Córka słońca, rozdział 20
Tym rozdziałem będą usatysfakcjonowani przede wszystkim ci czytelnicy, którzy bardzo chcieli wiedzieć, co się w końcu stało z Derrą Amno.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}{b}ROZDZIAŁ XX OCALONA{/i}{/b}
Nazajutrz, osiemnastego lipca, pojechał przed południem do ZSS, by rzucić się z ulgą i wdzięcznością w ramiona jedynej zawsze gotowej go pocieszyć „kobiety”, czyli pracy. Postanowił zrobić wreszcie porządek w papierach, którą to czynność regularnie odkładał na później od kilku tygodni. Dzielił ciasny, skromnie umeblowany gabinet z białymi ścianami i dwoma smętnie zwieszającymi się spod sufitu, rzadko podlewanymi paprotkami z Williamem Blackiem, Wayne’m Timberlake’iem i jeszcze jednym kolegą. Każdy z mężczyzn dostał do własnego użytku małe biurko w jednym z rogów pokoju, gdzie trzymał w zamykanych na klucz szufladach całą swoją dokumentację. Składała się ona z kopii raportów z wykonanych zadań, zleceń kolejnych misji, rozliczeń z ilości przejechanych kilometrów i zużytego paliwa, miesięcznych i rocznych kart czasu pracy oraz wydruków rachunku na osobistym koncie bankowym. Potwierdzały one comiesięczne regularne wpływy oraz sowite premie, których było w przypadku Aldorenta w ostatnim roku całkiem sporo. Musiał się zresztą nieźle nagimnastykować, by ukryć notoryczne wypady do Spid. Dziękował wszystkim bogom, że administracji wystarczał jego podpis i że nikt nie wpadł jak dotąd na poroniony pomysł, by zamontować w służbowych samochodach nadajniki GPS. Każdemu z nich przydzielono również laptop z bezprzewodowym stałym łączem, który mogli zabierać ze sobą, dokąd tylko zechcieli. Jako uprzywilejowani funkcjonariusze elitarnej jednostki cieszyli się znacznie większym zaufaniem przełożonego niż regularni pracownicy biura. Tym drugim nie pozwalano wynosić cennych urządzeń wraz z tajemnicami służbowymi poza budynek firmy. Aldorent cieszył się, że przypadło mu biurko pod oknem, nie tylko z powodu lepszego oświetlenia. Kwatera ZSS leżała na peryferiach Derbachii i żaden budynek nie zasłaniał mu widoku na utrzymany w dobrym stanie park. Zdarzało mu się zamyślać na dłużej i przyglądać poruszającym się lekko na wietrze gałęziom drzew. Czasami po trawniku śmigała odważnie wiewiórka albo rozlegało monotonne i wytrwałe stukanie dzięcioła. Przyroda była jedną z tych namiętności Aldorenta Morrisona, których nic nie mogło stłumić. Tego dnia nie był jednak w nastroju do podziwiania jej tworów. Gdyby ktoś zapytał go, jak się czuje, pewnie wzruszyłby tylko ramionami. Na dobrą sprawę czuł się bardzo mały i nieważny, a co więcej, to nagłe spokornienie wcale mu nie przeszkadzało. Chyba zbyt długo zachowywał się tak, jakby Bóg stworzył świat właśnie dla niego, i trochę otrzeźwienia dobrze mu zrobiło. W końcu był tylko jednym z milionów istnień, więc wszelkie nieszczęścia, rozczarowania i smutki, które dotykają czasami mężczyzn i kobiety, z równym prawdopodobieństwem mogły przydarzyć się akurat jemu. Postanowił na zawsze zapamiętać bolesną lekcję, którą odebrał z rąk życia, i maksymalnie wykorzystać mądrość, którą posiadł. Ta zmiana w usposobieniu musiała odbić się także na jego powierzchowności. Musiałby chodzić z zamkniętymi oczami, a może nawet z zasłoniętą twarzą, by ukryć wciąż jątrzący się w duszy ból. Na szczęście w biurze był tylko William. Na widok zgnębionej miny kolegi oderwał się od klawiatury – pisał właśnie list do mieszkającego w Minessocie brata – i obrzucił uważnym spojrzeniem całą postać Aldorenta. − Coś nie w porządku? – zapytał. − Amanda odeszła. Odwołałem ślub – odparł krótko. Wiedział, że nie będzie musiał komunikować tej wiadomości każdemu z kolegów z osobna. Poczta pantoflowa działała w ZSS całkiem nieźle, zadając kłam stereotypowi, że jedynie kobiety plotkują. A może wieść już zdążyła się roznieść. Vivaldo miał długi ozór. − Rozumiem. Przykro mi – Will pokiwał ze współczuciem głową i wrócił do pisania. − A mnie nie jest przykro. Ona nie była kobietą, z którą chciałbym spędzić resztę życia. Hałaśliwie odsunął obrotowe krzesło i rzucił się na nie całym ciężarem ciała, stawiając teczkę obok stołu. − W takim razie po co się z nią zaręczyłeś? – rzucił William pozornie obojętnie, w rzeczywistości jednak nie udało mu się ukryć zdumienia w głosie. Aldorent nie dziwił się wątpliwościom kolegi. Właśnie zaczął odkrywać, że większość ludzi postępuje w sposób, który do niedawna uważał za przejaw krańcowej nieodpowiedzialności i dziecięcego samolubstwa. Mianowicie bywają czasami rozdarci jak on pomiędzy powinnościami wobec bliskich i społeczeństwa a własnymi pragnieniami, ale z reguły w ostatecznym rozrachunku stawiają wyżej to drugie. Po prostu nie lubią robić niczego na siłę. Podejmują więc niekiedy bardzo bolesne, a nawet radykalne decyzje, i jakoś sobie radzą z ich konsekwencjami. Czasami nawet robią to, zanim zostaną postawieni pod ścianą. Nauczenie się tej sztuki było jedną z obietnic, które złożył samemu sobie. Teraz w ekspresowym tempie zmieniał poglądy, doświadczywszy na własnej skórze przykrej prawdy, że cierpiętnictwo nigdy nie prowadzi do szczęścia. Wzruszył ramionami, nie mając ochoty opowiadać Willowi całej długiej historii swoich dwóch związków i rodzinnych problemów. W milczeniu wyjął z przegródki aktówki pęk kluczy, otworzył dolną szufladę, wyjął na biurko stosik kartek i zaczął je przeglądać. − Wczoraj umarła moja matka – odezwał się po kilkunastu minutach milczenia, podczas których każdy z Eliminatorów zajmował się własnymi sprawami. – Miała zawał serca. Pogrzeb jest jutro o osiemnastej u świętego Michała. Możesz przyjść, jeśli chcesz. − Przyjdę – popatrzył na niego z powagą Will. – Przyjmij moje najszczersze kondolencje. − Dziękuję. − Mówiłeś już marszałkowi? Trzeba to ogłosić przez radiowęzeł. Tak zwykle postępuje się u nas w podobnych sytuacjach. − Nie – uciął krótko Aldorent. – Żadnego rozgłosu. To moja osobista sprawa. Nie potrzebuję tłumu samotnych facetów wokół trumny mojej matki. Zaproszenie jest skierowane tylko do ciebie i Vivalda. − W porządku. Jeśli tak sobie życzysz, nie puszczę pary z ust. Ale chcę, żebyś wiedział, Aldo, że doceniam twoją przyjaźń. Dobrze się z tobą pracuje i jesteś świetnym kumplem. − Ty też, Will. − Paskudna sprawa, ale poradzisz sobie z tym. W końcu chłopaki nie płaczą. Ależ czasami płaczą, mógłby odpowiedzieć. Płaczą i bardzo sobie cenią ulgę, jaką przynoszą łzy. Ale William Black nie był człowiekiem, z którym miałby ochotę przekraczać ustalone konwenansami granice wymiany uprzejmości pomiędzy kolegami z pracy. − Jasne – sapnął. – Dzięki za wsparcie. − Nie ma sprawy. Znów się zamyślił. Właściwie chętnie wróciłby jak najszybciej do czynnej służby. Teraz, kiedy ponownie był sam, nie uśmiechało mu się spędzanie kolejnych dni w pustym i cichym mieszkaniu. Z przyjemnością oderwałby się na jakiś czas od domu, Derbachii i wspomnień, dlatego nie miałby nic przeciwko kilkudniowemu wyjazdowi w sprawach służbowych. Byleby nie do Quatessinu. Poderwał się gwałtownie na równe nogi i rzucił w kierunku Williama: − Idę do marszałka. Nie czekając na odpowiedź kolegi, podążył surowo urządzonym korytarzem w kierunku gabinetu Raszkiewicza, położonego na samym końcu szerokiego holu, na wprost głównego wejścia do budynku. Zapukał dość energicznie i poczekał, aż rozsuną się przed nim solidne, metalowe drzwi. Przełożony na szczęście był u siebie. Na widok wchodzącego Aldorenta wykrzywił usta w swoim charakterystycznym, nieodgadnionym uśmiechu i odezwał się: − Vivaldo zdążył mi powiedzieć o Amandzie. To smutne, bo chciałbym, żebyś był szczęśliwy. Ale z drugiej strony cieszę się. Nie ją wybrałem dla ciebie na żonę. Stanley Raszkiewicz nie mógł wiedzieć o Loranie, musiał więc nawiązywać do zdarzenia sprzed pięciu lat, gdy oddał mu w opiekę Derrę, dla dowcipu nazywając ją narzeczoną Aldorenta. Ale młody mężczyzna nie chciał ciągnąć śliskiego tematu. Ostatnią rzeczą, której by sobie teraz życzył, było mieszanie Derry w jego kłopoty chociażby w żartach. − Chyba nigdy się nie ożenię – odparł. – W zasadzie po co miałbym to robić, skoro nie jestem już człowiekiem? Ale nie przyszedłem po to, by rozmawiać o moim życiu uczuciowym, panie marszałku. Chciałem poprosić o przydział zadania. Mogę wracać do pracy choćby dziś. Zaczynam dusić się w tym mieście, dlatego chętnie spędziłbym parę dni poza krajem. − Rozumiem cię, synu. Chcesz przestać zadręczać się myślami o twojej byłej i potrzebujesz się przewietrzyć po zbyt długim siedzeniu na miejscu. Podoba mi się to. W porządku, Aldo. Jak tylko będę coś dla ciebie miał, natychmiast dam ci znać. − Dziękuję, panie marszałku. Będę czekał z niecierpliwością. Naprawdę się niecierpliwił. Nagle zaczęło mu się bardzo spieszyć do powrotu do dawnego życia, pełnego zamętu, niebezpieczeństw i ekscytujących doznań. Bardzo chciał znów mieć ściśle zaplanowany każdy dzień, by brakło mu czasu na zamartwianie się samotnością i bezsensem egzystencji. Szczególnie teraz, gdy śmierć miała upomnieć się o niego bardzo późno, potrzebował zajęć, które całkowicie go pochłoną i sprawią, że kolejne lata i dekady nie będą dłużyć się w nieskończoność. Uznał, że najmądrzej postąpi, jeśli zacznie od ponownego zaangażowania się w pracę i poznawanie Kiramu. Przynajmniej te dwie rzeczy do tej pory dobrze mu wychodziły.
* * *
Dziewiętnastego też przyszedł do pracy, chociaż nie miał niczego konkretnego do zrobienia. Odczuwał jednak nieodpartą potrzebę wyjścia z domu i pobycia w towarzystwie kolegów, którzy – z racji długich i w pełni przewidywalnych relacji – zaczęli nagle wydawać się mu ostoją bezpieczeństwa. Na korytarzu niemal zderzył się z Williamem Blackiem, który właśnie wychodził z biura. − Cześć, Will. Co nowego? – rzucił. − Jak ci powiem, nie uwierzysz. − Uwierzę już chyba we wszystko. Co się stało? − Ta twoja mała jest w areszcie. Zgarnęli ją wczoraj wieczorem. − Amanda...? – wciąż nie rozumiał, niezmiernie zaskoczony myślą, że jego była narzeczona mogła popełnić przestępstwo. − Jaka tam znowu Amanda – Will machnął niecierpliwie ręką. – Ta Entorianka, Derra Amno. Zamordowała podobno brata. Znaczy się, młodego Carradine’a. Tu jest wszystko napisane. O, tutaj, na górze czwartej strony. Czytaj, jeśli jesteś ciekawy. Wcisnął koledze w dłoń poranne wydanie „Ekspresu Derbachijskiego”, pachnące jeszcze farbą drukarską. − Kto by pomyślał, jasny gwint, że nasza wiewióreczka ma takie ostre pazurki. Ale ja już uciekam, Aldo. Do zobaczenia, brachu. Klepnął go od niechcenia w ramię i szybkim krokiem skierował się ku wyjściu z budynku. Ten przyjacielski gest, który jeszcze godzinę temu wprawiłby Aldorenta niemalże w zachwyt, teraz go zirytował. Nie chciał, by ktokolwiek go dotykał. Nie tracąc czasu, zaszył się w swojej kanciapie, cisnął teczkę pod biurko, siadł ciężko na krześle i otworzył gazetę. Przebiegał wzrokiem całe szpalty tekstu, nie marnując cennych sekund na zatrzymywanie się na każdym pojedynczym słowie. Artykuł był na szczęście stosunkowo krótki. Ot, taka wzmianka o kolejnym morderstwie w stolicy, nie mogąca pretendować do miana wydarzenia dnia. Podobno chodziło o zabójstwo na tle erotycznym. Jakaś mieszkająca z ludzką rodziną Entorianka, na modłę Sangacjan określona mianem Derry A., napastowała seksualnie swojego przybranego brata, syna wychowującej ją pary. Chłopak bronił się przed jej natarczywością i wybrał raczej śmierć niż pohańbienie z rąk i całej reszty ciała Kiramejki. Dziewczyna została natychmiast aresztowana, a podstawą oskarżenia były zeznania siostry zamordowanego, Katii C., jedynego świadka zdarzenia. Autor artykułu nie zająknął się nawet półsłówkiem o tym, co ta „przypadkowa”, „jakaś tam” Entorianka w ogóle robiła w Derbachii. Ani razu nie padła nazwa Zbrojnych Sił Sangacji. Gdyby było inaczej, artykuł nie miałby szans na ukazanie się w jednym z wiodących prorządowych dzienników stolicy. Z trudem wierzył świadectwu własnych oczu. Musiał sprawdzić inne źródła informacji. Drżącymi ze wzburzenia rękami otworzył, a następnie odpalił laptop i niecierpliwie czekał na załadowanie systemu. Połączył się z Matrixem i przeszukał kilka najpopularniejszych serwisów informacyjnych. Will ani gazeta nie kłamali. Entorianka naprawdę została wczoraj aresztowana pod zarzutem morderstwa i przebywała w chwili obecnej w areszcie tymczasowym na Manhattanie, czekając na rozprawę, która podobno miała się odbyć w przyspieszonym trybie. Jeśli informacja była prawdziwa, wyrok mógł być tylko jeden. Wszystkie dowody wskazywały na jej winę, lecz instynkt podpowiadał mu coś zupełnie innego. Może nie umiał dać sobie rady z własnym życiem, ale znał się na ludziach. Przypadki gwałtów popełnianych przez kobiety na mężczyznach były czymś niesamowicie rzadkim zarówno w Sangacji, jak i w Imperium. Wiedział, że w naturze kobiety nie leży przymuszanie płci odmiennej do kontaktów seksualnych przez zastosowanie bezpośredniej fizycznej przemocy. Działo się tak zarówno ze względu na jej anatomię oraz mniejszą siłę fizyczną, sprawiające, że z reguły to ona bywa ofiarą gwałtu, jak i odmienne uwarunkowania psychologiczne. Wiedział, że kobiety raczej nie odczuwają satysfakcji, wymusiwszy stosunek z obojętnym im mężczyzną. Pod tym względem Kiramejki nie różniły się od Sangacjanek, a Kiramczycy płci męskiej wybierali przeważnie kobiecy styl uzyskiwania miłości. Tylko mężczyźni w jego kraju wciąż uważali, że szybkie zaspokojenie pragnień, nawet kosztem dobra drugiego człowieka, świadczy o prawdziwej męskości. W jakim więc celu Derra miałaby wymuszać seks na Michaelu Carradine, skoro była z wzajemnością zakochana w koledze z równoległej klasy? Czemu miałaby zdradzać Kimmo Lapalainena? Skąd miałoby się wziąć takie zezwierzęcenie u niej, tak bardzo uduchowionej i hołdującej surowym zasadom moralnym? Cała ta historia urągała regułom logiki i zdrowego rozsądku. Coś było tutaj nie w porządku, a nawet bardzo nie w porządku. Poza tym Aldorent wiedział, że jego rodacy traktują Kiramczyków jak podludzi, odmawiając im części należnych dzieciom Boga – czy Wielkiego Ducha – praw. W przypadku najmniejszych wątpliwości, a nawet wtedy, gdy absolutnie żadnych wątpliwości być nie może, rozstrzygają spory pomiędzy ludźmi a Kiramczykami zawsze na korzyść tych pierwszych. Dlatego nie uwierzył temu, co podawały gazeta i sieć. Jak poprzedniego dnia, poderwał się gwałtownie z krzesła i niemal pobiegł do gabinetu marszałka. Znów miał szczęście zastać szefa u siebie. − Czy to prawda? – prawie cisnął „Ekspres” na biurko Raszkiewicza. − Tak, Aldo – odparł starzec nadspodziewanie twardym głosem. Patrzył w oczy młodszego mężczyzny groźnym, świdrującym wzrokiem bez jednego mrugnięcia. – Eksperyment skończony. Entorianka nie jest w stanie przystosować się do życia pomiędzy ludźmi. Mógłbym uznać tę tragedię za swoją klęskę, gdyby nie fakt, że nie odpowiadam za jej charakter. − Muszę pojechać do tego aresztu. Chcę z nią porozmawiać. Muszę wiedzieć, co się naprawdę wydarzyło. − Nie pozwalam na to, słyszysz? – marszałek wciąż wpatrywał się uporczywie w podwładnego, jakby chciał nagiąć go w ten sposób do swojej woli. – Masz trzymać się z daleka od tej dziewczyny. Kierownikiem projektu „Dzikus” jest Jeremy Jackson i tylko on będzie prowadził tę sprawę. − Jaką sprawę? Jakiego projektu? O czym pan mówi? Tu chodzi o dziewczynkę, która na pewno jest teraz przerażona jak wszyscy diabli! Ktoś powinien z nią być. Niech pan nie zapomina, że ona nie ma w tym kraju nikogo bliskiego. − Masz do tej Entorianki zbyt emocjonalny stosunek, Aldo. Nie jesteś i nigdy nie będziesz dla niej bliskim człowiekiem. Wybij to sobie z głowy. Jeśli mam być poważny, sądzę, że to stworzenie jeszcze mniej nadaje się na kobietę dla ciebie niż tamta rozgrzana suczka, dla której przestałeś być dość dobry. Nie wiem, co stało się w mieszkaniu Carradine’ów i prawdę mówiąc, zupełnie mnie to nie obchodzi. Prawo jest jasne. Zabiła człowieka, a więc musi umrzeć. − Jest niewinna! Gazety piszą niestworzone brednie, byleby tylko zwiększyć sprzedaż. Doskonale pan o tym wie, bo nie jest pan idiotą! − Nie przeciągaj struny, Aldorencie Morrison – w głosie marszałka zadrgała pierwsza naprawdę złowieszcza nuta. – Moja cierpliwość ma swoje granice, nawet w stosunku do ciebie. − Proszę złożyć moją niegrzeczność na karb wzburzenia, panie marszałku. Najmocniej upraszam o wybaczenie. Bardzo chciałbym jednak porozmawiać z Derrą. − Nie, nie i jeszcze raz nie. Jeśli tam pojedziesz, wylecisz z roboty. Nie ocali cię ani boska, ani diabelska ręka. Wiesz, co dzieje się z Eliminatorami, którzy nie są zdolni do czynnej i wiernej służby. Myśliwy stanie się zwierzyną. Czy wyraziłem się wystarczająco jasno, Aldo? Nic nie odpowiedział. Bał się, że nie uda mu się okiełznać złości i ściągnie na siebie kłopoty. Wybiegł z gabinetu, zostawiając gazetę na biurku szefa. Nie odważył się na złamanie wyraźnego zakazu, lecz myślał o Derze właściwie bez przerwy. Przez dwa dni prawie nie wychodził z domu. Śledził wszystkie serwisy informacyjne w telewizji i w Matrixie, szukając najdrobniejszej choćby wzmianki o jej losach. Nie dowiedział się niczego poza tym, że skazano ją prawomocnym wyrokiem sądu na standardową w przypadku Kiramczyków śmierć poprzez przebicie serca. To naprawdę nie była sensacja tygodnia. Los młodziutkiej Entorianki nie obchodził prawie nikogo w tym kraju. Być może dziennikarzom udałoby się bardziej nagłośnić tę sprawę, gdyby połączyli powikłane koleje jej krótkiego życia z wątpliwymi pod względem moralnym poczynaniami ZSS. Nie mogli tego uczynić, ponieważ wysoko postawione osoby wciąż wystarczająco skutecznie zabiegały o to, aby ten drugi temat nie ujrzał światła dziennego. Parę razy wyszedł na miasto tylko po to, by zajść do saloniku prasowego. Szukał w dziennikach bardziej obszernych relacji na temat procesu Derry i jej pobytu w areszcie, a następnie w więzieniu dla kobiet, ale znów się rozczarował. Nikt nie zgłębiał tej sprawy, Sangacja od kilku ładnych dni żyła przede wszystkim losem rozwodzącej się córki prezydenta oraz grożącym rządowej koalicji po raz nie wiadomo który rozpadem. Wciąż nie wierzył w winę Derry. Podejrzewał w tym wszystkim jakieś gigantyczne i haniebne oszustwo. Miał chęć pojechać wprost do Carradine’ów i wycisnąć z ich córki prawdę chociażby siłą. Przyszedł mu nawet do głowy pomysł skontaktowania się z Kimmo Lapalainenem. Jeśli ktoś na tym świecie wiedział o losie Derry choćby odrobinę więcej, tym kimś musiał być jej chłopak. Prawie natychmiast zrezygnował z tego dziwacznego planu. Bo niby w jakiej roli miałby w stosunku do niego wystąpić? Przyjaciela z dzieciństwa czy może rywala do uczucia Entorianki? Pomyślał o telefonie do Jeremy’ego Jacksona, ale zaledwie po kilku minutach doszedł do wniosku, że ten pomysł jest równie idiotyczny jak niezapowiedziana wizyta w mieszkaniu Carradine’ów czy Lapalainenów. Jackson był jedną z ostatnich osób, którym powinien mówić o swojej trosce o Derrę. Bił się więc z rozpaczliwymi myślami, znikąd nie widząc ratunku dla Entorianki. Jej śmierć w tak młodym wieku wydawała mu się czymś bardzo niesprawiedliwym. Wiedział już, że świat na ogół bywa bezwzględny i niesprawiedliwy, nie przypuszczał jednak, że przeznaczenie może się posunąć w swej ślepocie i okrucieństwie aż tak daleko. Modlił się, by marszałek nie dawał mu teraz żadnego zlecenia poza Derbachią. Musiał być na miejscu, choćby po to, by oszukać własne sumienie. Dlatego cieszył go brak wiadomości z Kwatery Głównej, jeśli słowo „cieszyć” było wystarczająco adekwatne w stosunku do jego uczuć, będących mieszaniną ulgi i desperacji. Zastanawiał się, czy nie udałoby mu się obejść zakazu marszałka i zobaczyć się z Derrą, jednak pomimo szczerych wysiłków nie znalazł na to żadnego dobrego sposobu. Nie mógł przemycić samego sobie do więzienia jak pilnika w torcie, był na to po prostu za duży. Nie mógł wśliznąć się tam niezauważenie jak mysz. Aby uzyskać przepustkę, musiałby podać swoje nazwisko. Miał zbyt mało czasu na wyrobienie fałszywego dowodu tożsamości, ponieważ Derra mogła zostać zabrana na egzekucję lada dzień. Wizyta służbowa nie wchodziła w grę, bo wciąż brakowało mu odwagi, by otwarcie okazać nieposłuszeństwo. Jednocześnie rozgrzeszał samego siebie z tego strachu. Nie mógł stracić ostatniej rzeczy, jaka mu pozostała, to znaczy pracy. A może rzuciłby na szalę o wiele więcej, bo własne życie. To nie był wybór pomiędzy narzeczoną akceptowaną przez matkę a narzeczoną nieakceptowaną. Gra toczyła się teraz o stawkę znacznie wyższą od aprobaty rodziny. Ale wiedział także, że koniecznie powinien coś zrobić, by ocalić życie bardziej niewinne i zagrożone niż jego. Znów cierpiał z powodu rozdarcia pomiędzy tym, czego oczekiwali od niego inni ludzie, a tym, co według niego było właściwą drogą postępowania, i znów nie znajdował wyjścia z koszmarnego labiryntu wątpliwości i obaw. Jeśli Derra umrze, na niego spadnie ta krew, i to stokrotnie. W końcu to on porwał dziewczynkę i przywiózł do Sangacji. To on odmówił jej pomocy, gdy o nią błagała, to on zostawił ją samą na pastwę ludzi, którym obojętne było jej szczęście, to on po raz kolejny uciekł rok temu przed jej uczuciem. To on wreszcie zostawiał ją bez pomocy teraz, gdy najbardziej tego potrzebowała. Był winien wszystkich jej cierpień. Czuł się z tego powodu tak bardzo źle, że nie mógł zasnąć przez całą noc, wciąż mając przed oczami obraz jej łagodnej i rozmarzonej twarzy. Rano, dwudziestego pierwszego lipca, nie udało mu się przełknąć chociażby kęsa. Napił się tylko herbaty i walcząc z nieludzkim zmęczeniem po bezsennej nocy, krótko po dziesiątej znów pojechał do ZSS. Wiedział, że będzie się tam nudził, ale może przynajmniej dowie się czegoś nowego na temat dziewczyny. Zaszedł najpierw do swojego gabinetu, siadł przy biurku i odruchowo odpalił laptop. Był w pokoju sam, miał więc przynajmniej pewność, że nikt nie będzie patrzył mu podczas pracy w ekran. Bardzo tego nie lubił, nawet w wykonaniu Amandy. Kliknął połączenie z Matrixem i wszedł na stronę Galerii Kiramskiej. Wciąż robił to co kilka dni, sprawdzając rozkład imprez. Świetnie wiedział, na co tak naprawdę czeka. Tym razem szczęście mu dopisało, jeśli można było nazwać to w jego sytuacji szczęściem. Jutro Galeria organizowała kolejną wystawę prac Lorany Yel z udziałem artystki. Czyli Lorana miała być w Sangacji po raz pierwszy od dnia, gdy niemal wyrzucił ją z mieszkania w trosce o zdrowie Amandy. Nie, nie zamierzał jechać do Detroit. Nie miał złudzeń. Lorana nie wybaczy mu wstydu, jaki jej uczynił. Była bardzo dumną kobietą, nie potrafiącą udawać, że nic się nie stało. A jednak ta informacja sprawiła mu w pewien sposób radość. Miło było pomyśleć, że choćby przez jeden dzień będzie miał Quatessinkę tak blisko siebie. Biorąc pod uwagę kiramskie odległości, prawie na wyciągnięcie ręki. Oderwał wzrok od ekranu i zapatrzył na uginające się za oknem pod naporem silnego wiatru płaczące wierzby. Cóż one mogą wiedzieć o powikłanych ludzkich losach, pomyślał. Ich żywot jest bardzo nieskomplikowany. Wstał i nie wyłączając komputera, przeszedł do mieszczącej się na parterze toalety. Męskiej, a jakże. W Kwaterze Głównej ZSS tylko taka była potrzebna. Wychodząc natknął się na Vivalda Santoriniego, bardzo czymś poruszonego. − Jak się masz, Aldo – wyrzucił z siebie blondyn jednym tchem. – Wiesz, co się stało? Ktoś zrobił naszej Entoriance bardzo brzydkie kuku. Moim skromnym zdaniem to już chyba szczyt bestialstwa. Nawet nasz stary nie wpadłby na taki porąbany pomysł. − Co znowu? – nie wiedział, o co chodzi, a jego serce już biło jak szalone, przeczuwając najgorsze. Vivaldo poszperał chwilę w teczce i wyciągnął najświeższe wydanie „Prawdy”. Zaczytywał się w niej zresztą od wielu lat. Podał gazetę koledze z wyrazem twarzy zarazem złowieszczym i triumfującym. Aldorent nie miał zielonego pojęcia, czego mógłby dotyczyć ten triumf. Spojrzał na okładkę tylko jeden raz i natychmiast odwrócił wzrok. A potem spojrzał po raz kolejny i miał ochotę krzyczeć z bólu i wściekłości. Świat znów zawirował mu przed oczami jak w chwili, gdy dowiedział się o śmierci matki. Oparł się o ścianę, żeby nie upaść. Słowa Vivalda docierały do niego jakby z wielkiego oddalenia. − Dobrze się czujesz? Przyjaciel chyba dotykał jego ramienia, próbując koniecznie dowiedzieć się, czy wszystko jest w porządku. Ale Aldorent nie chciał tej czułości. Strącił dłoń Vivalda i wyszeptał: − Kto to zrobił? − Na pewno nie my – odparł Vivaldo, podnosząc obie ręce w obronnym geście. A przecież Aldorent o nic go nie oskarżał. Przyjaciel był ostatnią osobą, którą podejrzewałby o dokonanie tej wstrętnej zbrodni. – Nawet Jackson nie ma zielonego pojęcia, jak to się mogło stać. W końcu mieli jej tam pilnować. Wszyscy płacimy podatki na więzienia i nagle okazuje się, że dopiero tam jest prawdziwa wylęgarnia zwyrodnialców. Te bydlaki uczą się jeden od drugiego. Zobaczyli młodą dziewczynę i odbiła im szajba. Pewnie najpierw po kolei ją gwałcili... − Zamknij się, Valdo – warknął z nienawiścią Aldorent. – Zamknij się chociaż ty albo obiję ci pysk tak, że nie poznasz się w lustrze. Poza tym ona jest w więzieniu dla kobiet. Mówię ci, temu, kto to zrobił, z przyjemnością obciąłbym jaja tępym scyzorykiem. Nie poznawał sam siebie. Nigdy wcześniej nie odzywał się do towarzysza młodości w tak nieprzyjazny sposób, ale teraz liczyła się tylko Derra. Wciąż ściskając kurczowo tygodnik z makabrycznym zdjęciem, przeszedł chwiejąc się jak pijany przez cały korytarz aż do głównego wyjścia. Mocno, by chociaż trochę rozładować negatywne emocje, pchnął ciężkie, drewniane drzwi, wyszedł przed budynek i opadł na ławkę, starając się wyrównać oddech. „Prawdę” wciąż trzymał zamkniętą na kolanach. Bał się opuścić wzrok. Nie chciał patrzeć na ten horror po raz kolejny. Nie miał też zamiaru czytać długiego artykułu na temat Derry Amno, posklejanego z kilku odrębnych wywiadów przez niejakiego Melvina Peppera. Wiedział wszystko, co powinien był wiedzieć, a było to dla niego o wiele za dużo. Siedział tak w pełnym słońcu może przez godzinę, nie zwracając uwagi na upał i starając się zebrać rozbiegane myśli. Po raz kolejny doświadczał bardzo dotkliwie okrucieństwa świata i bezradności zwykłego, cierpiącego człowieka. Był wściekły, tak bardzo wściekły, że po raz kolejny w ciągu tych koszmarnych dni miał ochotę wyć jak zwierzę. Kipiała w nim jak wzburzona rzeka i przelewała się nienawiść do świata, który pozwalał na tak wielkie cierpienie, i do samego siebie, ponieważ nie potrafił mu zapobiec. Cóż jednak mógłby zrobić, aby to zmienić? Wiedział już, że jest tylko jednym z pionków na wielkiej boskiej szachownicy, że nie posiada żadnej nadzwyczajnej mocy ani przywilejów. Nie dawało mu ich ani nielimitowane służbowe konto, z którego czerpał bez żadnego nadzoru, ani kilka lat ciężkiego treningu w Akademii, a potem w ZSS, dzięki którym rozwinął nadzwyczajną tężyznę fizyczną, ani wysoki wzrost, ani osobisty urok, dzięki któremu wciąż zdobywał kobiety. Wciąż się bał i wciąż miał wątpliwości. Przeżywał duchowe męki, pomimo to nie zamierzał tkwić dłużej z założonymi rękami, przeżuwając w milczeniu klęski własne i cudze. Czuł, jak coś w jego wnętrzu tężeje z minuty na minutę, zamieniając serce mężczyzny, do niedawna będące jak strwożona gołębica, w litą skałę. Nie wystarczyło mu odwagi, by walczyć o siebie, ale będzie walczył jak lew o tę nieszczęsną Entoriankę, o to biedne, straszliwie skrzywdzone dziecko. W tamtej bardzo długiej, pełnej bolesnych myśli godzinie postanowił, że ocali Derrę. Zrobi to, chociażby miał postąpić wbrew wszelkim regułom i zdradzić ideały Zbrojnych Sił Sangacji, a nawet całej jego ojczyzny. Taka ojczyzna, która przyzwalała na wyłupienie komukolwiek oczu, nie była matką, ale wyrodną macochą. Wykorzysta swoją uprzywilejowaną pozycję w naprawdę słusznej sprawie i wywiezie Derrę z Sangacji. Tak, wywiezie ją, a raczej to, co z niej pozostało, nawet jeśli będzie to ostatnia rzecz, jaką zrobi. Nie odczuwał chęci, by znów pobiec z wyrzutami lub prośbami do marszałka, taki ruch mijałby się z celem. Tamten człowiek żył zamknięty we własnym chorym umyśle, przestrzegając kilkunastu sztywnych zasad i nie troszcząc się o dobro innych. Próbując wmanewrować Raszkiewicza w misję ratowania Derry, mógłby jedynie ściągnąć na siebie i dziewczynę jeszcze większe kłopoty. Gorączkowo przeszukiwał w myśli listę miejsc, w których dziewczyna mogłaby żyć z dala od sangackiego wymiaru sprawiedliwości, nabierając sił i ucząc się na nowo ufać ludziom. Powrót do rodzinnej wsi był, przynajmniej na razie, wykluczony. Sokół był pierwszym miejscem, w którym pozostali Eliminatorzy będą jej poszukiwać, by wykonać pozostający w mocy wyrok sądu. Entoria nie wchodziła więc, niestety, w rachubę. Pomyślał nawet przez chwilę o Pałacu Królewskim. Królowa Kiramka na pewno przejęłaby się losem Entorianki. Ale Imperatorka nie należała do osób pokornych, gotowych dla dobra Derry i własnego trzymać usta zamknięte na kłódkę. Obecność Derry na dworze i jej nieszczęście mogłyby stać się przyczyną najpierw sporu dyplomatycznego, a potem otwartego konfliktu Imperium z Sangacją. A przecież celem Aldorenta nie było wywołanie totalnej wojny, a jedynie uratowanie życia, za które był odpowiedzialny. Pomyślał o klasztorach w Gardzie, o zakonnikach i zakonnicach, wiodących spokojne i uduchowione życie w oddaleniu od spraw wielkiego świata. Oni z pewnością zapewniliby Entoriance schronienie i opiekę. Ale prawie natychmiast doszedł do wniosku, że przesycona smętkiem atmosfera medytacji i wiecznych modłów nie będzie najzdrowszym klimatem dla przyzwyczajonej do zupełnie innej duchowości Derry. W gardyjskim klasztorze zaczęłaby zbyt szybko przygotowywać się do przejścia przez Wielką Rzekę, zamiast szukać drogi powrotnej do świata żyjących. Poza tym Zakon Gardyjski nigdy nie był apolityczny, czego wcale nie ukrywał. Wykrzywił na chwilę usta w bolesnym grymasie. Tak straszliwie oszpecona prawie w dzieciństwie Derra do śmierci nie zdoła otrząsnąć się z koszmaru. Jej życie zawsze będzie niepełne, fragmentaryczne. Do końca swoich dni będzie nieporadna, zdana na pomoc innych. Nagle niemal uderzył się otwartą dłonią w czoło, olśniony genialną myślą. Nikt nie będzie szukał jej w Quatessinie. Teraz stało się dla niego jasne, czemu jakaś tajemnicza siła powstrzymywała go raz za razem przed wyjawieniem komukolwiek, nawet Vivaldowi, sekretu jego znajomości z Loraną. Przyczyną tego oporu wcale nie był więc jego marny romans, ale coś znacznie poważniejszego. Dzięki skrytości Aldorenta nikt w Sangacji nie powiąże go z osobą Quatessinki. Nikt nie widział ich razem, wyjąwszy pracowników i stałych gości Galerii Kiramskiej, dla których był tylko mężczyzną z ulicy. A już na pewno nikt nie skojarzy Lorany z Derrą. W ten sposób ślad zostanie ucięty na dobre, a Entorianka otrzyma w darze nowe, bezpieczne życie. Lorana na pewno chętnie się nią zajmie, a jej pogoda ducha i prostolinijny sposób bycia sprawią, że Derra wkrótce znów będzie się uśmiechać. Podjął więc nieodwołalną decyzję. Lorana Yel miała do wypełnienia ważną misję, o której jeszcze nie zdążyła się dowiedzieć. Ale jutro dowie się na pewno.
* * *
Dwudziestego drugiego lipca, czyli nazajutrz, pojechał z samego rana do Detroit. Galerię otwierano dla zwiedzających dopiero o dziesiątej. Aby zabić dłużący się niemiłosiernie czas, wybrał się więc na nerwowy spacer po zaułkach najbliższego centrum rozrywki. Gapił się bezmyślnie na młode, ładne kobiety, prowadzące bezustannie szczebioczące i zapychające usta jakimś tuczącym świństwem dzieci. Jakoś nie wypadało mu dobijać się do zamkniętych drzwi i domagać rozmowy z malarką, która na pewno była już od kilku godzin na miejscu, by dopilnować właściwego rozstawienia płócien. Pięć po dziesiątej wchodził z bijącym niespokojnie sercem do sali wystawowej, szukając wzrokiem Lorany. Nigdzie jej nie było. Spojrzał na obrazy, nie po to, by je podziwiać, ale jedynie w celu przekonania się, że to rzeczywiście jej dzień. O pomyłce nie mogło być mowy. Na każdym płótnie był motyw morza lub jakiejś morskiej istoty. Już miał poszukać kogoś z personelu, by zapytać o Quatessinkę, gdy Lorana pojawiła się w głównym wejściu niemal za jego plecami. Zdyszana szybkim marszem po schodach, trzymała w ręku pusty pojemnik po truskawkowym shake’u, zdobytym w McDonald’sie po przeciwnej stronie ulicy. Gdy go zauważyła, stanęła jak wryta. Zaskoczona przyglądała się mężczyźnie spod ściągniętych w marsowym wyrazie brwi. Wydawało mu się, że pokręciła przy tym lekko głową, jakby chciała dać mu do zrozumienia, że odnowienie ich związku uważa za całkowicie niemożliwe. On również stał bez ruchu, patrząc z zachwytem i tęsknotą na jej królewską postać. Nie zmieniła się ani trochę. Wciąż nosiła jedwabne suknie do samych kostek, a w czarne włosy wplatała wstążkę w kolorze ubrania. Wciąż była tak samo piękna i wyniosła. Odniósł jednak wrażenie, że przygnębienie po utracie kochanka jeszcze jej nie opuściło, bo wydawała się przygaszona i jakby spokojniejsza niż miesiąc temu. A przecież tak niewiele było potrzeba, by te czarne oczy znów rozbłysły cudownym blaskiem. Podszedł wreszcie do niej bliżej niżby sobie w obecnej sytuacji życzyła. Odezwał się nieśmiało: − Witaj, Lorano. − Chcesz kupić obraz? – odparła głosem niecierpliwym i szorstkim, trochę się od niego odsuwając. – W takim razie wybieraj. − Nie, nie przyjechałem tutaj dla sztuki. Przyjechałem, żeby z tobą porozmawiać. − Wszystko między nami jest skończone. Sam tak zdecydowałeś. Odzyskała już pewność siebie. Teraz to ona rozdawała karty, nieludzko piękna i chłodna jak Półwysep Skeński. − Wiem, że jest skończone. Mógłbym poprosić cię o danie mi jeszcze jednej szansy. Teraz naprawdę jestem wolny. Amanda się wyprowadziła. Ale ciebie pewnie to wcale nie interesuje. − Masz rację. Nie interesuje mnie. Czy mógłbyś pozwolić mi przejść, bo muszę zająć się gośćmi? − Nie widzę tu nikogo oprócz nas dwojga. − Czy wiesz, ile nocy przepłakałam w samotności, myśląc o tobie? – nawet teraz nie dała upustu swojemu żalowi, mówiła tak, jakby relacjonowała beznamiętnie fakty. – Czy wiesz, jak bardzo tęskniłam za twoim głosem, uśmiechem, dotykiem twoich rąk? Ale nie, ty wybrałeś ją, bo lubisz opiekować się słabymi kobietkami. Nie obchodzi mnie, co czułeś. Nie chcę słuchać twoich usprawiedliwień. Dla mnie liczą się czyny, nie słowa. A teraz przyjeżdżasz tu jakby nigdy nic i żądasz, abym dała ci jeszcze jedną szansę. Jeśli sądzisz, że się zgodzę, to jesteś w wielkim błędzie. − Lorano, kiedy odeszłaś, to było tak, jakby wyrwano mi z piersi połowę serca. A może nawet całe. Nie, nie chcę, abyś do mnie wróciła. Wiem, że to niemożliwe. Chciałem pomówić z tobą o czymś innym. − O niczym nie chcę z tobą rozmawiać. Daj mi spokój. Próbowała go wyminąć, ale on chwycił kurczowo rękaw jej sukni. − Lorano! – zawołał cicho zduszonym głosem. – Potrzebuję twojej pomocy. Tylko ty jedna na świecie możesz mi teraz pomóc. Proszę, nie uciekaj przede mną. Wiem, że straszliwie cię skrzywdziłem, ale nie zdołam wrócić czasu. Gdybym jeszcze raz stanął przed takim samym wyborem, nie pozwoliłbym ci wyjść z mieszkania. Pojechałbym za tobą do Spid i na kolanach błagał o wybaczenie. Jestem tchórzem i skończonym głupcem, wiem. Ale tym razem nie chodzi o mnie. Ktoś bardzo potrzebuje twojego wsparcia, i to naprawdę nie jestem ja. Szarpnęła ramieniem tak mocno, że niemal rozdarła materiał. Udało jej się jednak wyswobodzić z niechcianego uścisku. Po raz kolejny zdumiała go jej fizyczna siła. Wiedział, że nie ma w tym fakcie niczego nadzwyczajnego. Lorana była taka jak jej rodacy i rodaczki. Wciąż jednak czuł się dziwnie w towarzystwie kobiety, która bez trudu wykręciłaby do tyłu obie ręce połowie znanych mu mężczyzn i zagoniła ich kopniakami aż do Quatessinu. − Jak śmiesz przyjeżdżać tutaj i mnie napastować! – syknęła. – Jak śmiesz pokazywać mi się na oczy po tym, co mi zrobiłeś! Uśmiechnął się w duchu. Udało mu się wreszcie wyprowadzić z równowagi nawet tę górę spokoju. Wcale nie różniła się od reszty kobiet. − Proszę, poświęć mi chwilę. Musisz ze mną porozmawiać, Lorano. Chodzi o coś ogromnie ważnego. Porozmawiaj ze mną jeszcze tylko ten jeden jedyny raz, a potem zniknę z twojego życia na zawsze, jeśli będziesz sobie tego życzyła. − Zniknij już teraz. − Nie, teraz jeszcze nie. Tylko piętnaście minut, dobrze? Możemy zejść do baru, tam spokojnie porozmawiamy. − Nie wiem, jak ważna jest ta twoja sprawa, i prawdę mówiąc, zupełnie mnie to nie obchodzi. Przypuszczam, że zawracasz mi głowę, bo chcesz mnie odzyskać, skoro u tej twojej kruszynki już nie popróbujesz szczęścia. Od razu mówię, że twój wysiłek jest daremny. − Dałbym wszystko, by odzyskać twoją miłość, ale nie ja jestem teraz najważniejszy. Uwierz mi. − Kto jeszcze w Sangacji mógłby mnie potrzebować? Czyżbym miała kolejnego wielbiciela, o którym nic nie wiem, a ty pośredniczysz dla niego? − Nie. Proszę, usiądźmy gdzieś. Tracimy tylko czas, stojąc tu i kłócąc się. Wahała się przez kilkanaście sekund, a potem skinęła wreszcie głową na znak zgody. − Dobrze, wysłucham cię. Ale to naprawdę ostatni raz. Więcej mnie nie nachodź. − W takim razie chodźmy do baru. Znów zjechali windą dwa piętra w dół. Wprowadził ją do stołówki z jaskrawo pomalowanymi ścianami, jak pół roku temu. Ich kolor idealnie komponował się z barwą jej sukni, plasującą się gdzieś pomiędzy żółcią a zielenią. Seledyn, chyba takim słowem określała to Amanda. On sam nigdy nie przywiązywał dużej wagi do kolorów i ich odcieni. To była domena kobiet, bez względu na kraj. Ten odważny seledyn przyciągnął spojrzenia wszystkich obecnych w stołówce osób. Chociaż Lorana już nie należała do niego, poczuł szczerą satysfakcję. Spoglądali na nią nie tylko mężczyźni, ale i kobiety. Większość z tych kobiet zabiłaby ją na miejscu samym jadowitym, zawistnym spojrzeniem, jak to zwykle baby w stosunku do tej, która ośmiela się wyróżniać urodą i elegancją. Ale zdarzały się pewnie i takie, które dałyby się ugotować żywcem za jej uśmiech. No tak, pomyślał z jakimś ponurym triumfem. Zachęcamy ich do zakładania tradycyjnych rodzin i obrzydzamy perwersje, a tymczasem te kilka procent odmienności wciąż ma się dobrze. Pewnie zawsze tak było i tak będzie. Nie da się sterować ludzką naturą. Ten przepyszny seledyn aż sprawiał ból swoją głębią i uświadamiał tym wszystkim ludziom dystans, jaki dzielił ich od Quatessinki. Bo był pewien, że Lorana nie zaufa nigdy więcej żadnemu z jego ziomków do tego stopnia, by się z nim związać. Siedli przy jednym ze stolików. Zamówił dwie herbaty z cytryną i cukrem. Przypuszczał, że Lorana i tak niczego od niego nie przyjmie, ale wciąż był dżentelmenem. − Teraz mów, o co chodzi – zaczęła obcesowo, mieszając energicznie herbatę, którą jednak przyjęła bez większych oporów. Może była po prostu spragniona. W jej klimacie musiało chcieć się pić prawie bez przerwy. − Chciałbym, abyś zabrała kogoś do Quatessinu – zaczął bez ogródek. – Pewną bardzo nieszczęśliwą osobę. Jeśli nie wywieziemy jej z tego popapranego kraju, to niewinne biedactwo wkrótce umrze. − Jej? – zareagowała jeszcze ostrzej niż poprzednio. – Nie licz na to, że zajmę się jakąś Sangacjanką. A może masz na myśli tę twoją byłą, co? − To nie Sangacjanka. Dziewczyna, o której myślę, pochodzi z Entorii i nazywa się Derra Amno. Jeśli nie będziesz mi przez kilka minut przerywać, opowiem ci historię jej życia. − Niech ci będzie. Zamieniam się w słuch. Prostymi i uczciwymi słowami mówił o Derze, nie próbując ukryć niechlubnej roli, jaką odegrał w życiu Entorianki. Ona słuchała, patrząc na mężczyznę w skupieniu i nie zadając pytań. Zakończył słowami: − Jeśli chcesz, pokażę ci, co jej zrobili w tym więzieniu. Tylko spójrz. Czy to nie woła o pomstę do nieba? Pogrzebał przez chwilę w swojej nieodłącznej teczce i wyjął „Prawdę”, którą zabrał Vivaldowi. Na widok zdjęcia na okładce Lorana drgnęła mocno, z trudem powstrzymując okrzyk zgrozy. Nie odwróciła jednak wzroku, lecz wpatrywała się w puste oczodoły Derry i wyciekający z nich śluz z przerażeniem i zarazem fascynacją. Zaś Aldorent mówił dalej: − Nie dość, że młoda dziewczyna będzie kaleką do końca życia, to na dodatek ma to być życie bardzo krótkie. Jej oprawcom nigdy nie będzie dość jej męki. W końcu urodziła się Kiramejką, musi więc odcierpieć swoje, aby wiedziała, że nigdy nie dorówna dumnym homo sapiens. Musimy ją ratować, Lorano. Ja muszę – dodał ciszej. – Mam wobec niej ogromny dług wdzięczności. Ona jest jak
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Vanelia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…