Cuscuta
Apokaliptyczna nieco wizja przyszłości (teraźniejszości... :D) naszego kraju. Plus fantastyka...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Cuscuta
Myślałem, że terenowe zajęcia z botaniki będą totalnym luzem i przyjemnością. Że się odprężę i wypocznę na łonie natury. Cóż. Pomyliłem się. Nie były dla mnie wypoczynkiem. Ale nigdy bym nie przypuszczał, że tak zmienią moją rzeczywistość. A wszystko przez tą głupią podlubelską łąkę. A było to tak.
1
Piękny, słoneczny dzień wstawał radośnie i cały świat napełniał się jego złotym blaskiem. Był to jeden z pierwszych tak pięknych dni tego lata. Bo do tej pory nie przypominało ono lata ani trochę. Niebo z rzadka jedynie rozchmurzało się a i tak były to chwile raczej mało letnie – hulający wiatr z całą pewnością nie przynosił zapachu nostrzyka, macierzanki i innych ziół, a jedynie woń wilgoci i zimnego, wschodniego klimatu. Nie ma się co dziwić, że w tak fajny dzień, my wszyscy, to znaczy studenci pierwszego roku biologii bardzo chętnie wybiegliśmy na łąki. I pomyśleć, że w taki piękny dzień można sobie zjebać całe życie... Cóż, mówią mi niektórzy, że jestem zdolnym człowiekiem. Ale zacznijmy od początku. Jak co dzień, obudziłem się z bólem w plecach. Co dzień, to znaczy ostatnimi dni – zajęcia terenowe nie dawały nam chwili wytchnienia. Co wieczór wracaliśmy cali wykończeni. I jeszcze ten dym... Odkąd bez ostrzeżenia nasi białoruscy sąsiedzi zaczęli nieco inaczej rozprawiać się z IAI, znad wschodniej granicy ciągle płynęły nad Prowincję Polski Robotniczej czarne dymy. Głupi ruscy. Przecież i tak IAI znajdzie jakąś dziurę w tym ich „murze”... Idioci, Europa się nie oparła, a myślicie, że prawosławie da rady? Wschodzące słońce oświetlało coraz większe fragmenty Lubah’a. Ja zawsze wolałem nazwę Lublin. Plamy blasku odkrywały nowe terytoria, jak co dzień. Słoneczne igiełki zabłysły na metalowych półksiężycach, górujących nad miastem i odbiły się w płaskich, srebrnych taflach ścian Urzędu Religijnego Nadzoru Aglomeracyjnego, potocznie zwanego URNĄ. W oddali szarzał wysoki, odrapany mur otaczający Siódmą Dzielnicę. Za nim nic nie było widać – nie było w mieście, zgodnie z rozporządzeniem władz, żadnego budynku wystarczająco wysokiego, no może poza minaretami, ale na nie nikt nie miał wstępu poza, nie mniej rządowymi, muezzinami. Lublin wyglądał przez to jak wielka aglomeracja płaskich baraków. -Co my tu mamy... - mruknąłem do siebie, spoglądając do dzisiejszego planu. – Ach tak... Kulniki Mniejsze. – wyglądało na to, że mamy dziś pojechać do podmiejskiej dzielnicy Lublina, obserwować tamtejsze rośliny. Czyli pospolite trawsko i wytrzymałe porosty, bo tylko to znosiło promieniowanie zza wschodniej granicy. Od kilku lat zapewniano nas, że nie ma groźby. Tylko ciekawe dlaczego każdy miał nosić specjalne czujniki. I dlaczego odzież była specjalnie impregnowana. Kłamcy... Przed wyjściem, w dużym pokoju uklęknąłem i wykonałem, jak co dzień, ukłon w stronę południa, wzdłuż dokładnie wyznaczonej, czarnej kreski na podłodze. URNA wszędzie ma swoje kamery, lepiej nie ryzykować. Pamiętam, jak dwanaście lat temu, w lipcu 2005 roku, przyszli do nas urzędnicy URNY, wtedy nazywanej Regionalnym Biurem Księżycowych Dupków (za takie określenie trafiało się do „miejsc odosobnienia”, ale byli odważni...), żeby, jak wszędzie, wyznaczyć dokładny kierunek Mekki. I jak u wszystkich, tak i u nas pokazano poglądowy film o metodach leczenia religijnego nieposłuszeństwa. Zdzieranie skalpu pamiętam do dziś. I bardzo lubię swoje włosy. Wychodząc zatrzymałem się na moment w drzwiach. Spojrzałem w lustro. Implant lewego oka chyba się przyjął – już nie było takie czerwone jak wczoraj.
2
-Cześć, Szymek. – wrzasnął mi na powitanie jasnowłosy chłopak, gdy wbiegałem po schodach do hallu Islamskiego Centrum Nauk Przyrodniczych. Kamienna posadzka cięgle nosiła ślady po już dawno zatartym napisie „KUL”. Nikt nie miał pojęcia, co to znaczyło. – Jak tam oko? -Cześć Marcek. Spoko, goi się. – odpowiedziałem, chociaż naprawdę jeszcze ledwo widziałem na to oko. – Słyszałeś? Wczoraj na rynku znowu kłuli. -Wzrokowcy? -A jak... Podwójnie. -Cholera... Że też ci ludzie jeszcze mają siłę. -No. – odpowiedziałem powoli. Wrzaski z rynku bardzo często dolatywały do moich okien i znacznie częściej mogłem się zastanawiać nad uporem niektórych... Szczególnie po moim ostatnim „wypadku”. - To co, idziemy? -Poczekaj. Psorka się spóźnia. Miała być dziesięć minut temu. Jakby na rozkaz drzwi się otwarły i wyszedł z nich niski, szpakowaty mężczyzna. Dwadzieścia osób stojących w hallu zwróciło swoje twarze na mężczyznę. -Grupa szósta? – zapytał sucho. – Pani Droździńska niestety się spóźni. Dostała wezwanie od Urzędu...zresztą nieważne. Pójdziecie dzisiaj z profesorem Dubelem. Poczekajcie chwilę, już po niego dzwonię. -Czyli to jednak prawda... Jednak mówiła prawdę. – odezwał się nagle Kuba. Był niskim brunetem. Mieszkał w domu dziecka – tą historię znali wszyscy. Ale tylko ja i Franek wiedzieliśmy, że jego rodzice zaginęli gdzieś w Związku Republik Nadodrzańskich. Każdy znał nazwę Sznypin. Mała wioska koło Poznania. Kilkaset hektarów elektrowni wiatrowych. Majestatyczne, białe wiatraki obracające się powoli, z namysłem, witały każdego nadjeżdżającego przybysza. Wracało bardzo niewielu. Tak dokładnie to prawie nikt, jeżeli nie liczyć zaopatrzeniowców. Oficjalnie Sznypin był Drugim Centrum Formacji dla Europy Środkowej. Nieoficjalnie to był pierwszy, największy i najokrutniejszy obóz dla „opornych”. Rodzice Kuby nie wrócili stamtąd. -Prawda. – powtórzył chłopak. -Co jest? Bobek, co jest grane? – zapytałem szeptem Kubę ciągnąc go na bok. Marcek też do nas podszedł i poczekał, aż reszta grupy zajmie się sobą. -Droździńska. – powiedział niepewnie Kuba. – Podobno ją dostali. -Kiedy? – zapytał z przerażeniem w oczach Marcek. Pomyślał dokładnie o tym samym co ja. -Nie, nie! – cicho powiedział Kuba, widząc nasze miny. – Nie... To było już po naszym wyjściu. Kacha powiedziała, że mają na nią filmy. Nie z młyna. Nie... Tam nie ma prawa być kamer... To nieczyste miejsce, zresztą o wam będę mówił. -I co? – zapytałem niepewnie, choć wiedziałem. Za „znak” była jedna kara. Teraz tylko była kwestia, ile mają tych „filmów”. Bo bez jednej ręki da się żyć, bez dwóch już trochę gorzej. -Dzisiaj na rynku. I wydalenie z uczelni. -Szlag! – zaklął Marcek. Ja się nie odzywałem. Wiedziałem, że graliśmy ryzykownie, ale dopiero teraz dotarło do mnie, jak bardzo ocieramy się o niebezpieczeństwo. Dopiero teraz, po sześciu miesiącach dotarło do mnie, jak blisko obozu dla młodocianych albo co najmniej publicznej kary byłem co tydzień, w czwartki, wślizgując się do starego młyna w najstarszej, zapomnianej dzielnicy miasta. W „Siódmej”. – Będzie Izba? – zapytał, patrząc spode łba. Każdy wiedział, że jeżeli Izba, to nikt, nawet pani Ania, nie będzie w stanie nic ukryć. Ba! Izba to nawet powoduje, że pojawia się cała masa rzeczy, których wcześniej nie było. Byle przestali, byle już nie bolało... -Nie. Rektor się wstawił. Tylko kara. I wydalenie, zawieszenia nawet nie dostanie. Tylko kara... - brzmiało to prawie jak dobry kawał. Śmieszne, jaką ulgę mogła wywołać perspektywa mniejszego bólu. Misiek lekko się obejrzał w prawo i lewo. -Ustaliła już Kaśka resztę? – zapytałem. – Truskawki czy śliwki? -Jutro. Truskawki. Wszyscy. – powiedział prawie bezgłośnie Kuba, ledwo poruszając ustami. – Dobra, kończymy, idzie. Odwróciliśmy głowy. Ze schodów schodził stary gość. Nigdy wcześniej go nie widzieliśmy. Siwy, ale nie łysy. Brązowe oczy szybko przyjrzały się każdemu po kolei. Słońce zabłysnęło w srebrnych oprawkach okularów gdy patrzył na mnie. Poczułem coś dziwnego. A może mi się zdawało... -Witajcie, moi drodzy. – odezwał się jegomość. – Jestem docent Dubel i dzisiaj pojadę z wami do Kulników. Zobaczycie, będzie fajnie. Czy wszyscy mają płaszcze impregnatowe i wskaźniki? Dobra... No to ruszamy! Wszyscy powoli skierowali się do wyjścia. Lipcowe słońce paliło, szczególnie dziewczyny, które w czarnych chustach zakrywających twarz i ciało, musiały się nieźle męczyć. Ruszyliśmy w kierunku przystanku tramwajowego. Kuba spojrzał na mnie jeszcze raz, dość niepewnie, a zmierzwione włosy na jego głowie zatańczyły na wietrze. Kochałem go, cholera. Jak najlepszego druha i brata. On też mnie kochał. Oddalibyśmy za siebie życie. I wkrótce mieliśmy mieć okazję do okazania tego. Czarny tramwaj powoli wtoczył się na przystanek. Szarzy pasażerowie – niemi mężczyźni i kobiety w czarnych chustach – nie zwrócili najmniejszej uwagi na hałaśliwą bandę studentów, która wtoczyła się pojazdu. Tylko niektóre kobiety spojrzały zdegustowane na żywo rozmawiające dziewczyny z naszej grupy. Nie, paniusiu. To nie jest zakazane, pomyślałem, patrząc na staruszkę, krzywiącą się na widok dziewczyn. Obyczaje się zmieniają. Powoli, ale się zmieniają. Nawet w tych czasach. Dzwoniąc i sypiąc iskrami, kolos wytoczył się z zajezdni i, minąwszy światła, pojechał przed siebie. Magnetyczne poduszki sprawiały, że jazda była spokojna i cicha. Mieliśmy dwadzieścia minut, więc każdy zaczął zajmować się sobą. Stałem przy oknie, spoglądając na idealnie czyste ulice, pełne sklepy i ludzi błądzących tam i z powrotem. Doskonale wiedziałem, że te sklepy to fikcja. Wiedziałem, że prawdziwa walka o jedzenie toczy się w ciemnych bramach, w brudnych, zaniedbanych składzikach, oblężonych co niedzielę przez mieszkańców Lublina, wybierających przydzielone racje pożywienia i wody. Nie dało się zapomnieć krzyków i błagań matek, które ledwo potrafiły wyżywić swoje dzieci – takie rodziny były skazane na śmierć. Powolna i, co najśmieszniejsze, skuteczna regulacja demografii. Tylko niezbędni i potrzebni zostają. Niepotrzebni tylko zajmują miejsce. Ale trzeba ich usuwać po cichu. No to wymyślili se. Ich wina, jak nie umieją gospodarować jedzeniem. Niech żrą korę drzew albo zdychają. Ich wybór – nam nic do tego. Ja miałem szczęście, moi rodzice pracowali w Związku Republik Arabskich, w górach Atlas, prowadząc roboty poszukiwawcze złóż miedzi. Rządowa robota, to i rządowe żarcie miałem zapewnione. Zawsze się go trochę wynosiło dla kumpli. Jechaliśmy dalej. Przejechaliśmy obok miasteczka rządowego. Urzędy, Izba, Rada – w każdej z czterech stolic okręgów były takie miasta. Ogrodzone wysokim murem, z wieżami strażniczymi. Dookoła nich zawsze zdawał się zalegać cień. Potem minęliśmy miasteczko i powróciły normalne, codzienne obrazy. Ludzie, spieszący do meczetów albo do pracy. Niektórzy przechadzali się po parkach – tak nazywano prostokąty drzew o wymiarach 10 na 20 metrów, założone między ulicami. Wielu ciągnęło za sobą na smyczach koty – jedyne dozwolone zwierzęta. Minęła nas kolumna czołgów IAI, kierująca się w przeciwną stronę, do wschodniej granicy Prowincji. Rzadko przejeżdżali przez większe miasta, ale jak już, to masowo, żeby ludność czasem nie zapomniała, jak wygląda i jest wyposażona International Army of Islam. -Szymek, słuchaj, ja...ja chcę ciebie o coś poprosić. – zniżony głos wyrwał mnie z zamyślenia. To był Kuba. – Bo wiesz...już nie mieszkam na Karaszowie. -Dostałeś mieszkanie?! –zapytałem. Wiedziałem, że od kilku dni Bobek starał się o samodzielne mieszkanie. Miał nawet niewielki zasiłek. -No...nie. Wywalili mnie. Powiedzieli, że jestem już dorosły i nie mogą mnie dłużej trzymać. -Co?! – nie mogłem uwierzyć w jego słowa. Stał przede mną ze spuszczonym wzrokiem, jedynie lekko dotykając mojego ramienia. Drżały mu ręce. Znałem go i wiedziałem jakie to jest dla niego trudne. Teraz, w obecności tylu ludzi. -No...kicha nie? – powiedział niewyraźnie. – Dostałem czekoladę i puszkę szynki wieprzowej. Nic poza tym. Ubrania są ich...podobno... I... Szymek, błagam cię! Jak ja zostanę na ulicy, to będzie po mnie! Ja nie chcę umierać. – ciągle szeptał. – Zgarną mnie za byle co. Za obrazę. Za nieposłuszeństwo. Za nieczystość. – mówił powoli. Nie musiał, znałem ich metody i umiejętność wyszukiwania pretekstów. Na miłość Jego, jak długo on to ukrywał i zbierał się, żeby mi powiedzieć?! Z okrutną jasnością umysłu zdałem sobie sprawę, że wcale nie zakręcili wody... To nie dlatego Bobek miał rozczochrane włosy i... Bobek... -Kuba, ja...nie wiem, ja... - cholera, idioto, powiedz coś, mówiłem sobie w duchu. -I proszę cię...wiem...że możesz mieć kłopoty, wiem to...ale może twoi rodzice jakoś poradzą... Ja muszę, Szymek, muszę mieć gdzie się podziać, bo, bo inaczej...bo... - ostatnie słowa więzły mu w gardle. Z oczu pociekły łzy. Objąłem go ramieniem. -Jasne...głupku...mogłeś od razu... wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć...jak...jak mogłeś w ogóle...Kuba... Cholera... - wiedziałem, że on miał obsesję samodzielności, nie chciał żyć na czyjś rachunek lub dzięki komuś. – Możesz u mnie zostać, pogadam z ojcem, na pewno da się to załatwić. – nic nie odpowiedział. Tylko szybko oddychał z twarzą ukrytą w fałdach mojego podkoszulka. Ten nowy, Dubel, spojrzał na nas beznamiętnie. Może mi się zdawało, ale chyba dostrzegłem uśmiech – czego? kpiny? pogardy? – błąkający się na jego ustach.
3
Podmiejskie Kulniki wyglądały jak wszędzie indziej. Każde przedmieścia w Prowincji były takie same. Krzywe domy, ledwo stojące, chwiejące się przy najmniejszym podmuchu. Jedynie wszechobecne meczety były prosto ustawione, ze strzelistymi minaretami. Cztery cholerne strażniczki zniewolenia... W tych krzywych domach mieszkali ludzie. Starzy i chorzy. Wyłysiali i plujący krwią. Tutaj nie było przychodni i rozdawania leków osłonowych, płaszczy i ubrań ochronnych w czasie wzmożonej aktywności promieniotwórczej. Tutaj wszyscy powoli dopalali się, zżerani przez choroby. Chociaż od 2010 roku każdy miał obowiązek mieć dostęp do Internetu, wątpię, czy ci ludzie widzieli kiedykolwiek telewizory. Takie miejsca były swego rodzaju magazynami. Składowiskami ludzkiego śmiecia, które powoli, ale nieubłaganie same się opróżniały. Czasami w jakiejś wiosce głupi chłopi odkopywali broń chemiczną i biologiczną, zostawioną po ostatniej Ucieczce przez Chińczyków. Wyrządzali władzy wielką przysługę – taką wioskę od razu szlag trafiał. W takich podmiejskich dziurach nie było kamer, Izb, szczucia i ścigania. Nie były potrzebne. Nikt tutaj nie wybijał się. Każdy żył w świadomości swojego rychłego końca. A nawet jeżeli ktoś się wybił, nie ciągnął długo. W takie miejsce właśnie przyjechaliśmy. Tramwaj zatrzymał się w szczerym polu. Nie było nawet przystanku. Ostatnia noga wysiadających oderwała się od metalowego stopnia i drzwi od razu zatrzasnęły się głośno. Pojazd odjechał, ostro zakręcając na pętli i trzaskając się po starym torowisku, które nie było przystosowane do ruchu na poduszce magnetycznej. Staliśmy chwilę, patrząc na wielkie połacie traw, szarych, czasem lekko zielonkawych. Wszystko było ciche, stało w miejscu. Nie wiał nawet najlżejszy wiatr. Jeżeli pod stopami znalazł ktoś zeschłe zielsko podbiału, było święto. W oddali, na południe od nas, w niewielkim zakolu pozostałym po wyschniętej Bystrzycy, wypełnionym zżółkniętą wodą deszczową, stała wielka, szklana kopuła, oświetlona dookoła wielkimi reflektorami, dającymi wyraźny blask nawet teraz, w dziennym świetle. To był raj. Miejsce, gdzie jechały szychy mówiąc „Jadę za miasto...”. Tutaj można było spotkać ostatnie w tej okolicy jabłonie. Tam latały prawdziwe motyle. Prawdziwe, żywe i ruszające skrzydłami! Nawet, w co nie wierzyłem z początku, aż do chwili, gdy zobaczyłem w telewizji reportaż, nawet śpiewały tam ptaki. Prawdziwe, opierzone, ze skrzydłami! Coś, co przechodziło wyobraźnię każdego, urodzonego po 2001 roku. I, co było najbardziej fantastyczne, gdy wchodziło się pod kopułę, powietrze nabierało zapachu...pozbawionego smrodu. Tylko raz czułem taki zapach – jak kiedyś wypuściłem powietrze ze starej, dwudziestoletniej piłki mojego ojca. -Dobrze. – odezwał się Dubel. – Teraz się podzielimy na zespoły. Macie zebrać trzydzieści gatunków. Każda grupa może mieć oczywiście inne ale... Tutaj nie będzie więcej niż trzydzieści, dokończyłem w myślach. -...ale możecie mieć też te same. – powiedział docent. – Jeżeli znajdziecie coś o kolorze innym niż zieleń lub brąz, wołajcie od razu mnie i nie zrywajcie. Może być pod ochroną. – zabrzmiało to tak absurdalnie, że mało co nie wybuchnąłem śmiechem. W ostatniej chwili się opanowałem. Wszyscy zaczęli się guzdrać ze swoimi teczkami na rośliny. W końcu podzieliśmy się na zespoły i ruszyliśmy. Dubel został gdzieś w okolicy pętli i. oparty o stary slup wysokiego napięcia, palił fajkę. Nie patrzył na nas. Ja, Marcek i Bobek odeszliśmy na bok, żeby nikt nas nie słyszał. -Wiecie co? – zaczął Marcek, zdzierając z ziemi zaschniętą skorupę mchów i porostów. Już miał z pięć gatunków. – Z tą Droździńską to kicha, nie? -No...chyba tak. – powiedziałem niepewnie. Byłem zajęty wyrywaniem kęp trawska i zastanawiałem się, czy to różne gatunki, czy jeden. – I wiecie co? Ciągle się nam wydawało, że jesteśmy cwani. A tu umba! Cholerne „i-es-pe”. Szlag! – z wściekłości kopnąłem jakiś kamień. -Nie ma co teraz załamywać rąk. – powiedział Kuba. – Musimy być teraz szczególnie ostrożni. Żadnych nowych, zero, totalne zero jakichkolwiek oznak poza „dziurą”. Rozumiecie? -No to się chyba samo przez się, nie, rozumie...? Co? – uśmiechnął się szczerbato Marcek. Dentystów nie było już od bardzo dawna. – Ciekawe, co Kacha powie? Nie? Teraz to wszystko na nią... Cholera. Wiecie? Czasami to ja już jestem bliski, no wiecie... -Cicho bądź! – syknąłem. Najgorsze, co mogło nas dopaść to zwątpienie. – Nie wolno nam! Przecież...my... My po prostu nie możemy! Przecież to Polska...to o to chodzi. – wiedzieliśmy o tym doskonale. Na każdym spotkaniu o tym gadaliśmy. -Ale zrozum. Ja mam rodzinę... Ja – tu Marcek opuścił oczy – ja po prostu boję się o nich. Nie mogę... Przecież te wszystkie historie, co nam czytała pani Anna, te wszystkie prześladowania i wojny i krucjaty i dżihad i cały ten stuff, to... - nie wierzyłem w to, co słyszę, ale wiedziałem, że to siedzi w każdym z nas. Wątpliwości. -Jeny...Marcek. Nie jesteśmy w średniowieczu! Jesteśmy w XXI wieku! I musimy walczyć. Nikt nie myślał, że to będzie pławienie się w blasku. Że to będzie robota darowująca nam świetlaną sławę. Nikt, rozumiesz? Każdy znał ryzyko. To już nie jest szlachetne umieranie za wiarę. Tak, o nią też chodzi! Ale to nie będzie jak ze św. Jerzym, co to smoka w lśniącej zbroi zabijał. W blasku glorii i świętymi okrzykami na ustach. To dywersja! Obrzydliwa, cholerna dywersja. Pierdolona partyzantka. A szczytem chwały jest umrzeć z rozprutym brzuchem! Taplając się we własnym gównie! Albo patrząc na fragmenty swojego ciała, leżące w misce przed twoim nosem, z ciągle przybywającymi nowymi kawałkami... To jest nasza walka! I to jest nasze umieranie... Niech to szlag! – krzyknąłem tak, że nawet Dubel się obejrzał. -Ej, stary spokojnie! – Bobek chwycił mnie za ramię, patrząc w stronę opiekuna i dając znak, że wszystko w porządku. Marcek stał i patrzył na mnie rozszerzonymi oczami. -Ja...przepraszam cię...Marcek, ja...ja nie wiem co ze mną. Sorry, wybacz, poniosło mnie. OK? – ciągle z trudem powstrzymywałem dreszcze. Nie na żarty przestraszyłem się siebie i tego, co we mnie siedzi. Dyszałem jak po przebiegnięciu kilometra. -No... - odburknął niewyraźnie. Idioto, opanuj się! Opanuj się, krzyczałem na siebie w myślach. Co się ze mną dzieje. Jezu Wielki, co ja wyprawiam... Co ja... -Ej, chodźcie tu! – wydzierał się Kuba. Stał jakieś dwadzieścia metrów dalej i schylał się nad ziemią. – No gazu, ludzie! Chodźcie! Szymek, Marcek! -Dobra...dobra! – wydyszałem zziajany podbiegając do niego. Marcek wlókł się za mną. – Co jest? -Patrz! Niesamowite, nie? Co to jest? – zapytał Kuba, pokazując jakąś kępę splątanych włosków w trawie. Pewnie nie zauważyliśmy, gdyby nie to, że tutaj trawa była zieleńsza i czerwień tych wiotkich łodyg była wyraźna. -To jest kanianka. – usłyszeliśmy nad głowami. To Dubel podszedł do nas z całą grupą. - Cuscuta epithymum, po łacinie, jeżeli kto woli. Oczywiście rodzina Cuscutaceae. Pasożyt roślin. Zadziwiające, że jeszcze tu jest, w takim miejscu! Wszyscy, proszę się jej przyjrzeć dokładnie. – mówił docent podniesionym głosem. – Te czerwone łodygi oplatają każdą napotkaną łodygę i za pomocą ssawek, czyli haustoriów pobierają z niej wodę oraz asymilaty. Dlatego nie potrzebują korzeni. Nie zrywajcie jej – dodał, widząc, że jakaś dziewczyna chce ją mieć w swoim zielniku. – Nie jest pod ochroną, a rośnie tutaj jedna. Dajmy jej żyć... Wszyscy z podziwem patrzyli na tą dziwną roślinę. Dotąd nie zdarzyło się na tych terenówkach nic ciekawego. Trawsko, trawsko, trawsko... Aż wreszcie jakaś normalna roślina, i to taka interesująca. -W Polsce...znaczy – odchrząknął szybko Dubel, poprawiając się – w Prowincji, rosło niegdyś wiele takich roślin. Jemioła, łuskiewnik, korzeniówka, zaraza, cała półpasożytnicza rodzina Scrophulariaceae, ale niestety, wyginęły. Były bardziej delikatne, niż można było sądzić. Jeszcze gdzieś – kontynuował – w okolicach Poznania rośnie szelężnik. Podobno jedno stanowisko, bardzo obfite. Ale to już nie Prowincja, więc...sami widzicie. No! – powiedziała nagle energicznie – Ale teraz będę mógł wpisać do rejestru nowe stanowisko u nas. Bo nie przypominam sobie, żeby tutaj notowano kaniankę. To był akcent końcowy dzisiejszego wypadu. Zaczęliśmy powoli iść w kierunku pętli tramwajowej. Za pobliskim starym, zgniłym płotem, stały popielate, pozbawione wyrazu, blade i pomarszczone twarze. Bezrozumne spojrzenia, zaślinione brody – to był portret mieszkańca podmiejskiej wsi. Odprowadzili nas wzrokiem do tramwaju, i pewnie jeszcze długo stali tak, patrząc za malejącym, czerwonym światełkiem i próbując zanalizować to niesamowite wydarzenie w swych ułomnych mózgach. Ostatnią rzeczą, jaką widziałem, był czarny, błyszczący kot trzymany przez jakąś pomarszczoną staruszkę. Lśniącymi, niebieskimi oczami prowadził nasz tramwaj aż ten zniknął w rowie, sunąc w kierunku zadymionego miasta i sypiąc z przewodów trakcyjnych siwe kaskady iskier. Promieniowanie, pomyślałem, patrząc na te błękitne tęczówki, prawie że świecące w mroku. Potem szarpnęło mocniej i pojazd wjechał na spokojne, magnetyczne poduszki nowej trakcji tramwajowej. Z kieszeni wystawała mi kępka czerwono – brązowych pędów.
4
-No, wchodź! – zrobiłem zapraszający gest. Kuba ciągle był zakłopotany i niepewnie przestąpił próg. – I czuj się jak u siebie w domu. Wieczorem zadzwonię do rodziców i zapytam co i jak. Na pewno będzie się dało to jakoś załatwić. -Kurde, Szymuś, ja nie wiem, jak ci się odwdzięczę... Naprawdę, stary, ratujesz mi skórę. -Spoko. Zrobiłbyś to samo. – odrzekłem z uśmiechem. – No to co? Chyba najpierw porozkładamy te chaszcze, żeby nie zwiędły. Cholera, jestem wykończony. Ja nie wiem, jak ci ludzie potrafią tam żyć. Przecież tam jest okropnie. – powiedziałem, spoglądając na kumpla. -Widziałeś tych ludzi...po prostu wraki. Żywe wraki. Oni chyba zatrzymali się na czasach końca dwudziestego wieku. To musi być straszne. I podobno tam nie ma nic – kamer, isp-y i w ogóle tego wszystkiego...co? – spojrzał na mnie przerywając w pół słowa. -Szszsz! Ostrożnie! – powiedziałem bezgłośnie. Bobek od razu wyczytał z ruchu warg i się zreflektował. – W sumie jestem w kręgu trochę mniejszego zagrożenia, bo moi rodzice pracują dla rządu, ale wiesz...zawsze trzeba być ostrożnym... Zawsze. – dodałem szeptem. -Jasne! Ty, co to jest? – zapytał Kuba, wskazując na moje biodro. – No nie! Wziąłeś jej trochę ze sobą. Po co ci ta...kanienka? -Kanianka. – poprawiłem. – Ciekaw jestem, czy dałoby się ją hodować na jakimś domowym badylu. Same sukulenty. Ale co tam. Można spróbować. -Kurde, ty to szurnięty jesteś. Ej, Szymek, już szósta. -Taaa... Racja, chodź. – jak mus to mus. Przeszliśmy do dużego pokoju i, jak co dzień, wykonaliśmy kolejny ukłon. Potem cicha modlitwa i już wracamy do kuchni. -Może ją położymy na tym gruboszu. – powiedziałem, sięgając do kieszeni. Czerwone łodygi ani trochę nie zwiędły. Pociągnąłem całą kępkę rośliny. Poczułem nagły ból w udzie. -Co ci jest? – spytał Kuba, słysząc mój syk bólu. -A nic, nic. Chyba miała jakieś kolce, cholera. Pociągnąłem mocniej. Roślina wydostała się z kieszeni, ale pieczenie nie ustępowało. -Pokaż. Podszedł do mnie Bobek. Ciepnąłem kaniankę na stół i zsunąłem dżinsy do kolan. Bobek lekko napiął mi skórę palcami. – Ty, dziwne... – mruczał pod nosem. – Ona się chyba wbiła. -Co? – podniosłem nogę do światła i przyjrzałem się dokładnie. Na boku uda, w miejscu gdzie była kieszeń tkwiły w skórze czerwonawe kuleczki z wiszącymi kawałkami poszarpanych łodyg. – Przecież ona nie miała kolców. -Chwilę, zaraz ci to wyciągnę. – powiedział Bonk i poszedł do kuchni. Wrócił niosąc igłę do szycia. – Nie bój się, stary. Wujek Bobek ci pomoże. – zaśmiał się. -Eee...Kubuś, tylko ostrożnie. – powiedziałem niepewnie. -Spoko, to będzie chwilka. – odpowiedział z uśmiechem doktora Frankensteina i nachylił się nad moją nogę. Czułem, jak powoli oddycha w skupieniu. Rozciągnął mi palcami skórę. Po chwili poczułem ukłucie. Syknąłem z bólu. -Jeszcze chwilka...cholera. – mruczał Bobek. – Głęboko siedzą... Będzie trochę bolało. Tak?, pomyślałem. To co to było do tej pory?! Znowu piekący ból. I jeszcze cholera noga zaczęła mi drętwieć. -O, chyba koniec. – podskoczył nagle mój uzdrowiciel. – Chyba wszystkie. Cholera, nie siadłeś na czymś czasem? Ona były dość głęboko... I takie pozakrzywiane. To chyba nie ta cała...kanianka. -Nie wiem... Mniejsza o to. Dzięki. Ale błagam, nie zostań nigdy chirurgiem, dobra? – dodałem z uśmiechem. Ale tknęło mnie jakieś przeczucie. Złe przeczucie. Patrzyłem nieufnie na brązowawą kępkę splątanych łodyg na stole i nie mogłem się otrząsnąć z absurdalnych myśli. Pasożyt roślin... -No to co robimy? – zapytał nagle Kuba. -Pieprzę te zielniki. Mam je w dupie. Jutro narwę jakiś chwastów pod blokiem. – powiedziałem lekceważąco. – Może coś wrzucimy na ruszt? Mam jeszcze trochę gołąbków w lodówce. -Czad! Dawno ich nie jadłem. – powiedział z uśmiechem kumpel i pobiegł do kuchni. W domu dziecka pewnie nigdy nie jadł czegoś takiego. Pobiegłem za nim do kuchni, wciągając z powrotem spodnie. Pół godziny później siedzieliśmy na kanapie obok siebie i patrzyliśmy tępo na ścianę wzrokiem nażartej krowy. Nie bardzo chciało mi się cokolwiek robić, więc powoli, nieubłaganie zapadałem się w drzemkę. Dziwna cisza opanowywała mój umysł. Ale chyba nie spałem długo. Szybko się obudziłem. Przy oknie ktoś stał. Ciemne kontury jakiejś postaci. -Już rośnie. – powiedziała postać głosem Kuby, ale dziwnie sztucznie. Spojrzałem szybko w bok. Kanapa była pusta. – Już się rozwija. -Co? Kuba, to ty? – zapytałem mrużąc oczy. -A kto? – ten sam beznamiętny głos. – Ja i tylko ja. -Dziwnie gadasz. – skwitowałem. Podniosłem się z kanapy, bo nagle zachciało mi się lać. Dotkliwe pieczenie w udzie usadziło mnie jednak na powrót. -Widzisz? – kontynuował monotonny głos Kuby. On sam stał nieruchomo. Dookoła zalegała nieznośna cisza. – Rośnie. Patrzyłem na niego z rosnącym niepokojem. Co jest grane?!, kołatało mi się po głowie. -Y...Kuba, dobrze się czujesz? – wiem, że było to najgłupsze pytanie, jakie mogłem wymyślić. – Gadasz trochę dziwnie... -Nigdy nie czułem się lepiej. – powiedział i się odwrócił. Szarpnęły mną mdłości. Był nagi, ale z jego twarzą stało się coś dziwnego. Była oplątana czymś czerwonym, jakimiś rureczkami. Od połowy nosa aż po szczyt głowy była spowita jakimiś nitkami. – Zaraz będziemy braćmi. – powiedział głosem Kuby stwór, nie ruszając ustami. Księżyc oświetlał jego goły tors. Próbowałem się opanować. Wstałem z wysiłkiem i odszedłem kawałek. Nie miałem pojęcia, co robić. Potwór stał pod oknem nieruchomo. I wtedy coś się stało. Poczułem na twarzy wilgoć, która wpływała mi słodkawą falą do ust. Podniosłem dłoń do nosa – była cała czerwona. Z nosa sączyła mi się krew. Równie nagle runąłem na podłogę, powalony bólem w miednicy. Jakby ktoś przewracał mi bebechy do góry nogami! Cholera, to było nie do wytrzymania. Ból rozlewał się po brzuchu i klatce piersiowej. Pełznął w górę. Czułem, jakby płynne żelazo wspinało się moimi żyłami w stronę głowy. -Aaaaaaaaa! – wrzasnąłem. – Jezu! Co się ze mną dzieje. Aaa! Kurwa!!! – krzyczałem, gdy ból zżerał mnie od środka. Skulony na podłodze nie zauważyłem, jak podszedł do mnie ten stwór. Stał nieruchomo i patrzył na mnie, jak się wiję na podłodze. – Na pomooooc! – Wrzeszczałem. – Ratunkkkhhh... Zakrztusiłem się własnym wrzaskiem, gdy w gardle zakotłowała mi się jakaś...rzecz...coś się tam ruszało! Kurwa, co to było. Jakieś łaskoczące ruchy wspinały się tchawicą w górę. Chwilę później czułem to już w gardle. I za chuja nie chciało się zatrzymać. Wkręcało się w kości. Wwiercało w oczy. Myślałem, że głowa mi zaraz eksploduje w pieprzonej fontannie krwi. -Khh...khhrrr... - charczałem, próbując coś powiedzieć. – Kruhhw. – znowu atak kaszlu. Powietrze ze świstem przechodziło przez oskrzela. Wiedziałem że to koniec. I wtem to zobaczyłem. I poczułem. Widziałem to przed oczami. I czułem między gałką oczną, a oczodołem. Pierdolone, cienkie, czerwone łodyżki. Wypełzały powoli i zarastały oczy. Księżyc świecił teraz jakby przez plątaninę krzaków. -Aaaaaaaaaaaaaaaaaa!!! -Szymek! Szymek! – ktoś mnie szarpał za podkoszulek. Nic nie widziałem. – Obudź się! Stary, to tylko sen. Oczy wreszcie mi się otworzyły. Widziałem jak przez mgłę. Schylał się nade mną Bobek. Zerwałem się na nogi i tocząc wokół szalonym wzrokiem, zachwiałem się lekko. -Stary, to ja! – mówił Kuba, nie na żarty przestraszony. Powoli mi wracała świadomość i pamięć. Rozpaczliwie zakryłem rękami oczy. Uff! Nie było nic. Żadnych nitek. Jezuuu! To był tylko sen! -Szymek, ale mnie przestraszyłeś. – powiedział wreszcie Kuba ciągle stojąc i patrząc niepewnie. Lekko dysząc opadłem na kolana. Musiałem ochłonąć. Ten sen był taki...realistyczny... Kuba do mnie podszedł i też usiadł obok. Objął mnie ramieniem. Długo tak siedzieliśmy. -Dobra. Może wstańmy. – wychrypiałem i pomogłem Kubie wstać. – Jeszcze URNA gotowa pomyśleć, że wolimy chłopców. – powiedziałem to z uśmiechem, ale dziwny lęk nie opuszczał mnie. Za oknem było ciemno. Godzina policyjna już trwała. Szybko wzięliśmy prysznic. Miałem przygotować jeszcze Bobkowi posłanie na polowym łóżku ale... -Bobek... Sorry, że cię o to proszę. Ale... Mógłbyś dzisiaj spać ze mną? – czułem się trochę głupio. Duży chłopczyk boi się koszmarów. Żałosne. -Jasne. – odparł z uśmiechem. – Chodź. Położyliśmy się i szybko zasnęliśmy. Księżyc oświetlał nasze twarze, prześwitując przez plątaninę cienkich gałązek pobliskiej wierzby.
5
Obudziłem się wcześniej. Pierwsze, co zobaczyłem to śpiąca twarz Kuby tuż przed moim nosem. Cicho, tak jak tylko mogłem najbardziej, wyślizgnąłem się z łóżka. Trochę jeszcze zaspanym wzrokiem spojrzałem na kompa. Skrzynka była pusta. Poszedłem do łazienki. Z kranu chwilę polała się woda, ale ledwo zdążyłem umyć zęby, przestała. Znowu pewnie jacyś sabotażyści uszkodzili którąś stację. Może to nawet nasi. Miałem na szczęście jakiś zapas wody. To był obowiązek. Co najmniej pięćdziesiąt litrów. Potem szybko zdjąłem piżamę i wciągnąłem bokserki i podkoszulek. Lewe udo ciągle było zaczerwienione, ale gotów byłem to zrzucić na karb brutalnej „ingerencji” Kuby. Razem ze słonecznym blaskiem, rosnącym na dworze wraz ze wznoszącym się słońcem, ulatywały wszystkie te bezpodstawne urojenia i lęki, które mnie wczoraj męczyły. No i ten sen. Jestem chyba przemęczony, pomyślałem. W telewizji od kilku dni nie pojawiało się nic poza wspominkami, reportażami. Cóż, w końcu jutro miał rozpocząć się coroczny festyn z okazji wyzwolenia (albo, jak my woleliśmy – zniewolenia) Europy spod władzy papieża. Zabawom miało nie być przez następne sześć dni końca. To było chyba najważniejsze cywilne święto na tej półkuli. Zamierzałem się pokazać jedynie na jutrzejszym pochodzie, co pod groźbą więzienia (wiadomo gdzie...) było obowiązkiem każdego obywatela. A potem, siedzieć w domu i nie patrzeć na to upokorzenie i upadek. Sobotnie przedpołudnie zapowiadało się nudnie i jedynie perspektywa wieczornego spotkania podnosiła mnie na duchu. W moim pokoju usłyszałem jakiś hałas i krzątaninę i po chwili z drzwi wyłonił się zaspany Kuba. -Mmm...kochanie... - mruknął z uśmiechem żartownisia. – Byłeś wspaniały w nocy. To było niesamowite... -Dobra...dobra, już się ucisz. – powiedziałem. – Wiesz, ta twoja wczorajsza operacja była tak fachowa, że jeszcze boli mnie noga. -Co? Pokaż! – ani się obejrzałem jak on znowu oglądał moje udo z uczoną miną. -Ta...ja bym tutaj radził... -Przestań! – zaśmiałem się. – Nie dmuchaj! Łaskoczesz mnie! Zresztą... - nie mogłem się powstrzymać od śmiechu - ...zresztą lepiej już nic nie rób, bo mi noga jeszcze odpadnie. -Ha, ha, ha! Bardzo śmieszne! – odrzekł Bobek z obrażoną miną. Po chwili znowu się uśmiechnął. Był to typ człowieka, który nie umiał nie śmiać się dłużej niż 10 sekund. – Co dzisiaj na śniadanie? -To co sobie zrobisz. – odparłem przekornie. – I możesz mieć problem z umyciem się. Nie ma wody. -Znowu?! – krzyknął. – Szkoda... Już myślałem, że weźmiesz ze mną prysznic, nago, co? – mruknął zalotnie i zarechotał, uciekając do łazienki, gdy się na niego chciałem rzucić. Nagle moją uwagę zwrócił głos telewizyjnego spikera. Mówił oczywiście po angielsku, gdyż muzułmańscy uczeni na podstawie wieloletnich badań dowiedli, że ten jeżyk pochodzi od Allacha i że to jest język wybranego narodu islamskiego. Prawdopodobnie, gdyby najważniejszym językiem na świecie był nigeryjski dialekt suahili, dowiedziono by, że to on pochodzi od Allacha. Kuba wszedł do pokoju z mokrą głową i kropelkami wody na plecach. Nie nawrzeszczałem na niego, chociaż zostawiał mokre ślady. -Co jest? – zapytał, widząc, że stoję jak wryty przed ekranem telewizora. – Co się stało? -Była obława. Na Siódmą Dzielnicę. – powiedziałem cicho. – Aresztowali Kaśkę, Dziobaka, Weritas, Tierbla i jeszcze paru innych, nie widziałem dokładnie. Mieli rozmazane twarze. Ale ich czworo rozpoznałem. – Mówiłem prawie szeptem. Nie musiałem nic wyjaśniać. Kuba wiedział, że tych czworo miało identyfikatory i dało się ich szybko rozpoznać, nawet bez twarzy. Ciągle trzymając ręcznik, Bobek patrzył w ekran telewizora. Zakapturzone postacie chodziły po ruinach starej części miasta. Dorobionych komputerowo, oczywiście – „Siódma” tak nie wyglądała. -To koniec... To już cholerny koniec. Wszystko przepadło. – wycedziłem przez żeby. -Nie, nie stary! – Kuba podszedł i chwycił mnie za ramiona. – Wiesz, co mamy robić. Reszta też pewnie już wie. Dziś wieczorem jest spotkanie. Trzeba... -Kuba! Nie rozumiesz? Przecież Kaśka i reszta wiedzieli wszystko! – nagle zimny strach zmroził mi serce. – Przecież oni mogli mieć przy sobie jakieś plany... A jeżeli... -Przestań! – Kuba krzyknął i zaraz się opanował. – Nie bądź niemądry. Przecież oni wiedzieli doskonale, w co gramy. Mieli ze sobą trucizny i pewnie już zrobili z nich użytek. Nie byliby na tyle naiwni, żeby... Ale zaraz, jak mówiłeś? Obława? -No! Mam powtórzyć?! Kaśka, Dziobak... - zacząłem od nowa rozpaczliwą wyliczankę. -Nie! Nie o to chodzi. – powiedział Kuba i patrzył się na mnie długo. – Przecież w młynie nie mogło być szpiegów. Oni nie mogli...to nieczyste miejsce...jak mogli się dowiedzieć... Chyba, że... -Czy to teraz ważne? – powiedziałem ponuro. – Jesteśmy udupieni. To koniec. Koniec. – głos nagle mi się załamał. – Kuba, ja się tak boję... Ja tak cholernie się boję. Ja nie chcę stracić tego świata...tego, co stworzyliśmy. – gorące łzy lały mi się po twarzy nieprzerwanym strumieniem. Nawet myśl o ukrytej gdzieś kamerze nie powstrzymywała mnie. I tak wszystko było stracone. Nagle moja świadomość zupełnie się wyłączyła. Otępiały nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. W krótkich przebłyskach świadomości czułem, że ktoś mnie obejmuje, przytula, długo przyciska do siebie i gładzi po głowie. Obudziłem się pięć godzin później. Obok leżał Kuba. Spał. Nawet śpiąc miał bardzo zatroskany wyraz twarzy. Szczypały mnie policzki. Zaschnięte łzy sprawiały wrażenie jakiejś twardej skorupy. Powłoka nieszczerości. Fałszywe oblicze w sytuacji totalnego zniewolenia. Wróg myśli, że widzi ciebie, a tak naprawdę widzi tylko ułomną projekcję twojej osobowości. Zależną tylko i wyłącznie od twoich aktorskich umiejętności oraz perfidnej zdolności kłamania. Cały ten świat to był jeden cholerny fałsz... Wstałem ostrożnie, tak żeby nie obudzić przyjaciela. Nakryłem go kocem. Stałem chwilę nad nim. Potem bezszelestnie wyszedłem z mieszkania i zamknąłem za sobą drzwi. 6
Ulice były szare, niejakie i ponure, jak zawsze. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Pewnie niewielu wiedziało co się dzisiaj stało. Sztywni, bez wyrazu, wyprani z człowieczeństwa obywatele przesuwali się po szarych ulicach, między szklanymi taflami biurowców i sklepów, obok małych skwerków i parków. Poruszali się po mieście, które miało być ideałem miasta i perfekcyjnym obrazem ludzkiego życia, a było więzieniem. Tym bardziej okropnym i niewolącym, że rozgrywającym się pod maską, po kryjomu i za naszymi plecami. Każdy o nim wiedział i się go bał, ale wszyscy woleli udawać, że żyją w pięknej rzeczywistości, że są szczęśliwi. Nawet w kolejkach o racje żywieniowe matki, które wiedziały, że znowu będą ich dzieci chodzić głodne przez następny miesiąc, wymieniały nowe przepisy i żywo rozprawiały o nowych inwestycjach w mieście. Nikt nie spuszczał głowy, gdy ulice przemierzał opancerzony pojazd URNY, wioząc winnych tylko swojej wiary. Każdy wolał kiwać głową i myśleć, że znowu gdzieś jakiś wyrzutek społeczeństwa zamordował kogoś niewinnego. Wiedziano, co to jest Sznypin i po co się tam jedzie. I że się nie wraca. A i tak wywożeni byli żegnani przez rodziny zaopatrujące ich w bagaże i pożyczające im pieniądze. Oddacie, jak wrócicie, mówili. Świat terroru i strachu. Świat niewyobrażalnego zastraszenia i fałszywej uległości. Rzeczywistość sztucznej szczęśliwości i kłamliwego perfekcjonizmu. Przemierzałem ten świat po cichu. Jakby w żałobie po czymś, co już dawno utracono i nigdy nie miało wrócić. Za sklepowymi witrynami stały bioroboty, udające obsługę, uśmiechające się przez szyby nigdy nie otwieranych drzwi. Czasem w tłumie ktoś cichutko zaczynał nucić dawny, polski hymn, ale szybko wściekłe spojrzenia tłumu go uciszały. Właśnie tak się teraz czułem. Jakbym był takim napiętnowanym kimś, kto doskonale jest rozpoznawany przez innych. Czułem się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil geralttee
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…