Wróć do katalogu

Czysta krew

Rozdział VIII Przygotowania do ślubu ruszają pełną parą, gdy nagle Violett spotyka Gilberta. Zmarły ostrzega ją przed niebezpieczeństwem, ale czego może się dziewczyna obawiać tydzień przed ślubem?

zaszumiał-wiatr, opublikowano , 36 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Podłoga była wyłożona ciemnym, eleganckim drewnem, przy taboretach pokryta haftowanymi dywanami. Olbrzymie lustra odbijały promienie, które ledwo mogły się przedostać przez ciemne zasłony. Mimo to pomieszczenie wydawało się przestronne i przyjemne. Po prawej stronie dostrzegłam dyskretnie schowane drzwi, a pod oknem stała toaletka i fotele. Właśnie przy nich stały dwie kobiety. Panna Monie poprowadziła nas do nich. - Pani Hidden oczywiście zna tu wszystkich obecnych, jednak pani, panno Violett zapewnie nie. Oto moja bratowa Elisabeth i jej córka Viviane. Dygnęłam z szacunkiem, na co obie kobiety odpowiedziały tym samym. Elisabeth wyglądała na nieco młodszą od Ampelii i nie urzekała taką urodą jak ciotka. Wysoka, ubrana w szarą, delikatną suknię, olśniewała za to uprzejmym uśmiechem. Jej córka była niewiele starsza od Mirabell. Nie mogła ustać w miejscu. Przez cały czas poprawiała upięte włosy albo rzucała mi zachwycone spojrzenie. Nieco pulchna, dziecięca jeszcze twarz nadawała jej uroku i nieporadności. Sprawiło to, że od razu polubiłam obie panie Monie. - Moja wspaniała bratowa ogromnie mi pomaga. A Viviane już zapowiedziała, że jest gotowa spędzić ze mną cały swój wolny czas. Jednakże nie znajdzie go teraz wiele. W tym miesiącu rozpoczęła swój sezon – powiedziała z dumą. Viviane nieco się zarumieniła i spuściła głowę. W tej chwili przez ukryte drzwi weszła ciemnowłosa służąca niosąc naręcze kremowych, błękitnych i białych tkanin. Na nasz widok przystanęła i skłoniła się. - Panno Violett, czego pani poszukuje w moich skromnych progach? – zapytała panna Monie, biorąc do ręki papier i ołówek. - Violett szykuje się do ślubu – odpowiedziała za mnie Ampelia. – Zrozumiałam, że jeśli chodzi o idealną suknię na tę uroczystość, musimy wybrać się do pani, panno Monie. Zagryzłam wargę. Właściwie wcale nie myślałam o swojej „idealnej” ślubnej sukni. - Jak powinna ona wyglądać? – Panna Monie popatrzyła na mnie skoncentrowanym wzrokiem. W tej chwili wyglądała jak dzikie zwierzę, które szykuje się do zdobycia swojej ofiary. - Mam nadzieję, że pani mi coś doradzi. Przez bardzo długi okres nie śledziłam modowych nowości i nie wiem, co powinno się założyć na takie ważne wydarzenie. – Wyznałam z zażenowaniem. Istotnie, panna Monie nie była zachwycona. Ukazało się to poprzez lekkie ściągnięcie ust, jednakże zaraz się opanowała. Nakazała mi stanąć na taborecie. Od razu wszystkie kobiety zaczęły się przy mnie krzątać. Viviane odebrała ode mnie kornet, pani Elisabeth położyła woreczek na fotelu, a ciotka zaczęła wyjmować mi z włosów wsuwki. Miałam być naturalna, aby dobrze dopasować suknię do mojej urody. Służąca, trzymając w jednej ręce tkaniny, zdjęła mi sandałki i ustawiła pod stołkiem. Natomiast panna Monie zawzięcie szkicowała. - Jaki miałby być kolor sukni? – rzuciła, nie przerywając rysowania. - Biały? – wypaliłam z przerażeniem. - Och, oczywiście, że biały – prychnęła. – Ale z jakim odcieniem? Ecru? Jasnobłękitnym? Może różowym? - Ecru – odpowiedziałam dla bezpieczeństwa. Mruknęła, kiwając głową. W tym czasie młoda służąca przykładała do mnie ciemniejsze i jaśniejsze odcienie beżowego. Panna Monie, która skończyła swój projekt, instruowała ją, jak i gdzie powinny nakładać się tkaniny. Pani Elisabeth zaproponowała ciotce herbatę, po którą udała się za sekretne drzwi. Viviane siedziała obok Ampelii, utkwiwszy we mnie rozmarzony wzrok. Peszyło mnie jej spojrzenie pełne podziwu. W końcu panna Madeleine ukazała mi swój plan. Koronkowe, sięgające łokci rękawki, przechodziły niezauważalnie w delikatny, dosyć głęboki dekolt, podwiązany również koronkową szarfą. Odcięta, półprzezroczysta krynolina opadała lekko, przysłaniając stopy. Obok, panna Monie dorysowała szkic rękawiczek i małej torebki. Byłam zachwycona. Wyobraziłam ją sobie w kolorze złamanej bieli oraz ecru i zdałam sobie sprawę, że to suknia idealna dla mnie. - Och, panno Monie, jest wprost cudowna! Madeleine uśmiechnęła się z satysfakcją. - Jestem rada, że się pani podoba. Teraz muszę jeszcze zebrać pani wymiary i mogę rozpocząć szycie! Porwawszy ze stolika miarkę krawiecką, obeszła mnie kilkakrotnie, karząc obracać się wokół własnej osi. Wyciągnęłam ręce nad głowę i roześmiałam się. Byłam prawdziwie szczęśliwa! Tymczasem przysłuchiwałam się rozmowie Ampelii i Elisabeth. - Jak pani słyszała, pani Ampelio, moja córka rozpoczęła swój sezon. – Nie wyglądała na zadowoloną z tego powodu. – Jednak nie mam pojęcia, jak mogłaby wytrwać choć jeden bal. Wszystko ją rozprasza. A zwłaszcza Rutland – westchnęła. Viviane pokręciła z przekąsem głową, ale nie odpowiedziała. - Rutland? W jaki sposób mogłoby ja rozpraszać nasze piękne hrabstwo? - Viviane jest taka żywa, pędzi gdzie ją oczy poniosą. Zwłaszcza uwielbia samotne wędrówki po łąkach i lasach, czego, jak wiadomo, u nas nie brak. Boję się – nachyliła się do ciotki i gdyby nie mój wyostrzony słuch, z pewnością bym nie usłyszała – że jeśli będzie taka rozmarzona i roztrzepana, nigdy nie znajdzie narzeczonego! Z chwilą, gdy wymówiła te słowa, z jej twarzy odpłynęła krew. Wpatrywała się przerażona w twarz ciotki, gdy dotarło do niej, jakie faux pas popełniła. Nigdy nie skarż się na dzieci obcej kobiecie, choćby była nią królowa Charlotta! Spuściła szybko wzrok, mnąc w dłoniach wyszywaną chusteczkę. Ciotka taktownie przemilczała sprawę, udając, że poprawia zapięcie sandałków. - Dlatego postanowiłam wysłać ją wraz z guwernantką do Londynu. Tam na pewno nie uniknie przyjęć szanowanych rodzin i nie będzie miała możliwości biegać po lasach. Córka posłała jej zranione, zimne spojrzenie. Doszłam do wniosku, że już wcześniej o tym rozmawiały, gdyż twarz Viviane była nachmurzona. Madeleine podziękowała mi i przeprosiwszy, zniknęła na chwilę za drzwiami. Zeszłam z taboretu, włożyłam sandałki, przewiązałam kornet i podeszłam do rozmawiających kobiet. - Och, już koniec? Będziemy się musiały zbierać, dochodzi godzina obiadowa. Gdy tylko weszła panna Monie, ciotka poderwała się z fotela i wymieniwszy podziękowania, oznajmiła, że musimy wychodzić. - Suknia będzie gotowa w przeciągu czterech dni, gdyż wiem, że zależy paniom na czasie. Dziękuję za skorzystanie z moich usług i polecam się na przyszłość! Żegnając się, wyszłyśmy z gabinetu. - Śpieszmy się, śpieszmy, Violett, już powinniśmy być z powrotem. Odszukałyśmy naszą dorożkę, w której czekała Muirin z Edmundem. Wsiadłyśmy, a powóz od razu ruszył. Wraz z kolejnymi metrami, opuszczał mnie dławiący, ludzki zapach. Ukojona, zasnęłam. Czyjaś ręka gwałtownym ruchem łapie mnie za przegub. Przyciąga mnie do swojego torsu, a ja czuję, że rozpadam się na kawałki pod wpływem jego dotyku. Nasze oddechy mieszają się, gdy czuję błądzące dłonie na plecach. Wysiadam z powozu na londyński bruk. Stukając obcasami sandałków staję na ogromnych, marmurowych schodach prowadzących do eleganckiej kamienicy. Odwracam się ze śmiechem do powozu i rozkładam ręce. Z wnętrza wybiega kilkuletnia ciemnowłosa dziewczynka, która pada mi w ramiona. Wtula się w moje włosy, a jej miękkie rączki dotykają mojej szyi. Przepełnia mnie uczucie szczęścia. Otwieram wysokie drzwi domu i wchodzę do ciemnego hallu. W cieniu ukrywa się on, zasłania mi oczy dłonią. Ze śmiechem odgaduję jego imię. Składa lekki pocałunek na moim karku i szepcze do ucha: To miał być nasz dar… Nagłym szarpnięcie powróciłam do rzeczywistości. Oddychałam nierówno, starałam się uspokoić. Chociaż we śnie Gilbert nie dopowiedział, co było naszym darem, ja to wiedziałam. Zrozumiałam to, gdy poczułam ciepłe rączki mojej córki i moje pęczniejące z miłości serce. Mogliśmy kochać swoje dzieci. Jak żaden z innych wilkołaków. Łzy popłynęły z moich oczu szybciej, niż zdążyłam to dostrzec. Nie mogłam ich powstrzymać. - Violett, co się stało? – ciotka położyła dłoń na moim ramieniu. Obezwładniające gorąco przeniknęło moje komórki, gdy jej skóra zetknęła się z moją. Łzy natychmiast wyschły. Ampelia zauważyła, że wzrosła temperatura mojego ciała i z niepokojem cofnęła rękę. - Co się dzieje? Może się przeziębiłaś? - Nie wiem, trochę boli mnie głowa… - Przyłożyłam dłoń do czoła. Było parzące. - Za chwilę będziemy. – Patrzyła na mnie sfrustrowana. Odetchnęłam z ulga, gdy stanęliśmy na piaskowej drodze przy posiadłości wujostwa. Nie czekając na pomoc Edmunda, wysiadłam z powozu i ruszyłam przed siebie. Ciotka coś krzyknęła, ale nie odwróciłam się. Po chwili biegłam, szlochając coraz głośniej. Tylko w lesie mogłam odnaleźć spokój. Oparłam się o pień drzewa i osunęłam. Łkanie przesłoniło mi wszystko wokół. Wtedy pierwszy raz od śmierci Gilberta poczułam, że naprawdę byliśmy sobie pisani, a ja wystąpiłam przeciwko przeznaczeniu. Wciąż płakałam, zasłonięta ramionami, nie potrafiąc sobie z tym poradzić. Czy wybrałam słusznie? Zastanawiałam się nad tym kilka dni przed ślubem z Wiktorem! Coś ciemnego mignęło między pniami. Wytężyłam wzrok. Czarny kształt niczym widmo, potrząsnął gałęzią klonu i szybko się rozpłynął. Przeszły mnie zimne ciarki ze strachu. Wstałam i otrzepałam suknię, tłumacząc sobie, że coś musiało mi się przewidzieć. Podniosłam głowę i zobaczyłam go. Gilbert Hothins stał naprzeciwko mnie, tuż, tuż, na wyciągnięcie ręki. Uśmiechał się trochę niepewnie, trochę serdecznie, jakby chciał mnie uspokoić. Widziałam tylko jego twarz, reszta ciała ginęła w otaczającej go ciemnej mgle. Nie mogłam wymówić słowa. Po chwili znowu zniknął, aby pojawić się kilka metrów dalej. - Widzę cię – wyszeptałam. Kiwnął głową i przemieścił się dalej. Zrozumiałam, że chciał, abym za nim szła. Podciągnąwszy suknię i starając się równo oddychać, podążyłam za jego cieniem. Czasem odwracał twarz w moją stronę, aby posłać mi ciepły uśmiech lub minę zniecierpliwienia. Przedzierałam się przez las za uciekającą zjawą. Zastanawiałam się, czy jeszcze nie straciłam rozumu. Wreszcie się zatrzymaliśmy. Musiało minąć kilka chwil, zanim zorientowałam się, gdzie jesteśmy. To tu zginął. Miejsce walki naszych stad. Postać Gilberta pochyliła głowę, wpatrując się intensywnie w leżący obok drogi patyk. Nagle, ku mojemu przerażeniu, gałązka podniosła się i zaczęła kreślić słowa na piachu. Tutaj zginąłem. Pamiętasz? Gardło odmówiło mi posłuszeństwa, więc tylko kiwnęłam głową. Ciemnozielone oczy wpatrywały się we mnie ze smutkiem. - Dlaczego mnie tu sprowadziłeś? Wyglądał, jakby westchnął, po czym pokręcił głową. Mieliśmy przed sobą wspaniałą przyszłość. Gdybyś tylko pozwoliła działać losowi… Zignorował moje pytanie, jednak sprawił, że moje serce rozłamało się na kilka części. Wiesz o tym. - Wiem – wychrypiałam. – Ale dlaczego? Dlaczego mi o tym przypominasz? Teraz? Głos mi drżał, jednak poczułam lekkie ukłucie złości. Dlaczego zależało mu na tym, abym zdała sobie z tego sprawę tydzień przed ślubem? - Sam pojawiłeś się w moim śnie! Chciałeś mnie sprowokować! – zawołałam. Nie możemy samowolnie powracać do waszego świata. Ktoś stąd musi nas wezwać. - Sprawiłeś, że cię wspomniałam, a tym samym pozwoliłam wrócić! Och, zamierzasz mnie odtąd dręczyć? – krzyknęłam z paniką, bowiem cało zajście zaczęło przepełniać mnie lękiem. Szybko pokręcił głową. Boję się o ciebie. Prychnęłam, jednak objęłam się ramionami. Ogarnął mnie przenikliwy chłód. Patyk zadrżał pod wpływem wzmagającego się wiatru. Uważaj na siebie, Violett. Jego twarz wyrażała szczere zaniepokojenie. - Dlaczego? Przepowiednia szuka metody, aby się dopełnić. Zn jdzie sp ób ż by Resztę słów porwał wiatr. Rozejrzałam się w poszukiwaniu Gilberta, ale jego już nie było. Gałązka głucho upadła na drogę. Przełknęłam głośno ślinę. Niespodziewana wizyta Hothinsa wprawiła mnie w stan przerażenia. Kogo lub czego miałam się obawiać? Pusty las wzbudził we mnie obawę, więc szybko ruszyłam biegiem do domu. Gdy stanęłam w drzwiach, wszyscy siedzieli już przy stole, czekając na mnie. Rzuciwszy parę słów przeprosin, popędziłam do sypialni poprawić strój. Rozczesywałam błyszczące włosy, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w lustro. Jeszcze dziś rano czułam się szczęśliwa jak nigdy dotąd. Teraz paraliżował mnie strach. Odłożyłam szczotkę i powoli zeszłam do jadalni. W czasie posiłku byłam milcząca, przyglądałam się jedynie Wiktorowi. Rozmawiał to z ciotką, to z ojcem, który dobrodusznie klepał go po plecach. Ciemnogranatowe oczy narzeczonego błyszczały radością za każdym razem, kiedy na mnie spojrzał. Był wesoły i nie mógł się doczekać naszego wyjazdu. Raptem ogarnęła mnie niewysłowiona wściekłość na niego. Jakim prawem zachowywał się tak beztrosko, bez cienia skruchy, po tym jak pozbawił życia inną osobę? Dwa miesiące. Tylko tyle minęło od śmierci Gilberta. Rzuciłam serwetę na stół. Mirabell posłała mi oburzone spojrzenie, ale całkowicie je zignorowałam. Gdy tylko skończyliśmy jeść, przeprosiłam wszystkich, tłumacząc się potrzebą przygotowania w odwiedziny do naszych sąsiadów. Nestor posłał mi zdziwione spojrzenie, jednakże nic nie powiedział. Wstałam od stołu, po czym ruszyłam w stronę stajni. Stajnia była miejscem, gdzie od czasu śmierci Gilberta, spędzałam prawie całe dnie. Nagrzany zapach siana powodował senność, a oddechy i myśli koni uspokajały moje nadszarpnięte nerwy. Po wyjeździe do Londynu, to właśnie tego miejsca brakowałoby mi najbardziej. I spokoju, jaki mi dawało. Stajniarz wyprowadził konie na zewnątrz, gdzie mogły trochę pobiegać. Wyszłam do niego. - Witaj Hektorze. Odwrócił się z przejęciem. - Dzień dobry, panno Violett. W czym mogę panience pomóc? - Chciałabym pojechać na przejażdżkę jednym z koni. Którego byś mi polecił? Hektor podrapał się po głowie. - Proponowałbym panience klacz Insie, jednak niedawno się oźrebiła, a pozostałe wierzchowce są nieco zrywne… - Poradzę sobie – starałam się uśmiechnąć. - W takim razie przyprowadź trzy konie, Hektorze. – Nagle pojawiła się przy mnie Stella, a za nią Mirabell. Stajniarz podszedł do koni, aby je do nas przyprowadzić. - Co to ma znaczyć, Stello? – syknęłam. - Gdy usłyszałam, że wybierasz się w odwiedziny do Hothinsów, stwierdziłam, że się do ciebie przyłączę. A Mirabell pragnie ich poznać. Siostra odwróciła spojrzenie, nie patrząc mi w oczy. Cała gotowałam się ze złości, gdy na twarzy Stelli pojawił się uśmiech. Manipulowała Mirabell, która nawet nie zdawała sobie z tego sprawy, aby zrobić mi na złość. Jak to kiedyś sama powiedziała, zawsze chciała mieć siostrę. Spróbowałam się uspokoić, biorąc kilka głębszych oddechów. Wzruszyłam ramionami. - Proszę bardzo. Po chwili Hektor przyprowadził trzy gładkie wierzchowce. Na żadnym z nich wcześniej nie jeździłam, jednakże szybko wybrałam ciemnobrązowego. Po jego odpowiedzi, uznałam, że najbardziej do mnie pasował. Pozostałe dwa konie dosiadły Stella i Mirabell. Obie przebrane były w stroje do konnej jazdy, z czarnymi czapkami na głowach. Jedynie ja byłam w tej samej zwiewnej, jasnozielonej sukni co rano. Ponadto miałam sandałki, a nie wysokie trzewiki. Mirabell zlustrowała mnie spojrzeniem i cicho chrząknęła, jednak postanowiłam ją ignorować. Ta dziewczyna zdecydowanie przesadzała ze swoim przywiązaniem do strojów i opinii innych. Lekko wskoczyłam na damskie siodło, po czym ułożyłam wokół siebie krynolinę, aby się nie wygniotła. Starając się opanować rozbawienie na widok miny siostry, kiwnęłam na nie głową. Ruszyłyśmy spokojnym truchtem. Jechałam pierwsza, rozkoszując się zapachem kwitnących łąk i świeżej żywicy. Tuż za mną dreptały konie Mirabell i Stelli. Podróż upływała w ciszy zakłócanej jedynie odgłosami owadów. Droga do posiadłości Hothinsów prowadziła przez leśną, szeroką ścieżkę porośniętą po obu stronach ogromnymi klonami, które chroniły nas przed słońcem. Poczułam w sobie rozpierającą siłę i zapragnęłam wolności. - Kto pierwszy na miejscu? – rzuciłam w powietrze, nie oglądając się. Odpowiedziała mi skupiona cisza, więc zaśmiałam się cicho i sama pognałam wprzód. Wiatr rozwiał mi włosy, wręcz wpychając w siodło. Jednakże teraz byłam wilkołaczką, nie straszna mi była szybka konna jazda. Słyszałam tętent kopyt konia Mirabell, która starała się mnie dogonić, ale prędko zdała sobie sprawę, że to niemożliwe. Wolność pulsowała mi w skroniach, rozchodziła się dreszczami po całym ciele. Nigdy przedtem nie czułam się taka spokojna, pełna swobody i opanowania zarazem. Dojrzałam drewniane okiennice domostwa Hothinsów, więc zwolniłam, by po chwili przystanąć. Pierwsza przyjechała Mirabell. Była oszołomiona moją jazdą i nie potrafiła się powstrzymać przed komentarzem. - Kiedy nauczyłaś się tak jeździć? Nigdy wcześniej nie przejawiałaś zdolności jeździeckich. Uśmiechnęłam się tajemniczo i rozłożyłam ręce. - Czy możemy się już pogodzić? Omiotła mnie spojrzeniem pełnym zastanowienia, po czym, spuściwszy głowę, przytaknęła. Przynajmniej to miałam z głowy. Wtedy nadjechała Stella i wdzięcznie zeskoczyła z siodła. Po jej minie zauważyłam, że nie przepada za damskimi siodłami. Oddałyśmy konie przechodzącemu służącemu i podeszłyśmy do głównych drzwi. Dom sąsiadów kojarzył mi się jedynie z moimi nocnymi odwiedzinami Gilberta. Serce zaczęło mi mocniej bić, gdy przypomniałam sobie, że od tego zaczęła się bitwa naszych plemion. Mój wzrok sunął po otwartych okiennicach zasłoniętych od wewnątrz ciemnofioletowymi zasłonami. Wciąż czułam tu obecność i zapach Gilberta, jednakże teraz nie poczułam smutku, jedynie odległą melancholię. Poprawiwszy suknie, zastukałam. Drzwi otworzyła nam dziewczyna w błękitnym fartuszku. Kłaniając się, poprowadziła nas długim korytarzem do salonu. Tam zostawiła nas, mówiąc, iż zaanonsuje nasze przybycie pannie Soledad. Zasiadłyśmy na twardej, aksamitnej sofie. Rozluźniając wstążki mojego nowego czepka, ciekawie rozejrzałam się po pokoju. Salon nie był dużych rozmiarów, a ciemne zasłony tylko pogłębiały to wrażenie. Jedyną większą rzeczą w pomieszczeniu był kominek – ogromny, zajmujący

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych