Czarny Kniaź
Humorystyczna opowieść o mrocznym władcy pewnego mrocznego zamczyska. Ów władca lada chwila będzie musiał coś zrobić w kwestii zbliżającego się, straszliwego zagrożenia... Opowiadanie zainspirowane pewną grą komputerową sprzed lat...:)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Czarny Kniaź.
Miejscowość o wiele mówiącej nazwie Ostanie Doły płonęła. Żeńskie demony zwane mrocznymi dziewkami szalały pośród trzaskających płomieni, z dzikim wrzaskiem pogłębiając i tak konkretny zamęt. Istoty zwane czarnymi krasnoludami, w dziwnych strojach ochronnych, dopełniały destrukcji jakimś urządzeniem plującym ogniem. Czuć było nieprzyjemny zapach, jakoś dziwnie kojarzący się ze spaloną pieczenią. Łuna biła w niebo, a ponad płonącymi zabudowaniami niespokojnie trzepotały zdenerwowane nietoperze, za pośrednictwem których dzieła zniszczenia doglądał Czarny Kniaź - sprawca tegoż nieszczęścia. Był zadowolony. Co prawda jego słudzy pominęli gospodarstwo na skraju wsi, lecz krasnoludy obleją je za chwilę płynnym ogniem. I może się przy tym nie wysadzą w powietrze. Był naprawdę zadowolony. Musiał spalić to sioło - pewne sprawy można załatwiać tylko ogniem - i poszło nadzwyczaj sprawnie. Dlaczego jednak to zrobił? Czemu akurat to osiedle musiało spłonąć? Wszystko zaczęło się zaledwie trzy dni wcześniej.
Śnił. Znowu. To był zadziwiająco realny sen o schodzeniu w głąb mrocznych jaskiń, tak w ramach prób stania się Prawdziwym Bohaterem. Tak to bowiem się kończy, gdy jest się największym popychadłem w swojej wiosce, a trzeba sprawdzić, co porywa bydło i molestuje dziewice (rzekomo niektórych dziewiców też). Dają ci tępą maczetę, latarnię i pistolet o dwóch lufach, którego główną funkcją jest syczenie i dymienie podczas próby oddania strzału i każą zostać bohaterem. Śnił o dźwiękach, które zaczął w końcu słyszeć, gdy zrozumiał, że w tych jaskiniach rzeczywiście coś może być. I o tym, że ze strachu wrósł w skałę, gdy coś wylazło zza załomu korytarza (zmoczył też gatki, lecz to szczegół niewarty marzeń sennych).. A potem... potem, tam pod ziemią stało się wiele rzeczy. Mniej i bardziej przykrych. I trwało to dość długo. Gdy wydostał się z wilgotnych, ciemnych korytarzy dość trudno było go jednak nazwać człowiekiem. Jednak przeżył. W jakimś sensie. I nawet - w jakimś sensie - pozostał sobą. Pierwsza osoba, na którą się natknął po opuszczeniu jaskiń, bardzo szybko stała się jednie małym punkcikiem niknącym w oddali. Wrzeszczącym punkcikiem. A potem pojawiło się tych punkcików wiele, a każdy z nich miał przy sobie coś, czym można siekać, rąbać lub przynajmniej rachować gnaty. I zapolowali na demona, pałając słusznym gniewem, wobec tworu ciemności, jakim stał się niedoszły bohater. Czarniak obudził się w swoim mrocznym zamczysku (zwanym dla niepoznaki Zamczyskiem). Sam siebie nazwał Czarniakiem, bo uznał, że jest to miano jednocześnie mroczne i w miarę bezpretensjonalne. Pretensjonalność bowiem irytowała Czarniaka. Czarniak wstał bezszelestnie z łoża, choć sen był właściwie tylko przyzwyczajeniem z czasów bycia bardziej ludzkim. Moment później leżał jak długi na posadce w sposób nie przystający Czarnemu Kniaziowi, jak zwano takich jak on. Zerwał się na nogi, wykopał wprost za jedno z okien komnaty diablika, który nie wiadomo co robił przy jego łóżku, zamiast pracować głęboko w lochach - dziki wrzask zakończył się miękkim plaśnięciem gdzieś w dole, a potem żałosnym jojczeniem. Czarniak wsłuchał się następnie w odgłosy zamczyska (oczywiście sposobem magicznym). Obudził się sam, czy coś go obudziło? Cichy stukot dochodzący z podziemi; to diabliki - twory będące integralną częścią Zamczyska - remontowały fragment lochów grożący zawaleniem się. I pociągnięciem kilku kondygnacji ponad nimi za sobą. Ciche szepty w jakimś zapomnianym języku; to obaj czarnoksiężnicy eksperymentowali z czymś, co miało być ostatecznym rozwiązaniem kwestii nieproszonych gości, próbujących od czasu do czasu dopaść Czarniaka, czy to w imię szeroko pojętego Dobra, czy to dla skarbów ukrytych w podziemiach. Wynalazek czarnoksiężników miał być rzekomo czymś, co odstraszy nieproszonych gości raz, a skutecznie. I podobno był na ukończeniu. Od paru miesięcy był na ukończeniu, co należy zaznaczyć. Miał to być rzekomo rodzaj broni biologicznej, bardzo zjadliwej broni. Prawdziwe draństwo po prostu... Opłacał czarnoksiężników prawie tak dobrze jak mógł, ale efekty ich prac, szczerze mówiąc, były cieniutkie. Utrzymywał ich właściwie tylko dlatego, że wypadało aby Czarny Kniaź posiadał nadwornych czarnoksiężników. Jakieś warkoty i stukania z warsztatów, gdzie zwykle majstrowały trzy nieco nawiedzone tak zwane czarne krasnoludy; także momentami nie wiedział, po co ich trzyma. Ostatnio wynaleźli sprężynową szczoteczkę do zębów, zamiast sprawić, żeby młot parowy w kuźni zaczął robić coś więcej poza grożeniem wybuchem. Bulgoty w pracowni alchemicznej; to stary Kuternoga znów uczepił się jakiejś idei i tylko jakaś większa eksplozja mogła go od niej odczepić. Pełne entuzjazmu wrzaski i wycia... Zapewne z komnaty tortur. Należy wnioskować, iż któraś z mrocznych dziewek świetnie się bawiła, fundując sobie przy pomocy kata-demona coś w rodzaju masażu. Mroczne dziewki lubiły różne ekstremalne rozrywki. Typu skok na główkę z najwyższej wieży. Wprost na stertę szklanych odłamków. Jakoś nie słyszał wampira Dormiusa, teoretycznie pełniącego funkcję zarządcy; zapewne wysysał kogoś dyskretnie, ostrożnie i bez zbędnej przemocy. W końcu facet miał zasady. Tyle że światło dnia mógł sobie oglądać najwyżej przez szybę. I ciągle przygryzał sobie język. Lecz przynajmniej sprężynowa szczoteczka do zębów przypadła mu do gustu. Czarniak słyszał jeszcze kilkanaście innych stworów, jakie miał pod swoją półdemoniczną opieką i panowaniem, a które w zamian za służbę zyskiwały dach nad głową i względną pewność, iż nie zostaną przebite kołkiem, poćwiartowane, nie skończą jako magiczne ingredienty różnych mikstur, nie zostaną powieszone, spalone na stosie, zakopane, odkopane, sklonowane i zabite jeszcze raz. Wszystko wydawało się być w porządku. Co więc go obudziło? Zapewne nic z w Zamczysku. Czarny Kniaź sięgnął magicznie swoimi zmysłami ku granicom swojego terytorium. Nie były zbyt odległe, ale i tak było to dość wyczerpujące. Ten dziwaczny system alarmowy wymyślony przez krasnoludów... To chyba było to... Widać ci durnie kazali za daleko rozstawić czujniki, przez co mentalne wycie jednego z nich było nawet dla niego prawie niesłyszalne. Choć było go w stanie wybić ze snu. Czarniak wsłuchiwał się jeszcze chwilę w otaczającą go rzeczywistość. Zaraz, ale czemu nie słyszy piekielnych ogarów? Powinny tam być, przynajmniej odstraszyć intruza kimkolwiek lub czymkolwiek by nie był. Albo narobić niezłego jazgotu. Zwłaszcza gdyby trafił się jakiś szlachetny rycerz lub inny pozytywny bohater, niewątpliwie dzielny i szukający chwały. Czarniak teleportował się do wnętrza swojej ulubionej zbroi, odziedziczonej (jeśli można to tak nazwać) po poprzednim władcy Zamczyska. Lata ćwiczeń sprawiły, iż trafił w nią perfekcyjnie.
Najpierw posłał nietoperze. Czarniak musiał przecież jakoś zlokalizować to, co sprawiło, iż ogary przestały być słyszalne i nie reagowały na magiczne wezwania, a nietoperze były naprawdę dobrymi zwiadowcami. Stadko nietoperzy dotarło do lasku pokręconych drewek, skąd dochodziło magiczne wycie alarmu. Przy ich pomocy - korzystając z ich zmysłów - Czarniak począł rozglądać się za piekielnymi psami. Znajdzie je - znajdzie przyczynę alarmu. Sprawę utrudniał nieco fakt, iż nietoperze widzą bardziej uszami niż oczami... Ale to była już kwestia przyzwyczajenia. I umiejętności opanowania bólu głowy po wszystkim. I jeszcze opanowania ochoty na zwisanie głową w dół spod sufitu, jeśli akurat korzystało się z gacków zbyt długo... Pierwszy ogar zwisał smętnie z jednego z drzewek na skraju lasku. Drugi był okręcony na następnym kawałek dalej. Trzeci występował w dwóch częściach, czwarty w jednej, za to był przybity do ziemi dwoma kołkami. Większej części piątego nigdzie nie było widać. Pozostałych ogarów nie dało się zlokalizować w pobliżu, zatem być może zdołały zwiać. Były szybkie, bardzo szybkie. Inaczej nie byłyby w stanie skutecznie strzec sporego jednak obszaru rozciągających się wokół Zamczyska włości. Czarniakowi zrobiło się jakoś słabo. Na tyle, na ile mogło komuś takiemu jak on może być słabo. Na ogary ktoś sobie bezwstydnie zapolował! I najwyraźniej nawet niespecjalnie się przy tym zmęczył! Straszne... Zagadka rozwiązała się kilka chwil później, gdy na wzgórku, pośród nieco zwiędłych chaszczy wypatrzył zmysłami nietoperzy coś na kształt człowieka. Wyglądało na to, iż to coś na kształt człowieka ogląda sobie spokojnie jego Zamczysko, widoczne w świetle księżyca, poprzez jakieś urządzenie optyczne. Po chwili było także wiadomo, iż intruz przybył samotnie. Wobec tego mógł zrobić samotnemu intruzowi naprawdę niespodziewaną niespodziankę. A potem ugościć go naprawdę serdecznie. - Naprzód, dziewczynki - rozkazał na poziomie magicznym mrocznym dziewkom, gotującym się do akcji w zamkowej zbrojowni. - Tylko żywcem brać! Uznał, że trzy wystarczy. Teleportował je krótkim zaklęciem we właściwe miejsce. Zmaterializowały się bezgłośnie. Ale runęły już ze straszliwym wrzaskiem na postać chaszczach, jakby nieco nietutejsze w tych swoich zabawnych strojach, tak obcisłych, że właściwie nic nie ukrywających, dziwnie przy tym kojarzących się z batami, kajdanami i w ogóle ze specyficznymi przyjemnościami. W krzakach rozpoczęła się wściekła kotłowanina. Czarniak zmaterializował się po chwili kawałek dalej w pełnej zbroi, z miejsca odczuwając, że znalazł się tak daleko od swego Źródła Mocy, iż jedyną jego prawdziwe magiczną sztuczką mógł być tylko powrót do Zamczyska. Oddaliłby się jeszcze dalej i zamiast być Czarnym Kniaziem, mógłby najwyżej pretendować do miana pośledniejszego czarnego woja. Taka już była właściwość istot jego pokroju. Potrzebowały zewnętrznego źródła zasilania dla swej mocy, jeśli tak to można określić. Ściągnął z pleców młot bojowy (bardziej skomplikowana broń mogła na przykład wybuchnąć podczas teleportacji), uświadamiając sobie jednocześnie niejasno, iż chyba coś nie tak jest z tym kotłowaniem się mrocznych dziewek. Zupełnie... jakby same ze sobą się kotłowały. Chyba nawet to same spostrzegły, powoli się uspokajając. Dziewki zastygły w dziwacznych pozach, a po chwili powypuszczały się nawzajem ze swoich objęć, szponów i zębów. Ogólnie nie były to głupie stworzenia, ale w walce tak się zapominały, że czasem gryzły, a nawet dusiły nie to co powinny. Pamiętały jednakowoż o ogólnych założeniach otrzymanego rozkazu do końca i jeśli miały wziąć żywcem to brały. Choć bywało, że jeniec był podduszony, nadgryziony i wyssany jednocześnie. Albo nawet brakowało mu jakiejś mniej ważnej części ciała. Czarny Kniaź rozejrzał się niepewnie... Wtedy stało się. Huknęło konkretnie. Raz, potem drugi. - Auć - powiedziała jedna z dziewek. Konkretnie ta, która jako druga została przeszyta osinowym kołkiem wystrzelonym z czegoś w rodzaju dubeltówki bez kolby. Trzecia obróciła się jak kurek na wietrze na odgłos wystrzałów za sobą... tylko po to, aby zostać przeciętą czymś warczącym i smrodliwym, z dołu do góry. Bojowa piła łańcuchowa, jak zauważył Czarniak. Rzekomo ostatni krzyk mody na współczesnym polu bitwy. Oczywiście tak naprawdę dziewki nie umarły, ale zaledwie zostały odesłane tam, skąd pochodziły. Powinny się zjawić ponownie najdalej po kilku latach. Natomiast Czarniak był kiedyś człowiekiem i umarłby naprawdę (zostałby zabity na śmierć, jak to mówią), gdyby został przepołowiony czymś takim. Dlatego wykonał pewną sztuczkę z młotem, której nauczył się jeszcze zanim zdobył dla siebie Zamczysko i Źródło Mocy w nim. Określił trajektorię i rzucił, wkładając w to całą siłę swojego fizycznego ciała.
Nie trafił. Doszło do walki wręcz, co okazało się bolesne. Głównie dla niego.
W podziemiach Zamczyska było sporo cel z solidnymi drzwiami i nie mniej solidnymi zamkami w nich. Jak wiadomo, każdy sługa zła musi mieć gdzie przetrzymywać swoje ofiary, zanim zamęczy je na śmierć w komnacie tortur, złoży w ofierze, pożre lub objaśni, czemu to od teraz służba siłom zła jest najlepszą perspektywą. Czarniak osobiście zniósł ciało intruza w sfatygowanej, trochę dziwnej zbroi do kiepsko oświetlonych podziemi (podziemia właśnie takie podobno mają być). Rzucił je bez ceregieli na posadzkę i spędził chwilę, przyglądając się smukłemu, długonogiemu kształtowi. Kolejny pozytywny bohater, który koniecznie musiał się wykazać. Oni zawsze byli smukli i długonodzy. Może tylko trochę więksi. Tylko po cholerę aż do niego wędrowali po chwałę? W bardziej cywilizowanych regionach Świata nie było już zła do tępienia? Tymczasem potrzebował medyka, aby obejrzał nieproszonego gościa i przywrócił go do stanu używalności. Aby można było z nim zrobić potem różne, paskudne rzeczy. - Mój drogi Kuternogo - przesłał swój głos do sypialni alchemika. Jednocześnie medyka i uzdrowiciela hobbysty. - Bądź łaskaw się obudzić... OBUDŹ SIĘ, DO JASNEJ ANIELKI! Tak lepiej... Zajrzyj, proszę do lochów. Mam tu coś dziwnego. Weź ze sobą apteczkę, zioła i inne takie. - Tak, panie. W tej chwili - odparł usłużnie alchemik w ciszy swej komnaty roztrzęsionym głosem. Czarniak zastanowił się. Tym samym magicznym kanałem, którym przesłał swój głos do jego zmysłów dotarł dziwny zapach... - Nie spiesz się, Kuternoga - dodał po chwili. - Najpierw zmień bieliznę. Potem przyjdź. Wrzeszczenie na smacznie śpiące sługi czasem miało swoje skutki uboczne. Opuścił celę, zamykając ją na wielką zasuwę. Teleportował się do biblioteki, zbroję, którą miał na sobie, przesłał jednocześnie do swych komnat. W bibliotece zamierzał sprawdzić pewien szczegół związany z nieproszonym gościem - szczegół, który nie dawał mu spokoju. Nie trafił w bibliotekę. A zbroję nadal miał na sobie, gdy się zmaterializował. Trudno powiedzieć, czy to dobrze, czy źle. Tak bywa, gdy jest się wykończonym walką. A przed swoimi sługami rżnie się twardziela, co by sobie nie pomyśleli czegoś niepochlebnego. Trafił w schody w wieży, gdzie biblioteka się znajdowała. Stopni było sto pięćdziesiąt dwa. Policzył je dokładnie w drodze na dół. I złamał sobie jeden z rogów na ostatnim z nich. Ale tym razem bolało tylko trochę.
Istnieje wiele sposobów wydobywania z jeńców informacji. W tej materii tylko ludzka wyobraźnia jest ograniczeniem. Ogólnie rzecz biorąc te najstarsze można uznać za najwydajniejsze, zwłaszcza te, przy użyciu których z przesłuchiwanego wraz z prawdą wyrywa się jakieś fragmenty jego anatomii. Czarniak osobiście był zdania, że przed przesłuchaniem należy jeńca zmiękczać przez co najmniej parę godzin, aby jego chęć podzielenia się posiadanymi informacjami była jak największa, jeszcze zanim padnie pierwsze pytanie. Tak też poczyniono w wypadku intruza. O zachodzie słońca Czarniak zmaterializował się przed jedną z komnat w podziemiach, gdzie przeprowadzano zmiękczanie. Czarnoksiężnik Czochracz także już tu był (tak na wszelki wypadek), nerwowo przestępując z nogi na nogę i szarpiąc swoją brodę. Czarniak bez słowa wkroczył do środka i rozejrzał się po spartańsko urządzonej sali. Długi stół, ławy, dwa krzesła, spora beczka, oczywiście otwarta. Czarniak stanął za jednym z krasnoludów, który siedział przy stole i szturchnął go. Krasnolud czknął i łagodnie spłynął pod stół, nie zapominając o swoim kubku. Drugiego krasnoluda, zwano go Obwarzan z racji jego pociągu do wiadomego wyrobu piekarniczego, Czarniak zebrał z posadzki i postawił na nogi. Obwarzan chwiał się niczym młode drzewko pod wpływem wiatru. Wystarczyło pacnąć go w ramię, a powrócił do pozycji horyzontalnej z głębokim westchnięciem. Trzeci znajdował się za beczką. Naturalnie w stanie głęboko wskazującym. I to by było na tyle. Krasnoludy miały naprawdę mocne łby i zazwyczaj dotrzymywały kroku największym twardzielom podczas stosowania tej metody wydobywania zeznań. Jednak nie tym razem. Biedacy polegli na placu boju. Cóż, w końcu zawsze trafi się jakiś twardziel, który powala swoimi możliwościami, a nikt nigdy nie twierdził, iż tak zwane rozpoznanie alkoholowe jest idealną metodą. Pod stołem leżała jeszcze, czule szepcząca do swego kubka, jedna z mrocznych dziewek. Czarny Kniaź podszedł do beczki, stwierdzając z wręcz niepokojem, iż jest w ponad połowie opróżniona. - Prawdziwe poświęcenie - mruknął Czochracz zza pleców władcy Zamczyska. Dopiero teraz wszedł do komnaty. - Tak z pięć litrów na głowę. Jak oni dali radę? - Góra o cztery litry - poprawił czarownika Czarniak, fachowym okiem oceniając pojemność beczki. - Nie popadajmy w przesadę. Stanął nad spoczywającym do połowy na blacie smukłym kształtem o krótkich włosach białych jak śnieg. Nieszczęsny intruz po wstępnej obróbce. - Esce! - zażądała bełkotliwie smukły kształt, uderzając dnem swojego kubka o blat stołu. - Chce escze! Ale ajna ipleza! Eszce! To była kobieta. Smukła. Długonoga. Z biustem. Chociaż dość szeroka w ramionach i z blizną na policzku. Ale kobieta. Nawet dość ładna. Czarniak poczuł się zaskoczony. Wypolerowałby rogi, gdyby wiedział... a przynajmniej jeden z nich. Czemu nikt mu nie powiedział? Ale przynajmniej wiadomo, dlaczego Kuternodze badania medyczne zajęły aż dwie godziny. Miała na sobie coś jakby damską koszulkę na ramiączkach ledwo co zakrywającą biodra i nie wiadomo skąd wzięte pantofle na obcasach. Zapewne z zapasów poprzedniego władcy Zamczyska. Lubił takie kobiece drobiazgi. A nie był kobietą. - Prawdziwa baba! - powiedział z zachwytem Czochracz. Być może jeszcze chwilę wcześniej nie wierzył własnym oczom. Albo fakt, że widzi kobietę z krwi i kości potrzebował czasu, aby dotrzeć do jego świadomości. - Prawdziwa! Powinienem ją zbadać! Czarniak uświadomił sobie, ze coś mu się ślini na rękę. Z obrzydzeniem wytarł rękaw o skraj szaty czarownika, dostającego właśnie wytrzeszczu, na widok nóg wystających spod stołu. Wytrzeszczu i ślinotoku. Czarniak odsunął się. - Łesteś ogaty! Ale cemu mas ylko ednego loga? To labawne! - odezwała się właścicielka nóg. Czarniak usiadł na ławie, powstrzymując odruch dotknięcia swojego złamanego rogu. Odrośnie. Za jakiś czas. - Jak się nazywasz? - Oają mne Ałaycyca. - Eeee... - zaczął Czarniak. Dobrze słyszał? "Kawał Cyca"? Czochracz opanował się nieco, wyszeptał zaklęcie zwane "filtrem bełkotu", pozwalające zrozumieć każdego bez względu na jego stan - w tym także polityków - zastanowił się, następnie przetłumaczył: - Wołają na nią Biała Wilczyca. "Filtr bełkotu" był niemal nieodzowny przy przesłuchaniach metodą alkoholową. - To twoje? - zapytał Czarniak Białej Wilczycy, kładąc pas z dziwną klamrą na blacie stołu. - Osego. Czarniak stracił wątek na moment. - Łysego? Jakiego łysego? - Co s ego?! Ta metoda zmiękczania przed przesłuchaniem należała mimo wszystko do jednych ze skuteczniejszych. Jednak problemem bywało zrozumienie przesłuchiwanego po jej zastosowaniu. - Pyta, co z tego - pośpieszył z pomocą Czorchacz, stosując znowu "filtr bełkotu". Jego głos drżał. Pocił się. - Lacego ty mas bek lyka? Gupio to ygląda. - Że co łyka? - Łeb byka. Pyta o twój wygląd, panie. - Aha. Tak jakoś wyszło. Sprawdziłem w bibliotece symbol na klamrze twojego pasa. Wiem, kim jesteś - rzucił pozornie od niechcenia. - Och, welki bycek siał plawdzic w kią... kiągach, kim a łestem. - powiedziała kobieta, usiłując się wyprostować na ławie. - Ycek mie ctać? - Pyta, czy byczek umie czytać. Panie, uważam, że powinno się ją bardzo dokładnie i... tego... dogłębnie przebadać. Obejrzeć, poddać testom i w ogóle. Wiesz, panie, na ten przykład krew dziewic jest bardzo istotnym... Kobieta uderzyła wściekle kubkiem o blat stolika. - Ylko ie dzieica! Tylko ne dziewica! Ja... ufff... cię nie blażam! - Chyba powiedziała, że ona cię nie obraża - domyślił się Czarniak. - Więc i ty jej nie obrażaj - popatrzył na kobietę, usiłującą zogniskować wzrok na kubku. - Estes akims... Jesteś takim kimś, kto poluje na potwory i inne sługi zła za pieniądze, prawda? Nazywają was wiedźmakami, nieprawdaż? - Plawadaz - odparła blondynka, wyszczerzając się. Wiedźmacy byli ekstremalnie odporni na wszelkie jady, trucizny i zarazy. I zapewne tylko tym można było tłumaczyć względną przytomność przesłuchiwanego obiektu, podczas gdy krasnoludy przeniosły się na inny poziom świadomości. - Naprawdę powinienem ją zbadać - powiedział czarownik błagalnie. Czarniak zignorował go. - Przyszłaś mnie zabić? - zwrócił się do białowłosej. - Panie mój, wybacz, ale to chyba oczywiste - wtrącił czarnoksiężnik. - Po, co innego mogłaby... - Acego abyć miabym? - wytrzeszczyła oczy białogłowa. Wyraźnie usiłowała mówić jak najwyraźniej. Ale wychodziło niewyraźnie. - Bessesu. - Mówi, że bez sensu byłoby takie zabijanie. Wierzysz jej, panie? - zapytał skonsternowany czarnoksiężnik. - Bo jestem potworem, Czarnym Kniaziem, zamieszkuję przeklęty zamek, utrzymuję tuzin sług z piekła rodem. To nie wystarczające powody? Kto ci zapłacił z mój łeb? - Nie! Ne bić! Plosic o ooc! - O moc? - zadziwił się Czarniak. - A jak ty to sobie wyobrażasz? - Co, ja newyrazne mówe, cy co?! Ne o moc! O ooc! - Chyba
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil mamut
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…