Wróć do katalogu

Córka słońca, rozdział 22

Zagadka Lorany zostaje ostatecznie rozwikłana, a z muru pomiędzy nią a Derrą wypadają kolejne cegiełki. Czytelników czeka też mała lekcja języka quatessińskiego i wizyta w mieszkaniu Stanleya Raszkiewicza.

Vaneliaopublikowano 23 maja 20161 godz. 15 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{i}{b}ROZDZIAŁ XXII{/i} AMMARATI {i}ZNACZY KOCHAĆ{/i}{/b}

Zaraz po kolacji i obowiązkowym odsłuchaniu wieczornego koncertu kwartetów smyczkowych przez małe radio Lorany, Entorianka ponownie przeszła przez pracownię do kuchni, starając się stąpać jak najlżej i w miarę możliwości pozostać niezauważona. Tamta chyba jeszcze nie zaczęła malować, ponieważ nawet najdelikatniejszy szmer pędzla nie zakłócał idealnej ciszy. Derra schyliła się i zanurkowała w pustą przestrzeń pomiędzy solidną, dębową szafką a zaparowaną od ciągłego gotowania ścianą. Znalazła niski stołek, osadzony na czterech rozklekotanych nóżkach, z których jedna chwiała się już dość mocno. Wiedziała doskonale, że stołek powinien tam być, ponieważ do tego czasu zdążyła dokładnie „przejrzeć” całe wyposażenie dozwolonej dla siebie przestrzeni mieszkalnej. Lorana i Seminole stawały na tym zniszczonym mebelku, kiedy chciały sięgnąć na którąś z wysoko podwieszonych półek. Entorianka obawiała się nie na żarty, że pewnego dnia jedna z chwiejnych podpórek nie wytrzyma ciężaru dobrze zbudowanej kobiety i jej towarzyszka bądź ta druga runie jak niepyszna na podłogę, robiąc sobie krzywdę. Sama nigdy nie stawała na tym stołku i teraz też nie zamierzała tego robić. Wróciła do południowego pokoju. Wciąż poruszając się bezgłośnie jak duch, postawiła mebelek pod ścianą odgradzającą pracownię od kuchni, a następnie ostrożnie na nim siadła. Stołeczek był obliczony na dziecięcy wzrost i musiała podciągnąć kolana prawie pod brodę. Otoczyła je ramionami, skromnie poprawiając sukienkę wokół ud. Siedziała tak cierpliwie w ciszy, nie próbując zagadywać Quatessinki, by jej nie rozeźlić. I tak odważyła się na bardzo wiele, pozostając tak długo w tym pokoju. Jeśli chciała, by zaczęło łączyć je choćby trochę więcej niż wspólne zamieszkiwanie i wspólny znajomy w osobie Aldorenta Morrisona, musiała postawić pierwsze kroki. Wiedziała doskonale, że Lorana, nawet jeśli postępowała wbrew własnym, głęboko zatajonym pragnieniom, z całą pewnością tego nie uczyni. Postanowiła, że przesiedzi w ten sposób cały wieczór, dopóki nie zmoże jej senność, nawet jeśli będzie to czas perfekcyjnie przemilczany. Ale Lorana jednak się odezwała, chociaż jej rzucone szorstkim głosem słowa nie zachęcały do dalszej konwersacji: − Masz zamiar tu tak siedzieć? − Owszem, Lorano. − Nie rozumiem, dlaczego to robisz − we wznoszącym się i opadającym głosie malarki przyczaiła się taka zrzędliwość, jakby Lorana była już sześćdziesięcioletnią, ciężko doświadczoną przez życie, zgorzkniałą kobietą, a nie dwudziestoczteroletnią, piękną i utalentowaną dziewczyną. Słuchając tego głosu, Derra odczuwała niekłamaną przykrość. Po raz kolejny przysięgła samej sobie, że pewnego dnia sprawi, by ten cudowny głos zabrzmiał śpiewnymi nutami szczęścia. − Dobrze mi tutaj − odparła ze spokojem, postanawiając, że tym razem za nic w świecie nie da się wyprowadzić z równowagi. − Przecież nie widzisz, więc nie możesz przyglądać się, jak maluję. − Owszem, nie widzę, ale chcę być z tobą. − Po co? Będziesz mi przeszkadzać swoją głupią paplaniną. − Wcale nie, Lorano. Będę siedzieć cicho jak mysz pod miotłą. Jeśli zechcesz, nie wypowiem ani słowa więcej. − Nie będę mogła skoncentrować się na pracy, jeśli nie przestaniesz tak czaić się w tym kącie. To mnie drażni. − Przecież powiedziałam, że nie będę przeszkadzać. Dlaczego nie mogę trochę przy tobie posiedzieć? Lubię twoje towarzystwo. − A to ciekawe, bo nie jestem specjalnie zajmującą towarzyszką. Mam swoje życie, a ty powinnaś mieć swoje. − Moje życie to bycie z tobą. Lorana nie odpowiedziała, sapnęła tylko nerwowo i poruszyła się na wysokim krześle tak gwałtownie, że niewiele brakowało, aby przewróciła się wraz z nim. Udało jej się jednak utrzymać równowagę. W poszukiwaniu najwygodniejszej pozycji założyła jedną nogę na drugą i zaraz zdjęła ją z powrotem. Cieszyła się, że młodsza dziewczyna nie widzi jej zmieszania. W przeciwnym razie musiałaby chyba wyrzucić Derrę z pracowni siłą. Osadziła mocniej na sztaludze ledwie zaczęty szkic skały z samotną wierzbą i oczywiście morzem w tle, a potem sięgnęła lewą ręką w kierunku stołu, na którym trzymała słoiki z farbami olejnymi. Postanowiła, że tym razem zmiesza pigmenty tak dobrze, by otrzymać najbardziej olśniewającą ze wszystkich możliwych zieleni. Będzie to zieleń utraconych oczu tej Entorianki, pomyślała przelotnie i natychmiast wyrzuciła tę myśl z głowy. − Niech ci będzie − odezwała się półgłosem. − Możesz tu zostać, tylko zachowuj się cicho. Mam ciekawsze zajęcia niż rozmowa z tobą. − Dziękuję, Lorano. Głos Derry zawibrował szczerą radością i pogodą letniego wieczoru. Ten jasny głos zupełnie nie przystawał do osoby, z której uczyniono potwora na resztę życia. Quatessinka poczuła lekkie zawstydzenie, nie zamierzała jednak tracić cennego czasu na dogłębną analizę własnych uczuć. Pracowała w skupieniu przez prawie godzinę, spoglądając spod ściągniętych zbyt mocno brwi na siedzącą prawie bez ruchu, z delikatnym uśmiechem na pełnych wargach, Derrę. Entorianka zdawała się nie być w najmniejszym stopniu zażenowana ani zmęczona tą dziwną sytuacją. Co więcej, Lorana miała wrażenie, że tamta w jakiś niepojęty sposób ją obserwuje. − Derro − rzuciła niespodziewanie nawet dla samej siebie. − Yhm? − Chciałabym cię o coś zapytać. Tylko chcę, żebyś odpowiedziała szczerze. − Dobrze. − Czy miałaś już kogoś? To znaczy... chcę, żebyś mnie dobrze zrozumiała... − Rozumiem cię − odparła z niezmąconym spokojem młodsza dziewczyna, udając, że nie zauważa skrępowania i powracającej irytacji tamtej. − Miałam chłopaka w Derbachii, ale nie kochałam się z nim. A ty? Miałaś kogoś? Poza Aldorentem, naturalnie. Malarka milczała przez kilka minut. Derra czekała na odpowiedź z cierpliwością, która we własnym wykonaniu zdumiewała ją, a nawet nieco przerażała. Gdzie podziała się nie uznająca połowicznych rozwiązań, rezolutna ponad swój wiek dziewczynka z Derbachii, robiąca w ramach przyznanej jej wolności wszystko, co chciała? A przecież to, co właśnie zaczynała czuć, nie było jej całkowicie obce. Już raz pozwoliła drugiemu człowiekowi okręcić się wokół małego palca, a teraz chciała znów dotknąć błękitu, nawet jeśli musiała go sobie przypomnieć albo wyobrazić. − Tak − wyrzuciła wreszcie z siebie Lorana, sięgając po słoik z brązową farbą. − Miałam na studiach kilku chłopaków. Z żadnym mi się nie ułożyło. A szkoda. − Szkoda. Nie miały sobie nic więcej do powiedzenia. W pracowni znów zapanowała cisza i żadna z dziewcząt nie przerwała jej do samego końca. Lorana malowała do późnej nocy, a znużona niewygodną pozycją Derra położyła się wreszcie spać w drugim pokoju. Kolejnego dnia ponownie przyszła do samotni Lorany. Cierpliwie wysiedziała kilka długich godzin na swoim niskim stołeczku, ciesząc się samą bliskością malarki. Zrobiła to również następnego dnia, i jeszcze następnego, i przez cały kolejny tydzień. A kiedy na próbę zdecydowała się na spędzenie całego dnia we własnym towarzystwie, nazajutrz po powrocie na swoje miejsce pod ścianą wyczuła w zachowaniu Lorany sporą i niekłamaną ulgę. Uporem i niemal nadludzką wytrwałością osiągnęła dokładnie to, co chciała. Lorana tak bardzo przyzwyczaiła się do wiernej i cichej obecności Entorianki, iż perspektywa powrotu samotnych dni napełniała ją dużym lękiem. Z czasem zaczęły ze sobą rozmawiać. Nie były to intymne zwierzenia, raczej relacjonowanie faktów z własnego życia. Derra nie nalegała na razie na większe otwarcie, rozumiejąc, że Lorana nie jest jeszcze na to gotowa. Dowiedziała się więc, że jej przyjaciółka przyszła na świat na jednej z farm, oddalonych od innych domostw i stanowiących świat same dla siebie, jakieś piętnaście kilometrów od miasteczka Ayuma, będąc pierwszym z siedmiorga dzieci. Miała więc trzy siostry i tyle samo braci, z których najmłodsze dziecko szło po wakacjach do piątej klasy. Opowiedziała Entoriance w oszczędnych słowach o ciężkiej pracy w winnicach, którą zaczęła wykonywać jako dziewięcioletnia dziewczynka, o wzrastającym od maleńkości zainteresowaniu sztuką, o pierwszych dziecięcych rysunkach, kreślonych przy użyciu kolorowej kredy i węgla drzewnego na drzwiach składu, wreszcie o studiach na Akademii Onemarskiej. Niewiele mówiła za to o bardziej osobistych przeżyciach z dzieciństwa i wczesnej młodości, a Derra nie próbowała ciągnąć jej za język, by drażliwa Quatessinka nie zamknęła się ponownie w swojej grubej skorupie, bezpiecznej, lecz jednocześnie zabójczej. O sobie także Derra nie mówiła dużo. Lorana znała zresztą zarys historii jej życia, zrelacjonowanej dość szczegółowo Seminole w obecności malarki w pierwszym dniu pobytu Derry w Quatessinie. Entorianka domyślała się już, że losy Lorany były nie mniej pogmatwane i trudne od jej własnych, nie chciała więc rozdrapywać ran swoich ani tej drugiej. Najważniejsze było to, że w ogóle ze sobą rozmawiały. Lorana odłożyła wrogość na najwyższą półkę. Wciąż częstowała towarzyszkę skeńskim chłodem, a nawet, i to dość regularnie, kąśliwością i sarkazmem, ale Derra czuła, że jest to tylko coraz cieńsza maska, z trudem przykrywająca zainteresowanie. Malarka już nie zatrzaskiwała przed nią drzwi, dosłownie i w przenośni, lecz z każdym dniem coraz śmielej wpuszczała współlokatorkę do swojego hermetycznego świata.

* * *

Pewnego dnia po śniadaniu, korzystając z tego, że Seminole przyjmowała właśnie jakąś szczególnie niecierpliwą klientkę i w związku z tym nieco wcześniej niż zwykle opuściła kuchnię, pozostawiając Loranie stos naczyń do pozmywania, Derra odezwała się: − Lorano, chciałabym, żebyś nauczyła mnie quatessińskiego. Malarka była tą niecodzienną prośbą tak zaskoczona, że niemal wypuściła z rąk wprost na posadzkę talerz, jeden z tych z czerwonym szlaczkiem, z ulubionego kompletu Seminole. Chwyciła go zręcznie w ostatniej chwili, wytarła mocno ścierką, odwróciła się i przez chwilę patrzyła na przyjaciółkę jak na egzotyczne zwierzę, będąc pewna, że tamta żartuje. − Dlaczego chcesz uczyć się naszego języka? Przecież możesz porozumieć się ze mną i innymi we Wspólnej Mowie. Quatessiński nie jest ci potrzebny. − Owszem, mogę się z tobą porozumiewać, ale kiedy rozmawiasz z Seminole, nie zwracając na mnie uwagi, nie wiem, o co wam chodzi. Kiedy jej znajome plotkują jak najęte, mogę tylko zgadywać, czy przypadkiem to nie ja jestem obiektem ich wesołości. Kiedy uruchamiam radio, czuję się jak na gardyjskim kazaniu. Nigdy nie znajdę żadnej pracy w tym kraju, nie znając waszego języka. − Nie będziesz szukać tutaj pracy, Derro, ponieważ wkrótce wrócisz do domu. A jeśli miałabym być uczciwa, ty nigdzie nie będziesz szukać pracy. Entorianka puściła pomimo uszu tę niezbyt zachęcającą uwagę i mówiła dalej z przejęciem i wypiekami na policzkach, postanawiając za wszelką cenę przekonać Loranę do swojego pomysłu: − Mam zdolności do języków. Naprawdę szybko się uczę. Tak mówiła panna Rogers, moja nauczycielka Wspólnej Mowy ze szkoły, do której chodziłam w Derbachii. Lorana parsknęła krótkim śmiechem i odstawiła na suszarkę kolejny obrysowany czerwoną falką talerz. − To mają być twoje zdolności lingwistyczne? Przecież Wspólną Mową posługuje się każdy. − A właśnie, że nie każdy − odparła Derra nieco urażonym tonem. − Sangacjanie mają z tym spory problem. Zresztą, nie chodzi mi o Wspólną Mowę. Nauczyłam się biegle władać sangackim zaledwie w pięć lat, mogę więc przyswoić także quatessiński. − Chyba nie zakładasz, że zostaniesz tu na całe pięć lat. − Kto wie, Lorano − wzruszyła ramionami. − Może zostanę na pięć lat, a może na dłużej. Kto wie, co przyniesie życie. − Po co ci tyle języków? Jeśli któregoś z nich nie używasz, wkrótce go zapominasz. Jeśli nie wrócisz do Sangacji, stracisz to, czego się nauczyłaś. Podobnie będzie z quatessińskim. A nie możesz zostać tu na resztę życia, bo Południe to nie jest twój świat. − Kto wie, Lorano - powtórzyła. − Byłoby ci łatwiej, gdybyś mogła czytać. Nauczyłabyś się przynajmniej kilkuset podstawowych słów i reguł gramatycznych z książek. − Przecież wiesz, że nie mogę czytać. Przysłuchiwałam się za to uważnie paplaninie tych srok od Seminole i już znam kilka słów − odparła ze znów wzrastającym entuzjazmem. − {i}Ane{/i} to tak, {i}viss{/i} nie, {i}llasse ille{/i} dzień dobry, a {i}urgerra ille{/i} dobranoc. {i}Torge{/i} to słońce, {i}kell{/i} księżyc, a {i}vana{/i} gwiazda. − Bardzo dobrze, Derro. − Ja naprawdę bardzo lubię uczyć się języków. Podoba mi się samo rozkoszne brzmienie obcych słów, a kiedy je wymawiam, to jest tak, jakbym smakowała coś pysznego. Kiedy mieszkałam w Derbachii, miałam zamiar zostać nauczycielką Wspólnej Mowy. To byłoby najwłaściwsze zajęcia dla mnie, wyjąwszy naturalnie hodowcę owiec. − No dobrze − Lorana odwiązała fartuszek, siadła na krześle naprzeciwko dziewczyny i uniosła bezradnym gestem ręce. − Pokonałaś mnie. Powiedzmy, że ci wierzę. Będę uczyć cię mojego języka, chociaż wciąż uważam, że świetnie obyłabyś się bez niego. Skoro jednak sprawia ci to aż tak wielką przyjemność, dostarczę ci ulubionej rozrywki. Derra uśmiechnęła się w duchu. Kto uczy się nowego języka, poznaje nowy świat. Tak mówiła przed wieloma laty jej nauczycielka Wspólnej Mowy ze szkoły w Siedmiu Olchach, i tak też było w Sangacji. Dzięki przyswojeniu angielskiego stała się częścią tamtego skomplikowanego świata. Teraz też uczyni wszystko, by jak najpełniej pojąć rzeczywistość zwaną Quatessinem i zacząć w niej poprawnie funkcjonować. Ale to działało w obie strony. Udzielając Derze lekcji języka Lorana uczyni siebie częścią intelektualnego i emocjonalnego świata Entorianki, a to będzie najkrótsza droga do ich zbliżenia. W ten zarazem prosty i przebiegły sposób nastolatka dopnie swego. Nie tylko zacznie uczyć się quatessińskiego, ale zyska kolejny pretekst, by bezustannie kleić się do towarzyszki. Skoro próby dotarcia bezpośrednio do serca Lorany wciąż zawodziły, trzeba spróbować dostać się tam przez miejsce, w którym malarka zamieszkała, chroniąc się przed raniącą ją rzeczywistością: jej intelekt i wyobraźnię. Jeśli tamta woli wypowiadać się jedynie poprzez alegorie i symbole, do których należy również słowo, niechże tak będzie. Tego samego dnia Lorana kazała jej przyjść do pracowni i siąść na ulubionym stołeczku. Sama rozsiadła się po królewsku na swoim tronie, odchrząknęła, jeszcze raz spojrzała z wyższością na zastygłą w pozie oczekiwania dziewczynę, żałując, że tamta nie może docenić siły jej wzroku. Wreszcie odezwała się: − Zaczniemy od zaimka osobowego w liczbie pojedynczej i mnogiej. Ja to {i}issi{/i}, ty {i}tule{/i}, on {i}yll'ou{/i}, ona {i}yll'ua{/i}, ono {i}yll'ye{/i}, my {i}bin{/i}, wy {i}sin{/i}, oni {i}ill'ari{/i}. Powtórz. − {i}Issi, tule{/i}... Zatrzymała się, szukając reszty słów w pamięci, więc Lorana podpowiedziała je, wykazując się przy tym wyjątkową jak na siebie łagodnością: − {i}Yll'ou, yll'ua, yll'ye, bin, sin, ill'ari{/i}. Entorianka powtarzała ciąg słów tak długo, aż udało jej się dobrze go zapamiętać. Wtedy Lorana przeszła do kolejnego punktu lekcji: − Oczywiście każda forma odmienia się przez sześć przypadków... Malarka wypowiadała głośno i wyraźnie każdy wyraz, a Derra powtarzała go zmienionym z przejęcia głosem tak wiele razy, aż zbudowała sobie w głowie tabele na wzór tych, z których uczyła się przed pięcioma laty deklinacji w języku angielskim. W ich kratkach jak w przegródkach umieściła pieczołowicie każdą z form, by w samotności przywoływać je z pamięci i znów powtarzać do znudzenia. − Teraz przejdziemy do rzeczowników. Większość z nich da się powiązać z odpowiednimi czasownikami. Na przykład {i}ammare{/i} to miłość, a {i}ammarati{/i} znaczy kochać. Głos Lorany na chwilę znów stał się płaski i martwy. Działo się tak zawsze, gdy Quatessinka próbowała mówić w obecności Derry o uczuciach, a zwłaszcza wtedy, gdy były to jej własne uczucia. Młodsza dziewczyna udała, że nie zauważyła tego załamania głosu malarki. Powtórzyła miękko: − {i}Ammarati{/i}. − Tak, Derro. Zauważ, że w takim przypadku rzeczownik kończy się na -{i}e{/i}, natomiast wywodzący się z niego czasownik na -{i}ati{/i} − powrót na bezpieczny teren czysto intelektualnych rozważań spowodował, że głos Lorany znów nabrał mocy. − Na przykład pożywienie to {i}kemme{/i}, a jeść − {i}kemmati{/i}. Naturalnie są wyjątki, chociażby słowo {i}lette{/i} − światło i {i}lutti{/i} − świecić się. − {i}Lette, lutti{/i} − powtórzyła Derra, po raz kolejny szczelniej owijając spódnicę wokół wysoko podniesionych nóg. − Tak. Myślę, że jak na jeden raz nauczyłaś się wystarczająco dużo. Jutro zaczniesz budować proste zdania. − Dziękuję, Lorano. − Jeśli już przy tym jesteśmy, dziękuję to po naszemu {i}nulli{/i}. − {i}Nulli{/i}. Ale to już wiedziałam, musiałam sobie tylko przypomnieć − w głosie Derry zawibrował lekki wyrzut. Znów czuła się jak wywołana do tablicy prymuska, która odpowiadając ulubionej nauczycielce, zacięła się z podekscytowania i musi zostać delikatnie naprowadzona na właściwą myśl. − Na Chaos, nigdy nie zdołam nauczyć cię języka − Lorana powróciła bez ostrzeżenia do swojego zrzędliwego tonu, gwałtownym ruchem obracając ku sobie sztalugę z zaczętym wczoraj obrazem. − Jestem absolwentką Wydziału Sztuk Pięknych, a nie lingwistyki. Byłoby naprawdę dobrze, gdybyś mogła uczyć się z książek. Całą pamięciową robotę wykonałabyś sama, a w ten sposób zajmie nam ona mnóstwo czasu. Jeśli już zapomniałaś, właśnie uświadamiam ci po raz kolejny, że mój czas jest cenny. Poza tym obawiam się, że zanim zaczniesz naprawdę mówić po quatessińsku, będziesz już w drodze powrotnej do Entorii. − Przykro mi, ale nie mogę teraz czytać. Przecież dobrze o tym wiesz. Tym razem w pogodnym głosie Derry pojawiło się coś, co wyglądało jak zaczątek złości. Nawet biorąc sporą poprawkę na paskudny charakter Lorany, Quatessinka nie miała prawa przypominać nastolatce o jej niepełnosprawności w tak bezpośredni sposób. − Może Seminole mogłaby cię uczyć. − Jeśli już zapomniałaś, to przypominam ci, że Seminole jest krawcową, a nie lingwistką. − Cięty masz języczek, Entorianko. Pozwól sobie w takim razie przypomnieć, że Seminole wychowała czworo dzieci i wszystkie nauczyła mówić, więc ma w tej pracy spore doświadczenie. − Chcę, żebyś ty mnie uczyła, a nie ona. − W takim razie przysłuchuj się uważnie temu, co będę mówiła do Seminole. Aby zacząć władać językiem, musisz się go porządnie osłuchać. Na razie nie próbuj mówić, jest na to zdecydowanie za wcześnie. Gromadź w pamięci coraz szerszy zasób słów i gramatycznych struktur, a one w pewnej chwili same zaczną układać ci się w logiczne ciągi. Rozumiesz? − {i}Ane{/i} − skinęła głową w geście potwierdzenia Derra, sprawiając, że Lorana znów się rozchmurzyła, a nawet lekko uśmiechnęła. − Teraz wracam do pracy. Zaczęłam wczoraj coś nowego − głos Quatessinki zabrzmiał o wiele łagodniej, a nawet marzycielsko. − To będzie syrena wyrzucona na plażę przez wieczorny przypływ. O, jest nawet trochę podobna do ciebie, ma takie same skręcone jak sprężynki włosy. Ta syrena symbolizuje samotność i zagubienie kobiety, która odważyła się oddalić od stada sióstr. Kiedy Lorana mówiła o którejś ze swoich malarskich wizji, uspokajała się zupełnie, a złość i zmieszanie wyparowywały jak kamfora z jej pięknego głosu. Entorianka wstała i zbliżyła się do towarzyszki na odległość wyciągniętego ramienia. Obróciła twarz w kierunku, gdzie powinno znajdować się malowidło, i imitowała przyglądanie się obrazowi. Z każdym dniem coraz lepiej szło jej udawanie, że utrzymuje z rozmówcą wzrokowy kontakt. Nie śmiała podejść bliżej ani wyciągnąć dłoni, by dotknąć ramę obrazu lub przyjaciółkę. Zamiast tego powiedziała cicho: − Bardzo chciałabym móc zobaczyć choćby jedno z twoich dzieł. Tak pięknie mi o nich opowiadasz, ale to nie wystarczy. Naucz mnie, Lorano, jak je widzieć. Quatessinka nie odpowiedziała. Zamiast tego zacisnęła lewą dłoń w pięść tak mocno, że wbijające się w skórę długie paznokcie sprawiły jej ból. Bardzo potrzebowała tego bólu.

* * *

Wraz z nadejściem kolejnego miesiąca Marpenot − co znaczyło we Wspólnej Mowie Opadające Liście − Derra znudziła się krótkimi spacerami w najbliższym sąsiedztwie domu. Znała już do bólu każdy zaułek, każdą nierówność chodnika, szorstkość kory każdej rosnącej na okolicznych skwerach palmy i każdego cyprysa. Bała się pójść sama do śródmieścia, ponieważ wciąż nie czuła się pewnie w tłumie obcych ludzi, z których każdy mógł ją potrącić, a nawet przewrócić. Lorana opowiedziała jej całkiem sporo o zabytkowych budowlach Spid, a szczególnie o pięknie urządzonym rynku z zespołem wiecznie tryskających chłodną wodą z głębinowej studni fontann, ale przecież Derra nie mogła podziwiać tych cudów wzrokiem. Bardzo chciałaby zanurzyć dłoń w perlistej strudze świeżej, opadającej z rozkosznym szmerem wody, a nawet chwilę pod nią postać. Nie wiedziała jednak, czy wypada jej to uczynić, nawet biorąc pod uwagę jej kalectwo, pozwalające na więcej niż wolno większości ludzi. Lorana Yel powinna być tą osobą, która ujmie łagodnie jej dłoń i położy na marmurowej paszczy wielkiej ryby, z której wytryskiwała woda. To Lorana powinna zaprowadzić młodszą dziewczynę na plażę i przedstawić oceanowi, który był wprawdzie tylko jeden dla wszystkich Kiramczyków, takim czy innym zrządzeniem losu trafiającym w którekolwiek miejsce na malowniczym wybrzeżu kontynentu, ale przecież wszędzie inny, jak Wielki Duch, który też był przecież jeden, a objawiał się na wszelkie możliwe sposoby. Tymczasem malarka wciąż poświęcała całą swoją emocjonalną energię podszytym fantastycznością obrazom, uciekając w sielankę od pragnień, które dawno temu wrzuciła na najniższą półkę serca. Żyła z trytonami, centaurami i smokami po to, by nie żyć z inną kobietą. Derra z dnia na dzień coraz bardziej irytowała się tym stanem rzeczy. Czuła się samotna i nie rozumiała Lorany. Nawet tacy hipokryci jak Sangacjanie ukradkiem zaspokajali swe zakazane seksualne fantazje. Tymczasem ta Quatessinka naprawdę wybudowała sobie więzienie, w którym miała zamiar zostać do końca życia. Lekcje języka również nie zatrzęsły jego murami, ponieważ ich treść koncentrowała się nie wokół emocji, wspólnych doznań czy dzielenia się przeżyciami z przeszłości, ale jedynie czysto intelektualnych ćwiczeń. Obie były w tym dobre, lecz Lorana, mimo łagodnej, lecz konsekwentnej zachęty ze strony Derry, nie zamierzała posunąć się nawet o krok dalej. A przecież Entorianka tak bardzo pragnęła zanurzyć dłonie w morskiej pianie i to właśnie Lorana powinna być tą osobą, która podzieli z nią tę piękną chwilę. Oczekiwanie na propozycję wspólnego wyjścia ze strony tamtej wystawiało na poważną próbę nawet żelazną cierpliwość Nordlinga, który musiał być zaprawiony w corocznym tęsknym czekaniu na wiosnę i powrót słońca. Pewnego dnia po śniadaniu stanęła w progu pracowni i rzuciła, nie owijając w bawełnę: − Lorano, zaprowadź mnie na plażę. Jestem w Quatessinie trzeci miesiąc, a jeszcze nie byłam nad morzem. − Nie musisz być − odparła tamta, nie odwracając się, by spojrzeć na towarzyszkę. − Ależ muszę. Chcę przywitać się z moim przyjacielem morzem i zapytać, czy jeszcze mnie pamięta. Nie mogę pójść tam sama, bo nie znam drogi. Gdybym miała oczy, nie potrzebowałabym twojej pomocy, ale teraz potrzebuję. Proszę, Lorano, zabierz mnie do niego. − Nie mam czasu. Niech Seminole z tobą pójdzie. − Seminole też nie ma czasu, bo szyje. − A ja maluję. − Odkąd tu jestem, nie sprzedałaś żadnego obrazu, a suknie Seminole schodzą na pniu jak świeże bułeczki. − Za kilka dni wyjeżdżam do Detroit, żeby zarobić na nasze utrzymanie, więc nie zawracaj mi głowy. Entorianka uniosła ostrożnie stopę, by przekroczyć próg pokoju. Podeszła do Quatessinki, uważając jak zwykle, by o coś się nie potknąć, i tracąc cierpliwość, powiedziała nieco głośniej: − Mam dość twojego chowania głowy w piasek. Wiem, co zdarzyło się, kiedy studiowałaś, i powiem ci, że nie było nawet w połowie tak okropne jak to, co zrobiono mi w Derbachii. Czy dziewczyna, z którą poszłaś do łóżka, wydłubała ci potem oczy? − Aset ci powiedział? − głos malarki był lodowaty. Tak bardzo, że Derra wolała już chyba sam środek polarnej nocy. − Nie musiał. Sama robisz wokół tego tak wielki szum swoim pójściem w zaparte i udawaniem, że absolutnie nic się nie dzieje, że nie potrzeba niczyich słów. Powiem ci jeszcze, że jestem w znacznie gorszej sytuacji niż ty. Ty możesz robić wszystko. Możesz pójść, dokąd zechcesz, i nie musisz nikogo prosić, by cię tam zaprowadził. Możesz bywać na plaży codziennie. Możesz pokochać, kogo tylko zechcesz, nie obawiając się, że kiedy ten ktoś zobaczy twoją twarz, ucieknie na drugi koniec Kiramu. A jeśli nikogo nie kochasz, to sama jesteś temu winna. − Nie ja jestem temu winna − syknęła Lorana ze złością. Jej żywa reakcja, nad którą nie zdążyła zapanować i stłumić wzorem większości własnych emocji, nieco przestraszyła, ale i ucieszyła Derrę. Pierwszy kamyczek właśnie się wykruszył. − Nie obwiniaj mnie − powtórzyła jeszcze żywiej Quatessinka. − Nigdy mnie o nic nie obwiniaj, Derro Amno. Ani o to, że nie kocham, ani o to, kogo chcę kochać. To tylko... − Sama najmocniej się obwiniasz − przerwała jej wypowiedź Derra, postępując jeszcze krok do przodu. − Bo ja tego nie robię. Wiem, co w tobie tkwi, Lorano, a jednak mimo to, a może właśnie dlatego, bardzo cię potrzebuję. Czyżbyś miała aż tak słabą wolę, że nie umiesz zapanować nad samą sobą? Przecież nic nie musi się między nami wydarzyć. To, że obie jesteśmy kobietami, a ty chcesz kochać kobietę, nie musi być wstępem do ciągu dalszego. Możemy pozostać przyjaciółkami. A jeśli coś się zdarzy, stanie się to za naszym obopólnym przyzwoleniem, więc czego się boisz? − Znów przeciągasz strunę. − Dlaczego aż tak bardzo boisz się mnie i własnych uczuć? − krzyknęła rozpaczliwie Derra. − To ty powinnaś się mną opiekować, ale nie potrafisz tego zrobić, bo wciąż się nad sobą użalasz i sama potrzebujesz pomocy. Bądź dorosłą kobietą, słyszysz? Potrzebuję cię! Odwróciła się i wybiegła z mieszkania, potrącając obutą w lekki sandał stopą jakąś zabłąkaną puszkę. Przeskakiwała po kilka stopni naraz, jakby zapomniała o swojej ślepocie i znów była trzynastoletnią Derrą, która brawurowo wskakiwała do pociągu relacji Derbachia-Polinia i szarpała się z konduktorami. Po takiej dawce emocji potrzebowała odrobiny świeżego powietrza, nawet jeśli miało ono dwadzieścia siedem stopni w cieniu. Słysząc jej tupanie, Lorana wzruszyła ramionami i poprawiła sztalugę. Po raz kolejny nic się nie wydarzyło.

* * *

Nazajutrz w samo południe Lorana otworzyła delikatnie drzwi pokoju mieszkalnego i rzuciła pogodnym głosem: − Gotowa do drogi? Uradowana Derra zerwała się z łóżka i płynnym ruchem wyłączyła radio, nie strącając niczego ze stołu. − Ja zawsze jestem gotowa − odparła jeszcze radośniej. Nie obijając się o meble, podbiegła do stojącej w przedpokoju szafki na buty i bez trudu znalazła swoje sandały. Włożyła je pospiesznie i stanęła wyprostowana jak struna z szerokim uśmiechem na jasnej twarzy. − Morze bardzo ucieszy się na mój widok. Kiedy widzieliśmy się ostatnio, nie zdołałam go dotknąć. − Derro, to nie jest żywa istota − odpowiedziała tamta z łagodną naganą, w której przyczaiła się leciutka czułość. − To tylko ogromna ilość wody. − Nieprawda. Wcale tak nie myślisz, przecież wciąż je malujesz, więc musisz je kochać. A ja wierzę, że ocean słyszy moje myśli i ma moc spełniania życzeń. Dlatego poproszę go dziś o coś. − O co chcesz poprosić? − Lorana schodziła po schodach, z napięciem obserwując Derrę i gotowa w każdej chwili ją podtrzymać, lecz młodsza dziewczyna radziła sobie znakomicie, skacząc z radości jak psotne dziecko. − O coś dla ciebie. Żebyś znowu mogła kochać. Gdyby nie bardzo ciemna cera, Lorana na pewno by się zarumieniła. Bąknęła coś niezrozumiale, a potem spytała głosem ciągle łagodnym i ciepłym, którego brzmienie wprawiało Derrę w znakomity nastrój: − A gdybyś miała tylko jedno jedyne życzenie, o co byś poprosiła? − Gdybym miała tylko jedno, poprosiłabym o nowe oczy − Derra na chwilę posmutniała, zaraz jednak rozweseliła się znowu. Chwila była wyjątkowa, bardzo wytęskniona, i nie chciała jej psuć swoimi humorami. − Ale mogę wypowiedzieć bardzo wiele życzeń. No więc następnym razem poproszę, żeby Kimmo przestał być takim tchórzem. Idąc przez miasto z Loraną u boku, podtrzymywana przez nią delikatnie za łokieć, Entorianka pękała z dumy i szczęścia. Mało obchodziły ją ludzkie spojrzenia, Jej dusza fruwała tak samo jak w Parku Pięćsetlecia w Derbachii, gdy splatali z Kimmo palce i całymi godzinami prowadzali się po czyściutkich, wysypanych żwirkiem alejkach. A kiedy poczuła nareszcie, jak twardość bruku ustępuje miejsca miękkości piasku, i usłyszała fale przyboju uderzające rytmicznie o brzeg, nie chciała czekać ani sekundy dłużej. Łagodnie wysunęła rękę z uścisku Lorany i puściła się biegiem w kierunku jednej ze swych największych miłości. − Powoli, syrenko! − krzyknęła za nią Quatessinka. − Nie utop się! Derra uklękła i wyciągnęła obie ręce, czekając, aż kolejna fala zamoczy je aż po pachy. Ciepłe morze Południa owinęło się miękko wokół jej kolan i ud, obryzgując całą postać dziewczyny. Entorianka nie przejęła się, że będzie wracać do domu w mokrej tunice, bo powietrze było o tej porze roku ciągle bardzo ciepłe. − Witaj, olbrzymie − szepnęła. − W Sangacji jesteś bardzo zimny, ale tutaj emanujesz łagodnością, i za to chyba bardziej pokocham Quatessin. Pomożesz mojej przyjaciółce, prawda? Ona bardzo zasługuje na to, by jej kajdany opadły. Przez chwilę przebierała dłońmi w ciepłej wodzie, a potem zdjęła sandały i ostrożnie weszła kilka kroków w morze, ciesząc się jego delikatnym pocałunkiem na jędrnych łydkach. Przeszła kawałek w tę i z powrotem, brodząc stopami w drobnym piasku i czując, jak woda omywa lekko palce jej stóp. Uderzając nieprzerwanie o brzeg, morze wyżłobiło w piasku dna dość regularne grzbiety i dolinki, które miło pieściły twarde podeszwy stóp dziewczyny. Słońce grzało mocno, ale to już jej nie przeszkadzało. Chętnie poszukałaby odludnego miejsca i popływała jak w Sangacji, ale nie pozwalało jej na to kalectwo. Gdyby mogła, zostałaby na plaży do samego wieczora, lecz Lorana już przywoływała ją z powrotem. Entorianka niespiesznie wprawdzie, ale jednak wyszła z wody. Stąpając po nagrzanej plaży, ruszyła przed siebie, mając nadzieję, że obrała dobry kierunek. Przystanęła i założyła sandały, wytrzepując z nich ziarenka piasku. Lorana stanęła w milczeniu za jej plecami. Derra słyszała jej równy, spokojny oddech i wyczuwała jakimś szóstym zmysłem, który zaczęła już rozwijać, całe jestestwo przyjaciółki. Mogłaby przysiąc, że Lorana przerzuciła do przodu gruby warkocz, jak zazwyczaj czyniła wychodząc z domu. Z każdym dniem poznawały się nawzajem coraz lepiej, a niewidoma Entorianka wcale nie pozostawała w tym wzajemnym odkrywaniu swoich upodobań i zwyczajów w tyle. − Dlaczego nazwałaś mnie syrenką? − spytała, prostując się i obracając w kierunku malarki. − Przecież nie mam ogona. − Ludzie nie mają tak mocno skręconych włosów jak ty − odparła z lekkim uśmiechem Lorana. − Tylko morskie stworzenia tak wyglądają. Uniosła dłoń i zaraz ją cofnęła, lecz natychmiast powtórzyła gest i wciąż jeszcze wahając się, dotknęła włosów Derry. Nawinęła na palec jedną z tych sprężynek, które tak bardzo ją fascynowały. Przytrzymała chwilę, a potem wypuściła pukiel z uścisku i zwiesiła rękę. Derra uśmiechnęła się do niej pogodnie, zadzierając zawadiacko brodę. − Widzisz, wysłuchał mnie − powiedziała. − Zawsze robi to, o co go proszę. Morze i słońce kochają się nawzajem i opiekują się mną. Kiedy przyjdziemy tu jutro, zażyczę sobie, żeby mój Kimmo był szczęśliwy i nie przestawał mnie kochać.

* * *

− Nie idź do samochodu. Dzisiaj pojedziesz ze mną. Te słowa marszałka wprawiły Aldorenta w silny niepokój. Po co Raszkiewicz go potrzebował? O ile wiedział, żaden z Eliminatorów ani niższych funkcjonariuszy nie dostąpił jeszcze zaszczytu oglądania kątów marszałka. Dlatego ta zaszczytna, a zarazem ryzykowna propozycja wzbudziła w nim mieszankę dumy i ostrożności. Siadł w fotelu pasażera i zapiął pasy. Przez całą drogę żaden z nich nie odezwał się ani jednym słowem. Mieszkanie marszałka różniło się od jego własnego przede wszystkim poziomem luksusu. Aldorent Morrison nigdy nie przejmował się zbytnio tym wszystkim, co niektórzy nazywają stopą życiową. Kupował takie rzeczy, jakich akurat potrzebował, nie zwracając większej uwagi na cenę czy prestiż, jaki dawały. Wyglądało na to, że Stanley Raszkiewicz całymi garściami korzystał ze swoich przywilejów, łącznie z zasobnym kontem w banku. Aldorent pogłaskał po łebku Jokera, który odwdzięczył się głośnym mruczeniem. Siadł w rogu eleganckiej kanapy z obiciem w kolorze ecru i czekał na marszałka, który nalewał kotu wody do miski. Nie wiedział aż do dziś, że przełożony ma kota. Na dobrą sprawę niczego o nim nie wiedział. Raszkiewicz nie podał mu kawy ani herbaty. Nie zaproponował papierosa ani słodkiego poczęstunku. Po prostu siadł nareszcie w swoim ulubionym fotelu, z lekko wytartymi od ciągłego używania bokami, i spytał pozornie obojętnym głosem, jakby wciąż byli w pracy: − Aldorencie, gdzie jest Derra? − Nie żyje, panie marszałku. − Przestań się wygłupiać, durniu − głos starca zawibrował tak charakterystycznym dla tego człowieka poczuciem wyższości i przynagleniem do posłuszeństwa, lecz Aldorent ani drgnął. Rozumiejąc już, że przymusem niczego nie wskóra, marszałek odezwał się znacznie łagodniejszym tonem, w którym zabrzmiało nawet coś w rodzaju rozpaczy: − Posłuchaj, chcę jej dobra. Pewnie nie zrozumiesz, o co mi chodzi, ale bardzo wiele się zmieniło. Nie wiem, jak mam cię przekonać, abyś mi zaufał. Aldorencie, po tym świecie chodzi zbyt wiele osób, którym odebrano prawo do szczęścia, a jedną z nich ja sam stworzyłem. Zbyt wiele ludzkich istot musi cierpieć, aby inne mogły umacniać się za cenę ich bólu. Nigdy nie uda nam się tego zmienić, jeśli mi nie pomożesz. Powiedz mi, gdzie jest Derra, a przysięgam, że jej nie skrzywdzę. Aldorent milczał przez kilka minut, rozdarty pomiędzy nieufnością i pragnieniem chronienia Derry za wszelką cenę, a wyraźnie wyczuwaną w słowach i całej postawie marszałka desperacją. Starzec sprawiał wrażenie człowieka, który przeszedł niedawno głęboką moralną przemianę. Był tym rodzajem samotnego mężczyzny na szczytach władzy, który odkrywa pewnego dnia, iż życie nie kręci się wokół jego idei i niego samego, a także, że często słuszność bywa po stronie maluczkich i cichych. Morrison wciąż się wahał, ale postanowił tym razem zaryzykować. Nie mógł dłużej dźwigać samotnie tak ponurej tajemnicy, a marszałek Raszkiewicz był kimś, kto jako przeciwnik był bardzo groźny, ale jako sojusznik mógł stać się nieoceniony. − Jest w Quatessinie − odetchnął wreszcie, wyrzuciwszy z siebie te dwa pierwsze słowa, które wypowiedziane nie dawały się cofnąć i uruchamiały lawinę kolejnych słów, a wszystkie razem składały się na mocną nić zaufania pomiędzy dwoma mężczyznami. − Przywiozłem cię tutaj, ponieważ pomyślałem, że w biurze boisz się mówić. Tam kręci się mnóstwo ludzi, ale tutaj nikt nas nie podsłucha. Możesz wyznać mi wszystko bez lęku o jej los. Więc Aldorent, odrzuciwszy ostrożność, opowiedział o dniu, w którym wydostał Derrę z pułapki, nie powiększając własnej zasługi, ale i nie korząc się przed marszałkiem. Zakończył słowami: − Mam w Spid przyjaciółkę, z którą łączyło mnie uczucie. Poprosiłem Loranę, aby zajęła się Derrą. Myślę, że tam będzie całkowicie bezpieczna. Nikt w Sangacji nie zna Lorany, a na pewno nikt nie wiąże jej z moją osobą. Udało mi się utrzymać ten romans w najściślejszej tajemnicy. Nie powinienem być z tego dumny, gdyby nie fakt, że moja skrytość przysłużyła się temu nieszczęśliwemu dziecku. Lorana jest bardzo uczciwą i prostolinijną osobą. Jestem pewien, że nie opuści Derry w potrzebie, chociaż początkowo nie była zachwycona moim planem. − Rozumiem − marszałek skinął głową w zamyśleniu. − Dobrze to rozegrałeś. Jestem z ciebie dumny, chłopcze. Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by jej pomóc. Miałeś rację. Jesteśmy jej to winni. Zaciągnęliśmy u tej dziewczyny dług tak wielki, że nie uda nam się go spłacić do końca życia. Ty może zdążysz, bo będziesz żył długo, ale mnie pozostało niewiele czasu. − Nam...? − Aldorent nie był pewien, czy się nie przesłyszał. Groźny dowódca ustawił się właśnie po drugiej stronie barykady, po tej samej, po której od wieków tkwili wszyscy zwykli i bezsilni ludzie. To był czas prawdziwych cudów i chyba sam Wielki Duch musiał maczać w tym palce. Albo brodę, jak woleliby ortodoksyjni katolicy, stwierdził w myślach z przekąsem. − Tak − odparł prędko marszałek, odwracając na chwilę wzrok. − O nic więcej nie pytaj. Jesteśmy teraz wspólnikami, Aldorencie. Jeśli zależy ci na Derze, musisz ufać mi we wszystkim, rozumiesz? − Tak jest, {i}sir{/i}. − To bardzo dobrze. Dochodzą do mnie pogłoski, że Jackson zbiera bez porozumienia ze mną grupę operacyjną, która ma jej szukać. W jej skład wchodzą na pewno Duban, Milton i Orlovsky, a ze zwykłych żołnierzy Engel i Ramirez. Może być ich więcej, bo nawet moje oczy nie widzą wszystkiego, nawet moje uszy nie słyszą każdego słowa wyszeptanego potajemnie w waszych pokojach, szatniach i toaletach. − W takim razie ci mężczyźni są zdrajcami. − A cóż oni zdradzili? − marszałek parsknął sarkastycznym śmiechem, głębiej wciskając się w fotel, jakby próbował się w nim ukryć. Tak samo zachowywał się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych