Danse Macabre (całość)
W mrocznej, ponurej alejce dochodzi do spotkania pomiędzy ofiarą i łowcą. Wkrótce rozegra się dramatyczna walka, w której stawką będzie przetrwanie. Pojawienie się pewnej potężnej istoty sprawia jednak, ze sytuacja wymyka się spod kontroli.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Garret, ktoś śledzi cię już od dłuższej chwili – powiedział głos. - Chyba żartujesz, dawno bym zauważył – mruknął pod nosem Garret, zwalniając przy tym nieco kroku. Ponura alejka którą właśnie maszerował, wydawała się być wyjątkowo brudna i odpychająca, nawet jak na standardy tego miasta. Rożnego rodzaju śmieci leżały luzem na starym, zniszczonym i dziurawym bruku, po którym płynęły strumienie ścieków, pomyj i deszczowej wody. Najgorszy z tego wszystkiego był jednak chyba wszechobecny, trudny do opisania, straszliwy smród, wdzierający się brutalnie do nozdrzy i przyprawiający o zawroty głowy swym wyjątkowo bogatym bukietem zapachów. - A jednak – westchnął wyraźnie znudzony głos. - Wygląda na to, że masz ogon. Lezie za tobą aż od placu wisielców. Czarny płaszcz, kapelusz z rondem. Dość postawny. Wysoki. - Nie mogłeś powiedzieć o tym wcześniej? - poirytował się Garret. - Nie przedzieram się przez cały ten syf tylko i wyłącznie dla zabawy. Skoro ktoś mnie śledzi, a ja tego nawet nie zauważyłem, to równie dobrze mogłem iść środkiem głównej ulicy. I tak na jedno by wyszło. Ale nie, ja brnę po kostki w gównie i odpadkach. - Dobra, dobra, nie marudź. Jak się będziesz tak stresował, to dostaniesz zmarszczek. Myślałem, że wiesz i dlatego z taką determinacją pchasz się w te plugawe, spływające gównem alejki. Najwidoczniej przeceniłem trochę twoje umiejętności obserwacji. No, ale sam muszę przyznać, trudno w ogóle go zauważyć. Wtapia się w otoczenie jak kameleon i stąpa tak cicho jak sam diabeł. Ciekawe, kto to może być? I czego może chcieć? Garret pokręcił głową z rezygnacją, zrobił jeszcze kilka powolnych kroków, po czym zatrzymał się w miejscu. Znajdował się pośrodku wąskiej i długiej alejki biegnącej na tyłach starych, zrujnowanych kamienic, które pamiętały jeszcze czasy dawno minionej świetności tego pogrążonego w chaosie i zepsuciu miasta. Był to odpychający i zarazem przykry widok, gdyż w tych ruinach, wśród stosów śmieci i w całym tym nieokiełznanym syfie, w dalszym ciągu gnieździli się ludzie i nieludzie, żyjący w straszliwych, urągających godności warunkach, każdego dnia walczący o przetrwanie i zabijający za najmniejszy nawet kawałek czegokolwiek, co tylko nadawało się do jedzenia. Nie zawsze jednak tak było. Miasto Zaragard można było nazwać kiedyś prawdziwym cudem świata. Było ono zaiste ogromnym tworem, które swoim zasięgiem obejmowało niemal całą powierzchnię znanego świata. Lądy, morza, oceany, a nawet niebiosa – miasto sięgało absolutnie wszędzie, a oprócz niego nie istniało nic innego. Funkcjonowało jak jeden organizm, jeden naród o wspólnym języku, kulturze, zwyczajach i tradycjach. Zaragard było cudem nie tylko pod względem niesamowitej architektury, niezliczonych ilości ogromnych wież, potężnych mostów spajających ze sobą poszczególne dzielnice, ale także pod względem społecznościowym, gdyż w niemal doskonały sposób scalało ze sobą przedstawicieli wszystkich możliwych ras świata, którzy żyli obok siebie, pracowali, odpoczywali i bawili się, tworząc jeden wspólny naród. Owszem, w tym wielomiliardowym, rasowym i kulturalnym tyglu zdarzały się wojny wszczynane przez grupy separatystów, powstania, mordy na tle rasowym, religijnym i kulturowym oraz bunty głodujących przedstawicieli niższych warstw społecznych, jednak Zaragard nigdy nie było utopią, a pewnych rzeczy nie można było uniknąć. W tak wielkim społeczeństwie i tak cudem było zachowanie stałej integralności miasta i kontroli jaką sprawowali rządzący miastem magowie. W historii świata nigdy wcześniej nie istniało miasto lub państwo, które nie miało by żadnych wewnętrznych problemów. Zaragard też je miało, tyle że na skalę globalną. To wszystko należało już jednak tylko do przeszłości. Po wielkiej wojnie magów i kataklizmie, jaki ta wojna sprowadziła na miasto, pozostały jedynie dymiące zgliszcza, ruiny i wyludnione dzielnice. Dziś w Zaragardzie mieszkał zaledwie niewielki ułamek tej populacji, która niegdyś w nim żyła. Wielkie, onegdaj wspaniałe dzielnice stały się odizolowanymi od siebie małymi państwami, w których kruchą władzę sprawowali potomkowie dawnych, szlacheckich rodzin. Rasy nieludzi zostały natomiast doprowadzone na skraj wyginięcia na skutek nieustannych wojen i prześladowań, którym nie było końca w ogarniętym pożogą i bezprawiem mieście. W wyniku tych trwających wiele lat zamieszek krasnoludy zostały zmuszone do zejścia do podziemi, a elfów wybito niemal do nogi. Najliczniejszą ze wszystkich ras żyjących pośród ruin miasta pozostali ludzie, których zapał do walki i wolę przetrwania można było porównać do mrówek - zawsze odbudowujących swoje mrowiska, bez względu na to, ile razy zostały one zniszczone. Samo miasto jednak, po latach niekończących się wojen stało się nawet mniej niż widmem swojej dawnej świetności. Zaragard było miastem cieni, pogrążonym we wiecznej nocy i nieprzeniknionej ciemności spowodowanej magicznym kataklizmem; było ruiną na skalę globalną, w której każdy codziennie musiał walczyć o przetrwanie. Nikt nie miał tu lekkiego życia, jednak zdecydowanie najgorzej mieli magowie, czarodzieje i czarnoksiężnicy, gdyż w oczach pozostałych przy życiu mieszkańców to oni byli odpowiedzialni w całości za nieszczęście, które dotknęło miasta. W Zaragardzie od czasów wielkiej wojny niemal codziennie płonęły stosy, na których palono schwytanych czarodziejów. Nie było dla nich żadnych sądów, nie było litości. Magia została uznana za największe zło istniejące na świecie oraz za przyczynę wszelkich nieszczęść, jakie spadły na mieszkańców. W związku z tym, na mocy dekretu ostatniego pozostałego przy życiu Lorda Zarządcy, magia została po wsze czasy zakazana, a każdy jej użytkownik, bez względu na status społeczny, miał być skazany na śmierć. Wiązało się to z koniecznością uśmiercenia ogromnej liczby osób, niektórych nawet całkiem potężnych, lecz z tym problemem świetnie poradziła sobie Inkwizycja, utworzona po wielkiej wojnie z resztek aparatu sprawującego władzę, jako organizacja mająca zaprowadzić porządek w mieście. Zaciekłość, z jaką tropiono i mordowano czarodziejów była tak wielka, że w dzisiejszych czasach magowie praktycznie już nie istnieli, a czarodziejstwo stało się rzeczą należącą jedynie do legend, opowieści, oraz do strasznych historii opowiadanych dzieciom przed snem przez matki. Inkwizycja, którą tworzyli potomkowie pierwotnych lordów Zaragardu, wciąż sprawowała w wielu dzielnicach wszechmiasta niepodzielną władzę, starając się utrzymywać porządek taki, jaki istniał przed wielkim kataklizmem, dbając o przestrzeganie i egzekwowanie prawa, a także kultywując dawne tradycje, obyczaje i hierarchie. Garret obrócił się powoli w miejscu i spojrzał w głąb tonącej w ciemnościach uliczki. Nie było sensu dalej kluczyć. Ten ktoś, kto za nim szedł, był na tyle dobry, że jeśli nie udało się go do tej pory zgubić w labiryncie ulic, alejek i spływających gównem zaułków, to raczej nie było to w ogóle możliwe. - Domyślam się, kto to może być i wcale mi się to nie podoba – pokręcił głową Garret. - Ach tak? - zainteresował się głos. - To może być ciekawe. Nareszcie zacznie się coś dziać. Dosyć już miałem tej bezczynności i siedzenia w twojej głowie. Ciasno tu, duszno, ciemno, pusto, bez przewiewu, można się zakisić jak ogórek w słoiku. - Jak ci się nie podoba, to zawsze możesz się wynieść, droga wolna. Szukaj sobie innego medium. - Eee, przecież wiesz, że to nie takie proste. Poza tym, jesteśmy sobie wzajemnie potrzebni. - To siedź cicho, bo mamy towarzystwo – warknął pod nosem Garret. Wśród wypełniających alejkę cieni zamajaczył jakiś ledwo wyraźny kształt, z grubsza przypominający sylwetkę dosyć masywnego i wysokiego człowieka. - Daruj sobie te gierki i wyłaź, bo wiem, że tam jesteś – zawołał Garret w kierunku cienistego końca alejki. - Nie mam czasu na zabawy, więc jeśli czegoś ode mnie chcesz, to lepiej szybko to załatw. - Zabawne – ukryta w głębokim cieniu postać odezwała się po dłuższej chwili ciężkim, chropowatym głosem, który rozległ się dudniącym echem wśród kamiennych ścian okolicznych budynków. - Myślałem, że będziesz raczej uciekać, próbować desperacko mnie zgubić lub ukrywać się w jakiejś norze wśród szczurów, śmieci i brudu, a tu proszę. Stajesz ze mną twarzą w twarzą. Głupota, czy odwaga? A może i jedno i drugie? - Ani jedno, ani drugie – odparł lekceważącym tonem Garret. - Wybacz, że cię zawiodę. - Nic się nie stało, to i tak nieistotne. Powód nie jest ważny, ważny jest skutek twojej decyzji, a w tej sytuacji może być on tylko jeden, i na dokładkę będzie dla ciebie śmiertelny. - Doprawdy? W ciemnościach rozległ się ledwie słyszalny szelest rozwijanego zwoju. - Garret z Caer Dunn, pochodzący z Dystryktu XIII? - We własnej osobie – odparł zagadnięty. - Staram się być tak bardzo niepopularny jak to tylko możliwe, ale dobre chęci jak widać czasem nie wystarczają. - Oznajmiam – kontynuował dobiegający z ciemności głos – że na mocy decyzji jego ekscelencji, Najwyższego Lorda Inkwizytora Loredasa VI, Światła w Ciemności, Ostatniego Słońca, Zguby Heretyków, Jaśniejącego Miecza, pełniącego funkcję jedynego regenta i interrexa wszechmiasta Zaragard, niepodzielnie sprawującego władzę nad dystryktami III, IV, VII, IX, XII i XV, zostajesz uznany winnym uprawiania plugawego i przeklętego czarnoksięstwa. Wśród twoich win znajdują się takie przewinienia jak manipulowanie energią osnowy, materializacja i dematerializacja przedmiotów, ludzi i zwierząt, telepatia, telekineza, piromancja, zaklinanie, rzucanie klątw, destabilizowanie swobodnego przepływu sił witalnych w istotach ludzkich oraz, co najgorsze, demonomancja, która jest najbardziej plugawą i najbardziej przeklętą ze wszystkich zakazanych dziedzin magii i czarodziejstwa. Twe przewinienia są niezaprzeczalne i w związku z panującym we wszechmieście prawem, zarówno pisanym jak i niepisanym, oficjalnym i nieoficjalnym, zostajesz niniejszym skazany na śmierć. Ja, egzekutor Mordred z Kraggnoor, będę twoim katem. - No i masz babo placek – westchnął Garret i zsunął z głowy kaptur. Długie włosy, niemal tak ciemne jak otaczająca go noc, opadły mu faliście na ramiona, a spod nich błysnęły na uszach liczne, drobne kolczyki, połyskujące słabo w bladym świetle gwiazd. Pokaźnych rozmiarów pionowa szrama biegnąca przez jego lewe oko jaśniała w mroku słabą, ledwie zauważalną, czerwonawą poświatą. - Domyślam się, że nie uda nam się rozwiązać tego problemu bez użycia przemocy. - Tak, to bardzo słuszne i trafne przypuszczenie – odparł z mroku egzekutor. Garret wzruszył ramionami w geście obojętności i sięgnął do niewielkiej, zawieszonej przez ramię skórzanej torby. Pogrzebawszy w niej chwilę, wydobył z niej niewielkie, mechaniczne gogle, które następnie założył sobie na głowę i nasunął powoli na oczy. Okrągłe, jasnożółte szkła zajaśniały w ciemności, kiedy Garret przełączył je na tryb noktowizyjny. - Sugeruję poddać się bez walki i nie stawiać niepotrzebnego oporu, a w zamian obiecuję zadać ci szybką i w miarę bezbolesną śmierć – powiedział egzekutor, dobywając jedną ręką pistoletu z kabury, a drugą ręką niewielkiego, srebrzyście połyskującego, smukłego miecza. - Słyszałem tę sugestię już niezliczoną ilość razy i na szczęście jak do tej pory nie postanowiłem z niej skorzystać. Nie pozostawiacie człowiekowi zbyt wiele możliwości. Powietrze w alejce zafalowało lekko i niemal niezauważalnie, kiedy Garret wykonał kilka gestów dłonią schowaną w długim rękawie swojego płaszcza. - W takim razie dokonałeś wyboru, czarnoksiężniku. W imieniu Najwyższego Lorda Inkwizytora stanę się tym, który zakończy twój plugawy żywot, będący bluźnierstwem i obelgą dla wszystkich istot zamieszkujących ten umęczony świat. Szykuj się na rychłą śmierć, Garrecie z Caer Dunn. - To powiedziawszy, egzekutor płynnym ruchem uniósł trzymany w dłoni pistolet do góry, odciągnął kurek, wycelował, i pociągnął za spust. Nic się jednak nie wydarzyło. Nie było huku wystrzału, nie było kłębów dymu wydobywających się z zamka i lufy. Na moment w alejce zapadła głucha i niczym nie przerywana cisza. - Jakieś problemy? - zainteresował się Garret. - Mamy dziś dość dużą wilgotność powietrza. - Cóż to za plugawe czarnoksięstwo... – skrzywił się egzekutor, spoglądając z niedowierzaniem na strużkę wody wyciekającą leniwie z lufy jego pistoletu. - Powinienem był się domyślić, że będziesz próbować jakichś niecnych sztuczek. Nic to, skoro nie mogę nakarmić cię srebrnymi kulami, czarnoksiężniku, to dam ci posmakować ostrza mojego srebrnego miecza. Przysięgam na wszelką światłość, będziesz krwawić jak zarzynane prosię. - Widzisz, egzekutorze – westchnął Garret – problem z wami jest taki, że chowacie się za tą swoją szlachetną ideologią, za swoimi świetlistymi bóstwami, kreujecie się na obrońców uciśnionych i na wzory cnót moralnych, a tak naprawdę jesteście tylko i wyłącznie zwykłymi rzezimieszkami, mordercami polującymi na niewinnych. Dopuszczacie się iście brutalnych i okrutnych czynów, które usprawiedliwiacie swoją wiarą i filozofią. Niczym nie różnicie się od zielonoskórych, mordujących i masakrujących ludzi dla zabawy. Być może z tym tylko szczegółem, że wy zabijacie i torturujecie, żeby przypodobać się swoim bogom i społeczeństwu, które widzi w was swoich wybawców. Najgorsze w tym wszystkim jest chyba jednak to, że jesteście na ten fakt kompletnie ślepi, i albo nie chcecie dostrzec tego problemu, albo macie tak wyprane mózgi, że nie jesteście w stanie go dostrzec. Spójrz na siebie egzekutorze Mordredzie. Przysięgasz na wszelką światłość wyrządzenie okrutnej krzywdy innej żywej istocie, innemu człowiekowi, bliźniemu. Czyż doktryna miłosiernej Światłości nie zabrania przypadkiem wyrządzania krzywdy bliźnim? Gdzie podziało się czynienie dobra, sprawiedliwość, miłosierdzie i współczucie którym powinien kierować się każdy wyznawca światła? Czyż nie jest to okropną hipokryzją z twojej strony, egzekutorze, że poprzysiągłeś zamordowanie innej osoby w imię filozofii i ideałów, które mówią tylko i wyłącznie o czynieniu dobra? - A to heca – mruknął egzekutor Mordred z wyraźnym niesmakiem w głosie. - Tego jeszcze nie było, żeby plugawy wiedźm, parający się brudną magią i wypaczaniem rzeczywistości, pouczał mnie o problemach moralnych i wiecznym świetle. Dzięki goglom noktowizyjnym Garret widział cały zaułek jak na dłoni, wliczając w to wielką, masywną postać egzekutora w szerokim kapeluszu, szczelnie owiniętego płaszczem i dzierżącego w prawej ręce niewielki, srebrny miecz. Z uwagą obserwował każdy, nawet najdrobniejszy ruch swojego przeciwnika, gdyż nawet chwila roztargnienia mogła się dla niego skończyć tragicznie. Egzekutorzy byli wyjątkowo niebezpiecznymi oponentami, co wynikało z ich specjalnego przeszkolenia do walki z osobami władającymi magią, byli także odpowiednio do takich walk wyposażeni i chronieni olbrzymią ilością przedmiotów mających na celu wytłumianie lub całkowite niwelowanie efektów działania zaklęć. Ich ponadprzeciętna budowa ciała była efektem długotrwałych ekspozycji na działanie kryształów lirytu, powodujących nienaturalny i szybki rozrost mięśni, który przy pomocy morderczych ćwiczeń i odpowiedniej ilości samokontroli pomagał stworzyć osobę o nadludzkiej wręcz sile i wytrzymałości. Jednym słowem, egzekutorzy byli w rękach inkwizycji prawdziwym biczem na czarodziejów i to właśnie oni byli głównym powodem tego, że stosy we wszechmieście płonęły niemal codziennie. - Gdzieżbym śmiał, szlachetny egzekutorze, pouczać sługę inkwizycji o moralności – odparł kpiącym tonem Garret. Sytuacja w której się znalazł była dla niego dość problematyczna, gdyż ucieczka przed egzekutorem w ogóle nie wchodziła w grę. Uliczka w której się znajdowali była ciasna, długa, zaśmiecona, dziurawa i nie było z niej żadnego wyjścia. Żeby się z niej wydostać, Garret musiał by przebiec odległość kilkuset kroków w kierunku jej wylotu, a odwracanie się plecami do egzekutora, nawet jeśli tylko na chwilę, nie było najrozsądniejszym rozwiązaniem. Pojedynek zresztą był równie niebezpieczny, a jego wynik był w zasadzie niemożliwy do przewidzenia. Jedyną nadzieją Garreta na ujście z życiem z tego spotkania była próba odwrócenia uwagi egzekutora na tak długo, dopóki nie uda mu się przygotować jakiegoś wyjątkowo silnego zaklęcia, którego nie będą w stanie wytłumić kryształy lirytu, jakimi z pewnością obwieszony był jego przeciwnik. Garret co prawda wątpił w to, żeby Mordred pozwolił się wciągnąć w dyskusję na tyle długą, żeby umożliwiło to pełne przygotowanie zaklęcia, gdyż egzekutor nie był głupi i z pewnością nie miał zamiaru dawać swojej ofierze zbyt wiele czasu na knucie i kombinowanie. Był jednak za to bardzo ostrożny. Sztuczka z zamoczeniem prochu w jego pistolecie wyraźnie go zaskoczyła, i najwyraźniej nie spodziewał się, że jego kryształy lirytu go przed tym nie ochronią. Tę właśnie ostrożność Garret zamierzał wykorzystać na własną korzyść. - Więc zamilcz, czarnoksiężniku i znaj swoje miejsce – parsknął egzekutor. - Co taki plugawiec jak ty może wiedzieć o wiecznym świetle i o moralności? Jesteś istotą zgniłą i zepsutą do szpiku kości, zadającą się z demonami i zabawiającą się z mocami, które przekraczają twoje zdolności pojmowania. Jesteś narzędziem w rękach zła, które manipuluje tobą jak zwykłą kukiełką, jak pozbawioną woli marionetką. - Zabawne, że o kukiełkach wspomina ktoś, kto sam podryguje jak zawieszony na sznurkach. Mości egzekutor tkwi w indoktrynacji tak głęboko, jak szambonurek w gównie. Otóż, niejednokrotnie miałem okazję zaobserwować, że fanatyzm prowadzi do poważnego wypaczenia ludzkiej moralności, a w przypadku całej inkwizycji widać to dokładnie jak na dłoni. Szlachetne idee wiecznej światłości naginacie do waszych potrzeb w ten sposób, by usprawiedliwić okrutne mordy dokonywane na bliźnich, straszliwe tortury, oraz cierpienia, na jakie skazujecie pojmanych i podejrzanych o herezję, czyli uprawianie czarów, a także o posługiwanie się magicznymi przedmiotami, sympatyzowanie z magami, lub po prostu praktykowanie tych samych zwyczajów, które praktykowano za czasów, kiedy to magia rządziła wszechmiastem. - Mylisz się, odmieńcze. - Mordred schował przemoczony pistolet do kabury i ukrył lewą rękę pod swym obszernym płaszczem. Spod szerokiego kapelusza widać było jego połyskujące fioletową poświatą oczy. On również pilnie obserwował Garreta i nie zamierzał po raz kolejny dać się zaskoczyć jakimś niespodziewanym zaklęciem. Atmosfera była wyjątkowo napięta i każdy, nawet najdrobniejszy, niespodziewany ruch mógł zostać odczytany jako próba ataku, co z kolei mogło doprowadzić do rozpętania prawdziwej, krwawej jatki. - Nie mam pojęcia, co próbujesz osiągnąć poprzez mówienie takich rzeczy, gdyż w żaden sposób nie zmieni to twojej sytuacji. Zginiesz tutaj, na miejscu, lub na stosie, jeśli uda mi się pojmać cię żywcem. Możesz sączyć do woli swój jad w moje uszy, twoje skrzywione dywagacje i wypaczone opinie nie robią na mnie najmniejszego wrażenia. - Wypaczone opinie? Użyłeś złego słowa, egzekutorze. Chodziło ci raczej o obiektywne opinie. - Zamknij jadaczkę, brudny wiedźmie – warknął egzekutor. - Użyłem dobrego słowa. Inkwizycja nie poluje na niewinnych i bezbronnych ludzi. Wy, czarnoksiężnicy, jesteście plugawymi sługami sił ciemności, każdy z was, co do jednego. Wykorzystujecie swoje diabelskie moce by siać zamęt, chaos i spustoszenie. Porywacie ludzi i składacie ich w ofierze mrocznym bogom na swoich spędach i sabatach, nękacie całe społeczności przy pomocy przerażających stworów przyzywanych z najgłębszych otchłani i czeluści piekielnych, zatruwacie i napełniacie szaleństwem umysły mieszkańców, manipulujecie słabszymi i zmuszacie ich do czynienia zła, a wszystko to czynicie śmiejąc się nam bezczelnie w twarz. Sam byłem świadkiem wielu z tych rzeczy i na własne oczy widziałem zdarzenia, o których nieraz wolałbym zapomnieć. Byłem na miejscach sabatów, które spływały krwią pomordowanych ofiar, gdzie piętrzyły się stosy czaszek, a pod nogami plątały się wyprute wnętrzności. Walczyłem z piekielnymi ogarami, bluźnierczymi bestiami, które samą swoją obecnością na tym świecie stanowią zniewagę dla bogów. Miałem też do czynienia z szalonymi tłumami zwykłych ludzi omamionych waszą brudną, czarną magią, i z przerażeniem i niechęcią wspominam sposoby, jakimi byliśmy zmuszeni wybawić ich od zła. Wy, słudzy piekieł, jesteście za to wszystko odpowiedzialni. Działacie z ukrycia i w tajemnicy wciąż knujecie i spiskujecie, czerpiąc ogromną przyjemność z waszych dewiacji i okrucieństw. A jeżeli o doktryny Światłości chodzi, to nasza ideologia nie przewiduje pobłażliwego traktowania sług ciemności. Dobro, miłosierdzie, łaska, miłość do bliźnich, to wszystko jest zarezerwowane dla normalnych ludzi i nie dotyczy plugawców, którzy zawiązali pakt z samym diabłem. Pomiędzy dobrem i złem trwa odwieczna wojna, i tam gdzie istnieje dobro, nie ma miejsca dla zła. Powietrze wokół Garreta zaczynało powoli trzeszczeć i strzelać cicho, co było efektem wysysania przez niego całej energii magicznej z otoczenia. Ilość zebranej przez niego mocy była już niemal zadowalająca, jedynym problem natomiast było jej odpowiednie wykorzystanie. Garret miał na to tylko jedną szansę i nie mógł sobie pozwolić na jej zmarnowanie. Czas uciekał, a Egzekutor sprawiał wrażenie, jakby miał rzucić się na niego w każdej chwili. Ta rozmowa zmierzała już ku końcowi i dalsze jej przeciąganie nie miało zbyt wielkiego sensu. - Pozostaje tylko jeden, drobny problem, mości egzekutorze – powiedział powoli Garret. Niespodziewanie do głowy wpadł mu pewien pomysł, jednak jego wykorzystanie w praktyce mogło okazać się dość ryzykowne, a niepowodzenie w tym wypadku groziło śmiercią. Nie było jednak zbyt wiele możliwości wśród których można by było wybierać, i każde, nawet najbardziej ryzykowane rozwiązanie było lepsze, niż brak jakiegokolwiek rozwiązania. - Doprawdy? Z chęcią dowiem się jaki, parszywy wiedźmie, zanim nabiję cię na mój srebrny miecz. - Otóż, problematyczną kwestią jest prawdziwość wielu z tych rzeczy, o których mówiłeś przed chwilą. - Nie wiem, co próbujesz osiągnąć poprzez sączenie tych paskudnych bzdur i kłamstw wprost do moich uszu – odparł egzekutor, mierząc wyciągniętym przed siebie mieczem w kierunku Garreta. - Możesz być jednak pewien, że rozbijają się one o mnie jak sztormowe fale o nadmorski klif. - Ejże, Garret, masz jakiś plan? - odezwał się nagle głos w głowie czarodzieja. - Bo jak nie, to ten zmutowany mięśniak wyśle nas zaraz na wycieczkę w jedną stronę do otchłani. „Być może” - pomyślał Garret. „Magia raczej nie będzie do końca skuteczna w starciu z tym rzeźnikiem, obwieszonym lirytem od góry do dołu jak cygański król złotem. Jest za to inna metoda. Wiesz, jak w prosty sposób pokonać fanatycznie wierzącego w coś człowieka? Złamać, zniszczyć, roztrzaskać, pogruchotać i podeptać tę wiarę na jego oczach, a potem patrzeć jak w bezsilności opada na kolana.” - Brzmi ciekawie, nawet bardzo ciekawie – zarechotał paskudnie głos. - Podoba mi się twój sposób myślenia. Jest w nim coś... Demonicznie nieprzyzwoitego. - Z największą i szczerą przykrością muszę stwierdzić, że niestety nie są to kłamstwa, ani bzdury – powiedział na głos Garret, uwalniając całą zgromadzoną przez siebie do tej pory energię magiczną. Powietrze wokół niego zatrzeszczało, zafalowało i zaiskrzyło pod wpływem ogromnej dawki pierwotnych mocy formujących się powoli w skomplikowane zaklęcie. Reakcja egzekutora na ten widok była błyskawiczna. Gdy tylko pojawiły się pierwsze oznaki używania magii, Mordred rzucił się przed siebie ze zwierzęcą wprost szybkością i zwinnością, w mgnieniu oka pokonując potężnymi krokami odległość dzielącą go od czarodzieja. Jego płaszcz zaszumiał i zafalował w biegu, odsłaniając częściowo ukrytą pod spodem zdobioną, skórzaną kurtkę obszytą licznymi, jaśniejącymi fioletem kryształami lirytu. Srebrny miecz błysnął w powietrzu i z zastraszającą wręcz prędkością pomknął w kierunku szyi Garreta, jednak zanim zdążył dotrzeć do celu, stało się coś zupełnie nieoczekiwanego i niespodziewanego. Rzeczywistość wokół Garreta wygięła się, wykrzywiła i naprężyła, po czym pękła i rozsypała się na drobne kawałki, gdy potężne wyładowanie energii magicznej zniszczyło barierę pomiędzy dwoma wymiarami. Egzekutor zaklął okrutnie pod nosem i odskoczył do tyłu, natychmiast oddalając się od czarodzieja na bezpieczną odległość. Z bezsilnością i wściekłością patrzył, jak przestrzeń świata niematerialnego na jego oczach przelewała się przez dziury w rzeczywistości i rozprzestrzeniała dookoła z niesamowitą szybkością. - Co do diabła! Cóżeś za diabelskie moce zawezwał, przeklęty czarnoksiężniku! Co się dzieje?! - zaryczał gniewnie Mordred. Z każdą upływającą chwilą świat dookoła odrealniał się coraz bardziej, a granice pomiędzy tym co rzeczywiste, a nierzeczywiste, zaczynały zacierać się coraz mocniej. Egzekutor pobladł śmiertelnie, gdy nagle do świata materialnego zaczęło przedostawać się coś więcej, niż tylko obca energia. Czarny, mroczniejszy niż najciemniejsza otchłań strumień potępionych dusz wylał się przez jedną z wyrw w rzeczywistości i zatoczył w powietrzu koło, rozdzielając się na dziesiątki mniejszych, pojedynczych bytów. Okropne, straszliwe i upiorne jęki widm rozległy się przerażającym echem wśród kamiennych ścian alejki, wypełniając przestrzeń nieustannie rozbrzmiewającym, udręczonym skowytem potępieńców. - Na światłość, co to ma znaczyć? - wrzeszczał Mordred. - Coś ty narobił, plugawcze? Ściągnąłeś do naszego świata dusze zmarłych? Twe bluźnierstwo przekroczyło właśnie wszelkie granice! Jedno z wirujących w powietrzu widm pomknęło w kierunku egzekutora, który próbował obronić się przed nim cięciami srebrnego miecza, jednak na upiorze nie zdawało się to robić najmniejszego wrażenia. - Zgiń, przepadnij zjawo! - Morderca... - zasyczało widmo ledwie słyszalnym głosem, a jego na wpół wyraźna sylwetka przybrała ludzką postać. - Przepadnij, siło nieczysta! Przepadnij, powiedziałem! - krzyczał egzekutor, wywijając mieczem na prawo i lewo. - Zabiłeś mnie z zimną krwią, odmawiając świętego prawa do pochówku, a podobnie postąpiłeś z moją żoną i dziećmi. Teraz błąkam się bez celu po zaświatach, zaznając tylko bólu i cierpienia – wyszeptała zjawa lodowato zimnym głosem, od którego egzekutorowi aż ciarki przeszły po plecach. - Heretyckie ścierwo! - wycharczał Mordred, z paniką w oczach obserwując coraz większą ilość otaczających go i krążących nad nim upiorów. - Wszyscy dostaliście dokładnie to, na co sobie zasłużyliście! Własnym bluźnierstwem, plugastwem i herezją ściągnęliście na siebie ten los! Nie macie prawa mnie dręczyć, złe duchy, wasze miejsce jest w piekle! Sami je sobie stworzyliście! - Udręka, męczarnie - wyszeptało jedno z widm głosem tak chłodnym i mroźnym, że od samego jego słuchania jeżyły się włosy na głowie. - Chaos, trwoga, samotność, zagubienie... - powiedział inny duch, zlatując w dół i lądując wprost przed miotającym się w panice egzekutorem. - Smutek, żal, niepokój... - westchnął kolejny z upiorów. - ZEMSTA – zadudniło widmo wyłaniające się właśnie z międzywymiarowej wyrwy. Pogrążony w magicznym transie Garret zaklął paskudnie pod nosem i spojrzał z niedowierzaniem na nowo przybyłego upiora, który znacznie odbiegał wyglądem od pozostałych duchów. Pospolite widma zazwyczaj przybierały postać niewyraźnej, ludzkiej sylwetki, jednak to konkretne widmo składało się z nieustannie wirującej, zmieniającej, kłębiącej i plątającej się masy postrzępionych cieni, spośród których wyłaniały się nienaturalnie długie kościane ręce i ogromna czaszka. - ZEMSTA – zawyły donośnie pozostałe duchy, odzywając się jednym, upiornym chórem. - ZEMSTA, ZEMSTA, ZEMSTA! - Garret, mamy problem. - Głos w głowie czarodzieja wydawał się być wyjątkowo zaniepokojony. - Pomysł, muszę przyznać, miałeś nawet ciekawy, ale nie wiem czy uwzględniłeś w swoim planie pojawienie się pomniejszego demona. „Cóż, wypadki przy pracy się zdarzają” - pomyślał Garret, zwracając się do wewnętrznego głosu. - „Nie sądziłem, że egzekutor zadziała na te duchy jak magnes. Liczyłem na najwyżej kilka umęczonych dusz, które zadręczałyby go swoim jęczeniem o cierpieniu i niesprawiedliwości, a tu bam, pojawił się cały legion wściekłych duchów.” - No to wygląda na to, że odrobinę się przeliczyłeś – zadrwił głos. - Zemsta! Tak długo na nią czekałem! Żywiłem się własnym i cudzym gniewem, wszystkimi odpadkami emocji na jakie tylko udało mi się trafić! – zawył wielki upiór. Zwykłe duchy zbliżały się i lgnęły do niego jak muchy do miodu, otaczając go ze wszystkich stron. Wraz ze swoim widmowym orszakiem upiór zmierzał powoli w stronę egzekutora, a każde machnięcie jego kościanego ramienia powodowało otwieranie się po drodze coraz to nowych dziur i rozdarć w powłoce rzeczywistości, przez które przedostawały się żądne krwi zjawy. - Niech mnie światłość wiekuista ochroni! - wydyszał Mordred, zaciskając dłoń na rękojeści srebrnego miecza. Wolną ręką sięgnął po wielką księgę, okutą żelazem i obitą w tłoczoną skórę, zawieszoną przy jego pasie na grubym łańcuchu. Ciężkie, misternie zdobione i zapisane drobnym pismem kartki zafurkotały i zaszeleściły donośnie, gdy egzekutor z rozmachem otworzył księgę w miejscu oznaczonym czerwoną wstęgą. - TWOJA ŚWIATŁOŚĆ CI NIE POMOŻE – zadudnił wielki upiór, a potem wydał z siebie serię krótkich, przerywanych sapnięć, które przy dużej dawce dobrej woli można było uznać za śmiech. - Zamilcz duchu, znaj swoje miejsce! - odkrzyknął Mordred, otoczony przez stado wirujących dookoła niego duchów. - Wskażą ci je błogosławione psalmy z tej świętej księgi! - GŁUPCZE! - zawył upiór głosem tak donośnym, że aż zatrzęsły się okoliczne ściany, a podmuch wiatru omal nie strącił egzekutorowi kapelusza z głowy. - Mówiłem, że światło ci nie pomoże. Dla grzeszników takich jak ty, nie ma litości. Na tym świecie nie ma zbawienia, ani miłosierdzia. My, którzy zgrzeszyliśmy, nie otrzymaliśmy go ani od naszych braci, ani od bogów. Światło nie jest miłosierne, ono nie wybacza. Każdy kto stanie przeciw niemu, zostanie spalony jego promieniem. Na ciebie też przyjdzie pora, egzekutorze. - Plugawe widmo! Przeklęty demon, diabeł! - ryknął rozsierdzony do granic możliwości Mordred. - Jak śmiesz przerywać święte inwokacje i mówić w ten sposób o boskiej światłości! Twa bezczelność, arogancja i bluźnierstwo nie zna granic nawet po śmierci, na to wygląda! Możesz wypowiadać swoje czarne słowa do woli, lecz wiedz, że wszechobecne światło dosięgnie również i ciebie! - Już to zrobiło, egzekutorze Mordredzie – odparło widmo, sycząc i przecedzając przez zęby każde z wymawianych słów. - To ono sprawiło, że stałem się tym, czym jestem. To dzięki wam i waszej światłości chodzę teraz po świecie. Ból, cierpienie i udręka nie opuszczają mnie nawet na moment, ale wreszcie mogę zemścić się na wszystkich, którzy wyrządzili mi krzywdę. Nigdy za życia nie posiadałem tylu możliwości, ile posiadam teraz w tej postaci. Sytuacja zdecydowanie nie prezentowała się najlepiej. Detonacja ładunku magicznego i zniszczenie bariery między dwoma światami wyszło Garretowi aż za dobrze, i w efekcie tego do świata materialnego bez żadnych problemów przedostawały się teraz dziesiątki przeklętych dusz, przelewających się przez rozdarcia w rzeczywistości. To nie duchy jednak były największym problemem w tej sytuacji, gdyż były w zasadzie bezbronne i niezbyt groźne, za wyjątkiem może najbardziej zawziętych i złośliwych ze zjaw. Prawdziwym zagrożeniem w tej chwili była istota zaliczana do typu pomniejszych demonów, czyli wyjątkowo potężnych bytów duchowych zamieszkujących plan astralny. Pomniejsze demony powstawały ze zwykłych duchów, które poprzez pożeranie innych, słabszych widm i żywienie się negatywnymi emocjami rosły w siłę, w wyniku czego ulegały przekształceniu w inny typ istoty duchowej, stawały się coraz bardziej inteligentne i zyskiwały zdolność do materializowania własnej postaci, co dawało im możliwość wchodzenia w interakcje z obiektami rzeczywistymi. Czyniło je to o wiele groźniejszymi i o wiele bardziej niebezpiecznymi od normalnych duchów, które posiadały tylko szczątkową inteligencję i pamięć swoich poprzednich wcieleń, a także nie miały możliwości uczynienia poważnej krzywdy istotom żywym. - ZEMSTA, ZEMSTA! - zawodziły donośnie widma, prowadzone przez cienistego demona. Aura nienawiści i gniewu przez nie wytwarzana była tak silna, że wpływała nawet na samego Garreta, który to złapał się na mimowolnym zaciskaniu szczęk z siłą tak wielką, że aż rozbolały go od tego zęby. Była to niestety właśnie jedna z tych nielicznych sytuacji, w których nawet zwykłe duchy stawały się niebezpieczne. Demony były dla nich jak latarnie morskie, przyciągały je do siebie tak, jak płomień przyciąga do siebie ćmy; potrafiły tchnąć w nie olbrzymią dawkę emocji i negatywnej energii, którą duchy łapczywie się żywiły, gdyż były wiecznie głodnymi i wiecznie spragnionymi istotami. Zwykłe widma bardzo łatwo poddawały się kontroli demonów, i ponieważ nie potrafiły myśleć za siebie, stawały się niezwykle podatne na manipulację innych, potężniejszych i inteligentniejszych od siebie bytów duchowych. Zjednoczone przez demona, dzielące tą samą emocję, tą samą wypaczoną energię i ten sam cel, duchy również stawały się poważnym zagrożeniem dla śmiertelników, mogąc nawet doprowadzić do szaleństwa niektóre osoby, zwłaszcza te o słabszych umysłach. I chociaż w dalszym ciągu pozostawały istotami w pełni niematerialnymi, to negatywna energia jaką wspólnie wytwarzały, była dla dusz śmiertelników niezwykle niebezpieczną trucizną. - Nie będę mieć dla ciebie żadnej litości, tak samo jak ty nie miałeś jej dla mnie, egzekutorze, gdy błagałem cię o litość i przebaczenie – zadudnił demon, zatrzymując się tuż przed Mordredem. Otaczający go widmowy orszak duchów wył i zawodził nieustannie, wydając z siebie potępieńcze jęki. - Zmiażdżę, skruszę, zniszczę i rozbiję na drobne kawałeczki twój żałosny umysł, będę śmiać się z twojego szaleństwa i mentalnej agonii, a następnie rozszarpię na drobne strzępy twoje ciało i zostawię je by gniło wśród śmieci i szczurów. - Niedoczekanie twoje, parszywy upiorze – wydyszał Mordred, przewracając naprędce strony w swej wielkiej księdze. - Po trzykroć błogosławiona światłość... - ZAMKNIJ JADACZKĘ – huknął demon. - Nudzisz mnie. Mówiłem przecież, że twoje modlitwy ci nie pomogą. A wiesz dlaczego? Ta wasza święta, po trzykroć błogosławiona światłość, ma was gdzieś. Problemy śmiertelników dla wszechmocnych bytów nie znaczą nic. Zresztą te wasze modlitwy i tak do nich nawet nie docierają. Możesz uwierzyć mi na słowo, ja na ten temat coś wiem, w zaświatach spędziłem sporo czasu. Twarz egzekutora wyglądała tak, jakby za chwilę miała pęknąć ze złości. Tego już było dla niego zbyt wiele. Nikt przedtem nie odważył się powiedzieć mu prosto w twarz tylu bezczelnych i plugawych bluźnierstw jednocześnie. Dla Mordreda było to wprost nie do uwierzenia. Heretycy bali się go, błagali o miłosierdzie, czołgali się po ziemi i całowali go po butach licząc na litość i darowanie życia. Tylko nieliczni stawiali opór, a jeszcze bardziej nieliczni bluźnili przeciwko wiecznej światłości. Ci ostatni najprędzej i w największych męczarniach dokonywali żywota, a Mordred z wielką zapamiętałością i skrupulatnością dbał o to, by żaden z tych bluźnierców nie uniknął konsekwencji swych czynów i słów. Utkane z cieni i otoczone duchami widmo, które unosiło się tuż przed nim, było pierwszą w jego życiu istotą tak otwarcie i bezczelnie obrzucającą go bluźnierstwami. Gdyby to był zwykły człowiek, Mordred bez chwili wahania poderżnął by mu gardło. Żadna istota, żywa lub martwa, nie mogła urągać wiecznej, nieskończonej światłości. Tak mówiły księgi, tak mówiła inkwizycja. Jednak egzekutor Mordred nigdy wcześniej nie miał do czynienia ani z demonem, ani nawet z prawdziwym duchem. Egzekutorzy byli szkoleni głównie do polowań na heretyków, czarodziejów, oraz na tych, którzy sprzeciwiali się woli świętej inkwizycji. Do ich zadań nie należała walka z istotami i mocami nadprzyrodzonymi, gdyż tym konkretnym problemem zajmowali się przeważnie egzorcyści i łowcy demonów. Dlatego właśnie Mordreda przepełniała tak wielka ilość gniewu. Czuł się bezbronny i bezradny jak dziecko, i było to dla niego całkowicie nowe, nieznane dotąd uczucie. - Przepraszam najmocniej, że się wtrącam... - Garret odchrząknął kilkukrotnie w celu zwrócenia uwagi na swoją osobę. Na moment zapadła niemal zupełna, grobowa cisza, przerywana jedynie sporadycznym zawodzeniem duchów. - Chciałbym tylko zauważyć, że mości egzekutor miał już wcześniej do mnie jakąś sprawę, więc należy mi się pierwszeństwo. Przydałoby się odrobinę kultury, naprawdę. Czyżby w zaświatach panował taki sam brak wychowania jak wśród żywych? Cienisty demon obrócił się powoli w stronę Garreta i wyciągnął w jego kierunku swe długie, kościane ramię. Wszystkie otaczające go duchy zamilkły nagle jak zaklęte, a panująca wokoło cisza pogłębiła się jeszcze bardziej. Egzekutor Mordred spoglądał to na demona, to na Garreta, a z jego twarzy nawet na chwilę nie znikał grymas ogromnej wściekłości. - To ty złamałeś ścianę snu – zahuczał demon, a jego dudniący głos zdawał się być dwa razy głośniejszy niż przedtem, w związku z panującą w alejce absolutną ciszą. - Owszem, ja – odparł Garret, wpatrując się w wycelowany w niego kościany palec. - Powinienem być ci wdzięczny, śmiertelniku, za to że umożliwiłeś mi przedostanie się do tego świata, gdzie wreszcie mogę dokonać swej zemsty. Ostrzegam jednak, lepiej nie wchodź mi w drogę, bo gorzko tego pożałujesz. - Po pierwsze – odpowiedział beztrosko Garret – za nic nie powinieneś być mi wdzięczny, gdyż zamierzam wysłać cię z powrotem do otchłani, a po drugie, wchodzę w drogę komu tylko mi się podoba. Taką mam już naturę buntownika. - Tak właśnie myślałem – mruknął demon i skinął kościaną dłonią na otaczające go zewsząd widma. - Twoja aura wydaje się być dość niezwykła, ale nie mam teraz na ciebie czasu. Zajmą się tobą duchy, które znalazły się tutaj również przez ciebie. Jednoczesne psioniczne uderzenie kilkudziesięciu umysłów naraz omal nie zwaliło Garreta z nóg. Czarodziej zachwiał się jak pod wpływem wyjątkowo silnego ciosu pałką w głowę, z trudem odzyskując równowagę. Coś było nie w porządku. Zwykłe duchy były tylko szczątkowo inteligentne i nie potrafiły tak szybko reagować na polecenia demonów, ani tym bardziej wykonywać tak silnych i idealnie skoordynowanych ataków. Garret zaklął soczyście pod nosem, przeklinając swoją nieostrożność i zbytnią pewność siebie. Gdyby nie słaba osłona, którą miał w zwyczaju utrzymywać przez większość czasu, to jego umysł zostałby pod wpływem tego ataku dosłownie zmiażdżony. Głupio by było zmienić się w śliniącego się szaleńca tylko z powodu własnej nieostrożności. - Do ciężkiej cholery, Garret! - odezwał się głos w jego głowie. - Co to było? „Nie mam pojęcia, siedź teraz cicho, bo muszę się skoncentrować” - pomyślał czarodziej, wznosząc jednocześnie mentalne bariery dookoła swojego ciała i umysłu. Był to zabieg dość pośpieszny i jedynie prowizoryczny, gdyż Garret nie mógł pozwolić sobie na marnowanie większej ilości czasu. Musiał działać szybko, jeżeli chciał wyjść z tego spotkania z nieuszkodzonym i w miarę sprawnym umysłem. Duchy pod kontrolą demona okazały się być o wiele bardziej niebezpieczne niż powinny być w rzeczywistości i nie wiadomo było, czego należało się po nich jeszcze spodziewać. Jakby tego było mało, to liryt, którym obwieszony był egzekutor, skutecznie wytłumiał i osłabiał efekty wszystkich zaklęć magicznych, w związku z czym wachlarz możliwości jakimi można się było posłużyć w celu obrony lub ataku, był dosyć ograniczony. Garret był już przygotowany gdy nadszedł kolejny cios, ale jego bariery z trudem zniosły uderzenie o tak niewiarygodnie dużej sile. Jedynym sposobem umożliwiającym szybkie pozbycie się duchów i nie wdawanie się w długotrwałe, niebezpieczne pojedynki psioniczne z grupą umysłów o takiej potędze, było szybkie zamknięcie dziur międzywymiarowych. Odcięłoby to duchy od źródła energii astralnej przelewającej się z wymiaru niematerialnego i spowodowało cofnięcie ich esencji z powrotem do zaświatów. Problemem było jedynie to, że do zamknięcia tych stworzonych wcześniej przez Garreta dziur potrzeba było czasu, a duchy nie zamierzały bezczynnie się temu przyglądać. Siła i natężenie stosowanych przez nie ataków psionicznych dość dobitnie sugerowały, że bariery mentalne i umysł Garreta zostaną strzaskane o wiele szybciej, niż zamkną się międzywymiarowe dziury do wymiaru astralnego. Chyba, że w jakiś sposób uda mu się kupić trochę czasu.
***
- Nie, nie, to niemożliwe! - wrzasnął Mordred i opadł na kolana, wypuszczając z rąk księgę i srebrny miecz, który uderzył o bruk z głośnym brzęknięciem. Jego oczy były szeroko otwarte, spoglądające gdzieś w daleką pustkę i okropnie rozbiegane, a z lekko rozchylonych ust ściekała mu po brodzie strużka śliny. Straszliwy grymas bólu na jego twarzy wskazywał na wyjątkowo silną walkę, jaką egzekutor toczył we wnętrzu własnej głowy. - Skąd biorą się te wizje!? To nie może być prawda! Przestań zatruwać mój umysł kłamstwami, przeklęty demonie! Egzekutor Mordred zaszlochał donośnie, osłaniając twarz dłońmi i miotając się na boki w dzikim amoku. Straszliwe obrazy, jeden po drugim, nieustannie wlewały się do jego głowy jak rwąca woda, która właśnie przerwała tamę na rzece. Agonia, cierpienie, ból i rozpacz, bezradność i bezsilność, a także panika mieszająca się z przeczuciem nieuchronnej śmierci – to wszystko wypełniało umysł egzekutora aż po brzegi. Nie były to jednak jego własne uczucia, lecz wszystkich ofiar, które kiedykolwiek zginęły z jego ręki. Mężczyźni, kobiety, dzieci, dorośli i starcy, w większości ludzie prości, ale także w nielicznych przypadkach wysoko urodzeni szlachcice, urzędnicy i kapłani. Wśród tych wszystkich ludzi znajdowała się również dość liczna grupa czarodziei, których Mordred własnoręcznie upolował i pozbawił życia. Wszystkie egzekucje dokonane przez niego w trakcie jego służby w inkwizycji zawsze miały konkretny powód. Była to najczęściej herezja, zdrada lub spiskowanie, bluźnierstwo i pogaństwo, odprawianie zakazanych rytuałów i czczenie demonów, a na każdy z tych zarzutów zawsze istniał silny materiał dowodowy, który gromadzono przed rozpoczęciem polowania, lub w trakcie tortur i przesłuchań. Każdy, kto został schwytany przez inkwizycję i stracony, był zawsze winny popełnionych przez siebie czynów. Mordred wykonywał swoje obowiązki z niezachwianą wiarą w wieczną Światłość i w swoich przełożonych, a także w całą inkwizycję i jej niekończącą się misję oczyszczenia świata z heretyków. Istnienie dobra i zła na tym padole było niezachwianym faktem. Po jednej stronie wieczna Światłość i dobrzy ludzie, wierni jej ideałom, żyjący w pokoju w ruinach czegoś, co kiedyś było największą cywilizacją w dziejach świata. Po drugiej stronie, słudzy ciemności, czciciele diabła, porzucający ideały Światłości dla obietnic składanych przez demony, a także stanowiący zagrożenie dla innych ludzi różnego rodzaju zwyrodnialcy – mordercy, gwałciciele, bluźniercy oraz przeklęci kultyści odprawiający mroczne rytuały i składający ofiary z ludzi. Ci drudzy bardzo często w ogóle się nie ujawniali, lecz żyli w ukryciu pośród społeczeństwa, w związku z czym nikt tak naprawdę nie mógł być pewien, czy jego sąsiad przez przypadek nie był czczącym mrocznych bogów heretykiem. Inkwizycja stała na straży zwykłych mieszkańców i dbała o to, żeby za wszelką cenę wykorzenić ze społeczeństwa wszystkich heretyków i bluźnierców stanowiących zagrożenie dla innych. Świat już raz stanął na krawędzi zagłady z powodu czczących demony czarodziejów, a inkwizytorzy nie zamierzali dopuścić do takiej katastrofy po raz drugi. Tak przynajmniej myślał Mordred. Zawsze uważał siebie za wiernego i oddanego sługę Światłości, a wszystkie dokonywane przez niego czyny miały posłużyć większemu dobru. Nawet wtedy, jeśli było to polowanie na heretyków, sądzenie, torturowanie i palenie ich na stosach, lub egzekucje dokonywane na miejscu, jeżeli zachodziła i taka potrzeba. To prawda, Mordred miał krew na rękach, jednak zawsze był przekonany, że była to krew brudna, zanieczyszczona herezją, której przelewanie było nieraz konieczne dla zaprowadzenia porządku na świecie, dla ochrony innych, dla doszczętnego zniszczenia wszelkich przejawów zła i zaprowadzenia rządów nieskończonej, boskiej światłości wśród ludzi. Teraz już jednak nie był tego taki pewien. Obrazy w jego głowie mówiły coś zupełnie innego. Widział to wszystko oczami osób, które kiedyś zabił. Czuł to samo, co one. Myślał to samo. Z ich perspektywy sytuacja wcale nie była taka klarowna. Ludzie, których oskarżono o herezję, wcale nie musieli być naprawdę heretykami. Wizje dokładnie mu to ukazywały. Niezgoda. Konflikty z interesami inkwizycji. Sfałszowane dowody. Usunięcie niewygodnych osób. Przeciwnicy polityczni. Nieszkodliwi czciciele pradawnych kultów zmasakrowani przez inkwizytorów tylko z powodu wyznawania odmiennej religii. Pomagający chorym uzdrowiciele władający czarami i dawno zapomnianą wiedzą oskarżeni o paktowanie z demonami i spaleni na stosie. Niegroźni mędrcy, potomkowie dawnych kast czarodziejskich uprawiający sztukę magiczną w celu pomocy innym, upolowani i zgładzeni w inkwizytorialnych lochach. Wizje mknęły z zastraszającą szybkością, ukazując dzieje zarówno pojedynczych osób jak i całych grup ludzi. Wszystkie z tych historii byłe pełne bólu i cierpienia, i wszystkie kończyły się źle. Wszystkie miały też jeden wspólny mianownik, a był nim egzekutor Mordred. - To nie może być prawda – wycharczał Mordred przez zaciśnięte gardło. - To muszą być kłamstwa, to musi być jakaś brudna sztuczka! - Och, ależ to jest tylko i wyłącznie prawda. - Cienisty demon roześmiał się głośno w taki sposób, który przypominał trochę uderzanie ciężkim młotem kowalskim w wielki, pusty, spiżowy dzwon. - Egzekutorze, nie oszukuj sam siebie, oboje wiemy że taka ilość lirytu jaką posiadasz wszytą w swoje ubrania, skutecznie uniemożliwiłaby jakiekolwiek próby stworzenia sztucznych wizji przy pomocy magii. To czego doświadczasz, to najprawdziwsze wspomnienia dostające się do twojej głowy drogą telepatyczną. Pochodzą od okolicznych duchów. Twoich ofiar. Ludzi, którzy zginęli z twej ręki. W głowie egzekutora rodził się powoli obraz tak straszny, że jego umysł za nic w świecie nie chciał uznać go za prawdę. Był to obraz jego samego, jako pozbawionego woli pionka, marionetki sterowanej rękami wielkiej inkwizycji – mrocznej i pełnej sekretów organizacji, której najważniejszym celem wcale nie było ludzkie dobro, i gdzie ideały i doktryny Światłości miały znaczenie zaledwie drugorzędne. Ani jego serce, ani też umysł nie były w stanie znieść tak okropnej i tak przytłaczającej wizji, która opadła na niego i przytłoczyła go z siłą kowadła. - Błagam, przestań mnie dręczyć demonie, dłużej już tego nie wytrzymam... - NIC Z TEGO! - ryknął demon i zarechotał z mściwą satysfakcją w swoim ciężkim, dudniącym głosie. - Możesz błagać do woli, tak samo jak błagały twoje ofiary żebyś ich nie zabijał, tak samo jak ja błagałem ciebie! Wszystko na próżno! Będziesz cierpieć tak długo, jak uznam to za stosowne, coraz bardziej i bardziej! Zmiażdżę twój umysł jak robaka! Będziesz wił się po ziemi i skomlał jak bity pies, a kiedy znajdziesz się wreszcie na skraju szaleństwa, wtedy może pozwolę ci umrzeć! - Obyś sczezł, diabelski pomiocie – wybełkotał Mordred i opadł w konwulsjach na bruk, kiedy do jego umysłu wdarła się kolejna fala wizji, jeszcze silniejsza i jeszcze bardziej intensywna niż wszystkie poprzednie razem wzięte.
*** Przyglądający się temu wszystkiemu Garret zaklął siarczyście pod nosem. Jego bariery mentalne znajdowały się już na skraju załamania i tylko jeden lub dwa kolejne skoncentrowane ataki wystarczyły by przełamać się przez jego obronę. - Posłuchaj Garret, wiem, że masz tendencję do wychodzenia z każdej opresji z obronną ręką, ale zaczyna się już robić naprawdę niebezpiecznie – powiedział głos z wyraźnie wyczuwalną nutką niepokoju. „Zdążyłem zauważyć, ale dobrze wiedzieć, że mogę polegać na twoim czujnym zmyśle obserwacji.” - Te widma zaraz zmienią twój umysł w ektoplazmatyczną papkę, ale widzę że język to ty masz cięty jak zwykle. „Nie zmienią, właśnie wpadł mi do głowy pomysł na rozwiązanie tego problemu.” - Pewny siebie, również jak zwykle. Ostatnim razem kiedy miałeś genialny pomysł, to przez przypadek przywołałeś demona. Co stanie się teraz? „Gdybym nie miał wcześniej tego genialnego pomysłu, to prawdopodobnie moja głowa leżałaby już na ziemi, oddzielona od ciała przy pomocy srebrnego miecza. To prawda, sytuacja się trochę skomplikowała, ale przynajmniej żyję. Nie mam w zwyczaju tak po prostu się poddawać.” - Dobra, dobra – zniecierpliwił się głos. - To co dalej? Bo te widma nie będą wiecznie czekać, aż my tu sobie w spokoju pokonwersujemy. Uderzenie psioniczne, które nadeszło ułamek sekundy później, było tak silne, że aż rzuciło Garretem na kolana. Jego jaźń zatrzęsła się i zawibrowała na niemal wszystkich możliwych mentalnych częstotliwościach, skutecznie pozbawiając go większości zmysłów. Bariera wchłonęła znaczną część energii uderzenia, jednak tym samym praktycznie przestała już istnieć, a umysł Garreta stał się kompletnie nagi i całkowicie bezbronny. „Niech to szlag!” - Garret krzyknął we wnętrzu swojej głowy. - „Przeklęte zjawy, łeb mi dudni jak dzwon kościelny. Posłuchaj, bo nie mamy czasu, jesteś tam?” - Jestem, jestem, ale co to za bycie – wymamrotał głos. - Mi też się solidnie oberwało. „Normalnie duchy nawet w obecności demona nie są takie silne, ale chyba wiem, jak się z tym uporać. Najpierw jednak musimy odciąć je od jego wpływu. Staną się wtedy całkowicie bezbronne i nieszkodliwe, dzięki czemu bez problemu zamkniemy astralne rozdarcia. To będzie wyjątkowo niebezpieczne, ale musisz pomóc mi otworzyć tunel do jego umysłu.” - Ale dobrze wiesz, że grozi to całkowitą dezintegracją twojej osobowości, jeśli coś pójdzie przy tym nie tak jak trzeba? „Jestem tego w pełni świadomy, pośpiesz się wreszcie.” - Jak sobie życzysz – Głos zgodził się niechętnie. Otworzenie tunelu do czyjegoś umysłu było czynnością niemagiczną, polegającą jedynie na telepatycznym kontakcie dwóch umysłów, a więc obecność lirytu w pobliżu nie miała na to żadnego wpływu. Tunel był jednak czymś o wiele potężniejszym od zwykłej więzi telepatycznej, polegającej na wymianie myśli płynących niczym fale, od jednego umysłu do drugiego. Było to połączenie bezpośrednie, całkowicie łączące oba umysły. W związku z tym, świadomość jednej z połączonych istot uzyskiwała całkowity dostęp do umysłu drugiej istoty i niemożliwa była jakakolwiek obrona przez obcą ingerencją. Połączenie tunelowe nawet ze zwykłym człowiekiem było dla doświadczonego telepaty wyjątkowo niebezpieczne, a utworzenie takiego połączenia z istotą pochodzenia demonicznego, można było porównać tylko i wyłącznie do wykopania własnego grobu. Umysł Garreta posiadał jednak dodatkowego lokatora, czego jego przeciwnik w ogóle nie był świadomy. Był to jego as w rękawie, od którego zależeć mogło powodzenie całej operacji, jak i również jego życie. - No to do dzieła – mruknął pod nosem Garret i złożył dłonie w magiczny znak. Wirujące wokół niego widma i zjawy zawyły donośnie, wypełniając całą alejkę upiornym skowytem. Rosnące w powietrzu natężenie energii psionicznej było tak duże, że w ciągu kilku chwil zmiażdżyło umysły wszystkich drobnych zwierząt żyjących w promieniu kilkunastu metrów od miejsca zdarzenia.
***
Egzekutor Mordred nie mógł uwierzyć w to, że jego udręka wreszcie się zakończyła. Leżał przez chwilę na ziemi w całkowitym bezruchu, starając się uspokoić swoje ciało i złapać choć jeden głęboki oddech. Serce w jego piersi waliło jak szalone, jakby miało zamiar zaraz wyskoczyć na zewnątrz, a rozbiegane oczy wciąż nie mogły skoncentrować się na jednym punkcie i przyprawiały go o zawroty głowy połączone z mdłościami. Wizje odeszły, opuściły wreszcie jego umysł, a wraz z nimi zniknęły trudne do zniesienia, przerażające emocje, bezpośrednio związane z obrazami, które zmuszony był oglądać. Mordred jednak wcale nie poczuł się lepiej. Cierpienie przeminęło, ale rany na umyśle pozostały, a jego światopogląd legł w gruzach. Nie wiedział już, co było prawdą, a co nie. Nie miał pojęcia, czy wizje, które oglądał, były tylko sztuczką demona mającą na celu wpędzenie go w wątpliwości, czy też może całe jego życie było po prostu jednym, wielkim kłamstwem. Gdy jego widzenie wreszcie wróciło do normy, a mdłości przestały obciążać jego żołądek, Mordred wsparł się na rękach i podniósł twarz z zimnego, mokrego i brudnego bruku. Demon znajdował się w tym samym miejscu co wcześniej, unosząc się nieco nad ziemią w osnowie wirujących dookoła niego cienistych strzępów. Duchy również w dalszym ciągu wirowały gdzieś w pobliżu, przelatywały wysoko w górze, miotały się na wszystkie strony i wypełniały alejkę swoim przeraźliwym, potępieńczym jękiem. Gniew, strach i olbrzymia nienawiść na powrót wypełniły umysł egzekutora, jednak tym razem były to jego własne emocje. I chociaż w dalszym ciągu trapiły go ogromne wątpliwości, to jednego był absolutnie pewien. Demon musiał sczeznąć. Jego dłoń sama odnalazła rękojeść leżącego w pobliżu miecza. Egzekutor chwycił go pewnie i zacisnął na nim dłoń tak mocno, że aż rozbolały go od tego palce, a następnie poderwał się gwałtownie z bruku na którym klęczał i wziął szeroki zamach, szykując się do zadania demonowi potężnego ciosu. Srebrny miecz, napędzany nadludzką siłą mięśni egzekutora, przeciął ze świstem powietrze, jednak jego ostrze nie dosięgnęło swego celu. Mordred zastygł w bezruchu, sparaliżowany niewidzącym spojrzeniem demona. Zionące pustką oczodoły zdawały się przeszywać go swym upiornym, demonicznym i lodowatym spojrzeniem na wylot, unieruchamiając każdy, nawet najdrobniejszy mięsień jego ciała. Niezdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu, obezwładniony i bezradny egzekutor przeklął własny los, nie mogąc uwierzyć w bezmiar nieszczęścia, jakie go spotkało. Demon był tak blisko, a jednak w dalszym ciągu nie można było go dosięgnąć karzącą ręką sprawiedliwości i zatopić srebrnego miecza w jego upiornym ciele. Zło pozostawało całkowicie nietykalne. Mordred miał już tego wszystkiego dosyć. Mógł nawet umrzeć, zupełnie go to nie obchodziło. Gdyby zginął w trakcie wypełniania swoich obowiązków, odszedłby przynajmniej w spokoju, nie dręczony żadnymi wątpliwościami, tak jak przystało na egzekutora wypełniającego wolę wielkiej inkwizycji. Wszystko, byle tylko uniknąć żalu, smutku, bólu i cierpienia, którego w ciągu ostatnich kilku chwil doświadczył o wiele więcej, niż przeciętny człowiek byłby w stanie znieść. Lecz demon ani drgnął. Jego głębokie oczodoły wpatrywały się w egzekutora swoją chłodną pustką, i nic poza tym. Jeszcze przed chwilą bestia ciemności wykrzykiwała w jego kierunku obelgę za obelgą, kpiąc sobie z niego do woli, a teraz milczała jak zaklęta, pogrążona w absolutnym i nienaturalnym wręcz bezruchu. Egzekutor próbował coś powiedzieć, krzyknąć, lecz jego ciało nie chciało się go słuchać, a z gardła wydobył się tylko stłumiony, niezrozumiały bełkot. Nie miał pojęcia, co to miało wszystko oznaczać, i czy ominęło go jakieś zdarzenie w czasie gdy zadręczały go wizje, czy demon znalazł po prostu dla niego zupełnie nową formę tortury i męczył go tylko w taki wyrafinowany sposób, bawiąc się jego nieokiełznanym gniewem jak zabawką. Wszystko stało się jednak dla Mordreda jasne, gdy kątem oka dostrzegł przez przypadek czarodzieja, również pogrążonego w całkowitym bezruchu, z głową lekko odchyloną na bok i z dłońmi złożonymi na kształt dziwnego, skomplikowanie wyglądającego symbolu. Egzekutor westchnął ciężko, z całej siły walcząc z opadającymi mu na oczy powiekami. Srebrny miecz ponownie wyślizgnął się z jego ręki i spadł z głośnym brzęknięciem na bruk, przerywając brutalnie idealną ciszę panującą we wnętrzu mrocznej alejki. Czasu nie pozostało już zbyt wiele. Jego energia życiowa, wysysana prawdopodobnie przez demona, powoli zanikała. Nie takiej śmierci spodziewał się Mordred, spoglądając z nienawiścią na pogrążonego w transie czarodzieja. Pomiędzy nim a demonem musiała toczyć się jakaś niewidzialna bitwa, jednak pozostawała ona w całości poza zasięgiem ziemskich zmysłów egzekutora. I chociaż Mordredowi bardzo się ta myśl nie podobała, to jedynym, co mógł w tym wypadku zrobić, było cierpliwe oczekiwanie na dalszy rozwój wypadków. Pozostawało mu tylko modlić się żarliwie do Światłości o spokój, zrozumienie i oświecenie, a także mieć nadzieję na to, że sytuacja rozwiąże się dla niego w jak najbardziej korzystny sposób, i że zło wreszcie będzie mogło zostać należycie ukarane.
***
W swoim życiu Garretowi zdarzyło się zaledwie kilka sposobności do tego, by skorzystać z tak ekstremalnej formy telepatii, jak bezpośrednie połączenie dwóch umysłów mentalnym tunelem. Po raz pierwszy jednak zdecydował się połączyć swój umysł z istotą tak zabójczą, jak demon, który był nieskończenie bardziej niebezpiecznym przeciwnikiem od zwykłego człowieka. I nie chodziło tu wcale o możliwości, jakimi dysponował demon, a jakich nie posiadał człowiek, lecz o zupełnie odmienne środowiska, w jakich zazwyczaj egzystowały umysły ludzkie i demoniczne. Dla umysłu demona naturalnym środowiskiem był wymiar astralny, który był światem niematerialnym, a w takim miejscu wszystko było kształtowane i manipulowane za pomocą myśli. Oznaczało to, że umysły bytujące przez większość czasu w świecie astralnym były o wiele bardziej wprawione w operowaniu myślami i kontrolowaniu przestrzeni niematerialnej, niż umysły ludzkie, przykute do swych ciał i obserwujące rzeczywistość świata fizycznego za pomocą swoich pięciu zmysłów. W świecie niematerialnym demony były lepiej zorientowane, reagowały i poruszały się szybciej, a także błyskawicznie i bez wysiłku manipulowały otoczeniem. Jednym słowem, czuły się jak ryby w wodzie. W związku z tym, we wnętrzu umysłu, który składał się głównie z myśli, i podobnie jak świat astralny był przestrzenią niematerialną, demony posiadały nad ludźmi miażdżącą przewagę umiejętności. Między innymi dlatego właśnie opętania ludzi przez demony i inne duchowe byty były w ogóle możliwe. Ludzie po prostu nie potrafili bronić własnych umysłów przed takimi istotami. W świetle tych faktów, telepatyczne połączenie własnego umysłu z umysłem demona nie wydawało się być dla zwykłego człowieka zbyt rozsądnym rozwiązaniem, a zakrawało wręcz na samobójstwo. Garret nie był jednak do końca zwykłym człowiekiem, co przynajmniej do pewnego stopnia zmieniało postać rzeczy i zwiększało jego szanse na przeżycie. Połączenie się z czyimś umysłem było dość dziwnym odczuciem. Miało się takie wrażenie, jakby pojemność własnego umysłu nagle powiększyła się dwukrotnie – z jednej strony miało się obszar znany i zbadany, po którym wiadomo było czego się spodziewać, a po drugiej stronie teren dziki, obcy i nieprzewidywalny. Dochodziło do tego również okropne wrażenie czyjejś wrogiej obecności znajdującej się niebezpiecznie blisko, tak jakby do środka głowy wtargnął niepostrzeżenie jakiś intruz, o którego istnieniu się wiedziało, lecz mimo wszystko nie można było go dostrzec. Garret skoncentrował się na stworzeniu własnego awatara, co miało pomóc mu w skupieniu całej mocy stwórczej, władzy i uwagi swojego umysłu w jednym miejscu. Był to zabieg, który w prosty sposób umożliwiał zyskanie większej kontroli nad własnymi mentalnymi umiejętnościami, co dla istoty takiej jak on, posiadającej ciało i posługującej się fizycznymi zmysłami, było znacznym ułatwieniem w świecie składającym się tylko i wyłącznie z myśli. Symulowanie obecności własnego ciała było sztuczką powszechnie stosowaną przez podróżników astralnych, psychonautów eksplorujących umysły własne i cudze, oraz przez osoby mające często do czynienia z przestrzenią świata niematerialnego, jak demonomanci i egzorcyści. - Mógłbyś zdecydować się czasem na odrobinę finezji – powiedział dobiegający z ciemności głos, a Garret poczuł klepnięcie ręki na swoim niematerialnym ciele. Była to oczywiście tylko iluzja, jaką utrzymywał on sam, a dzięki której był w stanie poruszać się w niefizycznej rzeczywistości i doznawać jej za pomocą imitacji cielesnych zmysłów. - Nie wiem, co masz przez to na myśli – odparł…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil CrueloAngelo
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…