Wróć do katalogu

Dacza

Krótki dzień z życia jakiegoś egzekutora jakiejś tam mafii i krótszy dzień z krótszego życia jekiegoś tam człowieka. Nie, to nie jest opowieść w stylu zabili go i uciekł. Nie, ciągu dalszego na szczęscie nie będzie.

ancilla, opublikowano , 9 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Pośrodku pustego pokoju, posiadającego na wyposażeniu: framuge bez drzwi, kilka zabitych deskami okien i brak tynku. stało krzesło. Pomiędzy drewnianymi nogami plątało się kilka lin, i kawałek ostro zużytej szmaty do podłogi. W połowie drogi pomiędzy meblem a progiem jedynych drzwi leżał człowiek, w rozrastającej sie kałuże krwi. Obok jego głowy przystaneła para butów opatrzona rosłym posiadaczem. Schowała dymiącą broń za pazuche, odwracając dwa rzędy złotych zębów do towarzysza, powiedziała: - Tylko co po bułki wyskoczilim, a te o, jakie szybkie - rosjanin podrapał sie po głowie zubożałej o jakąkolwiek fryzure, a następnie podnosząc kawałek zielonego szkła, kontynuował rozpoznanie - I to z twojej flaszki. Mówiłem że alkoholizm nie zdrowy, mówiłem że zabija, no i o, masz przykład. Drugi, spojrzał spodełba i mruknął: - Musiałeś strzelać? Musiałeś? Ledwo co się czołgał, a Ty od razu pięć kulek!... i to w plecy jeszcze! - No a jak się czołgał to jak miałem strelać? Na bok go odkręcić? Przecież mielimyśmy pilnować żeby nie uciekł nam, o... - Z przestrzelonymi kolanami nie zmęczyłby sie od biegania - syknął przez zęby. Zmrużył oczy jeszcze bardziej, choć teraz wyglądały na praktycznie zamknięte. Mimo, że łysy był wyższy prawie o głowę to nagle poczuł się dziwnie malutki. - No nie patrz na mnie jak na jakieś dylete... dyletana... kogoś mało kompetentamtego, no o... Powiemy, że wypadek przy pracy był, o i tyla. - Poczuł, że od przytłaczającego wzroku wspólnika zaczął się pocić - no... bułki kupilim, dżemik jest jeszcze, masełko... może zjemy coś? - ostatnie słowo wyjąkał i wyszeptał. - W sumie nie ma co płakać nad zesztywniałymi zwłokami. Chodźmy Andrej, zmiana klimatu zaostrza apetyt.- Uśmiechnął sie. Dwoma rzędami białych, własnych zębów. Andrej odetchnął z ulgą, wytarł pot z czoła i wyszedł zaraz za towarzyszem, przez jedyne drzwi w pokoju, którego samotność wypełniał rozpostarty na podłodze trup w granatowym garniturze. Odcień krwi zgadzał się z kolorem krawatu, wyróżniając tylko szerokie, białe paski, biegnące pod subtelnym kątem.

***

Pośrodku pustyni, gdzieniegdzie porośniętej zeschłym czymś-co-kiedyś-było-zielone, pomiedzy pordzewiałymi wrakami samochodów, beczek, drutów i całej maśći innego żelastwa, wiła się szutrowa droga. W którą strone by sie człowiek nie obrócił, mógłby namalować taki sam krajobraz: pustynia, horyzont, bezchmurne niebo. Lecz gdyby stał pośrodku drogi, to tam gdzie droga wsiąkała w horyznot zobaczyłby powiększający się, kurzący czarny punkt. A gdyby odwrócił się to przed oczami wyrosłaby mu w połowie drewniana, w połowie murowana, prawie całkowicie zdezelowana chałupa. Przed daczą stał czarny mercedes, obok którego stały dwa drewniane krzesła. Pomiędzy nogami jednego wił się kawałek liny. Na masce luksusowego samochodu, pomiędzy okruchami bułek, leżały resztki masła i słoik po dżemie truskawkowym. Pod nim wysychała plama z mleka, którego pozostała część znajdowała się w kartonie trzymanym przez wysokiego, barczystego mężczyzne, święcącego łysiną. Obok siedział nieco niższy człowiek, o ostrym spojrzeniu oczu i zniszczonej słońcem karnacji skóry. Odziany w idealnie dopasowany czarny garnitur, zamiatał wzrokiem piasek na pustyni, przeskakiwał od kupy złomu, do kupy pordzewiałych drutów. Gdy spostrzegł powiększający się jednostajnie punkt, nabierający z każdą chwilą coraz więcej detali, zesztywniał. Biesiadnik, w zbyt ciasnej marynarce, nagle przestał się drapać i poprawiać. Zrobił daszek z dłoni chociaż obie sylwetki były pogrążone w cieniu rzucanym przez budynek. Westchnął i zagadał: - To jak im to wytłumaczym? Powiemy, że wypadek przy pracy, czy że zwiać chciał, czy, że co? - Powiemy że w obronie własnej... - No, niegłupie. - Głupie. Z przestrzelonymi nadgarstkami by nie uniósł broni do strzału. Możemy powiedzieć, że chciał nas zagryźć na śmierć. - Ale... serio myślisz, że się nabiorą? - Pewnie, chociaż... nie, wybacz, to też nie wypali, przecież wyłamaliśmy mu połowe zębów... - Kurcze, trzeba było stosować mniej tłuczenia.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych