Wróć do katalogu

Córka słońca, rozdział 28

Ten rozdział to głównie sprawy rodzinne Derry i jej przeogromna tęsknota za ukochaną. W tle zaś Aldorent Morrison cierpliwie kontynuuje swoją pracę i chyba ma w zanadrzu jakąś niespodziankę, o której woli na razie zbyt wiele nie mówić.

Vaneliaopublikowano 13 czerwca 20161 godz. 59 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{i}{b}ROZDZIAŁ XXVIII ARMINA{/i}{/b}

Zaraz po przebudzeniu stwierdziła, że w ciągu nocy jej quatessińskie ubranie znikło. Mogłaby przysiąc, że przewiesiła tunikę i getry przez oparcie krzesła, wytarte od ciągłego chwytania dziecięcą ręką. Siadała na nim dawno temu co wieczór, by odrobić lekcje. Nie znalazła też eleganckich pantofli, które Lorana kupiła jej na wyprzedaży w Spid, w modnym sklepie z obuwiem. Musiała spać jak kamień, skoro nie obudziła się, gdy Armina zabierała te kilka rzeczy, które wiązały córkę z Quatessinem i tamtą kobietą. Bo dałaby w zastaw własną głowę, że zrobiła to matka, a nie ojciec lub brat. Musiała więc zejść na dół w ubraniu, w którym spała. Postanowiła ustalić najpierw godzinę poprzez otwarcie okna. Mocowała się przez chwilę z nieco zbutwiałą drewnianą ramą, która w końcu ustąpiła, pchnięta silnym ramieniem dziewczyny. Chciała poczuć na skórze promienie słońca, lecz okno jej sypialni wychodziło na zachód. Powietrze było rześkie, oddychało się nim bez trudu, a kiedy pociągnęła mocniej nosem, wyczuła odległy aromat sosnowego lasu i o wiele bliższą woń owczego runa. Przypomniała sobie, że w tej okolicy prawie wszystko pachniało owcami tak mocno, że po pewnym czasie przestawało się rozpoznawać ten zapach. Na podstawie temperatury powietrza, dość wysokiej jak na początek roku, biorąc pod uwagę szerokość geograficzną, założyła, że była to co najmniej pora śniadania, nie zaś połowa nocy. Znalazła w jednej z szuflad swój stary grzebień i przeczesała porządnie włosy. Wsunęła na stopy drewniane chodaki matki i ostrożnie zeszła po schodach do sieni. Wkroczyła do kuchni, szurając lekko po podłodze obuwiem, od którego odwykła, i starając się nie obijać o ściany i meble. Jeszcze raz pociągnęła nosem i wyczuła woń kwaśnego chlebowego żuru. W przepastnej gardzieli pieca, przed którą jako dziecko czuła poważny respekt, buzował silny ogień. Któreś z rodziców, najprawdopodobniej matka, zdejmowało pogrzebaczem fajerki i przestawiało energicznie garnki. - Dzień dobry – powiedziała, podchodząc do stołu i odsuwając pewnym ruchem jedno z krzeseł. - Dzień dobry, Derro. Dobrze ci się spało? – odparł Tata pogodnym głosem. To właśnie lubiła w nim najbardziej. Ten mężczyzna potrafił sprawiać swoim ciepłem, że nawet najmroczniejsza noc w miesiącu Hammer zmieniała się w jasny letni poranek, a smutki pierzchały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Był zupełnym przeciwieństwem Arminy i pewnie to dlatego ze wszystkimi dziecięcymi kłopotami zwracała się do ojca. - Fenomenalnie – odparła, siadając tak blisko niego, że prawie stykali się łokciami. – To powietrze ma na mnie bardzo dobry wpływ. Spałam tak mocno, że nie obudziłby mnie nawet armatni wystrzał. Co niektórzy brzydko wykorzystali. Armina udała, że nie zrozumiała aluzji, a Derra nie zamierzała otwarcie wyrzucać matce tego potajemnego najścia. Z chęcią odzyskałaby ulubioną sukienkę, ale nie chciała psuć świątecznego nastroju już zaraz na drugi dzień po swoim powrocie. Jedli śniadanie we troje, ponieważ Kan-tan z samego rana pomaszerował dziarsko do szkoły. Derra czuła na policzku delikatną pieszczotę porannego słońca, przeświecającego bez przeszkód przez cienką firankę. Przyjemnie chłodne powietrze wdzierało się przez uchyloną lekko okiennicę, dodając chęci do życia. Derra bez trudu radziła sobie samodzielnie ze sztućcami i delikatnie, acz zdecydowanie odrzuciła matczyną propozycję pomocy. Na Chaos, miała prawie osiemnaście lat i nie musiała być karmiona jak osesek. - Która godzina? - zapytała, sięgając po kolejną kromkę żytniego chleba. - Minęła ósma - odparła Armina. - Położyliśmy się wczoraj późno, więc pozwoliliśmy sobie pospać trochę dłużej. Zdążyłam już nakarmić i napoić zwierzęta, kiedy ty wylegiwałaś się w łóżku. Oczywiście nie mam do ciebie pretensji. W twoim stanie trudno byłoby ci pracować. Po śniadaniu ojciec zabierze cię do Archad, żeby kupić ci ubranie, a ja wyprowadzę owce na pastwisko. - Co ciekawego zdarzyło się tutaj w ciągu tych sześciu lat? Nadeszła pora na opowieść tych, którzy pozostali w Sokole, ale udało jej się uzyskać jedynie bardzo lakoniczną odpowiedź matki: - Brakowało nam ciebie. Oczywiście. Co się zdarzyło? Ano nic się nie zdarzyło. Absolutnie nic. Tutaj żyło się w rytm pór dnia i roku, opiekując się zwierzętami, strzygąc owce, sprzedając wełnę, uprawiając kilka skromnych spłachetków ziemi, gotując posiłki, wystrugując z drewna łyżki, podlewając kwiaty w ogródku, polując na zające i dzikie kaczki, wyprawiając się co roku tą samą drogą w góry, jeżdżąc po sprawunki do Archad i patrząc, jak rosną dzieci własne i sąsiadów. Życie rodziców nie obfitowało we wstrząsy ani ekscytujące wydarzenia, wyjąwszy jej zniknięcie i cudowne odnalezienie. Żadnych niepokojów, żadnych niespodzianek, ani przykrych, ani szczególnie radosnych. Błogosławiony kraj, gdzie spijało się beztrosko słoneczny nektar, żyjąc przez resztę roku wspomnieniem wiosny, która zawsze jest kolejnym początkiem i odnowioną nadzieją. A jednak nie zawsze było tutaj jak w raju. - Ostatniej zimy wilki były tak wygłodzone, że wdzierały się nawet na podwórza – odezwał się Dele-kan. – Jednego wieczoru Kan-tan najadł się porządnie strachu, kiedy prawie zdybały go przy studni. Na szczęście zdążyłem wybiec ze strzelbą i odpędzić je precz. Strzelałem w powietrze, żeby nie trafić w ciemnościach chłopca, ale tym bestiom wystarcza, że poczują zapach prochu i już umykają jak tchórzliwe kundle. - Gdyby Wielki Duch zabrał nam także to dziecko, rzuciłabym się do rzeki – dodała Armina głosem nieco zmienionym z przejęcia. Derra nie wątpiła, że jej matka tak właśnie postąpiłaby. Nawet ona nie zniosłaby drugiego tak silnego ciosu. O ile mogła przez lata hodować w sercu nadzieję na odzyskanie córki, o tyle straszliwa śmierć najmłodszego, i przez to zapewne najmocniej ukochanego dziecka musiałaby złamać jej hardego ducha. - Lorana powiedziałaby, że powinniśmy urządzić tym potworom niezłe {i}llammayalla{/i} – uśmiechnęła się złowieszczo Derra. – Wszyscy dorośli, zdolni do noszenia broni mieszkańcy okolicznych wsi powinni kolejnej zimy dosiąść koni, ruszyć w las i całą gromadą zapolować na basiory. Przepędzić je stąd raz na zawsze. Wytłuc do ostatniej sztuki. Chociaż pewnie i tak w końcu pojawiłyby się nowe. Przez chwilę w kuchni panowała krępująca cisza, a potem odezwała się znów Armina: - Nie jesteśmy mordercami. Polujemy na zwierzęta dla mięsa i bronimy się przed napaścią, ale nie wybijamy całych stad, podobnie jak wilki nie zagryzają wszystkich ludzi we wsi. Gdybyśmy zaczęli postępować w ten sposób ze wszystkimi zwierzętami, wkrótce bylibyśmy jedynymi żywymi istotami zamieszkującymi ten kraj. Przeraża mnie twoja gotowość do zabijania, Derro. Gdzie się tego nauczyłaś? W twojej Sangacji czy od tej chorej kobiety? Wiem, że pragniesz pomsty na swoich krzywdzicielach, ale pamiętaj, że człowiek nie jest stworzony do tego, by bez opamiętania odbierać życie i kaleczyć ciała ludzi i zwierząt. Zawsze należy postępować rozważnie i z poszanowaniem wszelkich dzieł Wielkiego Ducha, ponieważ poprzez niepotrzebne okrucieństwo ściągasz zło na samą siebie. Derra poczuła występujący na jej blade policzki rumieniec zażenowania. Jednak, jeżeli czuła wstyd z powodu swych pochopnych słów, to nie ze względu na Arminę, a tylko tego wspaniałego, bardzo kochanego mężczyznę, który tak często usadzał ją sobie kiedyś na ramionach i cierpliwie nosił, gdy była zmęczona. Bardzo nie chciała, aby Tata pomyślał, że stała się zła. Dele-kan wspomniał przed chwilą coś o tchórzliwych kundlach. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że w kuchni panowała przeraźliwa cisza, jeśli nie liczyć ich rozmowy i postukiwania łyżkami o brzegi glinianych mis. Zerwała się z miejsca i krzyknęła: - Gdzie Gryf?! - Miejsce psa jest w budzie, więc go tam zaprowadziłam – odparła spokojnie Armina. – W tym domu psy nigdy nie królowały na pokojach. Derra wybiegła jak oszalała z domu, dwukrotnie gubiąc przy tym chodak i prawie przewracając się na schodkach. Pędziła prędko przez podwórze w kierunku miejsca przy stodole, gdzie stała druga, zwykle nieużywana buda, zbita z desek, które były mocno zbutwiałe i nadgryzione przez korniki już za czasów jej dzieciństwa. Czasami mieli przez krótki czas drugiego psa, który z braku lepszej możliwości zamieszkiwał tę koszmarną budę. Osadziło ją w miejscu wściekłe ujadanie tego psa, który wczoraj przywitał ich głośnym jazgotem, szczególnie ostrząc sobie zęby na Gryfa. Cofnęła się spłoszona, prawie wpadając w wyciągnięte ramiona Arminy. - Kruczek cię nie zna – wyjaśniła matka, pomagając Derze wyprostować się i natychmiast cofając ręce. – Dopóki się do ciebie nie przyzwyczai, staraj się do niego nie podchodzić. - Co zrobiliście z Burkiem? - Burek zdechł dwa lata temu. Teraz mamy Kruczka. Jest trochę mniejszy od tamtego, ale bardziej krępy i zajadły. Świetnie nadaje się zarówno do zaganiania owiec, jak i odstraszania nieproszonych gości. Dziewczyna ominęła rozszalałego psa rodziców szerokim łukiem, przypominając sobie nagle rozkład podwórza ze wszystkimi szczegółami. Zbliżyła się do zapasowej budy i z ulgą przytuliła do piersi wąski łeb Gryfa. Ulubieniec natychmiast polizał ją po twarzy w podzięce za troskliwą obecność. Z przerażeniem namacała gruby żelazny łańcuch, opasujący jego szyję zamiast gustownego skórzanego paska. - On nie może siedzieć w budzie jak pierwszy lepszy kundel – odezwała się głośniej niż powinna. Chciała mieć pewność, że rodzice ją usłyszą. – To nie jest pies podwórzowy, ale rasowy barbuański owczarek. Jego miejsce jest w mieszkaniu, a nie tutaj, z tymi wszystkimi pchłami, muchami i wojującymi w sianie szczurami. - Chcesz może powiedzieć, że twój Gryf jest ulepiony z lepszej gliny niż nasz Kruczek? O, nie, Derro. Nie zgadzam się na to, by jakikolwiek pies mieszkał z ludźmi. Twój pupilek zostanie tutaj. To jest moje ostatnie słowo. Derra wyprostowała się z godnością, wciąż głaszcząc uspokajająco szorstki grzbiet przyjaciela z dalekiego Quatessinu. - Będzie spał ze mną na górze – powiedziała jeszcze głośniej niż poprzednio, licząc na to, że stanowczością zmusi matkę do ustępstwa na rzecz dopiero co odzyskanej córki. Ale Armina nie zamierzała oddawać bez długiej walki nawet okruszka władzy, którą miała w domu. - Zostanie tutaj – powtórzyła. – Skoro jest psem, niech zachowuje się jak pies, a nie jak rozkapryszony synalek gubernatora. Derra odchodziła od budy z uczuciem ledwo skrywanej wściekłości na matkę. Osamotniony Gryf nawoływał ją żałosnym skomleniem, które raniło jej serce. Nie umiała mu pomóc, skoro nie była w stanie zaradzić niczego na własną krzywdę, którą było rozłączenie z ukochaną. Dotarł do niej nagle ukryty sens słów Arminy. Nie myśl, że on jest z lepszej gliny niż Kruczek. Nie pomyśl przypadkiem, że jesteś z lepszej gliny niż my. Postanowiła już wczoraj wieczorem, że nawet z tak okropnym kalectwem, wzmagającym jej zależność od innych ludzi, uda jej się przetrwać w świecie, który tak znacząco różnił się od ubarwionych dziecięcych wspomnień. Teraz zaczynała rozumieć, że nieświadomie powycinała z nich niemal wszystko, co kłóciłoby się z postrzeganiem Entorii jako ziemskiego raju. Naiwna wiara w coś, co było przez tak długi czas nieweryfikowalne, była jej niezbędna do przetrwania. Być może zachowałaby do dziś pierwotną, nie doprawioną goryczą wersję tej wiary, gdyby nie zrobiono z niej na siłę światowca. Paradoksalnie, wyrywając Derze z twarzy cielesne oczy, zbyt szeroko otworzono jej te, którymi podobno widzi się to, co najważniejsze. Ojciec wyprowadzał już bryczkę i zaprzęgał do dyszla oba konie. Zbliżyła się ostrożnie do zwierząt, zakładając roztropnie, że nie rozpoznają jej po tak wielu latach. - Jak się masz, Źrebaku? – rzuciła w przestrzeń, nie śmiejąc wyciągnąć dłoni, by pogładzić aksamitne chrapy. To z nim uczyła się skomplikowanych reguł współżycia człowieka z koniem, na długo przed tym, gdy zaczęła dosiadać Ekscelli. A jednak to brunatne czoło klaczy, z białą plamą w kształcie strzałki z gwiazdką, było jedynym, które udawało jej się wydobyć z zakamarków pamięci. Źrebak miał chyba kasztanowatą sierść i stosunkowo jasną grzywę. Nie wiedziała nawet, czy któryś z zaprzęganych koni jest Źrebakiem, a jeśli tak, to po której stronie dyszla będzie szedł dawny pupil. Po drugie, już od dawna nie powinien być nazywany tym pospolitym imieniem. Przecież miał teraz – jeśli żył – osiem lat. - Chcesz go pogłaskać?  podchwycił ochoczo Dele-kan. - Bardzo. - W takim razie podejdź tutaj. Ujął ją za prawy nadgarstek i uniósł przedramię, łagodnie wiodąc córkę w kierunku jednego z wierzchowców. Musieli okrążyć przy tym pojazd, co pozwoliło jej stwierdzić, że Źrebak będzie zaprzężony po prawej stronie. Tak, to był chyba on. Dotykała nieśmiało gładkiego czoła i wplątywała palce w długą grzywę. Bawiła się przez chwilę szpiczastymi uszami, starając się nie włożyć mu palca w oko. Za nic w świecie nie chciałaby uszkodzić cennego narządu wzroku żadnemu stworzeniu, które nie było Timothy’m Carradine. Pocałowała go w chrapy, którymi parskał nerwowo. Miała przy tym rozpaczliwą nadzieję, że stary przyjaciel nie chwyci ją znienacka zębami za policzek. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Źrebak zniósł ze stoickim spokojem cały pakiet pieszczot ze strony kobiety, która dosiadała go jako dziewczynka. Oderwała się nareszcie od dawnego ulubieńca i zapytała: - Ta klacz obok to Strzała, tak? Doskonale pamiętała, że właśnie tak miała na imię wychowanica Emany. Chciała popisać się przed ojcem świetną pamięcią i zaangażowaniem w gospodarskie sprawy, lecz tym razem szczęście ją opuściło. Dele-kan odpowiedział: - Strzała nie żyje od poprzedniej zimy. Staruszka pożegnała się z tym światem na kilka tygodni przed przesileniem, jakby nawet ona nie chciała oglądać tego mroku. Mniej więcej rok temu kupiliśmy młodą klaczkę. Dosiada jej głównie twoja matka. Zawsze lubiła krnąbrne i narowiste konie. Łamie im charaktery jak sosnowe gałęzie na ognisko. Obawiam się, że sprawia jej to przyjemność. Tak sa... Urwał w połowie słowa i odchrząknął zmieszany, jakby powiedział za dużo. Nie musiał kończyć, Derra mogła bez większego trudu domyślić się dalszego ciągu. Tak samo lubi postępować z ludźmi. Łamie im charaktery jak zapałki. Z Emaną nie było to potrzebne, bo starsza córka prawie we wszystkim się z nią zgadzała. Teraz rozprawi się z narastającym pragnieniem wolnomyślicielstwa u Kan-tana, bo po twoim, Tato, nie zostało już nawet śladu. Nie odezwałeś się nawet jednym słowem, gdy wyrzucała z domu moją Loranę, a także wtedy, gdy zakładała mojemu Gryfowi ten wstrętny łańcuch na jego czyściutką szyję. Zachowujesz się tak, bo boisz się jej gniewu tak, jak gwiazdy boją się słońca. Przypomniała sobie, że Dele-kan wycofywał się chyłkiem w milczeniu za każdym razem, gdy Armina łajała któreś z dzieci. Czynił tak nawet wtedy, gdy jej postępowanie było jawnie okrutne i krzywdzące. Co więcej, nigdy, ale to naprawdę nigdy nie zdecydował się na dyskusję z żoną w obecności teściowej. W tej rodzinie rozstrzygające słowo miała Kendra. - Chcemy, żeby Błyskawica za rok się oźrebiła – mówił dalej. – A skoro mamy zarówno klacz, jak i ogiera, nie będzie z tym problemu. Roześmiała się, mile zaskoczona, momentalnie zapominając o snutej niedawno gorzkiej refleksji. - Co cię tak rozbawiło, Derro? – spytał z zaciekawieniem i zarazem nieśmiałością. Wciąż odczuwał lekkie skrępowanie w obecności tej wysokiej, smukłej dziewczyny, która podobno była jego Elaysią. - Szkoda, że nie ma tu Aldorenta – odparła. – Chyba nie uwierzyłby w tak niezwykły zbieg okoliczności. Czy wiesz, że jego łódź nazywa się właśnie „Błyskawica”? Nie, to nie może być przypadek – roześmiała się ponownie. – Musieliście się umówić. - Aldorent ma łódź? – wymawiał gondwańskie imię Eliminatora zupełnie poprawnie. - To nie jest jego własność. Samochód też nie należy do niego, podobnie jak to czarne ubranie i malutki przenośny telefon. Wszystkie te rzeczy dostał od Zbrojnych Sił Sangacji, tej wojskowej organizacji, dla której pracuje. Ale używa ich tak, jakby były jego własnością, ponieważ nie jest rozliczany ani z ilości zużytego paliwa, ani wygadanych minut, ani nawet z tych potężnych sum, które zdążyły uzbierać się na jego służbowym koncie w banku. Skoro broni Sangacji przed nami, Sangacja zaopatruje go we wszelkie dobra i sowicie płaci. Nie odpowiedział, zamiast tego zajął się składaniem czarnego, harmonijkowego dachu pojazdu. Pewnie kiedy wybierał się gdzieś bryczką poprzednim razem, padał rzęsisty deszcz. - To nie jest zwykła łódź  dodała. – Jej kadłub nie jest zbity z desek, ale odlany z jakiegoś bardzo wytrzymałego stopu metali. Nie porusza się dzięki żaglom, lecz ma napęd atomowy. To taka zaawansowana sangacka technologia. Dzięki niej ta łódź pływa... no, z szybkością błyskawicy. Mknie po oceanie tak chyżo, że kiedy stałam w pełnym pędzie na pokładzie, ledwo mogłam oddychać. Zdała sobie nagle sprawę, że ojciec wcale nie ma ochoty na wysłuchiwanie tych wszystkich rewelacji. Pewnie nawet nie rozumie połowy jej entuzjastycznego wywodu na temat cudownej zabawki wroga. Dele-kan Soran ze wsi Sokół w Entorii Zachodniej nie należał do ludzi pasjonujących się najnowszymi technologiami, które nigdy nie dotrą pod jego dach. Jego życie obracało się wokół ziemi, zwierząt i pór roku, a nie reaktorów atomowych. Nie lubił Sangacji i nigdy tego nie ukrywał. W tej sprawie nie było najlżejszej różnicy zdań pomiędzy nim a żoną, a więc kiedy jej przytakiwał, czynił to z pełnym przekonaniem. W tej okolicy nielubienie Sangacji było modne, zwłaszcza w ostatnich latach. Dlatego córka nie powinna zbyt wiele chwalić się swoją przeszłością i zdobytą wiedzą. - Trzyma ją w porcie w Selimpe – odezwała się jeszcze niepewnym głosem i ostrożnie, lecz zupełnie samodzielnie usadowiła się na wysokim koźle. Ojciec wdrapał się obok i pewną ręką ujął wodze. - Wio, dzieci! – rzucił półgłosem i dla nadania mocy swoim słowom lekko świsnął batem tuż nad uchem Błyskawicy. Bryczka przetoczyła się gładko pomiędzy niskimi palikami. Dele-kan kierował się w stronę szerokiego gościńca prowadzącego najpierw do Siedmiu Olch, potem zaś prosto do Archad. Odjeżdżali w milczeniu, żegnani piskliwym jazgotem Kruczka. Chora kobieta. Do tej pory Derra uważała, że Lorana jest jedynie ekscentryczna. Odkąd z pomocą Entorianki wydostała się z grubej skorupy nieczułości, tryskała optymizmem i zdrowiem. Może jej choroba tkwiła głębiej, stwarzając pozory szczęścia, w dłuższej zaś perspektywie prowadząc do samotności i rozpaczy. Natychmiast wyrzuciła tę myśl z głowy, ogarnięta nagłą falą czułości i tęsknoty za Quatessinką. Poza tym dzień był zbyt piękny, by dawać do siebie przystęp tak ponurym refleksjom. Próbowała rozmawiać z ojcem, lecz konwersacja niezbyt im się kleiła. Na użytek rodziców musiała cenzurować własne wspomnienia, by nie dotykać drażliwych tematów. Nie mogła mówić ani o tym, co zdarzyło się w Spid, ani o egzotycznej dla tego mężczyzny Derbachii, największym gnieździe sił nieprzyjaciela. Z drugiej strony nie była – przynajmniej na razie – szczególnie zainteresowana opowieścią o liczbie urodzonych poprzedniej wiosny jagniąt. Po zadaniu kilkunastu grzecznościowych pytań o losy bliskich im obojgu osób i otrzymaniu równie uprzejmych, lecz ostrożnych odpowiedzi zamilkła z ulgą, ciesząc się przez resztę podróży pieszczotą słońca i delikatnym wietrzykiem, a także zapachem iglastych zagajników i radosnym świergotem ptaków. Tylko trochę pomógł jej w wyborze ubrań, którego dokonała w znacznej mierze samodzielnie, przy użyciu zwinnych palców, bez trudu rozpoznając fakturę materiałów i fason strojów. Jedynym, o co musiała go za każdym razem pytać, był kolor poszczególnych elementów odzieży. Nagle zaczęło jej bardzo zależeć na własnej urodzie, którą właściwie dobrane rzeczy miały podkreślać i uwydatniać. Bardzo nie chciała, aby Lorana doszła do wniosku, że w tym zapomnianym przez Wielkiego Ducha i ludzi zakątku Kiramu jej przyjaciółka zaniedbała się, zmieniając się powoli, acz nieubłaganie, w typową wieśniaczkę. Zajrzeli potem na pocztę, gdzie ojciec nadał zwięzły telegram do Buffalo, zawiadamiając najstarszą córkę o powrocie Derry. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, Emana przyjedzie do Sokoła najpóźniej za dwa, góra trzy dni. Derra już cieszyła się na to ważne spotkanie po latach. Zastanawiała się w duchu, czy Emana nawet teraz będzie po swojemu uszczypliwa, dokuczając siostrze magiczną datą urodzin i jej wiarą we własną nadzwyczajną moc, czy wręcz przeciwnie, wszystkie dawne niesnaski rozpłyną się w morzu entuzjazmu i czułości. Przed wieczorem pojawił się wreszcie Aldorent, świeży, wypoczęty i tryskający dobrym humorem. Miał na sobie cywilne ubranie. Brał je ze sobą w każdą podróż na wypadek spotkania, na którym po prostu nie wypadałoby mu wystąpić w dziwacznym stroju Eliminatora. Babka Kendra z matczyną dbałością wyprasowała mu w kant spodnie w kremowym kolorze, używając do tego celu tradycyjnego żelazka z duszą. Przywitał się z siedzącą znów w kuchni Derrą, rozgarniając jej niefrasobliwie loki niczym dobry wujek. Następnie opadł ciężko na sąsiednie krzesło, biorąc od Arminy grubą pajdę chleba z masłem i zapijając ją mlekiem. - Wyspałem się za wszystkie czasy – zaczął. – Macie tu znakomite powietrze. Lorana też chrapała jak najęta, co słyszałem nawet przez ścianę. Derra zagryzła mocno wargi, prawie przemocą powstrzymując cisnące się na nie słowa. Mam nadzieję, że dzieliła was jakaś ściana. Liczyła na to, że przyjdą oboje, tymczasem ukochana najwidoczniej miała ją w nosie. Może nawet zbierała się już do wyjazdu po tym, jak doszła do wniosku, że nic tu po niej. A tymczasem nastolatka zdążyła już poprzymierzać wszystkie nowe sukienki, usilnie starając się spamiętać ich kolory. Wybrała w końcu tę jasnozieloną, z rozszerzającymi się poniżej łokci rękawami i głębokim dekoltem, odsłaniającym sporą część jędrnych piersi, w której miała nadzieję bardzo spodobać się Loranie. Ogarnęła ją irytacja na myśl, że mężczyzna być może zagląda teraz z ciekawością w to wycięcie. Wstała nieco za gwałtownie, znalazła porzucony na kanapie jasny sweter z golfem i pospiesznie się w niego ubrała. Bardzo chciała zapytać Aldorenta o Quatessinkę, lecz obecność krzątającej się przy piecu matki skutecznie ją do tego zniechęcała. - Ja też dobrze spałam – odpowiedziała sucho. – Wszyscy potrzebowaliśmy odpoczynku i spokoju. Pogawędził jeszcze trochę o gościnności przywódczyni gromady i wyszedł, by przestawić samochód na podwórze Kendry i Viljara. Zabierał w ten sposób resztę ubrań, zwiniętych nieporządnie w podróżnej torbie, którą woził w bagażniku. Miała ochotę z nim pójść, by porozmawiać ze starym znajomym na osobności i zapytać o to, o czym wolała nie wspominać przy Arminie, lecz poczuła nagle dziwną niechęć przed zagadywaniem go o Quatessinkę. Przypomniała sobie jego bardzo zdawkową opowieść o dwóch rozgrywających się w tym samym czasie romansach. Żadna z jego kobiet nie wiedziała o istnieniu tej drugiej. Lorana też napomykała coś półgębkiem na ten temat, zaraz po tym, jak w oszczędnych słowach zrelacjonowała aktualnej kochance przygodę z Sillą. W młodziutkiej Entoriance obudziła się nagle nieufność w stosunku do tego mężczyzny, który nie wahał się przed oszukiwaniem bliskich, o ile tylko mógł mieć z tego korzyść. Bardzo jej pomógł, to był niezaprzeczalny fakt, lecz te kilka wielkodusznych gestów nie musiało być tożsamych z głęboką przemianą ducha. Wciąż mógł tkwić w nim dawny Aldorent, wijący się jak piskorz pod presją rozmaitych nacisków i w pozornie beznadziejnych sytuacjach znajdujący wąskie ścieżki, zadowalające wprawdzie wszystkie zainteresowane strony, lecz nie mające wiele wspólnego z przyzwoitością i uczciwością. Była już niemal pewna, że Sangacjanin knuje coś za jej plecami. Dlatego wolała pozostać w kuchni, nieuważnie słuchając paplaniny odrabiającego na dole lekcje brata oraz pełnego złości monologu matki na temat spadających od kilku lat cen ziemniaków w okolicznych punktach skupu. Ale może była to tylko szaleńcza i ślepa zazdrość, która nijak nie przystawała do faktów.

* * *

Dwa następne dni upłynęły jej na snuciu się po zagrodzie i towarzyszeniu w pracy to matce, to znów ojcu. Z powodu kalectwa nie mogła wiele im pomóc, nie zanosiło się także na to, że wróci wkrótce do szkoły, ogólnie rzecz biorąc, czuła się więc jak piąte koło u wozu. Obeszła kilka razy cały dom, a potem gospodarstwo, „oglądając” każde miejsce na swój sposób i ucząc się ich na pamięć. Bardzo zależało jej na tym, by mogła poruszać się samodzielnie przynajmniej w obrębie palisady i nie była wciąż zdana na opiekę innych osób. W pierwszych dniach często z przyzwyczajenia zaczynała rozmowę z którymś z domowników we Wspólnej Mowie, zapominając o tym, że jest już wśród rodaków. Pomimo ślepoty pomagała trochę matce w kuchni. Obierała ziemniaki, skrobała warzywa, przynosiła wodę ze studni, myła w misce naczynia po posiłkach i szorowała podłogę. Podobała jej się ta bezwzględność Arminy w egzekwowaniu swojej części domowych prac od każdego członka rodziny, nawet niewidomej córki, która w bardziej liberalnym domu byłaby pewnie zwolniona ze wszystkich obowiązków i otoczona czułą opieką. Dzięki tym drobnym zajęciom nie czuła się zupełnie nieprzydatna. A umiała pracować. Przecież jako trzynastoletnia dziewczynka wstawała o godzinie, która w Sangacji była uważana za wczesny świt, i przygotowywała śniadanie dla całej rodziny Carradine’ów. Troszczyła się o to, by Gryf dostawał regularne i obfite posiłki, które własnoręcznie mu zanosiła. Wymościła mu budę świeżą słomą i spędzała przy ulubieńcu mnóstwo czasu, starając się dodać mu otuchy pieszczotami i łagodnym przemawianiem. Złapała się na tym, że rozmawia z nim jedynie we Wspólnej Mowie, zupełnie jakby mógł zrozumieć tylko ten język, w którym najczęściej zwracały się do niego opiekunki. Roześmiała się w duchu, uświadomiwszy sobie, że obojętne jest, w jakim języku będzie do niego mówić. Spróbowała też quatessińskiego, głównie po to, by nie zapominać wyuczonych z mozołem słów, kojarzących się jej ze skaczącą, zmysłową modulacją głosu Lorany. „Rozmawiała” z psem po quatessińsku tak samo, jak niegdyś czyniła to po entoriańsku z klaczą. W obu przypadkach motorem napędowym jej działań była tęsknota. Pomagała też Kan-tanowi w nauce. Pewnie szłoby jej to lepiej, gdyby mogła widzieć jego bazgroły. Tłumaczyła trzecioklasiście, czym jest ułamek zwykły i dziesiętny, pomagała mu układać poprawne zdania po gondwańsku i cierpliwie powtarzała nazwy wszystkich krajów Północy, które musiał umieć wyrecytować z pamięci bez zająknięcia. Porównywała przy tej okazji systemy edukacyjne Kiramu i Sangacji, dochodząc do zadziwiających wniosków. Różniły się one nie tylko ilością i stopniem skomplikowania materiału, ale także innym rozłożeniem nacisku szkolnego. O ile w Entorii nawet dzieci w wieku Kan-tana w pocie czoła przyswajały dorosłą wiedzę, o tyle jego sangaccy rówieśnicy spędzali te lata głównie na zabawie i przyzwyczajaniu się do szkolnego środowiska. Pamiętała, że w trzech pierwszych klasach, a także we wcześniejszej klasie „zero”, nie było nawet zwyczajnych stopni, a tylko opisowe oceny osiągnięć dziecka. Oceny te nie powinny być zbyt surowe, ponieważ miały na celu raczej motywowanie ucznia do pracy niż rzeczywistą wycenę osiągnięć. Tam liczono się z wrażliwością i nieukształtowaną jeszcze osobowością dziecka, traktując najmłodszych uczniów ulgowo, tutaj od samego początku nakładano na nich pełny wymiar obowiązków i oczekiwano wymiernych wyników. Za to za kilka lat sytuacja zmieni się diametralnie. Kilkunastoletni Kiramczycy wciąż będą przyswajać przydatną w dorosłym życiu wiedzę o średnim stopniu skomplikowania, będąc raczej zachęcani do samodzielnych poszukiwań i odkrywania swojego miejsca w świecie niż przekarmiani tłustymi pulpetami danych. W tym samym czasie ich sangaccy koledzy i koleżanki będą uczęszczać do starszych klas szkoły podstawowej, a następnie do szkół średnich. Zostaną tam przeciążeni informacjami ze wszystkich możliwych dziedzin, które będą musieli w dużej mierze po prostu zapamiętać, ślęcząc po nocach nad książkami i przed monitorami komputerów. Większość tej wiedzy wielu z nich nigdy się potem nie przyda, a jej przyswajanie okaże się stratą cennego czasu, lecz nie będzie to w żadnej mierze argument rozstrzygający o odchudzeniu programów szkolnych. Kolejni ministrowie edukacji będą usprawiedliwiać tę sytuację koniecznością dbałości o poziom nauczania, zaś młodzież będzie ich przeklinać i wypożyczać z bibliotek kolejne opasłe tomiska. Podobna, a nawet większa dysproporcja będzie miała miejsce na wyższych uczelniach. Młodzi Sangacjanie staną się wysokiej klasy specjalistami ze swoich dziedzin, w większości obejmujących zakres nauk przyrodniczych i technicznych. Młodzi zaś Kiramczycy nauczą się dobrze funkcjonować w swoich społecznościach, co nie wykluczało posiadania głębokiej wiedzy o całym kontynencie, jednakże nacisk zostanie położony bardziej na kulturoznawstwo, językoznawstwo i szeroko pojęte nauki społeczne niż na obszary wiedzy określane w Sangacji wspólnie jako {i}science{/i}. Będą, tak samo jak tamci, dobrze wykonywać swoje zawody, z reguły wymagające jednak posiadania znacznie mniejszej ilości skomplikowanej wiedzy, wyjąwszy może lekarzy, architektów i inżynierów. Efekt będzie taki, pomyślała, że my będziemy wprawdzie wieść szczęśliwsze życie, ale to oni ujarzmią naturę i w efekcie zdobędą potęgę i władzę. Najpierw nad ową naturą i własnym społeczeństwem, a w końcu nad nami. Może dlatego powinniśmy zacząć uważniej się im przyglądać, zamiast z pogardą odwracać wzrok, i jeśli nawet nie naśladować, to przynajmniej znaleźć sposób, by położyć kres ich wzrastającej dominacji. Jej rodzice wciąż przyjmowali odwiedziny ze strony krewnych i przyjaciół. Ośmieleni przykładem Devrona i Elanty, schodzili się oni całymi rodzinami, by powitać we wsi Derrę i wyrazić radość z powodu jej powrotu. Przy okazji popatrywali z jakąś niezdrową fascynacją na muślinową apaszkę, nieustannie tkwiącą wokół głowy dziewczyny. Większość z nich zdążyła już usłyszeć historię jej okaleczenia, powtarzaną pełnym zgrozy szeptem, i radzi byliby ujrzeć puste oczodoły Derry, lecz ta nie zgodziła się ani razu na zdjęcie opaski. Jeśli sięgało się do odległych pokoleń, okazywało się, że niemal wszyscy w Sokole byli ze sobą w jakimś stopniu spokrewnieni. Nawet wziąwszy pod uwagę jedynie braci i siostry Kendry i Viljara, który również urodził się w tej wsi, oraz ich dzieci i wnuki, to Armina miała bardzo dużą rodzinę. Wszyscy oni krążyli wieczorami jak ważki pomiędzy zagrodami, częstując się nawzajem drożdżowymi babeczkami, przeglądając stołeczne gazety z płonącymi z emocji policzkami i plotkując o każdym, kogo w danym dniu spotkali. Uroki towarzyskiego życia nie omijały także gospodarstwa rodziców Derry. Dzięki temu niewidoma miała przynajmniej trochę rozrywki, oczywiście, o ile serdeczność nie była zbyt natarczywa, a pytania zbyt osobiste. Przy tej okazji zauważyła z odrobiną goryczy, że nie była już tak otwarta i wylewna jak jej ziomkowie. Nie zachowywała się jak księga, którą każdy może do woli kartkować. Teraz miała swoje tajemnice, a trudy życia i czyhające zewsząd podstępne zasadzki nauczyły ją ostrożności w stosunku do ludzi. Dlatego z ulgą zostawała sama, by pogrążać się na przemian we wspomnieniach i słodkich marzeniach. Obracały się w znacznej mierze wokół ukochanej kobiety, której ważność w życiu Derry, a nawet samo istnienie, Armina skrzętnie zamiatała pod dywan. Wynajdywała różne wymijające odpowiedzi na dociekliwe pytania gości, rozpaczliwie starając się uniknąć tak wielkiego wstydu w rodzinie. W piątek wieczorem zjechała do Sokoła Emana. Derra zanosiła właśnie Gryfowi porcję kartoflanki na kościach, którą matka codziennie gotowała dla psów. Pupil chłeptał głośno ciepłą breję, nie zwracając uwagi na głaszczącą go po łbie dziewczynę. Usłyszała najpierw wściekły jazgot Kruczka, dla którego Emana, rzadko zaglądająca do domu, była obca w równym stopniu jak Derra. Za to Gryf nie raczył nawet unieść pyska, zajęty tylko posiłkiem i uspokojony łagodną pieszczotą swojej pani. Zamarła w napiętej pozie, próbując rozpoznać osobę, która wyraźnie zmierzała w jej stronę. Jej wyczulony słuch wychwycił leciutki szelest długiej spódnicy, a więc musiała to być kobieta. Od razu wykluczyła Arminę, ponieważ gdyby to była ona, Kruczek łasiłby się i ujadał z radości, zamiast wściekle warczeć. Pewnie ucieszyłby się także na widok Kendry, będącej w zagrodzie jednym z najczęstszych gości. A więc musiała to być Lorana. Nastolatka podniosła się z kolan, czując mocne bicie serca. Nie spodziewała się, że kiedykolwiek zareaguje jeszcze w ten sposób na obecność Quatessinki. Tak bardzo się z nią zżyła, że traktowała bliskość kochanki jako najpewniejszą rzecz na świecie. Tymczasem wystarczyły trzy dni rozłąki, by jej ciało zaczynało wariować na samą myśl o Loranie. - Cześć, mała – usłyszała znajomy, niski głos. – Czyżbyś wciąż uważała się za kogoś lepszego? Emana! Czując przedziwną mieszaninę rozczarowania i radości, skoczyła ku przybywającej. Potrąciła przy tym chodakiem garnek, w którym przyniosła zupę. Stanęła obok siostry, nie będąc pewna, co powinna teraz zrobić. - Tak bardzo się cieszę, że przyjechałaś – odezwała się cicho. – Strasznie chciałam się z tobą spotkać. - Ja też się cieszę, że znów cię widzę, Derro. Czasami bałam się, że przepadłaś na zawsze. Wtedy przy nadziei trzymały mnie tylko słowa tego ciemnowłosego Sangacjanina, który cię porwał, oby go czeluść połknęła. Powiedział mi przed laty, że jesteś cała i zdrowa, że nic ci nie grozi i mam się o ciebie nie martwić. To koszmarne, co ci zrobi... W porę ugryzła się w język. Zanim znalazła Derrę, przywitała się najpierw w domu z rodzicami. Matka opowiedziała jej krótko o nieszczęściu Derry i przykazała, by Emana w ogóle nie rozmawiała na ten temat z siostrą, a w żadnym razie nie prosiła o zdjęcie opaski. - Bardzo się cieszę, że jesteś znów z nami – dokończyła, biorąc młodszą siostrę w objęcia. Uściskały się z całych sił. Emana była trochę wyższa, a także miała dłuższe i nie tak bardzo skręcone włosy, które nosiła zwykle zaplecione w warkocz. Za to miały bardzo podobne rysy twarzy i uśmiechały się w niemal identyczny sposób. Obie miały też usiane piegami, proste i wąskie nosy. Każdy uważny obserwator rozpoznałby w nich rodzone siostry. Korzystając z tej chwili bliskości, Derra stwierdziła, że brzuch jej siostry jest równie płaski jak jej własny, co oznaczało, że Emana nie będzie w najbliższym czasie matką. Kiedy skończyły uścisk, który wycisnął z oczu Emany kilka łez wzruszenia, Derra schyliła się, by podnieść wyszczerbiony garnek. Starsza siostra miała wielką ochotę, by wyręczyć ją w poszukiwaniach, lecz matka zdążyła ją uprzedzić, że Derra nie lubi być traktowana z przesadnym współczuciem. Poczekała więc, aż tamta odnalazła dotykiem swoją zgubę. Dopiero wtedy skierowały się z powrotem ku schodkom, prowadzącym do sieni domu. - Ten Sangacjanin nazywa się Aldorent Morrison – odezwała się młodsza dziewczyna. – Przywiózł mnie samochodem z Selimpe, a wcześniej przetransportował łodzią ze Spid w Quatessinie. Teraz mieszka u babci. A ten pies, którego karmiłam, ma na imię Gryf. Lorana kupiła go dla mnie, żebym miała przewodnika i przyjaciela. Zaraz wszystko ci opowiem, tylko gdzieś usiądziemy. - Byłaś w Quatessinie? – podchwyciła natychmiast Emana. Gorący Półwysep był jej pierwszą młodzieńczą fascynacją, zaś w Buffalo studiowała właśnie tamtejszy język i kulturę. W czasie nauki odwiedziła kilka razy ten odległy kraj i wciąż reagowała żywo na każdą wzmiankę o nim. - Mieszkałam tam od zeszłego miesiąca Mirtul – odparła z dumą nastolatka. Było to uczucie jak najbardziej uzasadnione, ponieważ nagle niesamowicie urosła w oczach starszej siostry. – Nauczyłam się trochę ich języka. Będziemy mogły sobie porozmawiać we trzy z Loraną. Już nie mogę się doczekać, kiedy was ze sobą poznam. Do licha, Aldorenta też musisz poznać. Kiedy już się z nim zaprzyjaźnisz, dojdziesz do wniosku, że nie jest wcale taki okropny. Tamta nie zdążyła zapytać, kim jest Lorana, ponieważ właśnie wchodziły do kuchni. Armina kończyła wycieranie talerzy lnianą szmatką i ustawiała je na suszarce. Był to jeden z tych domowych sprzętów, które niewiele różniły się między sobą chyba we wszystkich krajach. Ojciec po raz może piąty przeglądał przy stole kolorowe tygodniki, których całą paczkę przywieźli z Derrą przed kilkoma dniami ze stolicy. Niewidoma pociągnęła siostrę do największego pokoju i prawie przemocą usadziła na szerokiej i twardej kanapie. Siadła obok niej, wciąż trzymając Emanę za rękę. - A teraz opowiadaj, co u ciebie – zaczęła z entuzjazmem. – Z mojej rachuby wynika, że skończyłaś studia rok temu. Co teraz porabiasz? Pracujesz w szkole czy jesteś tłumaczką? - Jestem na piątym roku – Emana delikatnie wyswobodziła dłoń z uścisku Derry. – Zaczęłam studia rok później. Zrobiłam sobie przerwę, żeby pobyć dłużej z rodzicami. Martwiłam się o mamę. Po tym, jak zabrano cię do Sangacji, bywało z nią naprawdę źle. W niektóre dni nie zostawialiśmy jej z tatą samej nawet na chwilę, bo baliśmy się, że zrobi sobie z rozpaczy jakieś głupstwo. - Masz kogoś? – odkąd związała się z Loraną, zawsze zadawała właśnie takie pytanie, zamiast zapytać po prostu o partnera przeciwnej płci. Teraz te sprawy nie były już dla niej tak bardzo oczywiste. - Tak, jestem mężatką. Pół roku temu wyszłam za Kenlacjanina, którego poznałam na zajęciach. Ma na imię Saali. Mieszkamy na razie u jego rodziców, ale wkrótce wynajmiemy coś swojego. Niedługo zrobiłoby się nam za ciasno z teściami – zaśmiała się w sposób nie pozostawiający żadnych wątpliwości co do ukrytego znaczenia jej słów. Zauważyła, że Armina stoi w drzwiach ze ścierką w dłoni i przysłuchuje się rozmowie córek, dodała więc: - Mamo, nie zdążyłam ci powiedzieć, że od dwóch miesięcy nie mam miesiączki. Za to co kilka dni zdarzają mi się nagłe mdłości. Myślę, że jestem w ciąży. A więc jednak. Armina na wieść, że wkrótce zostanie babką, odparła rozpromienionym głosem: - To cudowna wiadomość, córeczko. Podeszła do dziewcząt, pochyliła się i złożyła pełen matczynej dumy pocałunek na jasnej skroni Emany. Derra poczuła nagłe ukłucie w sercu. „Mamo, jestem w ciąży”. „To cudowna wiadomość, córeczko”. „Mamo, spotkałam kogoś, kogo pokochałam z całych sił, i jestem teraz bardzo szczęśliwa.” „To cudowna wiadomość, córeczko”. Takie słowa pod jej adresem nie padły z ust tej hołdującej jasnym i twardym zasadom kobiety, i prawdopodobnie nigdy nie padną. Postanowiła podroczyć się z tymi dwoma. Armina nie będzie wciąż zamiatać jej uczuć pod dywan. Tym razem Derra nie pozwoli jej na zachowanie tak lekceważące i raniące młodszą córkę. - Ja też kogoś mam – odezwała się. – To Quatessinka, ta osoba, o której już ci wspominałam. Lorana Yel. Na chwilę zapadła nagła cisza, taka, jaka opadała zawsze, gdy po raz pierwszy mówiła komuś o swoim związku. Wreszcie Emana odezwała się zmienionym głosem, w którym czaił się chłód: - Chyba żartujesz. Powiedz, że żartujesz. - Nie, nie żartuję. Naprawdę kocham kobietę. Lorana jest najwspanialszą osobą, jaka kiedykolwiek chodziła po tym świecie. Chcę cię z nią poznać. Porozmawiacie sobie po quatessińsku. Dużo się od niej dowiesz, bo jest paskudnie oczytana i inteligentna. - Nie chcę jej poznawać. Nie mogę uwierzyć, że naprawdę chcesz żyć w ten sposób, Derro. Nie spodziewałam się, że zejdziesz na takie manowce. Emana wstała gwałtownie i zaczęła przechadzać się nerwowym krokiem po pokoju, wyrażając w ten sposób zdecydowany sprzeciw wobec stylu życia siostry. Derra miała ochotę parsknąć jej śmiechem w twarz. Bardziej jednak było jej do płaczu i ogromnie żałowała, że nie może przynieść sobie w ten sposób ulgi. - To już skończone – odezwała się Armina. – Derra wcale taka nie jest. Nie mamy powodu do zmartwienia. Niedługo pozna miłego chłopca i wyjdzie za niego za mąż, jak Wielki Duch przykazał. Prawda, droga Derro? - Jeśli wyjdę za mąż, to tylko za Kimmo Lapalainena – syknęła, podrywając się wściekle z miejsca. – On też wam się nie spodoba, bo jest Sangacjaninem i z nim także nie będę miała dzieci, więc nie dam ci wnuków. A na razie jestem z Loraną i ona jest dla mnie najważniejsza, więc przestań udawać, że tego nie ma. Zwróciła się znów do siostry, a w jej głosie pobrzmiewała prawdziwa desperacja: - Emano, proszę cię, chodźmy do babci. Poznasz moją Loranę i porozmawiasz z nią po quatessińsku. Na pewno przypadniecie sobie do gustu. - Nie mam zamiaru przypadać do gustu tego rodzaju kobiecie – odparła z niesmakiem tamta, siadając wreszcie w fotelu. – Derro, taki związek nie ma sensu. Powinnaś go natychmiast zakończyć. Kobieta i mężczyzna są stworzeni do tego, by być razem, wzajemnie się wspierać i mieć dzieci. - Posłuchaj siostry, bo ma rację – wtrąciła Armina. - Mamo, ja ją kocham, a ona kocha mnie. Nie uda ci się nas rozdzielić. - Namiętność przychodzi i odchodzi. Nie jest esencją życia, jak próbują ci wmówić książki. Jestem twoją matką i dopilnuję, byś ułożyła sobie to życie we właściwy sposób, bo masz tylko jedno. - Proszę, pozwól mi pójść do babci. Pozwól mi zobaczyć Loranę. Muszę wiedzieć, gdzie ona teraz jest. Emano, pójdźmy tam razem. Miotała się między jedną a drugą, u żadnej nie znajdując zrozumienia ani pomocy. - Derro, ta Quatessinka skrzywdziła cię – odezwała się Armina cichym głosem, w którym nie było złości, lecz tylko troska. – Wskazała ci błędną ścieżkę życia, która cię uwiodła, bo jesteś młodziutka i niedoświadczona. Ale to już minęło. Teraz jesteś z rodziną, która próbuje ci pomóc. Pojmij wreszcie, że to nie ja jestem twoim wrogiem. Chcę tylko wyprostować twoje życie. Nie powinnaś walczyć ze mną, lecz z tą chorą miłością, która niszczy cię od środka. Poczuła, jak opuszczają ją nagle wszystkie siły. Pewnie zemdlałaby, gdyby nie to, że za nic w świecie nie chciała okazać swojej słabości tym dwóm tak bardzo podobnym do siebie kobietom. - Mamo, proszę cię, spróbuj mnie zrozumieć. Nikogo w życiu nie kochałam mocniej – jęknęła, mając jeszcze nadzieję, że uda jej się przekonać Arminę. – Jeśli ją stracę, umrę. Czemu chcecie mi zabrać nawet to? W imię czego mam cierpieć tym razem? Przecież nikomu nie wyrządzam tą miłością krzywdy. - Nie będziemy o tym dyskutować, Derro – głos matki znów był twardy jak stal. – Zgubiłaś się i nie odróżniasz już dobra od zła. Muszę od nowa nauczyć cię tej sztuki. Niewidoma dziewczyna obróciła się na pięcie i pobiegła na górę, niemal gubiąc na schodach chodaki. Na piętrze zderzyła się z Kan-tanem, którego wyminęła bez słowa. Wpadła jak wicher do swojego pokoju, trzasnęła mocno drzwiami, rzuciła się na łóżko i długo szlochała bez łez, do głębi wstrząśnięta zarówno nieustępliwością matki, jak i jej raniącymi do żywego słowami, które mogły być prawdą. Nawet Emana, na której pomoc tak mocno liczyła, była przeciwko niej. Nikt nie był po stronie tej miłości, nikt oprócz niej samej nie chciał jej ratować. Właśnie traciła ostatnią z ocalonych wiar, tę, bez której całe jej dotychczasowe życie nie miałoby sensu. Było to przekonanie, że cały świat może być zły, ale Entoria zawsze będzie dobra i przyjazna. Że umiłowana ojczyzna także kocha córkę słońca i nigdy jej nie skrzywdzi.

* * *

Emana wyjechała następnego dnia zaraz po południu. Przy śniadaniu panowała grobowa atmosfera. Nawet Kan-tan w milczeniu grzebał drewnianą łyżką w swojej porcji żurku, szukając skrawków kiełbasy. Był wystarczająco duży, by zauważyć, że w jego rodzinie dzieje się coś złego, i że ma to związek z tą dziwną, „nową” siostrą i jej ciemnoskórą „narzeczoną”. Dziewczęta trochę ze sobą rozmawiały, lecz była to raczej chłodna, wymuszona wymiana uprzejmości, nie zaś swobodna konwersacja. Derze było z tego powodu wyraźnie przykro i nie ukrywała rozczarowania. Wczoraj przy budzie liczyła skrycie na to, że zamkną się potem w pokoju młodszej dziewczyny i przegadają połowę nocy, nie zwracając uwagi na upływający czas. Miała chęć opowiedzieć Emanie ze szczegółami o obu swoich miłościach i wszystkim innym, co przytrafiło jej się w okresie, gdy były rozłączone. Tymczasem wyrósł między nimi mur nie do obalenia. Zaczynała wprawdzie kilka razy nieśmiało snuć swoją opowieść, starannie omijając na wszelki wypadek wątek Lorany, lecz starsza siostra nie okazywała zainteresowania jej przygodami. Zbywała Derrę suchym potakiwaniem, w dużo większym stopniu zajęta słuchaniem pouczeń matki, jak powinna dbać o siebie podczas ciąży i jak przygotować się do porodu. Na krótką chwilę pojawił się Aldorent Morrison, na szczęście sam. Derra odetchnęła z ulgą. Sytuacja była już wystarczająco trudna, by Lorana dodatkowo zaogniała ją swoją obecnością i ostentacyjnym okazywaniem Derze uczucia. Niewidoma nie potrzebowała karczemnej awantury, która byłaby bolesnym ukoronowaniem wczorajszego spięcia. Miała nadzieję, że przynajmniej stosunki jej siostry z Sangacjaninem ułożą się dobrze, lecz przeliczyła się także w tym względzie. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że Emana obwinia o wszystkie nieszczęścia siostry właśnie Eliminatora. To on był tym, który wespół z Williamem Blackiem oderwał dziewczynkę od troskliwego łona rodziny. Nowy świat wymusił na psychice Derry zmiany tak głębokie, iż obecnie nie należała już do społeczności, z której się wywodziła. A może nie należałaby do niej tak czy owak. Wszak od maleńkości hodowała w sobie myśli i pragnienia, bez których ci prości, żyjący powszednimi sprawami ludzie znakomicie się obchodzili. Nalegała, by Aldorent i Emana trochę ze sobą porozmawiali. Zaprowadziła oboje do gościnnego pokoju i prawie przemocą usadziła w fotelach. Własnoręcznie zaparzyła dla obojga herbatę w ozdobnych, fajansowych filiżankach i ostrożnie postawiła naczynia na ławie, podkładając pod spód lniane, haftowane w chabrowe wzory serwety. - Nie wypuszczę was, dopóki się chociaż trochę nie poznacie – zapowiedziała, próbując nadać swojemu głosowi pogodne brzmienie, chociaż nadal zbierało jej się na płacz. Ale nie mogła skleić tej relacji na siłę, podobnie jak nie była w stanie zmusić Emany, by zaprzyjaźniła się z jej ukochaną. Pomimo opowieści Derry o bohaterstwie Aldorenta, pełnej entuzjazmu i nieco przesadnych pochwał pod adresem mężczyzny, siostra do końca zachowała nieufną rezerwę. W rezultacie konwersacja obracała się głównie wokół turystycznych atrakcji wybrzeża Kenlacji oraz największych miast tego kraju. Wreszcie Aldorent odstawił filiżankę z głośnym stuknięciem i wstał ze słowami: - Na mnie już czas. Mam parę spraw do przypilnowania. Dziękuję za herbatę, Derro. A panią było bardzo miło poznać. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. Podając mu na pożegnanie rękę, Emana powiedziała: - Niech się pan z nią ożeni. Nawet pan będzie lepszy niż... Nie dokończyła, zawieszając zamiast tego głos w sposób tak dramatyczny, że Derra nie miała najmniejszych wątpliwości co do dalszego ciągu. Po wyjściu Aldorenta odezwała się cicho: - Jak mogłaś mi to zrobić? Niczego między nami nie ma, więc bądź łaskawa nie opowiadać takich głupot. Pomyśli, że jest w tym domu swatany na siłę. - Nie lubię go, ale chcę twojego dobra. Jeśli tak bardzo go cenisz, wyjdź za niego. To przynajmniej mężczyzna z krwi i kości. - Nie wtrącaj się w moje życie, Emano, jak ja nie wtrącam się w twoje – w głosie Derry zadźwięczało coś metalicznego, jakby leciutka groźba. – Zostawcie mnie wszyscy w spokoju i pozwólcie być szczęśliwą. - Ależ bardzo chcemy, żebyś była szczęśliwa. Z takim argumentem niezwykle trudno było się spierać. Po tym upragnionym, a mimo to nieudanym spotkaniu z siostrą Derra była bardzo markotna, i ten nastrój wzmagał się z każdą godziną. Nawet piękna pogoda nie była w stanie wywołać uśmiechu na jej wargach. Szukała rozpaczliwie samotności, bo tylko ona przynosiła nieznaczną ulgę. To nic, że ponure myśli powracały ze zdwojoną siłą. Przynajmniej przez kilka godzin nikt nie próbował jej na siłę uszczęśliwić.

* * *

W niedzielę, jeszcze przed śniadaniem, a po tym, jak asystowała ojcu przy oporządzaniu gospodarskich zwierząt, zjawili się z wizytą Ergon i Milla, kuzyni Derry i najwierniejsi towarzysze dziecięcych zabaw. Musiała cierpliwie znieść kolejną porcję uścisków, pocałunków, łez wzruszenia oraz okrzyków zachwytu. Szczególnie Milla nie mogła się nadziwić jej wysokiemu wzrostowi i doskonałej figurze. - Jakżeś ty wyrosła, kochanie! – w wyrazie rozanielenia składała raz za razem białe dłonie. – Świetnie wyglądasz, Derro. Nie spodziewałam się, że będziesz tak dobrze wyglądać. Derra wciąż była zrozpaczona i nie miała chęci na odpowiadanie na te wszystkie niezasłużone komplementy. - A kogo się spodziewałaś? – niemalże odburknęła niecierpliwie. – Pulchniutkiej dwunastolatki? Rosłam razem z tobą, Millo, chociaż daleko stąd. Nawet w pamięci rówieśników żyła nadal jako tamta dziewczynka, nie zaś jako dorosła Derra, mająca własne zdanie i życie. Ta historia powtarzała się w prawie identycznym kształcie z przybyciem każdej kolejnej witającej ją osoby. Byłaby może nawet komiczna, gdyby nie spychała jej przy okazji do roli dziecka. - Do twarzy ci z tą czerwoną chustką – rzucił Ergon, przechodząc przez otwarte drzwi do pokoju. – Wyglądasz naprawdę oryginalnie. Już miała odwzajemnić się jakąś ciętą ripostą, z trudem panując nad własnym rozdrażnieniem, gdy chłopak dorzucił: - Wspaniale znów cię widzieć, niepoprawna marzycielko. Zrezygnowała więc ze złośliwości, czując ogarniające ją niespodziewanie wzruszenie. W jej gardle narastała twarda gula, którą bezskutecznie usiłowała przełknąć. Pozwoliła Milli wziąć się pod ramię i poprowadzić za bratem do gościnnego pokoju. Tam wyswobodziła się z jej uścisku i siadła na kanapie w swoim ulubionym rogu, zsuwając chodaki i gramoląc się na mebel razem z nogami. Otuliła dokładniej spódnicą podkurczone kolana, poczekała, aż kuzynka usadowi się obok niej, zaś kuzyn w jednym z foteli, i zaczęła mówić: - Przyjechaliście wczoraj, tak? - Yhm – potwierdził Ergon, wpychając sobie w usta jeden z pączków Arminy, nadziewanych wiśniowym dżemem. – A dlaczego pytasz? - W takim razie pewnie wiecie już, po co noszę tę przepaskę. Ciotka Elanta nie byłaby sobą, gdyby natychmiast nie wypaplała wam wszystkiego, co wie na mój temat. Umówmy się może tak: pokażę wam moje oczodoły, ale tylko jeden raz. I żebyście mi tu nie pomdleli. Nie mam ochoty znów ganiać do studni po wodę. Jeszcze przed kilkoma dniami długo zastanawiałaby się nad spełnieniem takiej prośby. Dziś nie trzeba jej było nawet namawiać. Chyba coraz bardziej obojętniała na wszystko, co się wokół niej działo, skoro z własnej woli zaproponowała oglądanie swoich blizn. A może to epatowanie cielesną brzydotą było jedynie przewrotnym sposobem na zasygnalizowanie bólu duszy. Jeśli tak było, ten sygnał przepadł bez echa, jak zresztą wszystkie inne, które wysyłała pod adresem bliskich. Jej narastające cierpienie było dla tych ludzi dowodem, że Derra, buntując się przeciwko powszechnie przyjętym normom postępowania, sama ściągnęła na siebie kłopoty. Było najlepszym dowodem na to, że nastolatka bardzo potrzebuje, by pokazać jej lepszą drogę życia i troskliwie nią poprowadzić. W żadnym zaś wypadku nie świadczyło o tym, że może jej się dziać niezawiniona krzywda. Takie jak ona nie mają prawa do uskarżania się na swój los. Rozwiązała opaskę, zsunęła ją z twarzy i czekała na reakcję tamtych. Nie zdarzyło się nic szczególnego, wyjąwszy kilka gwałtownych westchnień i głębokie wciąganie powietrza, jakby w domu zrobiło się nagle bardzo duszno. Ani Ergon, ani jego siostra nie odezwali się nawet słowem na temat tego, co zobaczyli. Nie było ani wyrazów bezużytecznej litości, ani też okrzyków zgrozy. Z powrotem przepasała twarz i napawając się po dziecinnemu wrażeniem, jakie wywarła na kuzynach, odezwała się znów: - Mówcie, co u was. Na moją opowieść przyjdzie czas później. O ile będziecie ciekawi. - Wkrótce się żenię – odparł po chwili milczenia Ergon. – Moja narzeczona, Kamisa, pochodzi z Brzozowej Wici w okręgu Kano. Chodzimy do tej samej klasy. Mamy zamiar pobrać się w tym roku, zaraz po skończeniu szkoły. Może nawet zdążymy wziąć ślub, zanim ruszymy w góry. Będziemy mieszkać tutaj, w Sokole, na razie z rodzicami. Musisz ją wkrótce poznać. Czyżby całe młode pokolenie we wsi wstępowało właśnie w związki małżeńskie bądź wstąpiło w nie niedawno? Czy musiano tą okrężną drogą przypominać wciąż o jej odmienności? Po trzecie, czy Ergon i Milla już wiedzieli...? I po czwarte, ostatnie i najważniejsze, czemu, na Chaos, wymagano od niej, by z otwartymi ramionami witała ważne w życiu krewnych osoby, gdy ci sami ludzie najchętniej splunęliby Loranie w twarz? - Gratuluję, Ergonie – odparła sucho i obróciła się twarzą w stronę, gdzie powinna znajdować się kuzynka. – Ty też? Kiedy wychodzisz za mąż, Millo? - Na razie nie wychodzę – zaśmiała się trochę nerwowo dziewiętnastolatka. – Nikogo teraz nie mam. Prowadzałam się przez parę miesięcy z takim jednym, ale nam nie wyszło. Chyba odstraszyło go gadulstwo mojej matki. Pomyślał, że ja też kiedyś taka będę. Ależ ty już taka jesteś, złotko, pomyślała Derra z przekąsem. A przynajmniej byłaś kiedyś. Kiedy zaczynałaś paplać, trudno było zamknąć ci usteczka. Najlepiej było po prostu cię nie słuchać i w odpowiednich momentach kiwać głową na znak zgody. Przynajmniej Milli nie będą jej stawiać za wzór. Tylko ona nie będzie w najbliższym czasie załatwiać formalności ślubnych, sprowadzać do wsi ukochanego ani oczekiwać z niecierpliwością, ale i strachem, dnia porodu. To wszystko powodowało, że istniała szansa, iż uda jej się zaprzyjaźnić z kuzynką. Naturalnie, o ile Milla nie potraktuje jej tak, jak Emana. - Chcę wam o czymś powiedzieć – zaczęła, nabierając powietrza w płuca. – Może już wiecie, a może nie. Ja też jestem z kimś związana. To nie jest mężczyzna – wyrzuciła z siebie gwałtownie i przytuliła się mocniej do oparcia kanapy. Gdyby mogła, rozpłynęłaby się w powietrzu lub zapadła pod ziemię. - To kobieta – powtórzyła. – Quatessinka. Nazywa się Lorana Yel, jest malarką i ma dwadzieścia pięć lat. Nie wiem, czy moja matka nas słucha. Pewnie tak, bo ma uszy w całym domu – uniosła nieco głos. – Jeśli nawet tak jest, nie obchodzi mnie to. Milla spojrzała w stronę otwartych drzwi i kręcąc głową odezwała się: - Nie widzę jej. - A szkoda. No dobrze, miejmy to już za sobą – dorzuciła z jakąś niewytłumaczalną irytacją. – Owszem, jestem w związku z kobietą. Kocham ją na śmierć i życie. Wiem, że nie podoba wam się moja miłość, ale to całe święte oburzenie coraz bardziej mnie męczy, więc oszczędźcie mi go, dobrze? I tak nie zmienicie moich uczuć, więc nie chcę słuchać waszego narzekania. Przez chwilę milczeli wszyscy troje. Derra oddychała ciężko, starając się zapanować nad własnym podekscytowaniem. Z niecierpliwością czekała na reakcję przyjaciół z dzieciństwa. Wcale nie było jej wszystko jedno, ponieważ zwykle im bardziej deklarowała obojętność, tym mocniej jej na czymś zależało. Desperacko potrzebowała czyjejś zgody na ten związek. Chociażby jednej, jedynej życzliwej osoby. - Ależ wiemy o tym. Widziałam wczoraj wieczorem tę Loranę – odezwała się nareszcie Milla. – Cholernie ładna. Niesamowita. Nigdy nie spotkałam nikogo podobnego. - Bo nigdy nie byłaś w Quatessinie – roześmiała się Derra, czując wielką ulgę. - Niesamowita – potwierdził Ergon. – Ale byłoby lepiej, gdybyś miała chłopaka. Zastanawiała się przez chwilę, czy nie powinna opowiedzieć im o Kimmo. Ale chyba nie. Bo Kimmo tak naprawdę był teraz nieobecny w jej życiu. Młodziutki Sangacjanin był wspomnieniem, a zarazem nieziszczalnym marzeniem. Jej jedynym realnym w tym momencie związkiem był ten z Loraną. - Ergon, wiem, że byłoby lepiej – westchnęła. – Ale go nie mam. Mam dziewczynę. Pogódźcie się z tym, proszę. - Jak sobie chcesz – wzruszył ramionami młodzieniec. – Twoja sprawa. Ale nie licz na moje poparcie. To nie jest normalne i nigdy nie będzie. - Nawet nie wiecie, kochani, jak dużo znaczy dla mnie wasza dobroć. - To nie jest normalne, Derro – powtórzył chłopak. – Ale rób, co chcesz, skoro musisz. - Dziękuję, kuzynie – szepnęła niewidoma cichutko, a na jej usta wpełznął wreszcie blady uśmiech.

* * *

Coraz częściej przystawała przed palisadą, myśląc bez końca o Loranie. Usiłowała sobie przypomnieć topografię wsi, a przede wszystkim drogę do domu babki. Mogłaby pójść tam sama, licząc na to, że któreś z sąsiadów ulituje się nad nieszczęściem dziewczyny i zaprowadzi ją do przywódczyni, ale nie pozwalał jej na to nadmiar dumy. Wciąż wierzyła w to, że to właśnie ona jest następczynią Kendry, bezpośrednią sukcesorką po twardej Arminie, i chociażby dlatego nie wypadało jej błagać członków plemienia o pomoc. Mogłaby pójść zupełnie sama, w końcu umiała odtworzyć w pamięci drogę do tamtego domu, do którego tak często biegała z kuzynami jako dziecko. Bała się jednak wałęsających się bez opieki psów, przed którymi, z powodu swojego kalectwa, nie byłaby w stanie się obronić. Poza tym ta przeklęta duma sprawiała, że nie mogła znieść myśli o parach oczu, obserwujących ją ze współczuciem i niezdrową fascynacją zza każdego węgła. Tkwiła więc w gospodarstwie rodziców. Opuściła je w ciągu tygodnia tylko dwa razy, gdy matka, sprowadzając wieczorem owce do zagrody, zabrała ją ze sobą na hale. Przebywanie w wyłącznym towarzystwie Arminy, z którą wciąż nie znalazła wspólnego języka, nie wydawało się szczególnie zachęcającą perspektywą. Pomimo to Derra tak bardzo chciała wyjść, choćby na chwilę, poza ogrodzenie, że nawet taka codzienna przechadzka wydała jej się nagle daleką i pełną przygód wyprawą. Po drodze matka przypilnowała zresztą, by dziewczyna nie zatrzymywała się nigdzie na dłużej i z nikim nie zamieniła więcej niż dziesięć słów. Ponawiane kilka razy pytanie o dokładną drogę do domu Kendry zbywała upartym milczeniem. Nie wiedziała nawet, czy Lorana wciąż jeszcze przebywa we wsi. Być może, znudzona bezowocnym oczekiwaniem, głowiąc się, czemu Derra nie szuka z nią kontaktu, przyjaciółka spakowała manatki i ruszyła w powrotną drogę do Quatessinu. Zaciskała bezsilnie pięści na myśl, że jej przedłużające się milczenie mogło wywołać w Loranie przekonanie o obojętności, a nawet niewierności młodziutkiej Entorianki. Poza tym nierozwiązana pozostawała kwestia Aldorenta Morrisona. Przecież tamci dwoje mieli rok temu gorący romans, co dowodziło, że Lorana była zdolna do pokochania mężczyzny. Sypiali sami jedni na pięterku, jak ona z Kan-tanem. Dzieliło ich tylko cienkie drewniane przepierzenie, przez które słyszało się każdy odgłos w drugim pokoju. Niemal traciła rozum z zazdrości, gdy wybujała wyobraźnia podsuwała jej obraz Lorany szczytującej w objęciach Sangacjanina. Miała wtedy chęć wyć z wielkiego bólu i biec przed siebie na oślep, żeby zapobiec nieszczęściu. Pobiegłaby nawet bez zatrzymywania się do samego Quatessinu, byleby tylko nie utracić tej miłości, bez której nie wyobrażała sobie życia. Uspokajała samą siebie tłumaczeniem, iż jej udręka jest absurdem. Lorana jest jej wierna, a Aldorent nie dołoży przecież cierpień tej, którą dawno temu bardzo skrzywdził. A potem znów widziała ich w czułym uścisku i postanawiała, że jeśli to okropieństwo okaże się prawdą, znajdzie sposób, by zemścić się na Eliminatorze. Może wydłubie mu oczy ostrymi nożycami, którymi jej ojciec strzygł owce. Potem zabije Loranę, a na końcu rzuci się w wody Cichej Toni. Wiedziała, że dzielenie się tymi myślami z którymkolwiek z rodziców nie miałoby sensu. Matka była główną…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych