Córka słońca, rozdział 21
Derra na razie zmaga się z niechęcią i rezerwą ze strony malarki. W tym czasie Aldorent robi wszystko, by ukryć przed pozostałymi Eliminatorami swój sekret.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}{b}ROZDZIAŁ XXI ŚCIANA SAMOTNOŚCI{/i}{/b}
W Sangacji ledwo zauważono zniknięcie Derry Amno. Gazety, telewizja i Matrix podały tę informację bardzo skrótowo, trzymając się sztywno oficjalnej wersji, zasłyszanej od kapitana straży więziennej. Podobno dziewczyna została wyprowadzona na potajemną egzekucję przez wysokiego funkcjonariusza Zbrojnych Sił Sangacji. Oczywiście wciąż nazywano Entoriankę, obyczajem tego kraju, Derrą A. Nawet kolejny artykuł w „Prawdzie" zajmował jedynie stronę i nie przyniósł żadnych rewelacji. Ta sprawa nigdy tak naprawdę nie rozpalała opinii publicznej, ponieważ przez całe pięć lat utrzymywano los Derry w ścisłej tajemnicy w kręgu kilkudziesięciu zaufanych osób, nie pozwalając dziennikarzom i organizacjom humanitarnym na węszenie. Gdyby była człowiekiem, jej porwanie i przetrzymywanie niemalże pod strażą na pewno wyciskałyby łzy z niejednych oczu i rodziły bunt w wielu sercach, ale urodziła się w Kiramie i żadna siła nie była w stanie tego zmienić. W takim wypadku jej historia mogła wzniecić dodatkową iskrę buntu tylko w kimś, kto już od dawna był zbuntowany przeciwko regułom, według których działał świat. Na dobrą sprawę nikt nie miał pojęcia, kim był człowiek, który zabrał Entoriankę. Wiedziano na pewno, że zrobił to jeden z Eliminatorów, lecz który mianowicie, pozostało pilnie strzeżoną tajemnicą ZSS. Wysoki mężczyzna w płaszczu i z zakrytą twarzą mignął tylko przy bramie bardzo krótko odznaką w kształcie szczura w dumnej, trójrożnej koronie Sangacji, odlaną z czystego złota. Sama potężna sylwetka gościa, charakterystyczny strój i ta odznaka wystarczały, by wpuszczano go wszędzie właściwie bez pytań i spełniano wszystkie jego żądania. Jego władza nie rozciągała się może na wszelkie dziedziny życia Sangacjan, ale na pewno tam, gdzie w grę wchodziła obronność kraju, działania wymiaru sprawiedliwości bądź kontakty z Kiramczykami, był nieomylnym sędzią. Dlatego nikt nie miał na tyle odwagi ani głupoty, by kazać mu wylegitymować się z imienia i nazwiska. Tak więc Derrę zabrał człowiek o nieznanej tożsamości i wywiózł ją w równie tajemnicze miejsce. Nikt nie wiedział, co z nią zrobił. Najzabawniejsze było to, że samo ZSS miało o tej sprawie równie mgliste pojęcie. Taki rozkaz nigdy oczywiście nie wyszedł z gabinetu marszałka i wydawać by się mogło, iż to właśnie Raszkiewicz powinien być najmocniej zdziwiony obrotem spraw i wściekły na zuchwałego podwładnego za krańcową samowolę. Tymczasem marszałek przyjął wieść o zniknięciu dziewczyny nadzwyczaj spokojnie, rzuciwszy tylko kilka ogólnikowych słów komentarza. Prorokowano potężną burzę, tymczasem nie było żadnego dochodzenia. Poza ZSS powiedziano by, że sprawę umorzono. Nikt nie szukał „winnego", nikt nie był przesłuchiwany, nikogo nie śledzono, nikt nie sprawdzał list podróżnych przekraczających w tym dniu granicę państwa. Czasami tylko marszałek przez krótką chwilę popatrywał badawczo na Aldorenta Morrisona i zaraz odwracał wzrok, jakby obawiał się rzucić na niego choćby cień podejrzenia. Wzorem szefa, wkrótce zaczęli na niego spoglądać także koledzy, lecz nikt nie zapytał o Derrę wprost ani nawet nie robił aluzji do jej nieobecności. Być może obawiano się, że gdyby zmowa milczenia została raz przerwana i Aldorent byłby zmuszony przyznać się do wywiezienia dziewczyny, ktoś musiałby coś z tą wiedzą koniecznie zrobić. Być może chciano w ten sposób oszczędzić karierę, a nawet życie wieloletniego towarzysza broni. Podtrzymywano więc po cichu na własny użytek najwygodniejszą wersję zdarzenia, w której Derra Amno nie żyła. Jedynie Jeremy Jackson sprawiał wrażenie człowieka, który przyłączył się do tej gry z największą niechęcią. Ten „świętszy od papieża", niewysoki funkcjonariusz popatrywał na Aldorenta spod brwi ściągniętych w wyrazie głębokiego zamyślenia, jakby próbował samą siłą tego spojrzenia wyrwać mu wszystkie starannie skrywane tajemnice. Aldorent wyczuwał, że to właśnie Jeremy Jackson, zapamiętały obrońca istniejącego systemu, byłby jego i Derry najniebezpieczniejszym wrogiem. Mówił w jego towarzystwie bardzo niewiele lub zgoła nic, aby przypadkowo nie naprowadzić tamtego na najlżejszy ślad Entorianki. Grali więc obaj. Jeremy doskonale wiedział to, czego nikt nie powinien wiedzieć, a Aldorent świetnie wiedział, że Jackson wie. Któryś z nich musiał w końcu wyjść przed szereg, a skoro Aldorent osiągnął już swój cel i najchętniej nie zmieniałby niczego, ten kolejny krok należał do Jeremy'ego.
* * *
Drogę przez miasto zapamiętała jako niekończący się upał i dobiegający zewsząd gwar w zupełnie obcym języku. Słuchanie tej mowy sprawiało jej przyjemność, bo była delikatna i śpiewna, a jej melodia wznosiła się i opadała jak łagodna morska fala. W swej miękkości ten język przypominał trochę Wspólną Mowę, lecz zdecydowanie różnił się od niej intonacją, w gondwańskim płaską i monotonną. A więc to był ojczysty język Lorany Yel. Nawet teraz, w Spid, Quatessinka nie zamierzała stać się bardziej rozmowna, jakby próbowała przez to podkreślić, że uważa Derrę za coś w rodzaju nieplanowanego bagażu. Kierowała dziewczyną za pomocą krótkich i suchych dotknięć, prawie szarpnięć, rzadko zatrzymując dłoń na jej ramieniu na dłużej. Gdyby Derra miała oczy, na pewno popłynęłyby z nich gorzkie łzy upokorzenia i zawodu. Co złego zrobiła tej nieprzystępnej Quatessince, by zasłużyć na takie traktowanie? Nie, Aldorencie, pomyślała, zupełnie nie miałeś racji. To nie anioł, tylko potwór. − Nie ściskaj mojej ręki tak mocno, proszę − szepnęła w końcu rozpaczliwie, oblizując zaschnięte wargi. − Sprawiasz mi ból. − Nie chcę, żebyś się zgubiła, bo cię potem nie znajdę. Dlatego masz trzymać się blisko mnie, zrozumiałaś? Ton głosu Lorany dorównywał miękkością drucianemu zmywakowi do czyszczenia najmocniej zaschniętego brudu na dnie odstawionych na kilka dni naczyń. Furtka do czegoś zwanego przyjaźnią pozostawała zatrzaśnięta na głucho. Derra mogła tylko pokiwać głową na znak potwierdzenia i zamilknąć, by dodatkowo nie drażnić Quatessinki. Przemierzała więc u boku Lorany kilometry równych, starannie ułożonych z sześciobocznej kostki chodników, przeciskając się niekiedy w tłumie tubylców i modląc się w duchu, by nikt nie zwrócił na nią baczniejszej uwagi. Przypomniała sobie nagle zasłyszaną jeszcze w Entorii informację, iż to właśnie w krajach Południa, bardzo ceniących piękno ciała, dokonuje się największej liczby eutanazji na nieodwracalnie okaleczonych bądź straszliwie oszpeconych osobach. Działo się to z reguły za pozwoleniem, a nawet na życzenie samych zainteresowanych. Wtedy ten fakt był bez znaczenia. Była zbyt młoda, by wdawać się w dyskusje na temat eutanazji. Teraz jednak problem dotyczył jej samej. A przecież bardzo nie chciała umierać. Po tym wszystkim, co musiało zostać zrobione, aby pozostała przy życiu, nie podobał jej się pomysł, że ci wysocy ludzie mogliby uznać, iż osoba z tak ohydną twarzą nie ma prawa do oddychania tym samym powietrzem co oni. Zdecydowanie Quatessin nie był teraz najlepszym dla niej miejscem. Aldorencie, na Wielkiego Ducha, jak mogłeś mnie tu wysłać? A jeśli sama Lorana dojdzie za kilka dni do wniosku, że skrócenie życia jest w tym wypadku koniecznością, i odda Entoriankę w ręce lekarzy, którzy wyręczą sangacki wymiar sprawiedliwości? Nie, ona tego nie zrobi. Z tych skąpych wiadomości, które udało się Derze uzyskać, wynikało, że Loranę i Aldorenta łączyło coś w rodzaju uczucia, a skoro tak, to Quatessinka chyba jej nie skrzywdzi. Niczego jednak nie mogła być pewna, znów samotna i zagubiona w obcym kraju, bardziej bezbronna niż kiedykolwiek. Szła więc, utykając na prawe kolano, które dopiero na drugi dzień zaczęło naprawdę boleć. Starała się przywyknąć do palącego oddechu quatessińskiego słońca. Nigdy wcześniej nie kryła się przed El Khan-naar, ale teraz poczuła ulgę, wchodząc w miły chłód kamienicy. Lorana mieszkała na pierwszym piętrze, po lewej stronie od schodów. Ledwo zamknęła za Derrą drzwi i postawiła na podłodze ciężką torbę, Entorianka przełamała nieśmiałość i zaczęła „oglądać" swoje nowe mieszkanie dłońmi, wodząc nimi po ścianach, futrynach drzwi i domowych sprzętach. Ponieważ Lorana nie odezwała się, Derra uznała, że tamta nie ma nic przeciwko tej inspekcji. Czując się coraz bardziej pewnie, sprawdziła sypialnię i łazienkę. Nie robiła tego z czystej ciekawości. Musiała poznać rozkład mieszkania, by się w nim nie przewracać. Dopiero kiedy wkroczyła do pracowni malarskiej, Lorana podskoczyła ku niej z wyrażającym zaniepokojenie okrzykiem i wciągnęła dziewczynę z powrotem do pokoju mieszkalnego. − Tam nie chodź − powiedziała. − Mam tam farby i rozpuszczalniki, wszystko powywracasz, łącznie z płótnami. Za długo nabiedziłam się nad tymi obrazami, aby pozwoliła ci je zniszczyć. Dalej jest kuchnia, tam też nie będziesz urzędować. Wchodzi się do niej przez pracownię. Później pokażę ci, jak bezpiecznie tam dotrzeć. Czyli wszystko zaczyna się od początku, pomyślała gorzko Derra. Znów jestem w obcym kraju, zabrana tylko w tym, co mam na sobie. Po raz kolejny ktoś będzie od podstaw układał mi życie. Ktoś, kto robi to z przymusu. Ktoś, kto mnie nie kocha, a nawet nie lubi. − Połóż się na łóżku i wyciągnij nogę − odezwała się nagle Lorana. − Mam taką maść od obrzęku, wetrę ją w to twoje kolano. Do rana powinno przestać boleć. Straszna z ciebie niezdara, Derro. Musisz uważać, jak chodzisz. Nie dość, że wyłupili ci oczy, to teraz jeszcze obetną nogę, i niedługo nic z ciebie nie zostanie. Pewnie musi jeszcze minąć wiele czasu, zanim Entoriance uda się przyzwyczaić do opryskliwego tonu tamtej. Pomimo to posłusznie wyciągnęła się na łóżku Quatessinki i pozwoliła starszej dziewczynie na wmasowanie leku. Ręce Lorany były duże i silne, a ruchy pewne i zdecydowane. Jej dotyk nie był tak nieprzyjemny jak słowa i Derra poczuła się nagle dużo bezpieczniej przy nowej towarzyszce. − Dam ci coś − odezwała się powtórnie Lorana. − Ta szmata, którą masz na twarzy, nie grzeszy ani świeżością, ani pięknością. A przecież zupełnie bez niczego chodzić nie możesz. Musisz czymś zasłonić tę... ranę − dokończyła nieco ciszej. Jej głos po raz pierwszy, odkąd się spotkały, zawibrował niepewnością. Może nawet przyczaiła się w nim najlżejsza nutka cierpienia. − Nie musisz na mnie patrzeć − natychmiast zapewniła Derra. − Będę schodzić ci z drogi, obiecuję. − No, ja myślę − mruknęła Lorana. − Ale tak czy owak, musisz mieć jakąś chustkę. Pogrzebała w jednej z szuflad i znalazła kwiecistą apaszkę z muślinu w krwistoczerwonym kolorze. Skręciła ją na kształt powrozu, robiąc z fatałaszka nieprzezroczystą, lecz wciąż delikatną i ładną przepaskę. Zbliżyła się do Derry i powiedziała: − Zdejmij to czarne okropieństwo. − Ale... Lorano... − jęknęła błagalnie. − Co znowu? Masz jakiś problem? − w głosie tamtej ponownie pojawiła się irytacja z powodu nie dość szybko wykonanego polecenia. Czasami Lorana Yel nie znosiła sprzeciwu. − Jeśli zdejmę opaskę, ty zobaczysz te... dziury. A ja nie chcę, żebyś mnie taką oglądała − dokończyła Derra bolesnym szeptem, odwracając głowę w stronę, gdzie Quatessinki prawdopodobnie nie było. − Nie bądź głupia, Derro. Mój wzrok nie parzy. Chcę tylko zmienić ci opaskę. Postaram się nie dotykać twojej twarzy, obiecuję. Będę patrzeć bardzo krótko − jej głos znacznie złagodniał. − Nie bój się, biedulko. − N...no dobrze − zgodziła się po chwili wahania Derra. − Ale obiecaj, że nie pozwolisz nikomu innemu oglądać mojej twarzy. − Obiecuję, mała. A nawet przysięgam. Derra nie broniła się dłużej. Zastygła na chwilę w bezruchu, gdy Lorana odwiązywała pas materiału, który Aldorent odciął ze swojego płaszcza, i zastępowała go muślinową chustą. − Ciągle jesteś piękna − powiedziała nagle Lorana. Wypowiedziała te słowa bardzo szybko, niemal jak automat, a potem sapnęła z zażenowaniem, jakby chciała je natychmiast cofnąć. Ale Derra nie zwróciła uwagi na te niuanse, dotarła do niej tylko treść zdania. − Wcale nie! − zawołała prawie z oburzeniem. − Teraz jestem maszkarą! Żaden mężczyzna się mną nie zainteresuje! − To nie jest dobry czas na myślenie o mężczyznach − Quatessinka bardzo prędko odzyskała cały swój rezon i znów przemawiała głosem surowym jak świeżo odcięty kawał wieprzowiny. − Musisz nabrać sił i przeczekać w ukryciu kilka miesięcy, aż niebezpieczeństwo przestanie ci grozić. Jeśli w ogóle przestanie, znając to koszmarne ZSS... − dodała ze sporą dawką sarkazmu. Widocznie Eliminator zdążył opowiedzieć jej co nieco o swoim prawdziwym życiu, zamiast karmić strawnymi dla niej bajeczkami. − A kiedy Aldorent zabierze cię z powrotem na tę waszą Północ, będziesz mogła romansować do upadłego. Tutaj wybij sobie miłostki z głowy. − Dobrze, Lorano − odparła potulnie młodsza dziewczyna. − Posiedź teraz grzecznie w domu, a ja wyjdę na miasto, żeby kupić ci trochę ubrań. Jesteś niska i będziesz musiała nosić rzeczy w dziewczęcym rozmiarze. Tylko nie waż się znowu zaglądać do pracowni, ani, na Wielkiego Ducha, do kuchni. Nie chcę, żebyś natknęła się na Seminole. − Kim ona jest? − To moja przyjaciółka i bardzo poczciwa kobieta, ale muszę ją przygotować na twoją... dolegliwość. Rozumiesz, to jest dość rzadkie. − Doskonale rozumiem. Jak długo jeszcze będzie przyzwyczajać się do życia z myślą, że teraz jest dziwolągiem i wybrykiem natury, że trzeba przygotowywać ludzi na spotkanie z nią? Kiedy pogodzi się potulnie z faktem, że do końca życia będzie gorsza od innych? Czy w ogóle będzie to wykonalne dla dumnej Derry Amno, pragnącej prowadzić swoją gromadę ku górom? Nie miała niczego do roboty poza ostrożnym obmacywaniem mebli, ścian i bibelotów Lorany oraz staniem w otwartym oknie i rozkoszowaniem się ciepłą, ciągnącą od morza bryzą. Tak bardzo kochała morze, a teraz już nigdy go nie zobaczy. Może będzie przynajmniej bywać na plaży, jeśli Lorana znajdzie czas i ochotę, by ją tam zabierać. Im dłużej tak stała, tym lepiej czuła się w panującej na zewnątrz temperaturze. Tylko, że okno sypialni wychodziło na północ, a słońce wisiało właśnie w zenicie z drugiej strony budynku, przytłaczając największym z możliwych upałów. Pewnie do tego też jeszcze długo będzie musiała się przyzwyczajać. Znalazła wreszcie radio i uruchomiła je. Złapała jakąś miejscową stację, więc nie rozumiała języka, ale łagodna quatessińska muzyka podobała się jej. Pewnie słuchanie radia stanie się jedną z jej najczęstszych rozrywek. Lorana przyniosła jej kilka tunik, pięć czy sześć koszulek na ramiączkach, dwie pary szortów i kilkanaście sztuk bielizny. Derra długo „oglądała” dłońmi te wszystkie rzeczy, które zdawały się idealnie pasować na jej wzrost. Kilka dni przed śmiercią Michaela mierzyła się i wiedziała, że właśnie osiągnęła sto siedemdziesiąty pierwszy centymetr. Nie miała pojęcia, ile jeszcze urośnie, ale pewnie niewiele. Quatessińskie ubrania bardzo jej się podobały. Szyte głównie z bawełny i lnu, były miękkie i przyjemne w dotyku. Quatessini jak większość narodów Kiramu, wyjąwszy może Gardyjczyków, nie znali sztucznych włókien, plastikowych guzików, suwaków czy tych wszystkich innych zbędnych ozdóbek, które doszywa się do ubrań albo dokleja do nich. Tutaj istniała od wieków moda na prostotę. Szczególnie przypadły jej do gustu śliskie w dotyku taśmy, chyba z atłasu, przyszyte po bokach i na ramionach sukienek. Nie spytała Lorany o kolor tych pasów ani całego stroju. To proste pytanie nie chciało przejść jej przez gardło, chociaż w stosunku do Aldorenta nie miała takich oporów. − Nie musisz mieć wyjściowych ubrań, bo nie szykują ci się żadne większe wyjścia − odezwała się Quatessinka. − Nie potrzebujesz też ciepłych rzeczy. Przypuszczam, że nie będziesz ich potrzebowała nawet zimą. Pewnie dopiero wtedy odetchniesz od naszego słońca. − Kocham słońce i tutaj też na pewno je pokocham. − Myślę, że taka wyprawka na początek wystarczy, a potem zobaczymy. Może zostaniesz tu bardzo krótko i nie doczekasz nawet do zimy. Chodź, pokażę ci, jak poruszać się w łazience. − Umiem obsługiwać łazienkowe sprzęty − obruszyła się Derra. − Przecież mieszkałam w Sangacji, a tam wszystko jest najbardziej skomplikowane. Ale Lorana nie przyjmowała takiego tłumaczenia. − Nie będę wchodzić z tobą pod prysznic, więc musisz radzić sobie sama − powiedziała, uderzając znów, nie wiedzieć czemu, w gniewną nutę, która wytrącała Derrę z równowagi. − A nie chcę, żebyś zalała mi mieszkanie. Łazienka była za mała, by pomieścić wannę. Derra musiała zadowolić się perspektywą kąpieli na stojąco w ciasnej kabinie prysznicowej. Jej obsługi nauczyła się w kilka sekund. Chyba w całym Kiramie zabawa polegała na kręceniu kurkami z ciepłą i zimną wodą. Tylko barwy oznaczające temperaturę były inne niż w Sangacji. − Czarny to zimna, a biały − gorąca. Rozumiesz, jak noc i dzień. Ale skoro nie odróżniasz kolorów, zapamiętaj, że po lewo jest ciepła woda, a po prawo zimna. Zresztą, dojdziesz do wszystkiego metodą prób i błędów. Zjadły obiad przygotowany przez niezawodną Seminole Quiven. Jej syna akurat nie było w Spid, przynajmniej ta prezentacja więc na razie odpadała. Derra bała się, że Seminole nazwie ją za chwilę biedactwem bądź nieszczęśliwym dzieckiem, że będzie rozpaczać nad jej losem i po matczynemu głaskać po głowie. Była niewidoma dopiero od trzech dni, a już miała serdecznie dość czyjejkolwiek litości. Gdyby musiała wybierać, wolałaby chyba oschłość Lorany. Na szczęście starsza Quatessinka zachowała się bardzo powściągliwie. Uścisnęła jedynie lekko zwisającą luźno dłoń Derry i powiedziała cicho w nienagannej Wspólnej Mowie: − Dzień dobry, moja droga. − Dzień dobry pani – odparła Entorianka, starając się zwrócić twarzą w kierunku, gdzie powinna znajdować się tamta. Wciąż pamiętała o dobrym obyczaju „patrzenia” rozmówcy w oczy. − Derra będzie ze mną mieszkać − odezwała się Lorana po tym, jak przedstawiła sobie nawzajem kobiety. − Tymczasowo, oczywiście. Potem wróci do rodziny. − W takim razie, kochanie − wtrąciła Seminole − będziesz miała okazję rozsmakowania się w mojej kuchni. Siadajcie do stołu, dziewczęta. Derra za wszelką cenę starała się nie rozlewać na stół zupy ani nie rozrzucać wokół siebie ziarenek ryżu. Wszystkiego musiała uczyć się od nowa, łącznie z posługiwaniem się najprostszymi sprzętami. Miała nadzieję, że tamte nie przyglądają się zbyt bacznie jej niezdarnym próbom odnalezienia każdej rzeczy na stole po omacku i bezbłędnego trafienia łyżką do ust. Poczuła, jak Lorana wsuwa jej delikatnie w dłoń kromkę chleba. Odtrąciła ze złością rękę malarki i gwałtownie sięgnęła ramieniem ponad stołem w poszukiwaniu koszyka z pieczywem, wywracając przy tym pieprzniczkę. Nie była wcale zła na Loranę, tylko na siebie − za to, że stała się tym, kim obecnie była. − Chcę ci pomóc, do cholery − syknęła młodsza Quatessinka. − Nie zachowuj się jak rozpieszczony bachor. Derra milczała, mimo to burza wisiała w powietrzu. Seminole próbowała zażegnać ją łagodnymi i serdecznymi słowami: − To się nawet dobrze składa, droga Derro, że trafiłaś pod moje skrzydła. Będę mogła się tobą zająć, bo Lorana jest wprawdzie świetną dziewczyną, ale nie ma pojęcia, jak troszczyć się o drugą osobę, zwłaszcza tak... bardzo wymagającą opieki jak ty. Ale dolała tylko oliwy do ognia. − Dam sobie radę, Seminole. Nie musisz wtrącać się pomiędzy mnie a Derrę. − Dobrze, niech ci będzie − starsza Quatessinka uniosła ramiona w pojednawczym geście, nieco zdumiona wybuchem Lorany. − Nie mam zamiaru wtrącać się pomiędzy was. Ale musisz przecież wyjeżdżać na te swoje wystawy, prawda? Co wtedy z nią zrobisz? Sama sobie nie poradzi. Malarka potrząsnęła w geście jakiejś dziwnej rozpaczy głową i odezwała się dużo spokojniej: − Przepraszam cię, Seminole. Rzeczywiście nie mam pojęcia o opiece nad kimkolwiek, bo nigdy nie musiałam martwić się o nikogo poza sobą samą. Mówiłam Aldorentowi, że nie nadaję się do tej roboty, ale on się uparł. Masz rację, nie mogę być z Derrą przez cały czas. Zwrócisz na nią uwagę, kiedy będę w rozjazdach, prawda? − Oczywiście, Lorano − matka Aseta natychmiast dała za wygraną, z powodu swojego dobrotliwego usposobienia niezdolna złościć się na kogoś dłużej niż przez minutę. − Masz moje słowo, że będę dla twojej nowej przyjaciółki jak matka. Możesz jechać w świat i niczym się nie przejmować. Nasza Derra nie będzie chodziła głodna ani zaniedbana. Sytuacja Derry uległa więc niespodziewanej poprawie. Oprócz kapryśnej Lorany miała teraz drugą opiekunkę, o wiele bardziej rozsądną i godną zaufania. Seminole Quiven wciskała się w jej życie niemal przemocą, wnosząc wieloletnie doświadczenie w opiece nad młodymi osobami i niemal macierzyńskie ciepło. Była trochę jak Amber Carradine, może nie tak subtelna, ale równie oddana innym ludziom. Bardzo różniła się za to od Lorany, kochającej chyba tylko swoje obrazy i święty spokój. − A więc... jak to się stało? − zagaiła znów rozmowę Seminole, ściszając głos w wyrazie delikatności i współczucia. − Jeśli oczywiście chcesz o tym mówić, Derro. Być może Seminole nie powinna była pytać tak prędko o tę najboleśniejszą w życiu Derry kwestię. Może w ogóle nie powinna była pytać, próbując dyskretnie dowiedzieć się co nieco od Lorany. Ale Seminole była, pomimo całej swej dobroci, niezwykle bezpośrednią i prostolinijną osobą. Miała zamiar dowiedzieć się tego, co chciała wiedzieć, w możliwie najkrótszym terminie, a Derra nie miała nic przeciwko temu. Opowiedziała już raz całą tę historię Aldorentowi, więc powtórzenie jej w skrócie sympatycznej Quatessince nie było wcale czymś, od czego chciałaby się koniecznie wymigać. Zaczęła opowiadać o Carradine'ach i pobycie w więzieniu, konsekwentnie ignorując Loranę, która co parę zdań próbowała coś wtrącić. Kiedy skończyła, Seminole odezwała się cichym i nieco drżącym głosem: − Moje dziecko, Wielki Duch widzi wszystko. Pokładamy w Nim ufność, wierzmy więc także, że sprawiedliwie pokarze twoich oprawców, a ciebie pocieszy. Kiedy zaś twoje doczesne życie się skończy, podaruje ci wiekuiste wesele. − Wiem, że tak się stanie, proszę pani. Z całego serca wierzę w Jego wielkość i sprawiedliwość. Nie mam też wątpliwości, że pewnego dnia pomoże mi odpłacić Carradine'owi i reszcie pięknym za nadobne. Ale nabożne słowa Seminole znów nie spodobały się Loranie Yel. − Nie gadałabyś byle czego − fuknęła. − Mam utrzymać tę dziewczynę przy życiu, a ty każesz jej czekać z utęsknieniem na śmierć. Zachowaj swoją obsesję niebiańskich rozkoszy dla kogoś innego. Ona ma siedemnaście lat i musi myśleć o swojej przyszłości na tym świecie, a nie na tamtym. Seminole nie odpowiedziała, chyba tym razem nie na żarty urażona słowami dziewczyny. Czy malarka zachowywała się tak zawsze i w stosunku do każdego? Derra zaczęła prawie modlić się w duchu, aby Lorana wyjeżdżała jak najczęściej, a najlepiej już jutro, zostawiając Entoriance mieszkanie i uwalniając od nieusprawiedliwionych wybuchów własnej irytacji. Sąsiadka, ta anielska kobieta, będzie jej doglądać. Lecz Lorana najwyraźniej zostawała w domu na dłużej, aby na przemian malować i pieklić się. Derra spędziła popołudnie i wieczór siedząc grzecznie w fotelu i niemal się nie odzywając. Tamta kręciła się w tym czasie wściekle po mieszkaniu, raz po raz coś przestawiając i przemawiając cicho sama do siebie po quatessińsku. Znikała co chwila w pracowni, skąd wypadała z powrotem jak pocisk, nie mogąc skupić się na malowaniu. Wreszcie wróciła do sypialni i zatrzymała się dwa kroki od fotela, na którym siedziała Entorianka. Derra wyraźnie wyczuwała jej przytłaczającą obecność i słyszała niemal za uchem świszczący oddech starszej dziewczyny. Skuliła się w sobie, nie śmiejąc kiwnąć małym palcem. − Ustalmy zasady, jakie będą panować w tym domu − odezwała się Lorana trochę za głośno we Wspólnej Mowie. − Po pierwsze, nie łazisz za mną i nie zamęczasz gadulstwem. Najlepiej byłoby, aby każda z nas żyła własnym życiem. Po drugie, jeśli nie idziesz akurat do kuchni, nie wchodzisz do mojej pracowni. Nie chcę cię tam bez potrzeby oglądać, zrozumiałaś? Derra pokiwała głową, przez chwilę tęskniąc za celą śmierci. Tamto trwałoby krótko, a teraz czekały ją miesiące, jeśli nie lata, męczarni. − Po trzecie, nie wychodzisz sama z domu, przynajmniej dopóki nie nauczysz się poruszać po okolicy. Nie chcę, żeby coś ci się stało. Po czwarte, nie przegrzebujesz moich rzeczy. Po piąte, nie myszkujesz po kuchni. Tam są ostre narzędzia i Aldorent chyba wyrwałby mi wszystkie włosy, gdybyś na dodatek obcięła sobie palec. Po szóste, nigdy, pod żadnym, ale to absolutnie żadnym pozorem nie przekręcasz kurków z gazem. Nie pozwolę, abyś wysadziła ten budynek w powietrze. To chyba wszystko. Mam coś powtórzyć? − Nie trzeba − bąknęła. − Tylko czym ja mam się w takim razie zająć? Przecież nie mogę nawet pogapić się w sufit! − Coś wymyślimy − odparła tamta po chwili wahania. − Tak, chyba musisz mieć jakieś rozrywki. Wcześniej czy później znajdę ci jakieś zajęcie, a na razie spróbuj pokazywać mi się na oczy jak najrzadziej. A potem dodała, nagle przypomniawszy sobie o ważnej kwestii: − Będziesz spała tutaj, na moim łóżku. − Z tobą? − Derra prawie pisnęła z niezmiernego zdumienia. Zdarzało się to przyzwyczajonej do niemiłych niespodzianek i błyskawicznych odmian losu Entoriance bardzo rzadko. − To jest wykluczone − odpowiedziała tamta głosem tak ostrym, że mógłby ciąć diamenty. − Ja wynoszę się na fotel, do pracowni. − Nie, nie mogę się na to zgodzić. To twoje mieszkanie i twoje łóżko. Ja będę spała na fotelu. − Nie ma mowy. Do pracowni wejdziesz po moim trupie. Zostaniesz tutaj, tylko nie wsadzaj bez potrzeby rąk do szaf. − Dobrze, Lorano. Oszołomiona tym potokiem złości zebrała się nagle na odwagę − ostatecznie Lorana chyba nie rzuci się na nią z pięściami − i odezwała się podniesionym z tłumionej od dwóch dni frustracji głosem: − Zawsze jesteś taka rozdrażniona? Wściekasz się na ludzi bez chwili odpoczynku? W takim razie dziwię się, jak Aldorent mógł w ogóle się w tobie zakochać! − Nie miałabym powodów do złości, gdyby ciebie tu nie było! Chyba Wielki Duch mnie tobą pokarał, kiedy... kiedy wszystko zaczynało się już układać − zakończyła nieco ciszej, nie kierując tych słów do Derry. Ale Entorianka nie zamierzała wnikać w motywy jej postępowania. Na razie była zbyt zaabsorbowana własnymi nieszczęściami, by pałać pragnieniem poznania meandrów życia osoby, która wciąż ją upokarzała. Odczuwała niezawinioną szorstkość Lorany jako krzywdę i nie chciała się na to godzić. − Co ja ci złego zrobiłam, że tak mnie traktujesz? Dlaczego wciąż na mnie krzyczysz? Czy nie dość wycierpiałam się w Sangacji, by brać jeszcze cięgi od ciebie? Jeśli tak ma być, to zaprowadź mnie na plażę, żebym rzuciła się w fale! Lorana milczała przez chwilę, zbita z tropu i zaskoczona determinacją młodszej dziewczyny. A kiedy Derra zaczynała żałować, że tak śmiało stanęła w swojej obronie, Lorana odezwała się nagle: − Prze... przepraszam cię. Chyba rzeczywiście mnie ponosi. Nic złego mi nie zrobiłaś. To nie twoja wina. Postaram się nad sobą panować. A teraz śpij dobrze, Derro Amno. Wychodząc z pokoju odwróciła się i popatrzyła na zaczerwienioną z emocji piegowatą twarz Entorianki z jakimś niepojętym bólem. Było w tym wzroku współczucie dla tamtej, ale także dalekie odbicie własnych uczuć. Odezwała się: − Nie martw się. Jakoś się to wszystko ułoży... chociaż, uczciwie mówiąc, nowe oczy chyba ci nie wyrosną. Z mojej strony niczego złego się nie obawiaj. Prędzej odetnę sobie dłoń niż cię skrzywdzę. Czasami pozory mylą, Derro. Nie czuję do ciebie nienawiści. Wiem, że nie rozumiesz tego, co teraz mówię, i oby tak pozostało. Ja jestem... mniejsza o to. Śpij dobrze.
* * *
Kolejne dni przyniosły względną równowagę pomiędzy nimi. Lorana trzymała na wodzy swój południowy temperament, a Derra starała się pamiętać, że ma żyć obok, a nie razem z tamtą. Jedna zamykała się na całe godziny w zagraconym pokoju i zawzięcie malowała, a druga przebiegała przez pracownię prawie na palcach, starając się nie wywołać najlżejszego szmeru. Zamieniały ze sobą może kilkadziesiąt słów w ciągu dnia. Nawet w kuchni mówiła głównie Seminole, bezgłośnie dziwiąc się wzajemnej rezerwie dziewcząt. Entorianka budziła się teraz bardzo wcześnie. Jej organizmu nie można było tak łatwo oszukać samą tylko zmianą szerokości geograficznej. Leżała potem długo w pościeli, rozkoszując się ciszą i względnym chłodem, dopóki Lorana nie zaczęła porannej krzątaniny, a El Khan-naar nie rozgorzał na niebie, znów męcząc niemiłosierną duchotą. Nie miała niczego do roboty, poza oddawaniem się marzeniom albo wspomnieniom i czekaniem na to, co przyniesie los. Czasami nachodziły ją w te noce bardzo ponure myśli. Była bliska uwierzenia, że nawet Wielki Duch zapomniał o małej „Elaysii”, a życie nie ma już dla niej w zanadrzu żadnej przyjemnej niespodzianki. Zupełnie jakby pozostała jej tylko wieczna zima bez nadziei na…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Vanelia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…