Czarownica Rozdział VI
Szósty rozdział powieści o Czarownicy Barbarze
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Jeśli ktoś żyje w małym mieście, a mimo to nie zna aktualnych plotek i nie jest na bieżąco z wydarzeniami powinien raczej wykreślić zawód dziennikarza ze swoich planów na życie. Wszystko jednak to co dzieje się w tym mieście prędzej czy później przechodzi przez dwie pary uszu. Jedna z nich należy do księdza proboszcza, który zainteresowanie cudzymi sprawami objawiał głównie z racji pełnionego urzędu. Właścicielką drugiej pary była Elwira Święs — właścicielka jedynego sklepu w tej mieścinie; zapalona pani kupiec i jeszcze bardziej zagorzała plotkara, dla której powielanie i rozprowadzanie plotek, było prowadzone na znacznie większą skalę niż piractwo muzyczne. Miała pięćdziesiąt dwa lata i miejscami już srebrzące się, krótko ścięte włosy, niezwykle szeroką dolną wargę, obwisły podbródek i wielkie, sięgające niemal samego brzucha piersi, skryte za czerwonym, wełnianym swetrem, na który miała włożony biały, nigdy nie zapięty fartuch. Stała pochylona nad ladą, opierając na niej ramiona. W dłoniach trzymała sreberko z kakaowego cukierka, którego początkowo ssała w ustach przerzucając go co chwila językiem z jednej strony na drugą, a następnie przegryzała go, wysysając z jego wnętrza, całe nadzienie. — Kurwa mać! — dobiegł do nich głos jej męża Zbyszka, który do tej pory był skryty w magazynie i dopiero teraz wyszedł stamtąd, ukazując swoją niepozorną sylwetkę — miał zaledwie metr sześćdziesiąt wzrostu. Już kiedy był dzieckiem matka woziła go od jednego lekarza do drugiego, szukając przyczyn jego wzrostu, a raczej jego braku. Ci jednak konsekwentnie rozkładali ręce i próbowali tej kobiecie wytłumaczyć, to co jej niejednokrotnie powtarzał ten trzynastolatek, to znaczy to, że jedne dzieci rosną bardziej inne trochę mniej, i że jedne czynią to szybciej, a u innych, no cóż, na efekty trzeba trochę poczekać. Do jego matki nie trafiały jednak ani argumenty jej nastoletniego syna, dla którego niski wzrost nie stanowił żadnego problemu, i nie trafiały do niej nawet te same argumenty powtórzone przez dyplomowanych lekarzy, którzy większe zainteresowanie stanem zdrowia wykazywali w kierunku matki, niż zupełnie zdrowego syna. I gdyby ich posłuchała i zainteresowała się sobą, może żyłaby do dzisiaj, ale ona widziała choroby jedynie w innych. Zmarła kiedy Zbyszek miał piętnaście lat i skazała go tym samym na następne dwadzieścia lat samotnego błąkania się z jednego miejsca na drugie, do czasu kiedy poznał Elwirę. Dopiero przy niej pogodził się ze śmiercią matki — o którą to śmierć stale się obwiniał. Umarła przeze mnie bo nie urosłem i ona nie mogła się zainteresować sobą. Prześladowała go tym nawet w czasie snu. Niemal co noc śniła mu się jak podążała ku niemu z sinymi, martwymi oczyma; środek głowy miała wygolony, a wypływający z tego miejsca strumień krwi moczył i zlepiał jej długie czarne włosy. Kroczyła ku niemu w szpitalnym fartuchu — w tym samym w którym umarła — w jednej dłoni trzymała biały, głęboki talerz, w drugiej aluminiową łyżkę — dzisiaj już się takich nie używa, ale kiedy był dzieckiem w ich domu były wyłącznie takie. I czuł się podczas tych snów jakby znów był dzieckiem. A ona zatrzymywała się nad jego chudym ciałem — w tych snach zawsze był przerażająco chudy. Jedz synku — powtarzała mu, ciągle patrząc przed siebie, ponad jego głową — Musisz dużo jeść, bo nie urośniesz. Próbowała nabrać na łyżkę trochę zawartości z talerza, jednak kiedy nie dawała sobie z tym rady, wtedy mały Zbysio wstawał (albo rósł), mówiąc: Pomogę ci mamo. I zabierał od niej łyżkę i spoglądał na talerz. Serce przestawało mu bić. Przerzucał wzrok na twarz matki, która teraz śmiała się w głos, uśmiechała się szeroko, ukazując niebywale żółte zęby i nieustannie powtarzała: Jedz synku, bo nie urośniesz. Jedz… jedz… jedz… Zatykał uszy, zamykał oczy, ale przez to nie stawał się ani bardziej głuchy, ani bardziej ślepy i wciąż słysząc jej głos zmieszany ze śmiechem. Z przerażeniem kierował spojrzenie na talerz, na którym leżał ludzki mózg — mózg jego matki, na którym wyhodowała swojego mordercę, wielkiego jak orzech włoski guza. Jedz synku… jedz… jedz — powtarzała, a on budził się w tym momencie, cały oblany potem i nawet na jawie wydawało mu się, że nadal słyszy jej śmiech dobiegający z ciemności. Nie miał jednak tych koszmarów, od ilu? Chyba od dziesięciu, może nawet dwunastu lat. To już dwanaście lat odkąd się tu sprowadzili, a on uwalniając się od rodzinnych stron (oboje pochodzą z Grybowa) uwolnił się również od koszmarów. Rozpoczął tu nowe życie, kupił działkę najpierw jedną pod budowę domu, parę lat później drugą wydzierżawił i postawił w tym miejscu sklep. Zupełnie odciął się od przeszłości i nie miał najmniejszej ochoty na powrót do niej. Miał pięćdziesiąt cztery lata, lubił piłkę nożną — zwłaszcza tę jej fotelową wersję z puszką piwa w dłoni; lubił piosenki Krzysztofa Krawczyka, których melodie, mniej lub bardziej modyfikował, naprawiając zepsuty ekspres do kawy. W sobotnie wieczory zamykał się w garażu, gdzie grzebał przy samochodzie — jeździł starym polonezem, w którym co chwila szlak trafiał jakąś część. Albo po prostu siadał na metalowym stole, jedno ramię opierał na imadle, a w drugiej ręce na zmianę trzymał piwo lub wypalanego papierosa. I tak jak każdy mężczyzna myślał o tym kim mógłby być, gdyby nie był tym kim jest? I za każdym razem kiedy znajdował jakąś sensowną odpowiedź, rzucał lotką w plakat nagiej dziewczyny z rozstawionymi, szeroko, nogami. Mógłbym być politykiem. Dlaczego nie? — rzut lotką, trafił w jej duże, różowe brodawki. Starzał w dziesiątkę! Mógłbym być księciem Monako — rzut lotką, tym razem dostała między oczy. Albo na przykład mógłbym być pisarzem? Mniejsza z tym, że z każdego wypracowania dostawałem dwóję, a za Inwokację trzy godziny siedziałem w kozie. Tak, pisarz to dobry fach. Wziął łyk piwa i rzucił lotką — trafił wprost między nogi, może nawet oberwała w łechtaczkę? Uśmiechnął się do własnych myśli, dopił piwo, wylał na podłogę pozostałe w puszce piany obcierał usta rękawem i szedł do żony. Kładł się na niej, czasami miał nawet na tyle energii by zrobić to dwukrotnie, co przy jego wieku i tak było nie lada osiągnięciem. I był szczęśliwy, bo nie potrzebował niczego więcej. Miał wszystko to co potrzeba mężczyźnie w jego wieku: żona, samochód i kilka marzeń wciąż żywych i wciąż takich w które się wierzy, tak samo naiwnie jak piętnastolatek. I czy żeby mieć to wszystko, musiałby być wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną?
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil racjo
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…