Wróć do katalogu

coś

??????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????????

malyGowniarz, opublikowano , 26 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Skrobałem tłuszcz z wiekowych patelni i jeśli myślisz, że wiesz jak śmierdzi w miejscu gdzie smażą frytki wchodząc tam jako klient to się grubo mylisz. Zapach w kuchni to coś naprawdę wyjątkowego. Zdążyłem się już przyzwyczaić, a nawet go polubić. Był środek lata, wszyscy spoceni, łącznie z grubym kucharzem przewracającym burgery. Teraz jest inaczej. Siedzę sobie na biegunie południowym w opuszczonej bazie badawczej spisując przełomowe wydarzenia z mojego przydługiego życia. Właśnie tamtego lata stwierdziłem, że przeniosę się na Antarktydę. Sądzę, że narratora już nie ma, ponieważ, od tego pamiętnego dnia w piwnicy jednorękiego detektywa czuję się jak w normalnym świecie, jeśli ktoś odróżnia takowy od pierwszej lepszej narracji. Ale wracając do moich dni w barze u Soczystego Boba. Sam lokal znajdował się na parterze kamienicy, takiej wysokiej, jak w Nowym Jorku, we włoskich dzielnicach gdzie, tłuściutcy gangsterzy z pozlepianymi włosami siedzą, grają w karty, załatwiają interesy na zapleczach, gdzie miesza się zapach włoskiego żarcia i brudnych alejek. Bar z burgerami u Soczystego Boba nie był jednak takim miejscem, ani nawet nie znajdował się w Nowym Jorku. Właściciel amerykańskiego baru z burgerami, Wiekowy, nie Soczysty Bob, szkielet człowieka, zawsze nosił szaro-białą koszulkę na ramiączkach. Przesiadywał w malutkim gabinecie za kuchnią. Ściany tego ciasnego pokoiku ozdabiały plakaty króliczków Playboya, najstarsze aż z lat sześćdziesiątych, najnowszych praktycznie nie było, bo Playboy zszedł na psy. Te starocie miały jednak swoją klasę; nawet podejrzanie poplamione pozostawały pewnego rodzaju artefaktami. Bob z fajką w wąskich ustach jednym okiem oglądał stare telenowele na telewizorze zawieszonym w rogu, a drugim łypał na korytarz i znajdującą się za nim kuchnie. Widział i słyszał wszystko. Syczenie smażonego tłuszczu musiało być dla niego równie znajome co morska bryza dla starego żeglarza wyruszającego w długi rejs w nieznane. Druciana ścierka poruszała się w górę i w dół, a piana narastała. Za moimi plecami Paco, Cezar i Ivan przewracali burgery, topili frytki w tłuszczu, pracowicie roztapiali ser do cheesburgerów, jednocześnie dłubiąc w nosie. W takiej pracy łatwo wpaść w ciąg, oddzielając mózg od reszty ciała powtarzającego wyuczone czynności. Człowiek ucieka wtedy myślami w jakieś przyjemniejsze miejsce. Szczęśliwie dla mnie takim miejscem było wnętrze lokalu w którym pracowałem. Tak, dokładnie tak, i to nie ze względu na Paco, Cezara, Ivana, ani nawet Boba. Kątem oka dostrzegałem klientów opychających się powiększonymi zestawami z dużą colą. Ich spocone twarze oświetlało letnie słońce, a z zewnątrz dochodził szum ulicy. Wśród opasłych nierobów, spędzających czas przed ekranem, rodzin z dziećmi, wyglądających niemal jak z kserokopiarki, rozgadanych japiszonów w białych koszulach, z telefonem i laptopem, zwykłych brudnych roboli w niebiesko-pomarańczowych uniformach krążyła ona, Daisy, kelnerka. Przyciągała znudzony wzrok większości męskich klientów. W krótkiej, białej spódnice, trampkach, ze związanymi włosami o kolorze słomy biegała między stolikami, a jej kształtne piersi podskakiwały rytmicznie pod białą koszulką z napisem „u Soczystego Boba”. To ona była moją ucieczką, tylko ją kochałem i pragnąłem jej szczęścia. Niestety w równym stopniu budziła moje uwielbienie, co lęk. Lęk przed tym że jest dla mnie zbyt idealna. Nasze rozmowy ograniczały się do „cześć” rano i „pa” wieczorem, gdy z Daisy ścieraliśmy keczup, niedojedzone kawałki mięsa i plamy po klejących napojach, w świetle zachodzącego słońca. Dni w pracy był do znudzenia jednakowe ale przychodziłem tam przede wszystkim dla Daisy. Widziałem uśmiech na jej pięknej twarzy i czułem, że jest szczęśliwa beze mnie. Pewnego wieczoru wyszliśmy z baru jak zazwyczaj. Bob zamknął lokal żegnając się z nami ponurym spojrzeniem. W tym niczym niewyróżniającym się miejscu na uboczu miejskiego labiryntu kamienic Daisy zapaliła papierosa. Paco, Cezar i Ivan odeszli rozmawiając. Zostaliśmy tylko my. Pamiętam, że jak zawszę gdy byłem blisko niej moje myśli wariowały i nie mogłem się zdecydować co zrobić albo powiedzieć. Kręciłem się jak idiota. Do przodu i do tyłu. Prawie przeszedłem przez ulicę, bo tak się składa, że mieszkałem na czwartym piętrze w kamienicy naprzeciwko. Daisy zamyślona, patrząc w stronę zachodzącego słońca daleko na końcu ulicy pewnie nawet mnie nie zauważała. --Dasz papierosa?— Rzuciłem nie wiedząc co mówię. --Słucham? --Papierosa. --Jasne.—Wyciągnęła paczkę, a ja się poczęstowałem. –Nie wiedziałam, że palisz. --Nie palę.—O tak, wziąłem tego papierosa, po tym zapalniczkę lekko muskając jej chłodną dłoń, a potem powiedziałem, że nie palę. -Acha.- Daisy spojrzała na mnie jak na kretyna. -Tak.- Westchnąłem zażenowany. Z łatwością mogłem po prostu odejść, to byłoby najprostsze. Tylko czy aby na pewno? Spoglądałem skonsternowany na fajkę i zapalniczkę ściskane w dłoniach. Coś we mnie narastało, nieuchronnie podpływało do gardła jak fala wymiotów. –Jesteś najbardziej niesamowitą dziewczyną jaką kiedykolwiek spotkałem.- Wypaliłem oddając jej zapalniczkę i fajkę. –Nie palę, po prostu nie wiedziałem jak ci to powiedzieć.- Starałem patrzeć się w jej przepastne, ciemnoniebieskie oczy, a było to naprawdę trudne. –Może wyszlibyśmy gdzieś razem. Byle nie do baru z fast foodem.- Dodałem i nastąpiło oczekiwanie na odpowiedź. Daisy zachowywała powagę. Nie uśmiechała się co już było złym znakiem. Moja chwilowa i zaskakująca radość spowodowana tym, że w końcu odważyłem się powiedzieć jej to co myślę gwałtownie zniknęła. -Słuchaj.- Odparła przeciągając. –Raczej nie jestem zainteresowana. Mam już kogoś.- Te słowa bardzo mnie zabolały, myślałem, że naprawdę zwymiotuję. -Rozumiem. -No to ten tego…- Dodała Daisy odrzucając niedopałek. –Muszę już iść.- Odwróciła się i odeszła. Stałem tam jeszcze chwilę jak jeden ze słupów przy drodze. Potem zrezygnowany zawlokłem się do mieszkania. Było to ciasne, dość obskurne miejsce ale zdatne do życia. Rzuciłem telefon, klucze i portfel na stolik pod ścianą. Czułem się naprawdę brudny i zmęczony. Rozważałem czy nie wsadzić głowy do głośno brzęczącej lodówki, posiedzieć tam tak długo, żeby poczuć jak zamarza mój przereklamowany mózg. Wybrałem zimny prysznic. Jeśli powiedziałem, że mieszkanie było ciasne to takie określenie wobec łazienki byłoby niedopowiedzeniem. Starałem się czyścić białe kafelki co jakiś czas ale w kącie i tak pojawił się brązowo żółty grzyb, jakiś rodzaj pleśni, który czasem obserwowałem z zaciekawieniem, myjąc zęby. Wysikałem się, zamknąłem sedes i zrzuciłem przepocone ubranie. Bez dłuższego zastanowienia, ani przyglądania się swojemu cherlawemu ciału wszedłem pod prysznic. Zimny strumień orzeźwił mnie jak należało ale po pewnym czasie włączyłem ciepłą wodę. Gorąco niestety powoduje, że człowiek się rozpuszcza, dosłownie i w przenośni. Rozważałem to co zrobiłem, wyobrażałem sobie różne scenariusze, a także myślałem o tym, że następnego dnia znów zobaczę Daisy, pewnie szczęśliwą jak zwykle. Właśnie w tym momencie dostrzegłem że nie jestem sam w tym klaustrofobicznym pomieszczeniu wyłożonym kafelkami. W gęstej parze dostrzegłem sylwetkę. Szybkim ruchem wyłączyłem wodę i chciałem chwycić za ręcznik ale pośliznąłem się i upadłem. Moje ciało z głośnym plaśnięciem przywitało posadzkę. Niewielki penis leżał bezwładnie na moim udzie. Odczołgałem się do ściany, obserwując jak włamywacz wyłania się z oparów. Za nim go ujrzałem zdążyłem jedynie pomyśleć, że jedyną gorszą pozycją w jakiej mogłem się znajdować podczas włamania było siedzenie na sedesie i załatwianie grubszej sprawy. Tak czy inaczej szok był ogromny, gdyż moim oczom ukazał się pies, właściwie głowa psa, chyba bernardyna ale mogę się mylić, wystająca z pierwszorzędnego, czarnego garnituru. Pies chodził na dwóch nogach oraz nosił czerwony krawat i błyszczące lakierki, przy każdym kroku stukające o kafelki. Włamywacz był wysoki ale mieścił się w drzwiach. Z góry zmierzył mnie pustym, psim wzrokiem. Nie wiedziałem co powiedzieć Daisy, a teraz byłem kompletnie w kropce. Usta układały mi się w niewypowiedziane słowa, mające jakoś wyjaśnić tą sytuację. --Wreszcie się spotykamy.- Pies w garniturze odezwał się głębokim i spokojnym tonem. –Z bliska wyglądasz na prawdziwego niedorajdę.- Pokręcił łbem i poprawił krawat. –Uprzedzając głupie pytania, to nie jest sen ani scena z filmu, a ja nie jestem gadającym żukiem, takim jak ten z Nagiego Lunchu.- Nie widziałem Nagiego Lunchu do dziś, i do dziś nie wiem czy pies chciał wtedy zażartować czy ze mnie zakpić. Prawdopodobnie jedno i drugie. --Słuchaj kolego.- Westchnął włamywacz. –Odwal się od mojej kobiety. Mówiła mi jak gapisz się na nią całymi dniami, ale dziś to już chyba przesadziłeś. Przyszedłem do ciebie osobiście tylko po to, żeby dać ci znać gdzie jest twoje miejsce.—Nie mogłem zebrać myśli, ponieważ cała sytuacja była nie do pojęcia. Jednym logicznym wytłumaczeniem byłaby choroba psychiczna, ale to wykluczone. Pod tym względem do dziś uważam się za okaz zdrowia. Druga opcja to narkotyki. Taka odpowiedź również byłaby satysfakcjonująca. Naćpałem się i widziałem w swojej łazience psa w garniturze. Na swoje nieszczęście tak samo pomyślałem w tamtym momencie. Nie zgadzało się tylko to, że byłem pewny, że nie brałem żadnych narkotyków. Pomyślałem, a może powiedziałem to nawet na głos, teraz to już nie ważne, że dałbym sobie uciąć nogę jeśli cokolwiek brałem. Po tym stwierdzeniu poczułem niewielkie ukłucie nad prawym kolanem. Spojrzałem zaraz w to miejsce i okazało się że moja prawa noga, od kolana w dół leży sobie jak gdyby nigdy nic obok zlewu, przy zagrzybionym kącie łazienki. Została ucięta tak czysto, że widziałem wszystkie naczynia, żyłki i kość. Nie wiedzieć czemu, zaraz przypomniało mi się jak z kolegą z ławki, w szkole, próbowaliśmy jakiś biały proszek, który to kolega podwędził ojcu—szefowi jednej z większych firm telekomunikacyjnych na świecie. To było jakieś piętnaście lat temu ale moja następna myśl przywiodła wspomnienie opowieści z dzieciństwa, o podstępnym dżinie który oszukuje i przekręca ludzkie życzenia. To głupie ale takie było moje pierwsze wyjaśnienie tej sytuacji. Jakaś zła siła usłyszała, że zarzekam się, iż nie brałem narkotyków, co przyznaję w świetle tego proszku w szkole było niedopowiedzeniem i myśląc, że ma do tego pełne prawo ucięła mi nogę. Potem okazało się, że chyba nie byłem tak daleko od prawdy. -Boże.- Pies nie ruszył się z miejsca, chyba jeszcze bardziej zdziwiony niż ja tym nagłym rozczłonkowaniem. Jedną ręką złapał się za pysk a drugą wyciągnął telefon z kieszeni spodni. –To obrzydliwe. Nie ruszaj się zadzwonię po karetkę.—To były ostatnie słowa jakie słyszałem tamtego dnia. Zemdlałem na podłodze łazienki i obudziłem się w szpitalu. W szpitalu, wielkim, białym molochu na obrzeżach miasta, leżałem sam w pokoiku niewiele większym od mojej łazienki. Gdy się ocknąłem nieuchronnie potwierdziło się to, że nie mam prawej nogi. Ciężko opisać jak bezradnie czułem się na tym sztywnym łóżeczku, na szóstym piętrze budynku pełnego chorych ludzi. Jednocześnie odetchnąłem z ulgą, że może koniec końców nie oszalałem. Doktor powiadomił mnie, że z łatwością zatamowano krwotok. Przyznał też że nigdy nie widział tak czystego cięcia. Gdy chciałem się dopytać o szczegóły lekarz dodał, że nie wie nic więcej, ale nie długo potem odwiedził mnie policjant, detektyw, który jak się okazało zajmował się moją sprawą. Vernon Mitchum był czarnoskóry i dosyć niski. Zajmował się włamaniami, napadami i kradzieżami. Zabójstwa i poważniejsze zbrodnie nie były jego domeną. Uprzedzając pytania, miał wszystkie kończyny. Nosił czarne, okrągłe okulary jak John Lennon czy Leon Zawodowiec. Zawsze odwiedzał mnie z pokaźnym hot dogiem w dłoni, którego nadgryzał co drugie zdanie. Za pierwszym razem chciał się dowiedzieć jaka jest moja wersja wydarzeń z owego podejrzanego wieczoru. Tak samo, ja chciałem dowiedzieć się o co chodzi i nie wyjść na szaleńca. Dlatego też opowiedziałem Vernonowi co pamiętałem pomijając fakt, że włamywacz był psem. Powiedziałem, że nie mogłem dostrzec jego twarzy przez parę w łazience. Razem doszliśmy do wniosku, że ktoś mógł mnie w jakiś sposób odurzyć, co później zostało wykluczone. Vernon z pełnymi ustami i lekko zdziwioną miną powiedział, że świadkiem całej sytuacji był niejaki Stan Kelly. Mężczyzna ten zarzekał się że odwiedził mnie aby jasno stwierdzić, że kelnerka Daisy to jego żona i mam się od niej odczepić. Podobno nie chciał mi nic zrobić, tylko mnie nastraszyć. Podczas całej tej akcji noga odpadła mi od ciała. Mitchum wyznał, że tak brzmiały dokładne słowa Stana Kellyego. Vernon uznał, że Kelly będzie jego głównym podejrzanym ze względu na to jak abstrakcyjna wydawała się jego wersja. Oczywiście sprawdzono, zarówno i jego i mnie czy nie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych