Daleko do doskonałości
dokładne
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Czerwony kabriolet Bena zajechał właśnie pod willę z basenem państwa Hamm równo o godzinie pięć po dziesiątej. Z pojazdu wyszedł młodzieniec o potężnej posturze obdarzony nieprzeciętną urodą. Powoli podszedł do drzwi i zapukał. Powitała go jego wybranka serca, równie piękna dziewczyna pochodzaca z dobrego domu, Laura Hamm. Dziewczyna natychmiast uwiesiła się Benowi na szyji oraz obdarzyła go soczystym całusem. Pani Hamm widząc czułości młodych szepnęła do męża:
-Oh, ta dzisiejsza młodzież!
Córka słysząc to natychmiast odkleiła się od wybranka, zabrała jego bagaż oraz oznajmiła:
-Zostawcie nas samych.
Para poczłapała po krętych schodach aż na drugie piętro willi. Podjęli wspólnie decyzję, żę na okres trzech dni zamieszkają razem w jednym pokoju.
Pomieszczenie było duże, wyglądem przypominało kuchnię Bena. Pokój posiadał balkon, a w kącie znajdował się wielgachny telewizor.
-To mój pokój-powiedziała Laura- Przenocujesz u mnie.
Nagle drzwi otworzyły się. Dziewczyna, metr siedemdziesiąt pięć czystej urody, przeniosła wzrok na wysokoś, gdzie miała uplasowanie lazurowe oczy. Ku jej zdumieniu, nikt się nie pojawił, więc nieco spuściła wzrok.
-Kłębik!- wykrzyknęła
Uradowany piesek, urodzony przed dwoma miesiącami, zamerdał radośnie krętym ogonkiem i jął lizać Laurę po twarzy zupełnie szorstkim ozorem.
-Śliczny pies- pomyslał Ben, jednak nie podzielił się swoimi poglądami z partnerką. Ta, jakby czytała w myślach chłopaka odpowiedziała:
-Też tak uważam. To są psy rasowe, terriery.
Właśnie w tej chwili przyszły narzeczony odebrał wrażenie, że Lauren jest nie tylko bardzo tajemnicza, ale wręcz dziwna. Pałała z niej pozytywna energia, którą chłopak błędnie nazywał magią. Ben poczuł się dziwnie w domu. Przedmioty, które zobaczył chwilę temu, teraz wydały mu się całkiem złowrogie.
Wtedy do pokoju wkroczyła narzeczona Kłębika, stara kotka Mariah, zwana potocznie przez Hammów Kłębolotką.
-Miau- zamiauczała, dając przez to Lauren i Benowi do zrozumienia, że ich wita.
-Co za dziwna para- powiedział chłopak- Kot i pies..Hm...
-Też mają prawo do miłości- dziewczyna zamyśliła się i wybuchnęła śmiechem.
Jej uczucie udzieliło się również Benowi.
-Mam dla Ciebie niespodzinkę!- wykrzyknął po czym wybiegł ze śmiechem z pokoju. Po chwili przyszły narzeczony powrócił z dwoma biletami w ręce.
-Coż to może być?- zastanawiła się Lauren, udając niewinną i bezbronną dziewczynkę- Juz to chyba gdzieś widziałam. Niech zgadnę...w twojej kieszeni!
-Nie trafiłaś!- zaśmiał się Ben i kazał Laurze zgadnąć po raz wtóry.
-Bilet na Hawaje!- wykrzyknęła radośnie.
Chłopak pokrecił przecząco głową.
-Na Majorkę!
-Nie- zaprzeczył- Byłaś bardzo blisko. Twoi rodzice zrobili nam prezent!
-A to z jakiej okazji?- zapytała z nutką sarkazmu w głosie.
-Uhm...to właściwie-jąkał się chłopak- Twoi rodzice kupili bilety dla całej rodziny. Tydzień na Teneryfie!
Dziewczyna i ze szczęścia i z radości wskoczyla po raz drugi w tym dniu wybrankowi na szyję.
-Jakie zycie jest piękne...- ujął wspaniałą chwilę.
-...gdy jesteś obok mnie- dokończyła Lauren
* * *
Właśnie gdy para obściskiwała się w nader ekskluzywnym pokoju, kilka domów dalej, mała i krucha ośmioletnia Magda ściskała nerwowo poduszkę-jaśka i wylewala w niego tonę łez.
- Już przestań!- upomniała ją matka- Powinnaś była przewidzieć konsekwencje!
Dziewczynka nadal milczała.
-Postapiłaś bardzo nieodpowiedzialnie- dodał srogo ojciec
Dziewczynka dalej pozostawała bez ruchu. Powrócił jej przed oczy widok tych okropnych dryblasów, skomlenie konającego psa, i reka nieznajomego na jej ustach. Nie mogła zrozumieć dlaczego żaden z przechodniów nie kwapił się jej pomóc. Nie mogła zrozumieć, dlaczego blokersi wybrali ją na ofiarę. Dlaczego zabili psa Burka, którego tak kochała? Rodzice, na domiar złego, mają do niej pretensję, za to, że została okradziona. Jak mogą! Dla kilkuletniej dziewczyny tego było za wiele! Sytuacja przerosła ją. Nie rozumiała żadnego ze słów rodzicieli. Dlaczego postąpiła nieodpowiedzialnie? Czy fakt, że została okradziona pozwalał matce mieć do niej żal? Była tak przerażona i zdenerwowana, że nawet gdyby był dorosłym człowiekiem, nie odebrałaby wandalom ukradzionych pieniędzy. A tym bardziej malutka dziewczynka! Ona była ofiarą, nie winowajcą!
Zrospaczona dziewczynka cisnęła poduszką w tapczan. Ubrała starą, zniszczoną kurtkę oraz przemoknięte po incydencie buty. Po chwili już znalazła się na podwórzu. W ciszy i mroku usłyszała pomrukiwanie kota, czyjeś kroki. Nikt nie chciał pomóc pogrążonej w smutku dziewczynce! Na ulicach nie widać było żywej duszy. Tylko złowrogie odgłosy... Dzielnica Walbourn składała się z kilku bloków mieszkalnych i dwóch sklepów monopolowych oraz tandetnego SAMu. Okna parterowych mieszkań były bardzo nisko osadzone, więc pozostawały zupełną swobodę podglądania przechodniom, co właśnie dzieje się u lokatorów. Z takiej właśnie okazji skorzystała Magda. Nawiasem mówiąc, dziewczynka wprost uwielbiała patrzeć na szczęśliwe rodziny. Ta, która zwróciła uwagę dziewczynki zapewne do takowych należała. Rodzice oraz dwójka dzieci znajdowali się w jednym pokoju. Potomstwo, czyli chłopiec i dziewczynka, stosunkowo mali, wygladali na bliźniaków. Leżeli na miękkim dywanie i beztrosko bawili się klockami Lego-Duplo. Tatuś i mamusia siedzieli na wielgachnej kanapie oparci o siebie i z zapałem oglądali film. Biedną Magdę widok ten prawie skłonił do łez! Odkąd pamiętała, jej rodzice nigdy nie życi w zgodzie. Prawie co wieczór kłócili się tak głośno i tak zaciekle, w mniemaniu Madzi o całkowite bzdury, że sąsiadka mieszkająca nieopodal musiała ich uciszać. dziewczynka postanowiła zasmakować rodzinnej miłości, którą nie obdarzyli ją rodziciele. Chwiejnym krokiem podeszła do frontowych drzwi i drżącom ręką je otworzyła. Znalazła się w zimnej klatce schodowej.
-To chyba tu- spojrzała na masywne, drewniane drzwi i cichutko zapukała.
Otworzyła jej krępa, niewysoka kobieta wyglądająca na młodszą niż mama dziewczynki.
-Kim jesteś?- zapytała ciepłym głosem.
-Zwą mnie Magdalena Burk- odpowiedziała dumnie nosicielka imienia- czy mogę pobawić się z pani dziećmi klockami Lego?
Krępej kobiecie prośba dziewczynki wygała się nietypowa. Widząc jej zużyte i zniszczone ubranko nie trudno było wywnioskować, że Magda jest bardzo zaniedbana.
-Wejdź, dziewczynko- zachęcił ojciec z głębi pokoju- opowies nam coś jeszcze o sobie.
-Jestem pani McCain- wtraciła się żona.
-Kim są twoi rodzice?- zagadnął pan domu.
Magda milczała.
Pan McCain zapytał jeszcze raz:
-Kim jest twoja mamusia?
Padła natychmiastowa odpowiedź:
-Hipohondryczką
-A tatuś?
-Hipokrytą!
Magda opuściła dom państwa McCainów całkiem wesóła i zadowolona. Mimo usilnych próśb pani domu, dziewczynka nie zgodziła się, aby ta ją odprowadziła. W swoim bowiem mniemaniu była bardzo odpowiedzialna i spostrzegawcza w przeciwieństwie do swych rówieśników. Magda śmiało kroczyła ulicą Gradowsksą. Aby poczuć się pewniej cichuteńko śpiewała słowa kolęd. Idąc tak w zadumie usłyszała tajemnicze kroki, które zapewne nie nalezały do kruchej osoby. Dziewczyna nie miała jednak odwagi, by się obrócić za siebie.
-Zaczekaj!- zawołał tajemniczy. Magda pragnęła, aby to słowo nie było skierowane do niej, ale myliła się. Miał taki melodyjny głosik, taki dzicięcy. Magda odwróciła się.
-Ja...ja..ja Ciebie dzisiaj...ekhm...widziałam- wyjąkała. Czuła, że jej malutkie, skromne serduszko powoli podchodzi jej do gardła.- Ty mnie dzisiaj okradłeś!- wybuchnęła, po czym pobiegła przed siebie, jak najszybciej, jak jej krótkie nóżki pozwalały.
Tak. To był blokers który napadł Magdę dzisiaj rano! Dobrze go zapamietała.
-Zaczekaj!- powtórzył chłopak jeszcze raz.
Dziewczynka nie posłuchała go, wręcz przeciwnie- biegła jeszcze szybciej, wciąż obracając się za siebie. Nie zauważyła idącej z przeciwka kobiety, którą w konsekwencji przewróciła. Nawiasem mówiąc, to właśnie dziewczynka więcej biedy napytała sobie, albowiem nieszczęśliwie upadając uderzyła głową o krawężnik chodnika. Po chwili jej blond głowa, stała się czerwona od krwi, a lazurowe oczy napełniły się gorzkimi łzami.
-Nie zasypiaj, nie zasypiaj- powtarzała poturbowana kobieta- Ben, zadzwoń na pogotowie- rozkazała towarzyszącemu jej chłopakowi.
Człowiek nazwany Benem wyciągnął z kieszeni aparat telefoniczny i wcisnął trzy cyfry automatycznie łączące z pogotowiem. Wtem zjawił się blokers, główny sprawca zamieszania.
-Czy to tak ładnie ganiać małe dziewczynki wieczorami?- zapytała surowo kobieta.
-Nie- zaprzeczył chłopak- Ja jej nie goniłem!- zełgał.
Ambulans przyjechał na miejsce zaledwie pięć minut po zatelefonowaniu.
-Jak się pani nazywa?- sanitariusz zwrócił się pani.
-Laura Hamm- odpowiedziała beznamiętnie.
-A ty, młoda damo?- zapytał ledwie przytomną dziewczynkę.
-Magdalenia Burk
- A kim jest twoja mamusia?- wtrącił się lekarz
-Hipohondryczką
-A tatuś?
-Hipokrytą.
* * *
Cała rodzina Hammów, Ben oraz pies Kłebik przybyli na lotnisko Airport i z niecierpliwieniem wyczekiwali godziny, kiedy właściwy samolot wyladuje i zabierze ich na Teneryfę. Kiedy nadszedł już czas, a mianowicie godzina dwunasta pięć, płeć męska zabrała bagaże na swe plecy,a płeć piękna dumnie kroczyła obok nich.
-Uwaga, uwaga! Samolot lecący na Teneryfę odleci za dziecięć minut- oznajmił spiker.
-Miał odlecieć za dwadzieścia!- pożaliła się pani Hamm
-Dalej-ponagliła- pospieszcie się, bo nie zdążymy!
Wszyscy biegli ile sił w nogach, głównie na polecenie żony pana Hamma, oprócz oczywiście, szczeniaka Kłębika, który dumnie pysznił się na ramionach Laury.
-Hey, Hitler!- zawołał naćpany młodzieniec machając Benowi brudną dłonia przed twarzą.
-Ach, ten faszyzm- szepnął chłopak do swej wybranki.
W mknieniu oka wszyscy znaleźli się w samolocie.
-Uff! Nareszcie siedzę!- usieszył sie spocony pan Hamm.
Maszyna odbiła się od ziemi i pofruneła przed siebie.
-Drodzy pasazerowie- oznajmiła stewardessa starszemu małżeństwu siedzącemu przed Benem i Laurą- za trzy godziny powinniśmu spokojnie wyladowć na Hawajach.
-Na Hawajach?- zdumiał się pan Hamm
-Na Hawajach?- zawtórowała mu żona.
-Na Hawajach?- zdziwił się Ben.
-Tak, na Hawajach- potwierdziła stewardessa.
Twarz ojca Lauren stała sie blada jak ściana.
-Nna ,... nann Hawajeee?- zapytał po raz wtóry nie mogąc uwierzyć.
-To moja sprawkap zwierzyła się Lauren wybrankowi- ja podmieniłam bilety!- wybuchła śmiechem iście Homeryckim.
Po chwili Ben równiez wybuchł atakiem śmiechu.
-Co was tak śmieszy w tak DRASTYCZNEJ sytuacji?- zapytała pretensjonalnie pani Hamm.
-Drastycznej?- zapytało jak jeden mąż przyszłe małżeństwo i znowu zaśmiali się.
-Jakie to dziwne- powiedziła chłopak nadal śmiejąc się- Mieliśmy zostać u twych rodziców na trzy dni, lecz gdy plany się zmieniły nie dane nam było jechać na Teneryfę, tylko na Hawaje!
Starsze małżeństwo wybuchneło gromkim śmiechem. Wyraz twarzy Lauren gwałtownie zmienił się. Gdy obróciła się, zobaczyła znajomą twarzyczkę.
-Magda, co ty wyrabiasz?- zapytała Lauren.
Dziewczynka nie odpowiedziała. Było to pytanie wymagające bardzo wyczerpującej i zajmującej odpowiedzi.
-Ja wsiadłam, ponieważ...ukmh...uciekłam przed rodzicami!- wypaliła dziewczynka nie podejrzewając nawet, że Lauren jej nie uwierzy.
-Oj, Madziu chyba musisz skończyć kłamać- rzekła matczynym głosem- ja znam twoją mamusię, kiedyś chodziłam razem z nią do liceum. Ona dużo pracuje, więc nie ma czasu cię przytulić za dnia.
Dziewczynkę zamurowało. Jej plan zyskania miłości runął!
-Proszę pani..-zaczęła
-Lauren, mów mi poprostu Lauren- poprawiła ją.
-Lauren...ja nie ja...nie- nie dokończyła wypowiedzi ponieważ rozpłakała się. Kobieta pozwoliła, aby mała wypłakała się w jej ramiona. Zadbany dłońmi pogłaskala dziewczynkę po głowie.
-Cśśśśśśśśśś-wyszeptała- Już nie płacz. Wszystko będzie dobrze.
-Ale ja nawet nie wiem dokąd lecę-Magda ponownie sie rozpłakała.
-Kochanie, lecimy na Hawaje- uspokajała Laura- Otrzyj już łzy, a o hotel się nie martw. Zamieszkasz z nami.
-A rodzice?- zapytała drżącym głosem.
-Nie martw się, ja ich zawiadomię.
Magda przestała rozczulać sie nad sobą. Chłopak siedzący obok niej, ściślej męższyzna około dwudziestki zwrócił się do niej:
-Lala, nie płacz.
Przewrażliwiona na punkcie słowa, które właśnie wypowiedział absztyfikant, Magda obraziła się i rzekła:
-Zamknij aparat gębowy, baranie!
-O, cóż ja słyszę, masz ostry temperament- odpowiedział zainteresowany.
Magda i pasażer gawęzili jeszcze tak ze sobą długo, gdy Laurę dobiegł glos jej ojca:
-Nie posiadam żadnych narkotyków!
Przerażona kobieta podążyła za głosem rodzica. Po zapytaniu stewardessy, okazało się, że w torbie pana Hamma znaleziono marihuanę.
-Zaraz po wyladowaniu uda się pan z nami na policję- rzekła osoba, której Laura nie potrafiła zidentyfikować. Moze był to policjant?
-Tato, czy to prawda?- zapytała zrospaczona kobieta.
Pan Hamm nadal jednak utrzymywał, że jest niewinny.
-Wakacje- pomyślał z pogardą Ben, po czym zawołał wybrankę, sprawgniony informacji:
-Lauren, co się dzieję?
-W torbie ojca znaleziono narkotyki- wyszeptała bliska płaczu.
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil joasianka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…