Wróć do katalogu

Danse Macabre (część 2)

W mrocznej, ponurej alejce dochodzi do spotkania pomiędzy ofiarą i łowcą. Wkrótce rozegra się dramatyczna walka, w której stawką będzie przetrwanie. Pojawienie się pewnej potężnej istoty sprawia jednak, ze sytuacja wymyka się spod kontroli.

CrueloAngelo, opublikowano , 24 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rzeczywistość wokół Garreta wygięła się, wykrzywiła i naprężyła, po czym pękła i rozsypała się na drobne kawałki, gdy potężne wyładowanie energii magicznej zniszczyło barierę pomiędzy dwoma wymiarami. Egzekutor zaklął okrutnie pod nosem i odskoczył do tyłu, natychmiast oddalając się od czarodzieja na bezpieczną odległość. Z bezsilnością i wściekłością patrzył, jak przestrzeń świata niematerialnego na jego oczach przelewała się przez dziury w rzeczywistości i rozprzestrzeniała dookoła z niesamowitą szybkością. - Co do diabła! Cóżeś za diabelskie moce zawezwał, przeklęty czarnoksiężniku! Co się dzieje?! - zaryczał gniewnie Mordred. Z każdą upływającą chwilą świat dookoła odrealniał się coraz bardziej, a granice pomiędzy tym co rzeczywiste, a nierzeczywiste, zaczynały zacierać się coraz mocniej. Egzekutor pobladł śmiertelnie, gdy nagle do świata materialnego zaczęło przedostawać się coś więcej, niż tylko obca energia. Czarny, mroczniejszy niż najciemniejsza otchłań strumień potępionych dusz wylał się przez jedną z wyrw w rzeczywistości i zatoczył w powietrzu koło, rozdzielając się na dziesiątki mniejszych, pojedynczych bytów. Okropne, straszliwe i upiorne jęki widm rozległy się przerażającym echem wśród kamiennych ścian alejki, wypełniając przestrzeń nieustannie rozbrzmiewającym, udręczonym skowytem potępieńców. - Na światłość, co to ma znaczyć? - wrzeszczał Mordred. - Coś ty narobił, plugawcze? Ściągnąłeś do naszego świata dusze zmarłych? Twe bluźnierstwo przekroczyło właśnie wszelkie granice! Jedno z wirujących w powietrzu widm pomknęło w kierunku egzekutora, który próbował obronić się przed nim cięciami srebrnego miecza, jednak na upiorze nie zdawało się to robić najmniejszego wrażenia. - Zgiń, przepadnij zjawo! - Morderca... - zasyczało widmo ledwie słyszalnym głosem, a jego na wpół wyraźna sylwetka przybrała ludzką postać. - Przepadnij, siło nieczysta! Przepadnij, powiedziałem! - krzyczał egzekutor, wywijając mieczem na prawo i lewo. - Zabiłeś mnie z zimną krwią, odmawiając świętego prawa do pochówku, a podobnie postąpiłeś z moją żoną i dziećmi. Teraz błąkam się bez celu po zaświatach, zaznając tylko bólu i cierpienia – wyszeptała zjawa lodowato zimnym głosem, od którego egzekutorowi aż ciarki przeszły po plecach. - Heretyckie ścierwo! - wycharczał Mordred, z paniką w oczach obserwując coraz większą ilość otaczających go i krążących nad nim upiorów. - Wszyscy dostaliście dokładnie to, na co sobie zasłużyliście! Własnym bluźnierstwem, plugastwem i herezją ściągnęliście na siebie ten los! Nie macie prawa mnie dręczyć, złe duchy, wasze miejsce jest w piekle! Sami je sobie stworzyliście! - Udręka, męczarnie - wyszeptało jedno z widm głosem tak chłodnym i mroźnym, że od samego jego słuchania jeżyły się włosy na głowie. - Chaos, trwoga, samotność, zagubienie... - powiedział inny duch, zlatując w dół i lądując wprost przed miotającym się w panice egzekutorem. - Smutek, żal, niepokój... - westchnął kolejny z upiorów. - ZEMSTA – zadudniło widmo wyłaniające się właśnie z międzywymiarowej wyrwy. Pogrążony w magicznym transie Garret zaklął paskudnie pod nosem i spojrzał z niedowierzaniem na nowo przybyłego upiora, który znacznie odbiegał wyglądem od pozostałych duchów. Pospolite widma zazwyczaj przybierały postać niewyraźnej, ludzkiej sylwetki, jednak to konkretne widmo składało się z nieustannie wirującej, zmieniającej, kłębiącej i plątającej się masy postrzępionych cieni, spośród których wyłaniały się nienaturalnie długie kościane ręce i ogromna czaszka. - ZEMSTA – zawyły donośnie pozostałe duchy, odzywając się jednym, upiornym chórem. - ZEMSTA, ZEMSTA, ZEMSTA! - Garret, mamy problem. - Głos w głowie czarodzieja wydawał się być wyjątkowo zaniepokojony. - Pomysł, muszę przyznać, miałeś nawet ciekawy, ale nie wiem czy uwzględniłeś w swoim planie pojawienie się pomniejszego demona. „Cóż, wypadki przy pracy się zdarzają” - pomyślał Garret, zwracając się do wewnętrznego głosu. - „Nie sądziłem, że egzekutor zadziała na te duchy jak magnes. Liczyłem na najwyżej kilka umęczonych dusz, które zadręczałyby go swoim jęczeniem o cierpieniu i niesprawiedliwości, a tu bam, pojawił się cały legion wściekłych duchów.” - No to wygląda na to, że odrobinę się przeliczyłeś – zadrwił głos. - Zemsta! Tak długo na nią czekałem! Żywiłem się własnym i cudzym gniewem, wszystkimi odpadkami emocji na jakie tylko udało mi się trafić! – zawył wielki upiór. Zwykłe duchy zbliżały się i lgnęły do niego jak muchy do miodu, otaczając go ze wszystkich stron. Wraz ze swoim widmowym orszakiem upiór zmierzał powoli w stronę egzekutora, a każde machnięcie jego kościanego ramienia powodowało otwieranie się po drodze coraz to nowych dziur i rozdarć w powłoce rzeczywistości, przez które przedostawały się żądne krwi zjawy. - Niech mnie światłość wiekuista ochroni! - wydyszał Mordred, zaciskając dłoń na rękojeści srebrnego miecza. Wolną ręką sięgnął po wielką księgę, okutą żelazem i obitą w tłoczoną skórę, zawieszoną przy jego pasie na grubym łańcuchu. Ciężkie, misternie zdobione i zapisane drobnym pismem kartki zafurkotały i zaszeleściły donośnie, gdy egzekutor z rozmachem otworzył księgę w miejscu oznaczonym czerwoną wstęgą. - TWOJA ŚWIATŁOŚĆ CI NIE POMOŻE – zadudnił wielki upiór, a potem wydał z siebie serię krótkich, przerywanych sapnięć, które przy dużej dawce dobrej woli można było uznać za śmiech. - Zamilcz duchu, znaj swoje miejsce! - odkrzyknął Mordred, otoczony przez stado wirujących dookoła niego duchów. - Wskażą ci je błogosławione psalmy z tej świętej księgi! - GŁUPCZE! - zawył upiór głosem tak donośnym, że aż zatrzęsły się okoliczne ściany, a podmuch wiatru omal nie strącił egzekutorowi kapelusza z głowy. - Mówiłem, że światło ci nie pomoże. Dla grzeszników takich jak ty, nie ma litości. Na tym świecie nie ma zbawienia, ani miłosierdzia. My, którzy zgrzeszyliśmy, nie otrzymaliśmy go ani od naszych braci, ani od bogów. Światło nie jest miłosierne, ono nie wybacza. Każdy kto stanie przeciw niemu, zostanie spalony jego promieniem. Na ciebie też przyjdzie pora, egzekutorze. - Plugawe widmo! Przeklęty demon, diabeł! - ryknął rozsierdzony do granic możliwości Mordred. - Jak śmiesz przerywać święte inwokacje i mówić w ten sposób o boskiej światłości! Twa bezczelność, arogancja i bluźnierstwo nie zna granic nawet po śmierci, na to wygląda! Możesz wypowiadać swoje czarne słowa do woli, lecz wiedz, że wszechobecne światło dosięgnie również i ciebie! - Już to zrobiło, egzekutorze Mordredzie – odparło widmo, sycząc i przecedzając przez zęby każde z wymawianych słów. - To ono sprawiło, że stałem się tym, czym jestem. To dzięki wam i waszej światłości chodzę teraz po świecie. Ból, cierpienie i udręka nie opuszczają mnie nawet na moment, ale wreszcie mogę zemścić się na wszystkich, którzy wyrządzili mi krzywdę. Nigdy za życia nie posiadałem tylu możliwości, ile posiadam teraz w tej postaci. Sytuacja zdecydowanie nie prezentowała się najlepiej. Detonacja ładunku magicznego i zniszczenie bariery między dwoma światami wyszło Garretowi aż za dobrze, i w efekcie tego do świata materialnego bez żadnych problemów przedostawały się teraz dziesiątki przeklętych dusz, przelewających się przez rozdarcia w rzeczywistości. To nie duchy jednak były największym problemem w tej sytuacji, gdyż były w zasadzie bezbronne i niezbyt groźne, za wyjątkiem może najbardziej zawziętych i złośliwych ze zjaw. Prawdziwym zagrożeniem w tej chwili była istota zaliczana do typu pomniejszych demonów, czyli wyjątkowo potężnych bytów duchowych zamieszkujących plan astralny. Pomniejsze demony powstawały ze zwykłych duchów, które poprzez pożeranie innych, słabszych widm i żywienie się negatywnymi emocjami rosły w siłę, w wyniku czego ulegały przekształceniu w inny typ istoty duchowej, stawały się coraz bardziej inteligentne i zyskiwały zdolność do materializowania własnej postaci, co dawało im możliwość wchodzenia w interakcje z obiektami rzeczywistymi. Czyniło je to o wiele groźniejszymi i o wiele bardziej niebezpiecznymi od normalnych duchów, które posiadały tylko szczątkową inteligencję i pamięć swoich poprzednich wcieleń, a także nie miały możliwości uczynienia poważnej krzywdy istotom żywym. - ZEMSTA, ZEMSTA! - zawodziły donośnie widma, prowadzone przez cienistego demona. Aura nienawiści i gniewu przez nie wytwarzana była tak silna, że wpływała nawet na samego Garreta, który to złapał się na mimowolnym zaciskaniu szczęk z siłą tak wielką, że aż rozbolały go od tego zęby. Była to niestety właśnie jedna z tych nielicznych sytuacji, w których nawet zwykłe duchy stawały się niebezpieczne. Demony były dla nich jak latarnie morskie, przyciągały je do siebie tak, jak płomień przyciąga do siebie ćmy; potrafiły tchnąć w nie olbrzymią dawkę emocji i negatywnej energii, którą duchy łapczywie się żywiły, gdyż były wiecznie głodnymi i wiecznie spragnionymi istotami. Zwykłe widma bardzo łatwo poddawały się kontroli demonów, i ponieważ nie potrafiły myśleć za siebie, stawały się niezwykle podatne na manipulację innych, potężniejszych i inteligentniejszych od siebie bytów duchowych. Zjednoczone przez demona, dzielące tą samą emocję, tą samą wypaczoną energię i ten sam cel, duchy również stawały się poważnym zagrożeniem dla śmiertelników, mogąc nawet doprowadzić do szaleństwa niektóre osoby, zwłaszcza te o słabszych umysłach. I chociaż w dalszym ciągu pozostawały istotami w pełni niematerialnymi, to negatywna energia jaką wspólnie wytwarzały, była dla dusz śmiertelników niezwykle niebezpieczną trucizną. - Nie będę mieć dla ciebie żadnej litości, tak samo jak ty nie miałeś jej dla mnie, egzekutorze, gdy błagałem cię o litość i przebaczenie – zadudnił demon, zatrzymując się tuż przed Mordredem. Otaczający go widmowy orszak duchów wył i zawodził nieustannie, wydając z siebie potępieńcze jęki. - Zmiażdżę, skruszę, zniszczę i rozbiję na drobne kawałeczki twój żałosny umysł, będę śmiać się z twojego szaleństwa i mentalnej agonii, a następnie rozszarpię na drobne strzępy twoje ciało i zostawię je by gniło wśród śmieci i szczurów. - Niedoczekanie twoje, parszywy upiorze – wydyszał Mordred, przewracając naprędce strony w swej wielkiej księdze. - Po trzykroć błogosławiona światłość... - ZAMKNIJ JADACZKĘ – huknął demon. - Nudzisz mnie. Mówiłem przecież, że twoje modlitwy ci nie pomogą. A wiesz dlaczego? Ta wasza święta, po trzykroć błogosławiona światłość, ma was gdzieś. Problemy śmiertelników dla wszechmocnych bytów nie znaczą nic. Zresztą te wasze modlitwy i tak do nich nawet nie docierają. Możesz uwierzyć mi na słowo, ja na ten temat coś wiem, w zaświatach spędziłem sporo czasu. Twarz egzekutora wyglądała tak, jakby za chwilę miała pęknąć ze złości. Tego już było dla niego zbyt wiele. Nikt przedtem nie odważył się powiedzieć mu prosto w twarz tylu bezczelnych i plugawych bluźnierstw jednocześnie. Dla Mordreda było to wprost nie do uwierzenia. Heretycy bali się go, błagali o miłosierdzie, czołgali się po ziemi i całowali go po butach licząc na litość i darowanie życia. Tylko nieliczni stawiali opór, a jeszcze bardziej nieliczni bluźnili przeciwko wiecznej światłości. Ci ostatni najprędzej i w największych męczarniach dokonywali żywota, a Mordred z wielką zapamiętałością i skrupulatnością dbał o to, by żaden z tych bluźnierców nie uniknął konsekwencji swych czynów i słów. Utkane z cieni i otoczone duchami widmo, które unosiło się tuż przed nim, było pierwszą w jego życiu istotą tak otwarcie i bezczelnie obrzucającą go bluźnierstwami. Gdyby to był zwykły człowiek, Mordred bez chwili wahania poderżnął by mu gardło. Żadna istota, żywa lub martwa, nie mogła urągać wiecznej, nieskończonej światłości. Tak mówiły księgi, tak mówiła inkwizycja. Jednak egzekutor Mordred nigdy wcześniej nie miał do czynienia ani z demonem, ani nawet z prawdziwym duchem. Egzekutorzy…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych