Wróć do katalogu

Cud nad Wisłą

Umieszczam dwa pierwsze rozdziały krótkiej powieści sf. Profesor fizyki przenosi się do świata, na którym nie obowiązują znane na Ziemi prawa nauki.

Pluszak, opublikowano , 24 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozdział 1. W nieprzeniknionym mroku lodowata morska woda wytrwale rzeźbiła klify. Słychać było tylko jej bulgot i złowieszczy szum. Wydawało się, że pod usianym gwiazdami niebem spoczywa martwa, ciemna przestrzeń. Acz gdzieś na wzgórzu, w niewielkim domku, tliło się światło. Posiadłość należała do Rudolfa Zenona – człowieka, który, według lokalnych plotek, nigdy nie sypia. Jego pracowitość dawno już została doceniona, a ostatnio nagrodzona tytułem profesora. Jednak Rudolf nie spoczywa na laurach i dalej brnie w naukową materię, poznając coraz to nowe zależności. Nadal czuł niedosyt swoich osiągnięć. Wciąż był żądny wiedzy. Nigdy nie chwalił się zdobytymi nagrodami. Żył dla fizyki. Pracował z czystej pasji i ciekawości. Ta noc nie zapowiadała się wyjątkowo. Była podobna do setek poprzednich. Biurko jak zwykle ugięte od stosu książek i innej makulatury. Gdzieś pomiędzy papierowymi kolumnami widniała łysa główka. Z początku trudno odgadnąć czy jest to głowa człowieka, czy też fragment mebla lub jakiegoś monumentu, gdyż Rudolf potrafił bardzo długo tkwić w bezruchu. Zazwyczaj oznacza to wysoki poziom koncentracji, który najczęściej kończy się chrypliwym, niecenzuralnym okrzykiem. Ma to miejsce mniej więcej około drugiej w nocy. Jeśli okrzyku nie słychać przez kolejny tydzień, sąsiedzi przychodzą, by sprawdzić, czy profesor wciąż żyje. Po wydaniu z siebie odgłosów męczennika następuje zazwyczaj skrzypienie stopni drewnianych schodów wywołane powolnym, załamanym krokiem oraz odgłosy parzenia kawy z ekspresu. Dwie filiżanki najczęściej wystarczały, by profesor mógł wrócić do pracy. Czuł, że odpowiedź jest blisko, ale ciągle nie dawała się uchwycić. O brzasku musiał zrezygnować. Nie był w stanie dalej skupić myśli. Odłożył z miną niezadowolenia zeszyt z cennymi zapiskami i ostatkiem sił wgramolił się na górę do sypialni. Już miał, jak zwykle, w tym samym pomiętym ubraniu paść jak długi na wersalkę, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. - Kogo o tej porze diabli niosą? – zdziwił się niepomiernie. Jego zdumienie niosło w sobie odrobinę złości, gdyż musiał znów schodzić na dół, a przecież był już tak zmęczony. Dzwonek rozległ się ponownie. - Idę już, idę! – krzyczał. Kilkadziesiąt skrzypnięć później drzwi domku stanęły otworem, a z jego wnętrza wypadł snop światła. W altance stał szczupły, wysoki, zielony jak świeżo ścięta trawa jegomość ubrany w czarny płaszcz. Na głowie melonik, a w dłoni walizeczka. Był prawie niewidoczny na tle nocy. - Co?! – zawył złowieszczo profesor. – Akwizytor o tej porze? Czy wy nie macie domów? Mężczyzna grzecznie się ukłonił. Gdy zdjął nakrycie głowy w geście powitania, można było podziwiać jego nienagannie wypastowaną parę czułek. Widać, iż korzystał z najlepszych kosmetyków. Najprawdopodobniej zwykły człowiek zadawałby sobie pytanie cóż to za rasa ludzka posiada zieloną skórę i czułki? Chyba ktoś nietutejszy. Profesor był jednak zbyt zmęczony i niedowidzący. - Witam! – radośnie rozpoczął przybysz. – Przepraszam, że tak późno, ale nie mogłem czekać z tą wspaniałą ofertą do rana. Podskoczył podniecony. - Lodówka? Pralka? Helikopter? Guma do gaci? – zgadywał znużony Rudolf. - Nic z tych rzeczy! Coś, co się panu naprawdę przyda. Co wręcz odmieni pańskie życie. - Pojemnik na muszelki. - Lepiej! Środek na porost włosów. - Po ile? - Dla pana w specjalnej promocji. Trzy pięćdziesiąt. - Dobra. Dawaj pan i spływaj. - Proszę. Tu wszystko jest. Dwa aktywne składniki, ręcznik, obszerna instrukcja. Satysfakcja gwarantowana. W razie niezadowolenia proszę cisnąć ręcznikiem o podłogę. Oczywiście Rudolf nie bardzo wierzył w moc takich preparatów. W początkowej fazie łysienia, a było to wieki temu, próbował wszystkiego: leków farmaceutycznych, terapii ziołowej, zaklęć voodoo… Ostatecznie wylądował gdzieś w rezerwacie Indian poszukując lokalnego czarownika, który znał podobno sposób na każdą przypadłość. Do kraju wrócił zrezygnowany, z paczuszką marihuany na pocieszenie. Był łysy jak kolano i musiał z tym żyć. Pudełko otrzymane od akwizytora rzucił niedbale w kąt. Szybko o nim zapomniał. Marzył już tylko o mocnym, długim śnie.

***

O świcie morze było całkiem spokojne. Jakby zmęczone nocną aktywnością. Jedynie drobne zmarszczki pojawiały się sporadycznie na tafli wody. Pobliski las, obudzony jaśniejącym niebem, ruszył ze swoją codzienną melodią skomponowaną przez setki ptaków. Ten dzień należał do tych co bardziej żałobnych, kiedy to budzik bywał ustawiony na ósmą pięć. Punktualnie o ósmej trzydzieści profesor otwierał już drugie oko. Z prawdopodobieństwem jeden do stu tysięcy założy wyjściowe ubranie jeszcze przed dziesiątą. Tym razem taki cud właśnie nastąpił. Ze snu skutecznie budziła Rudolfa myśl, że dziś na uczelni gościł będzie jeden z najznamienitszych autorytetów w dziedzinie fizyki teoretycznej. Należało koniecznie z nim porozmawiać. Wszak w rozważaniach profesora tyle jest wątpliwości na temat bozonów Higgsa oraz jakości wyrobów pobliskiej piekarni. Tego dnia tak Rudolfowi te bozony po głowie chodziły, że nawet zapomniał umyć zęby. Około dziesiątej pięć był gotowy do wyjścia. Zawsze do pracy nosił wzorzyste, obszerne swetry i bokserki w serduszka. Zimą po kilku sekundach wracał do mieszkania, gdyż szybko uświadamiał sobie, iż nogi należy dodatkowo okryć spodniami. Latem taka refleksja przychodziła do głowy znacznie później. Zwłaszcza, że czasem bozony nie dawały chwili wytchnienia zmęczonemu intelektowi. Rudolf, wbrew powszechnie panującej wśród nauczycieli akademickich mody na korzystanie z usług komunikacji miejskiej, posiadał samochód – dziesięcioletniego trabanta. Około jedenastej charakterystyczne terkotanie zagościło na uczelnianym parkingu. Rzecz niepojęta – mówili do siebie studenci. – Trzydzieści stopni w cieniu, a on nie zapomniał włożyć spodni. Młodzi matematycy uspokajali jednak grupkę teologów twierdząc, że we wszechświecie wszystko się może zdarzyć. To kwestia prawdopodobieństwa. Profesor, nie zważając na gapiów, pewnym krokiem udał się do swojego pokoju. W gabinecie Rudolfa można było znaleźć przeróżne przedmioty. Rzecz jasna mieściła się w nim biblioteczka po brzegi wypchana książkami o fizyce czy matematyce. Na regale z literaturą stał olbrzymi globus, a obok, nieco z tyłu jakby onieśmielona gabarytami sąsiada, doniczka z petunią. Gdzieś w kąt rzucone zostało siodło, a na podłodze walały się stare kapcie. Należało stąpać uważnie, by nie nadepnąć na resztki miny przeciwpiechotnej, która jeszcze nie tak dawno leżała w laboratorium. Biurko oblegały stosy papierów. Głównie prace studentów. Profesor był jednak twardym facetem i nawet do głowy nie przyszło mu lamentowanie czy też zadawanie sobie pytania „Kiedy ja to wszystko sprawdzę?” Nie! On stawiał czoła wyzwaniom. Mimo że nowe prace wciąż i wciąż napływały ze wszech stron, drzwiami i oknami, mimo że pod dziesiątkami emaili o wymyślnych tytułach mieściła się ta sama treść, to on i tak dalej walczył na froncie nauczycielskim. Niestrudzony niczym renifer Rudolf z zaprzęgu Świętego Mikołaja codziennie brnął przez idiotyzmy studentów, by w końcu móc uwieńczyć swój syzyfowy wysiłek wystawieniem oceny niedostatecznej. Rudolf, mimo skromnej pensji, nie odmawiał sobie luksusów. Pod biurkiem umieścił lodóweczkę, gdzie przechowywał swoje ulubione potrawy. Rozsiadł się wygodnie w miękkim, obitym cielęcą skórką fotelu, wyciągnął sałatkę jarzynową i prawie rozpoczął konsumpcję. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. - Proszę! – powiedział, trzymając sztućce w pogotowiu. Do pokoju weszła drobna kobieta w średnim wieku. Wyglądała na góra trzydziestkę. Nienaganny kostium, kasztanowe włosy opadające na ramiona, jasna cera i duże, piwne oczy, z których trudno cokolwiek wyczytać. Studenci lubili ją. Potrafiła w jasny i dość klarowny sposób wytłumaczyć nawet skomplikowane rachunki operatorowe. - Cóż to panią sprowadza, pani Webster? – spytał Rudolf i nie czekając na odpowiedź skosztował odrobinę sałatki. - Oj, mów mi Klara. Przecież wiesz, że wszyscy mówimy sobie po imieniu. - Znowu zapomniałem. Przepraszam. To trochę wbrew mojej naturze. - Naprawdę, powinieneś bardziej otworzyć się na ludzi. Masz pięćdziesiąt lat i ciągle jesteś kawalerem. Może gdzieś tam… - Do rzeczy – przerwał jej profesor. - Szykuje się konferencja naukowa w ten piątek. Będziesz? - Pewnie. Czy kiedykolwiek mnie zabrakło? – spytał retorycznie. – Coś jeszcze? – dodał po przełknięciu kolejnej porcji sałatki. - Nie zamęcz mi dziś studentów – uśmiechnęła się. Wykłady profesora należały niewątpliwie do bardzo rzeczowych. Niekończące się wywody indukowały znużenie wśród studentów lepiej niż najlepsze wyścigi ślimaków. Żadne bajki na dobranoc nie miały tak znakomitego skutku usypiającego. Profesor zachwycał się nad pięknem każdego symbolu, nad możliwością zgrabnego wymanewrowania z sytuacji na pierwszy rzut oka bez wyjścia, kiedy to obecny stan wiedzy matematycznej przypiera do muru, zakuwa w kajdany i trzyma w ciemnym lochu lub bawi się w kotka i myszkę zmuszając do biegania w kółko po tym samym labiryncie. Profesor mógł mówić z pełną finezją nawet do pustej sali, co zresztą czasem czynił, nie zauważywszy, że wszyscy słuchacze sobie poszli. Tak było nawet lepiej, gdyż wtedy akustyka auli stawała się doskonalsza i wyraźnie mógł wsłuchać się w swój głos.

***

Bywają lepsze i gorsze dni. Jak to w życiu. Niejednokrotnie nasz stan wewnętrzny odzwierciedla odpowiednia aparycja. Jednak to co następnego ranka zobaczył w lustrze profesor było, bądź co bądź, rzeczą niepojętą. Niby ta sama zielona, niewyspana gęba, ale coś było nie tak. Ta zieleń jakaś trochę inna. A może to zwidy? Przejechał dłonią po podbródku i poczuł idealną gładkość. Niczym pupcia niemowlęcia. Jak to możliwe, skoro jeszcze nie zdążył się ogolić? No dobrze, może zdążył, tyle że tego nie pamięta, bo na przykład myślał o bozonach. Uznajmy, że przytoczone spostrzeżenia można jeszcze, w jakiś sposób, racjonalnie wyjaśnić. Ale, na grób Einsteina, skąd wzięła się ta para czułek wyrastających z czoła?! I to jeszcze zakończona kulistymi zgrubieniami, jakby tego było mało. Rudolf miał przemożną ochotę na wybuch histerii, lecz panował nad sobą ostatkiem sił. Jak on teraz wyglądał? Jak on się w pracy pokaże w takim stanie? - Niech jak dorwę tego akwizytora! – wrzasnął. Dziś w nocy wypróbował ów cudowny preparat na porost włosów. Wykonał wszystko dokładnie zgodnie z instrukcją. A że był człowiekiem pedantycznym, o pomyłce nie mogło być mowy. Po prostu gówniarz dał nie ten specyfik. Poszedł do toalety. Wtedy przeżył największy szok. Stracił coś więcej niż tylko zarost. Dużo więcej. Jednak po krótkiej dezorientacji ustalił, iż teraz mocz oddaje się lewym kolanem. Podczas śniadania wykrył problem z przełykaniem. W gardle, zamiast standardowych dwóch dziurek, były trzy. Preparat poważnie naruszył mój materiał genetyczny – pomyślał przeglądając w lustrze jamę ustną. Co teraz zrobić? Może to jakaś dziwna choroba, na którą współczesna medycyna zna lekarstwo? Po głowie krążył mu pomysł udania się do szpitala, jednak został unieważniony, gdy Rudolf doznał olśnienia. Bo przecież ta zielona facjata z czułkami nie jest zupełnie obca. Przynajmniej nie na poziomie podświadomości. Wystarczyło wrócić mentalnie do pewnych wydarzeń, by, mimo bardzo niedoskonałej percepcji jaką się wtedy posiadało, skonstatować, iż akwizytor mógł mieć podobne udekorowanie czoła. Mało tego! Kilka lat temu wuj Arnold rozpowiadał, że na Ziemi, oprócz nas, żyje jeszcze jedna rasa istot inteligentnych. Oczywiście nikt mu nie wierzył. Jego występ został uznany za zabawny i nagrany na

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych