Wróć do katalogu

Czysta krew

Rozdział VI "Wizyta" Violett nie może dojść do siebie po zakończonej bitwie. Wiktor wpada na pomysł, aby złożyć wizytę osobie bliskiej dziewczynie. Czy będzie to dobry pomysł?

zaszumiał-wiatr, opublikowano , 35 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Leżałam w ciszy, pozorując sen. Musiałam przemyśleć wszystko, co wydarzyło się poprzedniej nocy. Wiedziałam, że nigdy nie przebaczę sobie tego, do czego doszło. Wiktor, Robert, Nestor, nawet Soledad, wszyscy próbowali przekonać mnie, że to nie moja wina. Ja jednak czułam się, jakbym własnoręcznie wbiła Gilbertowi sztylet prosto w serce. I to dosłownie. Miałam ochotę zerwać się z łóżka i donośnie rozpłakać. Pobiec gdzieś, daleko, gdzie mogłabym pogrążyć się w lamencie. Ale musiałam tu leżeć, symulując, że śpię, że po prostu źle się poczułam, udając, że nie czuję wstrętnego odoru w powietrzu, że nie doświadczam wzgardy i rozpaczy jednocześnie. Musiałam być człowiekiem. Gilbert nie żyje. Powtórzyłam w myślach po raz tysięczny. A ja jestem temu winna. Tak, przyczyniłam się do jego śmierci. I nawet nie mogę powiedzieć, że żałuję! Wiem, że gdyby nie on, to Wiktor. Próbowałam się uspokoić, wmawiając sobie, że przecież chciałam go tylko uratować. Ja tylko odciągnęłam Gilberta, rozproszyłam jego uwagę, to co się wydarzyło później było tego skutkiem. Przerwałam swoje żałosne usprawiedliwienie, aby odeprzeć kolejną falę rozpaczy. Usłyszałam, że drzwi skrzypnęły. Zostałam sama. W końcu ciotka postanowiła opuścić łoże chorej. Otworzyłam wolno oczy. Przez ciemnozielone zasłony sączyły się jasne, słoneczne promienie. Połyskujący w świetle kurz, przypomniał mi wyprawę na poddasze, gdy byłam jeszcze pewna, że przeistoczenie przyniesie mi same korzyści i wiele radości. Pozwoliłam pojedynczej łzie spłynąć na poduszkę. Wyłapałam odgłos kroków na schodach, a zaraz potem odnalazł mnie niesamowity zapach mojego ukochanego. Prędko przymknęłam powieki i udałam miarowy oddech. Drzwi ponownie skrzypnęły. Usiadł na łóżku i leciutko musnął opuszkiem moją dłoń. - Wiem, że nie śpisz – szepnął. Jego głos przypomniał mi to wszystko, co się wydarzyło. Nie mogłam się powstrzymać. Zarzuciłam mu ręce na szyję i cicho rozszlochałam w ramię. Przytulił mnie mocniej. Jego ciepło dodawało mi nieco otuchy. W końcu łzy mi się skończyły i poczułam się pusta. Zupełnie jałowa, jakby moja dusza wyrwała się z ciała i uleciała. - Kochanie. – Wiktor złapał mnie za podbródek i podniósł moją twarz. Spojrzałam na niego niewidzącymi oczami. - Pamiętasz co ci mówiłem? Nie ma w tym ani odrobiny twojej winy. To ja to zrobiłem. Ja. To, co mówił raniło mnie niczym ostrze. Był taki obojętny, zupełnie nie uważał tego za błąd. - Prześpij się choć trochę – zaczął wstawać. - N-nie, proszę… Nie odchodź – wyjąkałam załzawionym głosem, łapiąc go za rękę. - Niedługo wrócę. Proszę, odpocznij chociaż trochę. Jego szept jeszcze chwilę unosił się w powietrzu, gdy zamknęły się za nim drzwi. Przygarbiłam się, spoglądając w okno. Stwierdziłam, iż najwyższy czas pokazać się rodzinie. Miałam dość samotności, wolałam nawet towarzystwo swoich ludzkich krewnych. Ześlizgnęłam się z łóżka i zarzuciłam szlafrok. Włosy odgarnęłam na ramię i wyszłam z pokoju. Coś było nie tak. Nawet w moim chodzeniu odkryłam tymczasową lukę. Kroki pokonywałam z trudem, jakbym nie miała dość siły, by utrzymać równowagę. Nie czułam się z tym komfortowo. Przystanęłam przy poręczy schodów i usłyszałam cichą rozmowę Wiktora z Robertem. Chociaż słuch mnie nie zawodził. - Myślisz, że to byłby dobry pomysł? – Wiktor. – Chciałbym ją jakoś uspokoić, wciąż jest taka zrozpaczona… - wyczułam ile bólu było w jego głosie. – Tak bardzo przejęła się śmiercią Gilberta. Czasem zastanawiam się, czy aby naprawdę nie byli sobie pisani, a ja wystąpiłem przeciw przeznaczeniu… Zdławiłam w sobie płacz. Sprawiałam mu tylko przykrości. Usłyszałam, że Robert położył mu dłoń na ramieniu. - Nie zadręczaj się. To musiało stać się prędzej czy później. Może właśnie takie było przeznaczenie? Zapadła krótka cisza. - Wracając do mojego pomysłu… Sądzisz, że miałby to jakikolwiek sens? Oczywiście nie pozwoliłbym jej spotkać się z Gilbertem, sprawiłoby jej to zbyt wiele bólu. Ale sam nie wiem… Może matka mogłaby jakoś na nią wpłynąć. - Oby tylko nie doświadczyła tego jako kolejnej straty. Z tego, co wiem nie jest to do końca bezpieczne. Nie możecie przebywać tam dłużej niż dzień. - Tak, wiem. Na tym ich dialog się zakończył. Schodząc wolno po schodach, zachodziłam w głowę, o co im chodziło. Nic nie zrozumiałam z tej wymiany zdań. - Violett – szepnęła sennie ciotka Ampelia, zauważając mnie. Siedziała w koszuli i szlafroku, najwyraźniej przysypiając w wielkim, miękkim fotelu. W kominku przyjemnie pykał ogień. Poczułam się, jakby ten ogień i ciotka istnieli w moim poprzednim życiu. Po części tak było. - Jak się czujesz? – Poruszyła się w fotelu, ale nie wstała. Chyba zdążyła już zauważyć, że nie lubię, gdy podchodzi zbyt blisko lub mnie dotyka. Nie wiedzieć czemu, lekko mnie to ukłuło. Po chwili zdałam sobie sprawę, że jednak dobrze, że do tego doszła, bo do moich nozdrzy dotarła odrzucająca woń. - Lepiej, dziękuję. Gdzie wszyscy? – Udałam zainteresowaną. - Śpią. Odruchowo spojrzałam na zegar przy kominku. Rzeczywiście, był dopiero wczesny ranek. Piąta czterdzieści. Nagle zaburczało mi w brzuchu. No tak, nie miałam nic w ustach od… bardzo dawna. - Ciociu… - udało mi się jakoś przepchnąć to słowo przez ściśnięte gardło – Właściwie którego dziś mamy? Spojrzała na mnie zaskoczona, ale odpowiedziała dosyć naturalnie. - Trzydziesty pierwszy marca, skarbie. A więc minęły zaledwie cztery dni? Cztery dni od mojej przemiany? Spróbowałam jakoś to wszystko sobie poukładać, ale nie bardzo byłam w stanie. Odkąd odezwał się mój brzuch, przypominając mi o głodzie, nie mogłam skupić się na niczym innym. - Przejdźmy do kuchni, musisz być bardzo głodna. Ruszyłam za nią w milczeniu. W kuchni krzątała się Emnilda. Rzuciła mi zaniepokojone spojrzenie i szybko wróciła do krojenia wędlin. Doświadczałam deja vu. Tak jak wtedy, cztery dni wcześniej zasiadłam z ciotką do wczesnego śniadania, gdy służąca patrzyła na mnie z przerażeniem, gdyż domyślała się, kim jestem. Tylko, że wtedy wszystko było prostsze. Byłam podekscytowana przemianą, łudziłam się, że to dobre dla wszystkich wyjście. Byłam taka naiwna! - Na co masz ochotę? – Z odrętwienia wyrwało mnie pytanie Ampelii. - Um… Na coś pysznego. Siedziałam w ciszy, próbując nie oddychać przez nos i zastanawiałam się nad rozmową X’ów. - Widać, że Wiktor cię kocha – zaczęła ciotka składając ręce i opierając na nich brodę. Zawsze przypominała mi wtedy Mamę. Przełknęłam kawałek omleta, który właśnie przeżuwałam i nabrałam powietrza. Nie doczekawszy się mojej odpowiedzi, kontynuowała. - Od samego początku poprzypatrywałam się wam. Tak do siebie pasujecie. – Wyciągnęła dłoń, aby dotknąć moich włosów, ale zatrzymała ją w powietrzu i szybko opuściła. – Czy to zaczęło się już wtedy, w lesie? Musiałam chwilę pomyśleć, żeby zrozumieć o jakie wtedy jej chodziło. Mnie przypominało to jedynie naszą wycieczkę w poszukiwaniu stawu, to wtedy się to zaczęło… - A, nie, nie wtedy – odparłam zgodnie z prawdą. Ampelia miała na myśli pierwszy wieczór, gdy X do nas przyjechali. Poszliśmy na spacer do lasu, ale wówczas wydawał mi się koszmarnie ciemny i zimny. Złożyłam sztućce i odsunęłam od siebie pusty talerz. Czułam się pełna. Przyłapałam ciotkę na wpatrywaniu się we mnie, więc szybko spuściłam wzrok, aby nie dostrzegła nowego odcienia moich oczu. Człowiecze życie było takie nieskomplikowane w porównaniu, z tym które teraz prowadziłam. Zatęskniłam za jego spokojnym rytmem, jak nigdy dotąd. Gdyby tylko nie ten męczący odór… Zdałam sobie sprawę, że to on najbardziej mi przeszkadzał. Nauczyłam się kontrolować swoją niechęć do ludzi, zapewne przez częste stykanie się z nimi. - O, ktoś idzie. Rzeczywiście, sekundę później w drzwiach pojawili się bracia X wraz z Nestorem. - Widzę, że już się czujesz lepiej – powiedział na jednym wydechu i szybko zmarszczył nos. Nie przywykł do przykrego zapachu ludzi. Prawie mnie to rozbawiło. - Tak, trochę. Przypomniało mi to wydarzenia ubiegłej nocy i poczułam się przygnieciona poczuciem winy. - Chodź, zabieram cię na spacer. – Wiktor złapał mnie za rękę i szybkim ruchem pomógł mi wstać. - Wiktorze, ostrożniej! – wyjąkała ciotka. - Jestem nieubrana – odparłam, nieco zdezorientowana propozycją narzeczonego. - Czy to nie za wcześnie? – wtrąciła się znowu Ampelia. – Chodzi mi tu o stan zdrowia Violetty. Chyba nie jest jeszcze na siłach… - Nie, ciociu. Dam radę – zmusiłam się do bladego uśmiechu. – Tylko się przebiorę – zwróciłam się do Wiktora. Podziękowałam za śniadanie i ruszyłam w stronę drzwi. Wiktor wciąż trzymał mnie za rękę, więc wyszedł razem ze mną. - Co szykujesz? – spytałam bez entuzjazmu. - Nie widzę zbyt wiele zapału – wypomniał mi, uśmiechając się zawadiacko. Westchnęłam. Znowu powróciły do mnie wyrzuty sumienia i zwykły smutek. - Poczekaj – rzuciłam tylko i wślizgnęłam się do pokoju. Złapałam pierwszą lepszą suknię i szybko ją na siebie włożyłam. Przeklęty gorset. Byłam już gotowa zawołać kogoś ze służby, gdy do środka wszedł Wiktor. - Chyba nabiorę wprawy – mruknął, wiążąc wstążki. Pocałował mnie czule w usta i jednym ruchem wziął na ręce. - Co ty wyprawiasz? – zapytałam markotnie. – Postaw mnie. Ale się nie posłuchał. Otworzył stopą szerzej drzwi i zbiegł po schodach, wprost do ogrodu. Robił to na tyle cicho i szybko, że nie skrzypnął żaden stopień. W ogrodzie ciszę zakłócało jedynie brzęczenie owadów. Było chłodno – słoneczne promienie były jeszcze płochliwe i cienkie, nie dawały wystarczającej ilości ciepła. Tu mnie postawił, zadowolony ze swojego sprytu. - Sądzę, że spacer nie jest najlepszym pomysłem. Nieco spochmurniał. - Tak też sądziłem, że powiesz. Ale chciałem sprawić ci niespodziankę. Widzę, jak się męczysz, cierpisz po stracie… Gilberta. Na chwilę jego oczy przysłoniła mgła, ale prędko się otrząsnął. - Wymyśliłem, że mógłby jakoś ci pomóc. Jeśli nie masz na to ochoty lub po prostu nie czujesz się na siłach, od razu mi to powiedz. – Spojrzał mi prosto w oczy. – Co myślisz o złożeniu wizyty twojej mamie? Musiało trochę upłynąć czasu, zanim zrozumiałam co do mnie mówi. Nabrałam głęboko powietrza. - Chcesz żebyśmy… tam? Kiwnął tylko głową, nadal spięty oczekując na moją odpowiedź. - Już wiele razy o tym myślałam… Często zastanawiałam się, jak to będzie. Ale dlaczego akurat teraz? Chcesz, żebym zapomniała…? - Nie, pomyślałem, że może… Gdybyś porozmawiała z mamą szczerze, może przyniosłoby ci to jakąś ulgę. Patrzyłam na niego skoncentrowana. - Nie wiem, jak to będzie… Po prostu trochę się boję. Zmarszczył brwi, dając mi do zrozumienia, że nie wie czego mogę się bać. - Nie widziałam Jej… Ona nie żyje już od dziewięciu miesięcy. Kogo spotkam tam, po drugiej stronie? Jeśli ona mnie już nie pamięta? Nie jestem pewna, jakbym to zniosła, zwłaszcza sama. - Naprawdę sądzisz, że puściłbym cię tam samą? – Zapytał z oburzeniem. – Violett, nie zostawiłbym cię w takiej sytuacji – przytulił mnie mocno. - Dziękuję. O tym rozmawiał z Robertem. Teraz wszystko wydało mi się jasne. Że też nie wpadłam na to wcześniej! Miałabym więcej czasu na przemyślenie tego. - To jak? Idziemy? Kiwnęłam głową. - Tylko jak? Ujął mnie za rękę i wyprowadził na piaszczystą drogę. Wiszące nisko słońce oświetlało piach połyskująco. - Z tego co wiem, chodzi o wyjątkowe skupienie się na zmarłej osobie. Wyobraź sobie, że twoja mama stoi tuż obok, że prawie jej dotykasz. Zamknęłam posłusznie oczy, próbując skupić się na Jej twarzy. Nie było to jednak łatwe, ponieważ Ona umarła, a ja aż za dobrze o tym wiedziałam. Trudno oszukiwać samą siebie. - Do tego potrzebne są dwa żywioły. Usłyszałam, jak się schylił i nabrał trochę piasku. - Teraz posłużą nam ziemia i powietrze. Uchyliłam na sekundę powiekę, aby zobaczyć co robi. Wiktor wyciągnął rękę w powietrze i otworzył dłoń. Wiatr porwał drobinki. W tym samym momencie wyobraziłam sobie stojącą przede mną Mamę. Była taka realistyczna! Zdziwiłam się, jak łatwo było stworzyć mi taką naturalistyczną wizję. Chwilę później poczułam, jak wiatr rozwiewa moją suknię, głośno trzepocząc. Narzeczony zdążył jeszcze złapać mnie za rękę i wpadliśmy w wir. Powoli otworzyłam oczy. Wokół nas wytworzyła się trąba powietrza. Podmuch był ciepły, trochę senny i pachniał sianem. Zdziwiłam się, skąd taki zapach, ale w tym momencie zauważyłam, że wokół nas wirowały także pyłki piasku i długie, zielone trawy. Czym prędzej zamknęłam oczy i zacisnęłam palce na dłoni Wiktora. Po chwili wszystko ucichło i poczułam, że stoję na twardym gruncie. Wzięłam głęboki oddech. Otworzyłam oczy. Znajdowaliśmy się na zupełnym pustkowiu. Tuż przy czarnej, lichej ziemi unosiła się mleczna mgła, która stopniowo przechodziła w szare chmury. W oddali szumiały wierzby, ale nigdzie nie potrafiłam ich dojrzeć, mimo, że miałam dobry wzrok. Zmarszczyłam brwi, próbując czegokolwiek się doszukać, jednak nie byłam w stanie. - Wiktorze… - Wiem. Staliśmy w milczeniu, pośrodku wielkiego niczego, uporczywie ściskając się za ręce i wstrzymując oddech. - Pomyśl o niej. Pomyśl o domu. Przywołałam wszystkie najsłodsze wspomnienia z dzieciństwa, przede wszystkim te, z udziałem Mamy. W tym samym momencie z siwej pary zaczęły kształtować się postacie i przedmioty. Moje wspomnienia. Z zapartym tchem przypominałam sobie kolejne sceny i obserwowałam ich powstawanie. Było to niezwykłe przeżycie, spojrzeć na nie inaczej niż z pamięci, dotknąć ich. W ten sposób pojawiły się różnobarwne kwiaty, koc i jedzenie w koszach. Bezbarwne niebo przemieniło się w jasnobłękitne z pojedynczymi, białymi obłokami. Wokół rozśpiewały się ptaki i dały głos świerszcze, ukryte w wysokich trawach. A potem zobaczyłam Ją. Biegała w jasnej sukni za dwoma, małymi dziewczynkami, które to przewracały się, to wstawały i znowu upadały na trawę. Coś podpowiedziało mi, że to ja i Mirabell, ale były na tyle niewyraźne, że nie mogłam dostrzec rysów twarzy. Tylko Mama była jak najbardziej prawdziwa. Śmiała się i wołała, to odwracała się z roztargnieniem do ojca. Jej oczy błyszczały, a perlisty śmiech odbijał echem po łące. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że ona żyje, a nie jest tylko żywa. W tym momencie, odwróciła się do mnie i nasze oczy się spotkały. Ona również, jakby z opóźnieniem, zrozumiała kim jestem i co tu robię. Sekundę później biegłyśmy przez trawy, aby rzucić się sobie w objęcia. Gdy jej ciepłe ramiona zetknęły się z moimi, z ust wyrwało mi się głośne westchnienie, które szybko przeszło w szloch. - Skarbie… - mówiła cicho, głaszcząc mnie po włosach. Nie wiem ile trwało, zanim się uspokoiłam. A potem zaczęłam opowiadać o wszystkim, co przeszłam. Słowa same płynęły z moich ust, nie potrafiłam ich powstrzymać. Mówiłam o wszystkim i czułam się z tym wspaniale. W końcu mogłam powiedzieć komuś o rzeczach, które mnie przytłaczały, cieszyły i smuciły, jak za dawnych czasów. - Violetto, uwierz mi, że nie zawiniłaś – powiedziała Mama, usłyszawszy o Gilbercie. – Znam cię. Jesteś zbyt dobra, twoja dusza jest jak czysta sadzawka. Przygryzłam wargę, słysząc jej porównanie. - Nie czuj się winna – pocałowała mnie w policzek i na jej twarzy pojawił się uśmiech. Po chwili zrozumiałam, że było to pożegnanie. - Nie, Mamo, jeszcze nie… Poczułam, że Wiktor łapie mnie delikatnie za przegub. - Musimy wracać. Potrząsnęłam głową i do moich oczu napłynęły łzy. Znowu musiałam Ją stracić. - Jeszcze kiedyś się spotkamy. – Jej głos oddalał się powoli, tak jak Jej postać pomału się rozmywała. Nie mogłam na to patrzeć. Wtuliłam twarz w ramię młodzieńca. Po chwili znowu poczułam podnoszący się wiatr i kojący zapach siana. Gdy podniosłam głowę, byliśmy na tym samym bezdrożu, co przed wizytą. Jedynie słońce zmieniło swoje położenie – chowało się za wysokimi wierzchołkami drzew. - Nie było nas tyle czasu? - Dzień. Gdybyśmy nie zdążyli przed zachodem… - Co wtedy by się stało? – Zapytałam nieswoim, wysokim głosem. - Nocą miejsce, które odwiedziliśmy zmienia się. Stamtąd nie moglibyśmy wrócić. Mimowolnie przeszedł mnie dreszcz. Z tego, co się dowiedziałam od Mamy, pustkowie, które później zamieniło się w scenerię moich wspomnień, było tak zwaną „salę odwiedzin”. To tam spotykały się dusze z wilkołakami, pojawiały się przyzwane przez wspomnienia. Całą resztę wieczności spędzały rozsiane po innych „salach” w zależności od życia ziemskiego. Mama żyła w pudrowo różowym świecie, pełnym obłoków i ciepłego wietrzyku. Mówiła, że niczego Jej nie brakuje ani czas nigdy Jej się nie dłuży. Mieszkała tam z innymi duszami, które zasłużyły na podobną nieskończoność. Ciężar spadł mi z serca, gdy dowiedziałam się, że jest szczęśliwa. Niczego więcej nie mogłam chcieć. A więc to były zaświaty. Dałam poprowadzić się Wiktorowi do domu. W jadalni czekała na nas cała rodzina. - Violett! – Wykrzyknął ojciec, wstając z fotela i podążając w moim kierunku. Objął mnie i pogłaskał po plecach. Moje ciało zwijało się z bólu, gorące fale zalewały moją świadomość. Po chwili na szczęście puścił mnie i wyjąkał tylko: – Tak się martwiłem. Następnie podbiegła Mirabell i również rzuciła mi się na szyję. Tego nie mogłam już znieść. - No, może wystarczy już tego powitania? – Starałam się, żeby mój głos brzmiał opanowanie i nieco lekceważąco. Za każdym razem, gdy powracałam do domu wujostwa, zdawałam…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych