostatnich latach na tyle dobrze, że stać ich było na wynajęcie dużego i stylowo urządzonego dwukondygnacyjnego domu. Miała na imię Alayah. Jadąc metrem, próbował sobie przypomnieć, skąd wzięło się to rzadkie imię. Matka opowiadała wielokrotnie, że ich ojciec miał upodobanie do imion noszonych przez znane i fascynujące go w danej chwili osoby. Kim była kobieta, która oczarowała Fredericka Morrisona do tego stopnia, że postanowił w tak doniosły sposób uczcić jej pamięć? Czy, podobnie jak w przypadku jego patrona, była czynną w polityce Kiramejką, działającą dla wspólnego dobra obu ras, a może głośną w tamtych latach artystką? Nie, chyba nie. Alayah to sangackie imię, bardzo rzadkie wprawdzie, ale jednak sangackie, nie kiramskie. Wreszcie sobie przypomniał. Alayah di Fasci była pochodzącym z Kolorado politykiem, jedną z niewielu kobiet, którym udało się zajść w obecnym stuleciu tak wysoko. Była nawet przez krótki czas ministrem do spraw kobiet i planowania rodziny. Przez cały długi czas swojej politycznej działalności starała się wzmocnić pozycję kobiety w Sangacji przede wszystkim na rynku pracy i w życiu publicznym, ale także w rodzinie. Pamiętał, że Partia Socjalistyczna miała wtedy większość w parlamencie przez trzy kadencje. Podczas trzeciej i ostatniej Alayah di Fasci domagała się złagodzenia ustawy antyaborcyjnej, co pogrążyło w kolejnych wyborach jej partię, a ją samą zepchnęło na margines życia politycznego. Taki postulat po prostu nie mógł znaleźć uznania w oczach opinii publicznej w czasie, gdy na gwałt zaczęto zwiększać pogłowie Sangacjan, by stanowiło argument w starciu kulturowym z Kiramczykami. Nie miał pojęcia, co mogło podobać się w niej Frederickowi Morrisonowi, mężczyźnie deklarującemu przywiązanie do tradycyjnych wartości. Chyba jego ojciec podziwiał wszystkich, którzy prowadzili nierówną walkę z uprzedzeniami i fobiami. W jakiś sposób tego człowieka sukcesu ciągnęło do wszelkich klęsk i mielizn. Tak było z feministką Alayah di Fasci, i tak też było z ambasadorem Gondwany o nazwisku Aldorent Neya, próbującym zbliżyć Sangację do Imperium. A może robił to, by dokuczyć matce. Wybierał na patronów dla ich dzieci postaci, których Frances nie lubiła, a nawet się lękała. Nie wiedział, czemu Frederick mógłby chcieć dokuczyć swojej najdroższej, ślicznej Frances, ale jednak wyrażał w ten ostentacyjny sposób poglądy, których jego żona nie akceptowała. A może rzucał rękawicę całemu skostniałemu społeczeństwu, w świetle dnia broniąc jego fundamentów, a w nocy śniąc o lepszym świecie. Tak więc jego siostra została Alayah. Już jako nastolatka w równym stopniu nie cierpiała zarówno tego imienia, jak i swojej kontrowersyjnej imienniczki. Kazała zwracać się do siebie po prostu Allie. Tak też zostało i nie pamiętał, by ktokolwiek nazywał ją inaczej. Chyba tylko on jeden zwracał się do niej pełnym imieniem, i to tylko wtedy, gdy chciał się z nią podroczyć. Dotknął lekko przycisku domofonu i przedstawił się. Wpuszczono go natychmiast. Allie dawno temu zadecydowała, że brat będzie miał zawsze otwarte drzwi w tym domu, chociaż podejrzewał, że jej mężowi niezbyt się to podoba. Przeszedł wąskim chodnikiem wiodącym od bramy od drzwi domu, obawiając się, że Quentin kupił wreszcie psa. Jednak i tym razem dotarł bezpiecznie do kilku stromych schodków. Światło na ganku zapaliło się automatycznie, gdy tylko fotokomórka zarejestrowała ruch. Nie musiał dzwonić. Otworzyła mu dwunastoletnia dziewczynka z gładko zaczesanymi do tyłu i zebranymi w koński ogon ciemnymi włosami. Linda, jego siostrzenica. Szturchnął ją żartobliwie w ramię, pytając o postępy w szkole. Wzmianka o nauce zirytowała lekko dziewczynkę, która zaczynała już zauważać chłopców. Na szczęście wuj Aldorent był niezawodny w bezlitosnym sprowadzaniu ją na ziemię, przypominając o młodziutkim wieku i obowiązku szkolnym. Prychnęła jak rozzłoszczona kotka i uciekła na górę. Pomimo to szedł o zakład, że Linda go uwielbia, podobnie jak bliźniacy. Nikt nie mógł oprzeć się urokowi Aldorenta Morrisona, o ile oczywiście zależało mu na roztoczeniu tego uroku. Starsza od niego o trzy lata Allie była dość wysoką kobietą o regularnych rysach twarzy, identycznych jak u brata szarych oczach, patrzących przenikliwie, i lśniących ciemnych włosach, które najchętniej nosiła opadające luźno na ramiona. Jako dziewczyna miała doskonałą figurę, teraz, w wieku trzydziestu siedmiu lat, zaczęła zdradzać skłonność do tycia. Odstawiła więc słodkości i zapisała się do klubu fitness, gdzie natychmiast nawiązała kilka nowych przyjaźni. Aldorentowi, który zawsze lubił sport, podobało się jej nowe hobby. Poza tym Allie stała się dzięki klubowi bardziej pewna siebie i przynajmniej od czasu do czasu wychodziła sama z domu, który do niedawna uważała za cały swój świat. Była w końcu jego siostrą. Przede wszystkim jego siostrą, kimś, kto sypiał w pokoju za ścianą i pomagał wyrosnąć z krótkich spodenek. Nie chciał widzieć jej na kolanach przed jakimkolwiek mężczyzną, nawet w znaczeniu metaforycznym. Przypuszczał, że zabiłby szwagra, a na pewno przynajmniej ciężko poturbował, gdyby tamten odważył się podnieść rękę na Allie. Naturalnie, nic takiego nie miało do tej pory miejsca. Allie i Quentin sprzeczali się dość często, ale nigdy nie dochodziło w ich domu do rękoczynów. − Cześć – rzucił, całując ją lekko w czoło. Była to jeszcze jedna rzecz, którą lubił w swojej siostrze. Allie była jedyną kobietą, którą mógł całować po przyjacielsku i zupełnie bezkarnie. − Cześć, Aldo – odparła. – Dobrze, że jesteś. Udało mi się wreszcie namówić Amy, żeby do mnie wpadła. Będziesz mógł ją poznać. − Co to za Amy? − Zobaczysz – wygięła ładnie wykrojone usta w filuternym uśmiechu. Poczekała, aż mężczyzna zdejmie i powiesi w przedpokoju cienką, chroniącą głównie przed wiatrem kurtkę. Zaciekawiony zdjął jeszcze buty, włożył przygotowane specjalnie dla niego kapcie i przeszedł do pokoju dla gości. W fotelu pod oknem siedziała trochę podobna do Allie dziewczyna, znacznie młodsza od jego siostry. Na pierwszy rzut oka ocenił ją na jakieś dwadzieścia trzy, może cztery lata. Obie wróciły właśnie z treningu. Domyślił się tego patrząc na rozpuszczone włosy dziewczyny, jej lekko zarumienioną twarz, zdradzającą jeszcze włożony w ćwiczenia wysiłek, oraz nieformalny, lecz gustowny strój. Pod opiętą, niebieską koszulką zarysowywały się nieduże wprawdzie, ale kształtne i jędrne piersi. Widząc w drzwiach pokoju nieznajomego, atrakcyjnego mężczyznę, dziewczyna najpierw speszyła się nieznacznie i rzuciła Allie rozpaczliwe spojrzenie, jakby pytając, co powinna teraz zrobić. Siostra Aldorenta natychmiast pospieszyła jej z pomocą, mówiąc głośno: − Aldo, poznaj moją nową przyjaciółkę Amy. Jest architektem. Bardzo zresztą utalentowanym. Dziewczyna wstała na chwilę i wyciągnęła w jego kierunku rękę. − Niech pan jej nie słucha. Jak zwykle przesadza. Amanda Winter. − Aldorent Morrison. Brat Allie. Uścisnął małą, miękką dłoń i siadł na kanapie. Starał się prowadzić zwyczajną, niezobowiązującą rozmowę z obiema kobietami, lecz jego spojrzenie wciąż zatrzymywało się na postaci Amandy. Dziewczyna spodobała mu się od samego początku. Kiedy wstawała, zauważył, że jest niewysoka i drobna. Dokładnie taka, jakie lubił. Trochę żałował, że zdążyła wziąć prysznic jeszcze w klubie. Nie miał nic przeciwko zapachowi kobiecego potu, czuł się wtedy lekko podniecony erotycznie i natychmiast zaczynał fantazjować. Była szatynką, jak on i Allie. To również mu się podobało. Blondynki raziły go pretensjonalnością, a rudowłosej kobiety nie chciałby teraz spotkać za nic w świecie. Allie paplała coś jak zwykle o bliźniakach. Była bardzo dumna z Marcela i Tate’a, pary wiecznie roztrzepanych i hałaśliwych, lecz w gruncie rzeczy bardzo kochanych czternastolatków, tak bardzo do siebie podobnych, że tylko matka rozróżniała ich bez trudu. Aldorent nie dziwił się, że Allie całkowicie poświęciła się rodzinie. Oddałby wszystko za bycie ojcem Marcela, Tate’a i Lindy. Jego siostra stworzyła ze swoim Quentinem prawdziwy, pełen ciepła i lojalności dom, podczas gdy on wciąż włóczył się beztrosko po Kiramie. Wspomnienie tych wszystkich cudownych miejsc na chwilę rozbłysło w jego głowie niczym gwiazda i natychmiast zgasło. Nie, to, co przed chwilą pomyślał, oczarowany tą wspaniałą rodziną, nie było prawdą. Wcale nie oddałby wszystkiego. Nie byłby w stanie zrezygnować z podróżowania, zadowalając się trasą praca-dom. Cieszył się, że jego bliscy lubią taki styl życia, ale on udusiłby się prędzej czy później w tak ciasnym światku. Ledwo ją słyszał, skupiony na Amandzie. Spoglądał na dziewczynę ukradkiem, podziwiając jej czystą, gładką skórę, sarnie, lekko wilgotne oczy i smukłą talię. Dlatego odetchnął z ulgą, gdy Allie wyszła na chwilę do kuchni, żeby zaparzyć kolejny dzbanek kawy. Allie zawsze za dużo mówiła i starała się odgrywać rolę duszy towarzystwa. Na szczęście teraz miał Amandę tylko dla siebie. − Czym się zajmujesz? – spytał. Allie zmusiła już oboje, by mówili sobie po imieniu. − Pracuję w niewielkim biurze projektowym na Manhattanie. Wiesz, Allie jak zwykle przesadziła. Skończyłam architekturę, ale wcale nie jestem aż tak dobra. Właściwie zupełnie inaczej sobie to wyobrażałam – zaśmiała się, lecz jego uwadze nie umknęła nuta goryczy kryjąca się w tym śmiechu. – Kiedy szłam na studia, miałam głowę pełną wielkich pomysłów. Wiesz, jak to jest, kiedy młody człowiek zaczyna wymarzone studia. Wydaje mu się, że za kilka lat zawojuje świat swoim talentem i ciężką pracą. − Dokładnie wiem, co masz na myśli – skinął głową. – Ambicje i oczekiwania młodych ludzi potrafią być naprawdę duże. Powiedziałbym nawet, że wygórowane. Dopiero po kilkunastu nieudanych próbach zdobycia dobrej pracy i kilku latach monotonnej harówki za marne pieniądze ci młodzi ludzie schodzą z chmur na ziemię. − Śmierć ideałów bywa bolesna – zaśmiała się znów, odsłaniając na chwilę równe, białe ząbki. – Marzyłam o tworzeniu w pocie czoła i z głową ponad chmurami. Chciałam powoływać do życia niezwykłe, monumentalne budowle, które przetrwają wieki i wzbudzą zachwyt milionów. Mam już nawet kilka interesujących szkiców. W rzeczywistości jednak pracuję w jakimś podrzędnym biurze i projektuję domy nowobogackim, podobne jeden do drugiego jak krople wody. Ot, mniej więcej takie, jak ten – zatoczyła dłonią łuk. – Zarząd spija całą śmietankę, a ja zarabiam grosze. Zresztą, może za bardzo spieszy mi się do sukcesu. W końcu pracuję dopiero od trzech miesięcy. − Myślę, że prędzej czy później stworzysz coś naprawdę wspaniałego – powiedział z pełną powagą. Naprawdę czuł uznanie dla młodzieńczego zapału i determinacji Amandy, ale ona potraktowała słowa mężczyzny jak świetny dowcip, po raz kolejny wybuchając śmiechem. Podobał mu się ten dźwięczny śmiech, zaczynał jednak podejrzewać, że dziewczynie trochę brakuje wiary w siebie. − Czasami obawiam się, że w naszym kraju nie ma miejsca na prawdziwą sztukę – odparła. – Liczą się przede wszystkim walory użytkowe. − Częściowo masz rację, ale jestem mocno przekonany, że nie da się zabić w człowieku pragnienia piękna. Gdyby to było możliwe, ludzkość już dawno musiałaby wymrzeć z powodu utraty sensu życia. Wszyscy tęsknimy, przynajmniej od czasu do czasu, za czymś, czego nie da się ująć w szereg liczb i logicznie wytłumaczyć. − A ty? Czym się zajmujesz? – spytała. − Jestem policjantem. Jak widzisz, czasowo w cywilu. Wciąż dziwił się, jak gładko to kłamstwo spływa po raz kolejny z jego ust. Dziwił się tym bardziej, im mocniej przekonywał się, jak prędko musi się z niego wycofywać w każdym kolejnym związku. Nic w jego trybie życia nie przypominało pracy policjanta. Może poza ryzykiem. Z tym, że podejmowane przez niego ryzyko było znacznie większe. Dziewczyna nie była zdziwiona ani zaskoczona. Odparła: − Mogłam się domyślić. Masz do tego odpowiednie warunki. Gdybym miała zgadywać, powiedziałabym, że jesteś albo policjantem, albo pracownikiem ochrony. Zrobiło mu się gorąco od zachwyconego wzroku kobiety, bezwstydnie ślizgającego się po jego umięśnionym ciele. Z drugiej strony te słowa nie do końca mu się spodobały. Było mu trochę przykro, że Amanda szufladkuje go jedynie na podstawie wyglądu. Swego czasu marzył o karierze naukowca. Pewnie i tak nie uwierzyłaby. Dla niej naukowcy byli najprawdopodobniej starszymi, łysawymi panami w grubych okularach i z naręczem książek pod pachą. Swoją drogą, zbyt często wydajemy o ludziach pochopne sądy na podstawie ich fizyczności, pomyślał. Gdyby nie wiedział, że Amanda jest architektem, przypuszczałby, że zajmuje się sprzedażą perfum lub drogich ubrań. − Masz kogoś? – spytał. Nie chciał tracić czasu, w każdej chwili mogła wrócić Allie. Strasznie kochana, ale nieco pruderyjna siostra Aldorenta z pewnością uznałaby, że na takie pytanie jest zdecydowanie za wcześnie. − W tej chwili nie. Spotykałam się z paroma mężczyznami, ale każdy z nich okazywał się w końcu nieodpowiedzialnym szczeniakiem. Mam wrażenie, że mężczyźni dojrzewają coraz później. To chyba skutek konsumpcyjnego stylu życia. Podobała mu się jej szczerość i otwartość. Właśnie takie kobiety lubił. W jego wieku niechętnie traci się czas na podchody i umizgi typowe dla nastolatków. − Chciałbym spotkać się z tobą na neutralnym gruncie. Gdzieś, gdzie oboje będziemy mogli się rozluźnić i trochę lepiej poznać. Powiedzmy, w jakiejś dobrej knajpce. Co ty na to? − Doskonały pomysł – jej oczy rozbłysły na chwilę z radości. Pewnie czekała na tę propozycję jak na gwiazdkę z nieba, nie mogąc wyjść z nią pierwsza. Musiała należeć do tego typu kobiet, które nigdy nie przejmują inicjatywy, pozostawiając uwodzenie męskiemu rodowi. – Przypuszczam w takim razie, że ty również jesteś chwilowo wolny. − Nie mogłaś ująć tego lepiej. Chwilowo. I mam nadzieję, że będzie to bardzo krótka chwila. Daj mi swój numer telefonu, dobrze? Zadzwonię na pewno. Odpiął kieszeń bluzy, wyjął komórkę i wstukał jej numer. Kiedy Allie wróciła z kolejną porcją aromatycznego napoju, natychmiast podejmując nieśmiertelny temat dzieci, telefon spoczywał już, wraz z cenną informacją, w bezpiecznym schowku. Aldorent i Amanda popatrywali na siebie od czasu do czasu tym szczególnym spojrzeniem dwojga ludzi, którzy ukrywają coś przed resztą świata. Pewnie Allie nie miałaby nic przeciwko ich związkowi, pomimo to Aldorent nie chciał jej pośrednictwa. Zawsze zdobywał swoje kobiety samodzielnie.
* * *
Odczekał dla przyzwoitości całe trzy dni, a potem zadzwonił. Amanda bez wahania zgodziła się na spotkanie. Przypuszczał, że dziewczyna czekała na ten telefon z niecierpliwością, przygotowując się w myślach na pierwszą randkę z nowo poznanym mężczyzną. Spotkali się w otwieranym dopiero w późnych godzinach wieczornych klubie „Centuria” w dzielnicy, która w Derbachii mogła uchodzić za starówkę. W każdym razie w tej okolicy prowadzili interesy detaliści, sprzedający w małych sklepikach to, czego próżno byłoby szukać w wielkich centrach handlowych. Przyciągali w ten sposób turystów z innych miast, włączając w to Polinię, a także odwiedzających metropolię Kiramczyków. Minął dwa antykwariaty i sklep z robioną ręcznie biżuterią, a potem zszedł po schodkach do wielkiej, poprzedzielanej kolumnami, zastawionej stylizowanymi na średniowieczne ławy stołami sali. Siedzieli przy nich młodzi w większości ludzie, już nieźle wstawieni, palący bez skrępowania tytoń i prowadzący żywe dysputy. To właśnie tutaj najchętniej spędzali wolny czas studenci Politechniki Derbachijskiej, dlatego założył, że miejsce to nie będzie obce dla Amandy. Nie przypuszczał, by dziewczyna kiedykolwiek paliła papierosy bądź piła alkohol w ilościach, w jakich zwykle pija się go w otwartych do białego rana klubach studenckich. Wydawała mu się zbyt subtelna na takie rzeczy. Pewnie zaraz po zajęciach wracała do domu, by znów ślęczeć nad książkami i projektami, ignorując złośliwe docinki ze strony członków rodziny. Zawsze najlepiej przygotowana do egzaminu, zawsze siadająca na wykładach w pierwszym rzędzie, by nie uronić ani słowa z tego, co mówił profesor. I zawsze spotykająca się z niewłaściwymi mężczyznami. Tak wyobrażał ją sobie Aldorent, czekając na dziewczynę przy jedynym wolnym w chwili jego przyjścia stoliku, na dodatek w najodleglejszym od głównego wejścia kącie. Starał się nie zwracać uwagi na hałaśliwą muzykę i papierosowy dym. Bał się, że w ciemności nie zauważy jej drobnej sylwetki, jednak szczęście mu dopisało. Amanda powiedziała przez telefon, że musi tego dnia zostać w pracy do późna, by dokończyć jakiś szczególnie ważny projekt, nie zdąży więc wpaść przed spotkaniem do domu, by się przebrać. Przyszła do klubu w stroju, który zwykle nosiła do pracy. Tak ubrana mogła przemknąć niezauważona w tłumie, nie przyciągając ani jednego spojrzenia. Gładko zaczesane do tyłu i zebrane w kok włosy idealnie komponowały się z białą bluzką i szarym kostiumem o klasycznym kroju, podkreślającym jej wąską talię. Założyła delikatną, srebrną biżuterię bez dodatków, która również nie rzucała się w oczy. Całości obrazu dopełniała duża brązowa torba z miękkiej skóry. Dziewczyna bez problemu mieściła w niej dokumenty, nad którymi chciała popracować w domu. Dobrze, że przynajmniej nie kazali jej nosić laptopa, pomyślał. Znali się zbyt krótko, by mógł przywitać ją choćby przyjacielskim pocałunkiem, uścisnął więc dłoń Amandy tak samo, jak przy pierwszym spotkaniu u Allie. Dotykając lekko jej ramienia, pokierował nową znajomą ku zajętemu przez siebie stolikowi. Dopiero teraz zauważył, że źle ocenił za pierwszym razem jej wzrost. Amanda była po prostu filigranowa. Mogła mieć niewiele ponad półtora metra wysokości, co w połączeniu z jego stu dziewięćdziesięcioma centymetrami dawało komiczny efekt. Mógłby nosić ją na barana jak małą dziewczynkę. Z reguły wybierał sporo mniejsze od siebie partnerki, ale tym razem zwyczajnie przeholował. Spróbował wyobrazić sobie minę i komentarz Williama Blacka, i skrzywił się kwaśno w ciemności. Wiedział, że idąca przodem Amanda nie dostrzeże tego grymasu. Postanowiła siąść nie naprzeciwko niego, ale tuż obok, po prawej ręce mężczyzny. Odsunął jej krzesło. Wiedział, że wybór Amandy ma podłoże przede wszystkim praktyczne – musieli siedzieć blisko siebie, by móc rozmawiać w ogłuszającym hałasie – ale i tak był zadowolony. Poczuł subtelną woń jej perfum. Nic ekstrawaganckiego, klasyczna kwiatowa kompozycja. Miał nadzieję, że przynajmniej na większe wyjścia dziewczyna wybiera coś bardziej odważnego. Nie chciała alkoholu, więc zamówił dla niej kawę. Sam pił powoli duże piwo. Miał zamiar odwieźć potem Amandę taksówką do domu, a następnie kazać się wieźć na Słoneczne. W końcu i tak za wszystko płaciło ZSS, a więc budżet państwa. Wrzuciła do filiżanki dwie kostki cukru w kształcie serduszek, a potem mieszała powoli napój łyżeczką, nie patrząc na Aldorenta i nie odzywając się do niego. Domyślił się, że dziewczyna czeka, by to on zaczął rozmowę, zapytał więc: − Jak minął dzień w pracy? − Ciężko – odparła z uśmiechem, który miał w sobie coś męczeńskiego. – Klient dzwonił aż dwa razy, przypominając o projekcie, który miał być gotowy na wczoraj. No wiesz, facet chce załatwiać wszystkie formalności związane z hipoteką i musi mieć wszystko zapięte na ostatni guzik. Christine od dwóch dni leży w łóżku z ostrym przeziębieniem, więc cała robota spadła na mnie. Na szczęście jakoś udało mi się wykończyć szkic przed zamknięciem biura. − To cudownie – odpowiedział, dotykając przelotnie palcami jej dłoni. Miała gładką i delikatną skórę. Spróbował wyobrazić sobie gładkość tej skóry na brzuchu i piersiach. Na te sprawy musiał jednak jeszcze trochę poczekać. Zakładał, że Amanda, jako osoba wykształcona i znająca swoją wartość, nie należy do łatwych kobiet. − Szef chodził przez to wszystko zły jak gradowa chmura. Gdybym się nie sprężyła i nie skończyła pracy na czas, mogłoby mi się nieźle oberwać. Wiesz, ja tak mam właściwie na okrągło. Ciągle nerwówka i gonitwa. Ta praca jest bardzo wyczerpująca. Albo wkrótce znajdę coś lepszego, albo zrujnuję sobie zdrowie. Chyba nie jestem stworzona do wyścigu szczurów. − Mówiłaś, że zależy ci na projektowaniu. Że chciałabyś tworzyć wiekopomne dzieła. Pomyślałem więc, że to lubisz. − Bo lubię. Tylko... – dziewczyna przez chwilę szukała w skupieniu słów, którymi mogłaby najlepiej przekazać mu to, co czuła. – Tylko że nie tak to sobie wyobrażałam. Myślałam, że będę mogła pracować w spokoju i całkowicie poświęcić się projektowaniu. Tymczasem równie ważne, a może nawet ważniejsze, jest zdobycie i utrzymanie klienta, a ja zupełnie nie znam się na marketingu. Czasami wydaje mi się, że zupełnie nie znam się na ludziach. To właśnie dlatego wybrałam architekturę. Lubię obmyślać szkice i przenosić je na papier, a potem do komputera. Wolę pracować w samotności niż zespołowo, rozumiesz. A w tej firmie tak się nie da. Pomyślał, że oprócz wyglądu jego siostrę i Amandę łączy coś jeszcze. Obie mówią za dużo i zbyt szczerze. Kobieta próbująca podbić serce mężczyzny musi być bardziej tajemnicza. Powinna skrywać swoje prawdziwe myśli za zasłoną półsłówek i wymijających uśmiechów. Tymczasem Amanda traktowała go jak psychoterapeutę, któremu można się wyżalić ze wszystkich niepowodzeń i rozczarowań. Do pewnego stopnia sam był sobie winien. Skoro pytał o jej pracę, ona odpowiadała. − Może powinnaś zacząć przeglądać ogłoszenia w Matrixie – zasugerował. – Skoro chcesz znaleźć lepszą pracę, musisz trzymać rękę na pulsie. − Pewnie masz rację. Czasami myślę, że powinnam jak najszybciej wyprowadzić się z domu. Nie mogę już znieść ględzenia rodziców. Przede wszystkim ojciec nie daje mi spokoju. Mówi, że zamiast przesiadywać całymi dniami w biurze, powinnam rozejrzeć się za odpowiednim mężczyzną. Nie jestem już młodziutka i mój zegar biologiczny zaczyna tykać coraz bardziej niespokojnie. − Ile masz lat? − Dwadzieścia pięć. To dość zaawansowany wiek dla niezamężnej kobiety, nie uważasz? Niedługo ludzie zaczną mówić mi prosto w oczy, że jestem starą panną. − Nie przesadzaj. Jesteś bardzo młoda i ładna. Masz jeszcze czas na zamążpójście. W duchu jednak przyznawał jej rację. Allie urodziła bliźniaków w wieku dwudziestu trzech lat. Jego matka urodziła Allie mając dwadzieścia cztery lata. Amanda była akurat w tym wieku, gdy kobieta powinna pomyśleć o pierwszym dziecku. Dobrze rozumiał jej niepokój. W społeczeństwie nastawionym na dynamiczny wzrost demograficzny kobieta, która nie rodziła, była uważana za bezwartościową, niezależnie od jej osiągnięć w innych dziedzinach. − Skądże znowu. Robię się coraz starsza. Niedługo nie będę mogła rodzić. Nie mam już wiele czasu, Aldorencie. Cichy alarm zabrzęczał gdzieś w tyle jego głowy. To nie była zwyczajna randka. Ta dziewczyna ani nie stosowała się do sztuki uwodzenia, ani nie próbowała przekuć tej świeżej znajomości w dobrą, solidną przyjaźń. Chyba wiedział już, dlaczego się z nim umówiła. Podobałby się jej pewnie każdy, kto nosił spodnie, był chwilowo wolny i nieźle zarabiał. Znów postanowił jej zaprzeczyć, chociażby z przekory. − Masz mnóstwo czasu. Medycyna poczyniła w ostatnich kilku stuleciach ogromne postępy. Niektóre kobiety rodzą bez komplikacji nawet po czterdziestce. − Ale ja nie mam zamiaru czekać tak długo. Bardzo chcę jak najszybciej założyć rodzinę. Praca to dobra rzecz, ale sama praca nie daje szczęścia. Życie bez najbliższych nie jest warte funta kłaków. Nie ma niczego gorszego niż wieczorne powroty do pustego domu. Na razie mieszkam z rodzicami, ale oni kiedyś umrą. Nie chcę zostać sama na starość. Nie mógł tego zauważyć przy pierwszym spotkaniu. Zamiast z nim żartować i starać się zawrócić mu w głowie, ona zamartwiała się na zapas z powodu śmierci rodziców i własnej starości. Poczuł gwałtowną chęć, by wybiec z klubu i nigdy nie wrócić. − Wiesz, czym się zajmuję? – zapytał dość oschłym tonem. Chyba nawet przesadził z tą oschłością. − Jesteś policjantem. − Otóż nie, Amando. Postanowił, że powie jej prawdę już teraz. Nie czuł lęku przed odrzuceniem, który zwykle towarzyszył w jego przypadku temu wyznaniu. Przeważnie wywoływało ono u potencjalnych partnerek szok znacznie większy niż informacja o liczbie miłosnych przygód mężczyzny. Ale tym razem szczerość sprawiała mu gorzką satysfakcję. Nie był najlepszym kandydatem na męża i ojca, i ona powinna jak najszybciej się o tym dowiedzieć. Łatwiej osiągnęłaby swój cel, gdyby zaczęła rozglądać się za wracającymi regularnie z pracy o siedemnastej księgowymi. − Otóż nie – powtórzył. – Na pewno słyszałaś o Zbrojnych Siłach Sangacji. − Pewnie, że tak – skinęła głową. – To jakieś skrzydło armii, prawda? − To najbardziej elitarna jednostka wojskowa w tym kraju – odparł surowo. Robił to z rozmysłem, pragnąc wywołać w niej podziw i jednocześnie respekt. – A ja należę do najbardziej elitarnego oddziału w tej jednostce. Słyszałaś o Eliminatorach? − Tak, ale... Ale przecież to mit. Oni nie istnieją. − Istnieją, Amando. Właśnie masz przed sobą jednego z nich. Chwilowo w cywilu. Chciało mu się wyć ze śmiechu. Właśnie dowiadywał się od tej laluni, że on, Aldorent Morrison, nie istnieje. Miał teraz ochotę droczyć się z nią do upadłego. − Zaręczam ci, że Eliminatorzy istnieją. Jeśli do tej pory żadnego nie spotkałaś, możesz uważać się za szczęściarę. Gdyby jeden z nich zainteresował się tobą zawodowo, nie musiałabyś martwić się dłużej ani o atmosferę w pracy, ani o założenie rodziny. O wiele ważniejsza stałaby się nagle dla ciebie kwestia życia pozagrobowego. − Ale... dlaczego mi to mówisz? Gdy tak patrzył na jej zmartwioną minę, zrobiło mu się żal Bogu ducha winnej dziewczyny. Może nie powinien być aż tak uszczypliwy. Przechodząc na znacznie łagodniejszy ton odparł: − Ponieważ chcę, abyś wiedziała, że to nie jest zwykła praca. Nie taka od dziewiątej do piątej. Jestem dobry w tym, co robię, miałem też do tej pory sporo szczęścia i dlatego wciąż żyję. Ale tak, jak ja eliminuję tych, których powinienem, tak ja mogę zostać pewnego dnia wyeliminowany przez kogoś lepszego albo sprytniejszego ode mnie. − Co to znaczy – eliminujesz? Co konkretnie robisz? Wyczuwał jej nagły niepokój równie wyraźnie jak woń perfum. Ale skoro już na tym etapie znajomości rozważali możliwość założenia rodziny, musiał być z nią całkowicie szczery. − Zabijam, Amando. Eliminować znaczy zabijać. − Ale kogo zabijasz? Zajmujesz się zabójstwami na zlecenie? − Owszem. Tyle że zleceniodawcą jest państwo sangackie. − Państwo każe zabijać ludzi? Myślałam, że państwo jest od tego, by zagwarantować każdemu obywatelowi prawo do życia. Mogłaby dodać „od poczęcia do naturalnej śmierci”. Dałaby jeszcze bardziej dobitny dowód swojej naiwności i nieznajomości świata. − Nie seryjnie, oczywiście – tłumaczył. – Nie eliminujemy jednostek, które są dla bytu państwa bez znaczenia. Nie interesujemy się mróweczkami truchtającymi dzień po dniu do swoich zajęć. Usuwamy tych, którzy próbują rozsadzić system od środka. Tych, którzy chcieliby zmienić oblicze tego kraju. Tych, którzy krzyczą zbyt głośno o prawach mniejszości. Tych, którzy nie powinni żyć choćby chwili dłużej. Chociażby Kiramczyków, którzy dopuścili się zbrodni na obywatelach Sangacji. Powiedziałem ci już zbyt wiele, ale chcę, byś dobrze pojęła specyfikę mojego zajęcia. Nie jestem pospolitym mordercą. To ostatnie zdanie powtarzał bez końca sam sobie. Powtarzał je w duchu każdego ranka, licząc na to, że kiedyś w nie uwierzy. − W takim razie dlaczego to robisz? − Chcę podróżować. Większość zawodów nie daje takiej możliwości. Siedzisz w biurowcu i nie wolno ci wystawić z niego nosa bez pozwolenia szefa. Podróże to moja pasja. Nie zrezygnuję z niej po ślubie ani nawet wtedy, gdy na świat przyjdą dzieci. To jest kolejna rzecz, o której musisz wiedzieć już teraz. Przeciwnie, zrobię wszystko, by naszczepić zarówno w tobie, jak i w naszych dzieciach moją miłość do Kiramu. Nie zamkniesz mnie w Sangacji. Jeśli spróbujesz, będzie to koniec naszego związku. − Przecież mógłbyś pilotować wycieczki. Albo objąć posadę ambasadora. Bardzo łatwo ją zdobyć, bo nie ma chętnych na zagraniczne wyjazdy. Jeśli dla ciebie jest to pasją, MSZ przyjmie cię z pocałowaniem ręki. Albo zająć się badaniem kultur Kiramu. Ledwo pohamował grymas nagłego bólu. To ostatnie mogła sobie odpuścić. Badania nad kulturami Kiramu były jego młodzieńczym marzeniem, które nigdy nie miało się spełnić, ponieważ matka bezlitośnie szydziła z jajogłowych, obrzydzając mu skutecznie karierę akademicką. Opowiedział jej więc o ojcu, który również był Eliminatorem i zginął chwalebną śmiercią pod gruzami jednego z wysokościowców. Opowiedział o matce, która nalegała, by jedyny syn poszedł w jego ślady. Która powtarzała mu bez końca, że nie będzie prawdziwym mężczyzną, dopóki nie dorówna ojcu. − Dlatego tkwię w tym po uszy – zakończył. – Myślisz, że kocham zabijanie? Ale teraz nie mam już odwrotu. Każdy Eliminator składa przysięgę wierności i posłuszeństwa. To nie jest zawód, który można zmienić w każdej chwili. Mam znacznie gorzej niż taki chociażby ksiądz. Nikt nie będzie strzelał do księdza, który zrzuci sutannę, co najwyżej ludzie będą wytykać go palcami. Gdybym ja zrzucił moją „sutannę”, nie pożyłbym długo. − Mówisz takie straszne rzeczy – szepnęła żałośnie, znów wpatrując się w prawie pustą filiżankę. − Mówię to, co musisz wiedzieć, jeśli chcesz się ze mną związać. Znamy się bardzo krótko i klamka jeszcze nie zapadła. Możesz wycofać się w każdej chwili. Nie będę miał do ciebie żalu. − Nie przeszkadza mi twoja praca. Każdy musi z czegoś żyć. Kariera w Zbrojnych Siłach Sangacji nauczyła go szybkiego i skutecznego rozgryzania ludzkich charakterów. Dziewczyna była opętana swoim pragnieniem. Poszłaby natychmiast do ołtarza z każdym, kogo mogłaby pokazać bez wstydu na rodzinnym zjeździe. A jednak odwiózł ją tego wieczoru do domu i umówił się z nią na kolejne spotkanie. Może była dla niego wybawieniem w równym stopniu, w jakim on był wybawieniem dla niej. Może również cierpiał na ten rodzaj desperacji, który sprawiał, że umówiłby się z każdym, kto nosił spódnicę i miał parę piersi z przodu tułowia. Tak, zrobiłby to nawet wbrew rozlegającemu się głośno w jego głowie dzwonkowi alarmowemu. Ponieważ on też pragnął jak najszybciej założyć rodzinę. W końcu jego matka nalegała na coś jeszcze oprócz kariery w ZSS. Chciała niańczyć wnuki noszące nazwisko Morrison i znów tylko on mógł spełnić jej marzenie. A może pragnął tego dla siebie. Nie dla nikogo innego.
* * *
Od tej pory zaczął regularnie odbierać ją z pracy i wozić na treningi. Spędzał z Amandą każdą wolną chwilę, odkrywając wkrótce, że dziewczyna, o ile tylko zdoła się rozluźnić i po prostu dobrze bawić, jest niezwykle inteligentną i dowcipną towarzyszką. Miała rozległą wiedzę z wielu dziedzin życia, nie wyłączając zagadnień {i}stricte{/i} technicznych, zwyczajowo zarezerwowanych dla mężczyzn. Fakt, że była to wiedza czysto teoretyczna, wcale mu nie przeszkadzał. Interesowała się żywo polityką Sangacji i zawsze była chętna do dyskusji na aktualne tematy. Rozmowy te niekiedy przeradzały się w burzliwe sprzeczki, gdy usiłował jej wytłumaczyć, że rzeczywistość, ta zakulisowa, nie zawsze wygląda tak, jak pokazują ją środki masowego przekazu. Amanda była nieprawdopodobnie prostolinijna i pewnie dlatego przyjmowała za dobrą monetę każde kłamstwo polityków. Nie chciała znać brutalnej prawdy o ludziach, więc broniła się przed nią wszelkimi siłami, podtrzymując wykreowany na własny użytek dobry obraz świata. Po kilku tygodniach znajomości nawet jej niski wzrost przestał mu przeszkadzać. Przywykł do faktu, że partnerka nosi głowę na wysokości jego pachy, w taki sposób, w jaki ludzie przywykają prędzej czy później do wszystkiego. Lubił zapach rozpuszczonych, świeżo umytych włosów Amandy, w które często wtulał twarz. Jej bliskość stanowiła bezpieczną przystań w świecie, w którym można kupić wszystko, nawet miłość. Brał ją na kolana jak dziecko i długo, namiętnie całował małe usta dziewczyny, szepcząc słowa miłości, aż brakowało jej tchu. Niczego więcej na razie od niej nie żądał, odsuwając spełnienie daleko w przyszłość. Tylko do jednego nie umiał się przyzwyczaić. Amanda miała swoje trudne chwile, gdy zamykała się w sobie jak ślimak w skorupie i nie odzywała się do niego całymi godzinami. Działo się to z reguły wtedy, gdy zaczynała myśleć o swoim wieku i o dziecku, którego pragnęła coraz mocniej. Robił wszystko, by wyciągnąć ją z tego stanu. Drażnił się z nią, dowcipkował, łaskotał wargami jej szyję, byleby tylko zapomniała o swoim smutku. Ale ona odsuwała mężczyznę niecierpliwym gestem i wzdychała boleśnie, niezdolna w takiej chwili do odczuwania radości. Wreszcie poddawał się i zajmował czymś innym, czekając, aż dziewczyna wróci do świata żywych. Poznał jej rodziców, którzy natychmiast zachwycili się Aldorentem w sposób tak ekstremalny, niemal bałwochwalczy, że zbiło go to z tropu. Ta sympatia nie miała wiele wspólnego z jego osobą. Ci ludzie desperacko pragnęli wydać najmłodszą córkę jak najszybciej za mąż, chcąc oszczędzić sobie i jej wstydu staropanieństwa. To od nich Amanda musiała przejąć nawyk zamartwiania się swoim aktualnym stanem cywilnym. Alarm znów odezwał się z całą mocą w głowie Eliminatora. Pomijając już krzywdę, jaką wyrządzali w ten sposób córce, nie chciał być niczyim rozpłodowym ogierem. Jego uczucia i intymność, którą dzielił z Amandą, powinny pozostać prywatną sprawą tylko i wyłącznie ich dwojga. Tylko oni mieli prawo układać dla siebie przyszłość. Nienawidził rodzinnych zjazdów, na których omawiano po kolei sercowe perypetie każdego z członków rodziny i porównywano ilość dzieci. A jednak zdarzało się Aldorentowi odczuwać dumę z powodu tak daleko idącej zmiany w jego życiu. Na przykład wtedy, gdy przedstawił Amandę jako swoją narzeczoną matce, siostrze i szwagrowi. Ich uznanie dodawało mu skrzydeł, nawet jeśli usilnie bronił się przed tym uczuciem. Postąpił w hierarchii społecznej o krok wyżej i nie zamierzał na tym poprzestać. Pracował w tym okresie normalnie, często wyjeżdżając z Sangacji. Czasami nie było go w domu przez tydzień, czasami nawet dwa. Bardzo tęsknił za Amandą i wysyłał jej niemal bez przerwy wiadomości, korzystając z przyznanej mu łączności satelitarnej. Rozłąka wzmagała ich wzajemne pożądanie. A jednak wziął wszystkie zagraniczne misje, chociaż z niektórych mógł zrezygnować. Strach przed zamknięciem okazywał się silniejszy niż pragnienie bycia z Amandą. Wystarczała mu miłość na telefon i słodka tęsknota. Gdyby musiał ograniczyć wyjazdy, bardzo prędko miłość do dziewczyny stałaby się głęboką i jadowitą nienawiścią. Może taka postawa świadczyła o jego niedojrzałości emocjonalnej. Nie zaprzeczał nawet sam przed sobą tej ewentualności, a jednak nie zamierzał niczego zmieniać. Pewnego długiego, zimowego wieczoru zawiózł Amandę po raz pierwszy do swojego mieszkania. Powiedział jej na samym początku znajomości, że mieszka sam. Oboje byli dorośli i wiedzieli, co zdarzy się tej nocy. A przecież oboje tego pragnęli i zdawali sobie sprawę, że taka jest naturalna kolej rzeczy, gdy mężczyzna i kobieta zamierzają żyć razem. Przygotował dla niej lekką kolację, a na deser podał ciasto, które przywiozła mu Allie. Pili potem w milczeniu kawę, nagle dziwnie onieśmieleni, przygotowując się w myślach do ważnej chwili. Wreszcie pochylił się nad dziewczyną,
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Vanelia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…