Wróć do katalogu

DAR [wersja 1.2]

Kawałek książki, nad która obecnie pracuje, może nie zachwycać, ale ciągle myślę, że warto byłoby go tu wrzucić. Postaram się ją rozwijać.

MaaDmaN, opublikowano , 1 godz. 11 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Prolog

Na początku była myśl… a to co było myślą stało się przez nią i dzięki niej zaistniało, bowiem myśl była wszystkim i wszystko było myślą. Ale nie tylko myśl istniała. Istniał też Trathar, jedyny i wieczny, wszechmocny i wszechwiedzący. Do czasu. Lecz czasu też nie było. Był jedynie On i myśl. A z myśli zrodził się Element. A z niego powstały trzy inne. Elementy czasu, boskości i materii. I w owej chwili Jedyny użył ich wszystkich aby stworzyć uniwersum, Membrum, chciał uczynić ów świat innym niż wszystkie. W środku umieścił Elizję, siedzibę bogów będącą jednocześnie jądrem całego materialnego continuum. Zapalił dwa słońca obiegające ów plan aby zapewniły mu ciepło i światło. Powstały w owym czasie także elementy żywiołów powietrza, ziemi, ognia i wody. Na czterech krańcach stworzył Trathar góry, oblał świat morzem i wydarł mu ląd. Tak powstały: Empria, Chronomeria, Alchta, Domicilium Beatorum oraz Infernum. Emprie zamieszkała rasa ludzi, istot humanoidalnych. Na Chronomerii zaczęli rządzić starożytni, czyli Vetusowie. Rasa ta jest o wiele potężniejsza od ludzi, są nieśmiertelni, ale potrzebują ludzkiego lub innego śmiertelnego ciała, aby materialnie egzystować. Nie wiadomo naprawdę ilu ich jest, zapewne wielu wałęsa się gdzieś jako nadmateria bądź została uwięziona przez magów. Starożytni posiadają nadnaturalny dar wpływania bezdotykowego na wszelaką materię. Są bezpłodni, „rodzą się”, gdy dusza jednego z nich napotka podczas swojej wędrówki śmiertelną kobietę i wejdzie w płód. Alchte objął obdarzony ogonami lud Sahnarów. Są utalentowanymi magikami i jako jedyni posiadają zdolność do nauczenia się zaklęć. Podobnie jak Vetusowie nie umierają ze starości, aczkolwiek w przeciwieństwie do nich mogą być zabici. Rasa z nich o tyle unikalna, iż składają się na nią kobiety, mężczyźni oraz Neherani, czyli magowie. Ci ostatni nie widzą dobrze świata materialnego, rozróżniają jedynie magię (widzą ją jak ludzie światło, w kolorach i ze szczegółami) oraz zwykłą materię (takie widzenie odbywa się w odcieniach niebieskiego). Neherani rzadko mają dzieci, przeważnie dlatego, iż są oddawani na szkolenie magiczne gdy tylko rodzice rozpoznają płeć malca, a potem raczej nie interesują ich materialne przyjemności. Aczkolwiek ich potomstwo, jeśli wystąpi, prawdopodobnie nie będzie miało ich zdolności. Gen Neheraństwa jest bowiem recesywny. Domicilium beatorum zaludniła złotooka rasa zwana przez ludzi Vivillami. Te piękne i dobre istoty nie angażują się w żadne konflikty, żyją w pokoju. Wielu ludzi wierzy, iż ich dusze trafią do Domicilium po śmierci. Infernum zamieszkało całe plugastwo świata- demony, deminizmatycy (śmiertelnicy poddani demonicznej esencji, którzy powoli stają się demonami) oraz masa innych żądnych krwi, dusz bądź esencji stworzeń. Historia Membrum nie obfituje w wielkie wydarzenia. Bogowie zawsze trzymali nad wszystkim pieczę. Aż do śmierci Trathara zabitego pod Helos’anu w Infernum. Zginął zdradzony przez demony, sprzymierzone ze starożytnymi. Obie rasy miały dość panowania samolubnego boga. Tysiąc lat potem na resztę bogów padł strach. Cały świat zadrżał w posadach. Pewien śmiertelnik o imieniu Anahir odnalazł artefakt pozostawiony przez Trathara w celu eliminacji pozostałych bogów w razie buntu. Zginął on jednak ugodzony przez klątwę ciążącą na tak potężnym przedmiocie. Wszyscy główni bogowie Membrum natychmiast zaczęli zastanawiać się nad możliwym rozwiązaniem. Co zrobić? Jeśli przedstawiciel innej rasy znajdzie ów przedmiot era bogów się skończy... -Jedyną możliwością jest odnaleźć ów przedmiot i zniszczyć go - stwierdził Mohamaris, patron Emprii, główny bóg ludzki. Siedział na sporym tronie, nie tyle siedział, ile raczej egzystował na nim. Całe pomieszczenie, w którym znajdowały się owe świetliste istoty, było koliste, w centrum, przesunięty nieco na południe stał podest, prowadziły nań schody, na jego szczycie stał wielki, już od dawna pusty tron. Wokół, symetrycznie, były rozmieszczone inne trony, nad którymi unosiły się podobne byty. -Cóż, jak planujesz to zrobić? Jedynym z nas, który mógłby go dotknąć, ba, przebywać w jego pobliżu był Trathar - odrzekła po namyśle Luvlia, bogini Chronomerii. Jej język ciała ograniczał się do rozglądania się dookoła z założonymi nogami. -Nie możemy przecież siedzieć bezczynnie! - krzyknął Treros, odpowiedzialny za Alchtę. -A cóż tu się zastanawiać? Trzeba kogoś wysłać po ten artefakt -odezwał się milczący do tej pory Lunus - przedstawiciel Domiclium, drapiąc się spokojnie w nieistniejącą brodę. -Ależ kolego, jak zamierzasz przekonać jakąkolwiek istotę, aby dobrowolnie przyczyniła się do zapewnienia spokoju bogom? - zapytał Asteruth, śmierć we własnej osobie. Zajmował się sprawami zaświatów i był najpotężniejszym bogiem z panteonu Membrum. Przynajmniej obecnie. -To idiotyczne! - zawołała Hator, bogini Infernum, przecież trzeba po prostu obstawić miejsce i wybić wszystkich, którym przeszłoby przez myśl zbliżenie się tam. -Cicho, Lunus ma rację, trzeba kogoś wysłać po ten przedmiot, ma ktoś jakieś propozycje? - zapytał Treros. Zapadła cisza, jedynie Asteruth i Luvlia wymienili spojrzenia, po czym nachylili się do siebie i bogini szepnęła mu kilka słów. -Zaiste, Saragoth, twój kapłan - odpowiedział bez namysłu Asteruth. -Że jak? Przecież to tylko pomniejszy… -Może i, ale jeden z nielicznych lojalnych, jakich posiadasz – mruknął Asteruth z gorzkim sarkazmem. -Jak śmiesz?! -Uspokójcie się obaj - zdenerwował się Lunus. -Przecież on jest śmiertelnikiem, w dodatku wcale nie takim potężnym – stwierdziła ze znudzeniem Hator, przecież Treros posiada wielu potężniejszych wyznawców, którzy nie rekrutują się spośród ludzi, w ogóle co to za pomysł, człowiek nie wyznający ludzkiego boga, żałosne. -Jak się nadaje, to rasa nie ma znaczenia – mruknęła Luvlia. -Co sugerujesz? – odpowiedzieli wszyscy naraz. -Zmianę ciała. -Nie przejdzie, ma przecież śmiertelną duszę – kręcąc głową wtrącił Mohamaris, wierzcie mi, o ile ja znam się na ludziach kombinujecie za daleko. -Deminizm – rzucił Asteruth. -Nie zrobicie tego mojemu wyznawcy! – Treros był wyraźnie zdenerwowany. -Bo stracisz ostatniego? – zapytała z ironią Hator. -Nie, to znaczy ja mam przecież wielu wyznawców, lojalniejszych niż on, Sahnarów, nie jakiś tam.. ludzi.. – z niepokojem wybąkał Treros. -No więc jeden pomniejszy kapłan ludzki nie będzie problemem, kto się nim zajmie? -Ja – stwierdził grobowym tonem Asteruth poczym wstał z tronu i szybkim krokiem wyszedł z pomieszczenia. -Ciągle nie rozumiem czemu akurat on, ale cóż… To chyba koniec, nie? – zapytał Lunus, zdziwiony, że wszystko rozwiązało się tak szybko, i to bez ani jednej wojny. Bogowie byli wyjątkowo zgodni jeśli chodziło o ich własne przetrwanie. O dziwo, byli też w stanie współpracować. Albo to tylko on uległ tej iluzji. -Czas zająć się swoimi sprawami – powiedział Mohamaris i także wyszedł. Żal mu trochę było człowieka. Ale w końcu to nie był jego wyznawca. Saragoth, tak miał na imię? Odwrócił się od ludzkiego boga, więc Mohamaris nie uważał za słuszne ingerować, zwłaszcza, gdy sprawy przybrały taki obrót. Reszta także zniknęła z pola widzenia i sala została pusta. Jej kryształowe ściany przestały błyszczeć a trony odsunęły się od środka pomieszczenia.

***

-To już chyba ostatni – rzucił Saragoth wydobywając poświęcony miecz z ożywionego ciała. Miecz miał około 120cm, rękojeść mistrzowsko wyważona, wykładana rogiem jakiegoś zwierzęcia, zwieńczona rzeźbionym drewnem, obita skórą i nitowana, jelec miał regularny kształt, był rozszerzony na samym końcu. Głownia była wąska na początku, rozszerzała się by osiągnąć największą szerokość na środku, i zwęzić się na końcu. Klinga była obosieczna, miała wyryte runy, w których błyszczał biały proszek. Garda przedstawiała motyw anioła. -Tia, byliby to już ostatni chalirny krwiożłop – odpowiedział Amar. Obaj towarzysze znajdowali się w sporym korytarzu któregoś z większych zamków na południe od Anas’nathyr, ludzkiego miasta na południu kontynentu. Mieli misję zabicia kolejnego wynaturzenia zamieszkującego tę twierdzę. Saragoth był dużym, wysokim i barczystym mężczyzną koło dwudziestki, ubrany zwykle w kolczugę przepasaną kilkoma skórzanymi pasami, w których tkwiły przeróżne akcesoria przydatne przy egzorcyzmach. Miał sięgające ramion blond włosy i zielone, głębokie oczy. Jego przyjaciel, Amar, niezbyt wyedukowany paladyn był opasany masą najróżniejszych części wszelakich zbroi, z wielką pochwą na oburęczny miecz na plecach. Czarna czupryna wystawała spod metalowego, prostego hełmu zakrywając nieco ciemne oczy. Ich właściciel był średniego wzrostu człowiekiem, dość młodym. Obaj znali się już od dawna, nawet szkolenia przechodzili razem, obecnie byli na usługach zakonu Trerosa. Zabijali demony i inne wynaturzenia. -I szli my dalej? – zapytał Amar. -Tak, chodźmy. Kroki odbiły się echem w korytarzu. Szli dość długo rozglądając się na boki w poszukiwaniu kolejnego strażnika tego miejsca. Napotykając dziwny spokój i wręcz nienaturalną ciszę zastanawiali się nad tym, kiedy spotkają deminizmatyka którego szukają. -Czemu zawsze my musimy to robić? Nie moglibyśmy dostać jakiegoś spokojnego okręgu żeby się ustatkować i głosić wiarę? Ale to nie, idźcie do zamku, zabijcie kolejne wynaturzenie, ile można, czy my jakimiś herosami jesteśmy? – zaczął się żalić Saragoth by jakoś rozładować adrenalinę buzującą w swoich żyłach od strachu. -Tia, liż kiś musi ich zarżnąć, ni? -Racja. Podczas dalszej eksploracji zamku rozmowa jakoś się nie kleiła. Było po prostu zbyt spokojnie. Doszli w końcu do katakumb, które przeszli bez spotkania czegokolwiek. Idąc w kierunku północnym przez czarne, ciemne i niskie korytarze wręcz sapali ze strachu. Nigdy nie szło tak łatwo, nigdy nie było tak spokojnie. Przez cały zamek napotkali jedynie cztery wskrzeszone do pełnienia straży zwłoki. A to podobno był wyjątkowo potężny deminizmatyk. -Nerwy mi powoli puszczają – stwierdził złamanym głosem Saragoth. -Mnia tiż, dość, w końcu pokazać to bachlo, ubić i wracali – odburknął ledwo Amar. -Chodźmy tędy – powiedział Saragoth wskazując na korytarz. Oboje nie mieli zielonego pojęcia, dlaczego było spokojnie. Asteruth lubił, gdy robota idzie po jego myśli, nie chciał żeby Saragoth przypadkiem zginął. Podsuwał mu myśli dotyczące drogi, prowadził go w leże wynaturzenia, które miało zarazić go deminizmem, nic nie mogło pójść nie tak, wszystko przygotował perfekcyjnie. Spojrzał raz jeszcze na swą kosę, uśmiechnął się lekko i zniknął. Po chwili obaj wysłannicy doszli do wielkiej komnaty, jasno oświetlonej, po prostu wymarzona siedziba dla stwora. Nie mogło go tu nie być, to jest ta naturalna tendencja celów do fortyfikowania się w długich, jasno oświetlonych pomieszczeniach. -Ach to wy, proszę, proszę, spodziewałem się was wcześniej – powiedział spokojnie pół-demon stojący przodem do tronu i stołu przed nim, opierał się na krzesłach stojących z jego strony. -Siadajcie – dodał, poczym obszedł stół wodząc po nim ręką i usiadł. -Paczwaro ni owijaj ino walcz i zdechnij – rzekł Amar. -Znamy twoje sztuczki istoto, wyjmij broń i zgiń z honorem – rzucił Saragoth. -Wy, ludzie, nie macie naprawdę za grosz wyczucia, wiem, że przyszliście mnie zabić i wy wiecie, że się nie poddam, ale przynajmniej moglibyśmy usiąść i porozmawiać trochę prawda? -Nie – padła odpowiedz. -Och, od razu do walki tak? Po was można było się tego spodziewać – odpowiedziała niechętnie istota. Saragoth dobył poświęconego miecza, Amar, który dotychczas trzymał swój w prawej ręce, ujął go oburącz i przymierzał się do zadania ciosu. Jego klinga była sporo większa niż Saragotha, miała olbrzymie, ponad półtora metrowe ostrze, osadzone na długiej rękojeści, stworzonej w celu trzymania oburącz. Sam miecz miał dość prostą budowę, rowek idący przez oś symetrii ostrza, rękojeść zdobiona motywami gwiazd i skrzydlatych aniołów, powielone w inkrustacjach na ostrzu. Wynaturzenie podniosło rękę, z której powoli wydobył się, krwawiąc obficie, kościsty szpon. W tym momencie ciało potwora zadrżało. Dusza niewidziana przez nikogo prócz Asterutha ulotniła się. Sam bóg przejął kontrolę nad ciałem i bez ogródek rzucił się na kapłana gryząc go w rękę i przelewając swą esencję w jego. Saragoth żachnął się i zrzucił silnym ruchem istotę z siebie, z trudem utrzymując równowagę. Amar podbiegł do pół-demona i profesjonalnym cięciem pozbawił go głowy. Asteruth uśmiechnął się, tak miało być, poszło nawet łatwiej niż się spodziewał, jednak nie docenił tych ludzi, poradziliby sobie i bez jego pomocy, ale musiał się upewnić, że Saragoth zostanie zarażony. Ulotnił się szybko, wciąż pozostając niewidzialny. -Tio tile? Tile walki? Toż to słabe jako chalira – ze smutkiem stwierdził Amar. -Ale pogryzł mnie, ależ mnie boli ręka – wycedził przez zęby Saragoth. -Aj, bidny, boli mówisz, to znaczy ze cię nie zaraził – z ulga powiedział Amar. -Ruszajmy, nie mam zamiaru dłużej tu siedzieć, przeciwnik na pewno nie był tego wart.

Rozdział I

-Ciągle boli – stwierdził Saragoth, gdy medyk opatrzył mu rękę. -To się ciesz – lekarz wycedził przez zęby starając się nie wypuścić z nich bandaża. -Ale skoro wiadomo, że nic mi nie jest, to chyba ma się goić? -Jak nic nie boli, znaczy, że człowiek nie żyje – lekarz zdawał się być poirytowany podejściem Saragotha, myślisz, że co, opatrzę i z głowy? Nie trzeba było się tak wystawiać. Saragoth nie odpowiedział, nie było po co, przyglądał się za to ciągle medykowi usilnie próbującemu zatamować krwawienie z ugryzienia. Wiedział, ze rany kłute zawsze są o wiele bardziej niebezpieczne niż się wydaje, ponieważ skóra zasklepia się, ale rana powodowała narastający się z każdą chwilą niepokój, coś było nie tak. Czuł to. -Na pewno mnie nie zaraził? – zapytał niechętnie. -Taki to z Ciebie kapłan? Jedno ukłucie i już trwoga? Nie wykrywam tu obecności demonicznej esencji, więc nic złego Ci nie jest, wyglądasz na zdrowego, o, zatamowałem krwawienie, teraz powinieneś trochę poleżeć i wracasz do roboty – uśmiechnął się lekarz. -Dzięki. -Do usług. Saragoth wstał, co przyszło mu z trudem przez dość sporą utratę krwi. Przykuśtykał przez jasno oświetlony, wyłożony marmurem korytarz, aż do schodów. Zszedł w dół powoli. Wyjrzał przez okno umieszczone we wnęce muru. Na dworze było jasno, świeciło słońce, na trawie ćwiczyli młodzi adepci. Ruszył spokojnie przed siebie trzymając się za ramię. Doszedł do swojego pokoju, pchnął drzwi. Ustąpiły. Wszedł do środka. Na ścianie wisiał miecz, pod nim była szafka, po prawej łóżko, na wprost umieszczone było okno. Światło słoneczne oblewało cały pokój. Położył się.

***

Nie mógł zasnąć. Coś ciągle go dręczyło. Nie wiedział, co to, takie dziwne przeczucie mówiące: „Saragoth, wstawaj, coś jest nie tak”. Nie wiedział, o co może chodzić. W końcu zasnął, nie był to sen pozwalający wypocząć, raczej alternatywa dla zwijania się w bólach na łóżku... Rano wstał, może raczej stoczył się z łóżka na ziemię, poczym podniósł się z niej. Bandaż leżał na podłodze. Ręka nie wyglądała na poharataną. Rana zabliźniła się, lecz mimo to czuł się źle. Był cały spocony. Wyjrzał przez okno. Ledwo świtało. Wgramolił się na łóżko, otarł pot o rękaw togi poczym spróbował ponownie zasnąć. Bezskutecznie. Nie był zdolny myśleć, trudno było mu nawet skupić się na oddychaniu. Był niemal pewien, że jeżeli odsunie swoją uwagę od ciągu wdechów i wydechów to z pewnością się udusi. Siadł. Wstał. Siadł znowu. Z wycięczenia osunął się na łóżko. Nie spał, stracił przytomność. Obudziło go pukanie do drzwi. -Proszę – wydukał. -Saragoth, sis ty tam? – zapytał głos. -Tak, wejdź. Amar wszedł do pokoju i zamknął drzwi za sobą. -Jak ci tam? -Kiepsko się czuję. -Biły gorzej. -No nie wiem. -Pymita jak mi ryke prawie odcwopało? -To nie to, dobija mnie fakt, że ta rana właściwie nic nie znaczy, była bardzo lekka, a mimo to czuję się fatalnie. -Zakyżynie? -Sprawdzali, nic mi nie jest, ani z magicznych, ani ze zwykłych chorób. -Deminizm tyż? -To wymagający dużo mocy rytuał, a deminizm można wykryć od tak, rana nie boli, świeci, tutaj nie ma niczego takiego. -Tio odpoczywaj. Amar wyszedł cicho z pomieszczenia. Przeszedł się kawałek do swojego pokoju, zdjął ze ściany miecz poczym wyszedł z budynku na dziedziniec. Podszedł kawałek brukowaną ścieżką do pól treningowych poczym dobył broni i zaczął bez litości siekać manekiny treningowe. Jeśli miał coś robić w życiu, chciał być w tym dobry. Saragoth tymczasem dalej w bólach zwijał się na łóżku. Czuł się coraz gorzej.

***

-Oczekujemy dobrych wiadomości Asteruth – odezwała się Hator. -Cóż stało się z tym człowiekiem? – zapytał Mohamaris. -Wszystko załatwione, nikt się nie zorientował, zarażony deminizmem, zmutuje się za kilka dni – odrzekł spokojnie Asteruth. -Argh – wydał z siebie cichy dźwięk Treros. -Do czego to musi dojść abyśmy my mieli spokój, jaką masz gwarancję, że wypełni zadanie? – kiwając głową spytał Lunus. -Żadną, coś wymyślimy – odparł Asteruth. -Magiczny przymus? – zasugerowała Hator. -Odpada – Mohamaris rzucił tę odpowiedź zanim Hator skończyła pytanie. -Czemu? – zapytała demoniczna bogini. -On musi to zrobić z własnej woli, pamiętaj, że przedmiot jest potężny, jak przymus z boskiej mocy przestanie przy nim działać to on po prostu odejdzie – odparł. -Zdaje mi się, że bronisz tego śmiertelnika Mohamaris, to przecież nie twój wyznawca – powiedział Lunus. -Nie, mam wręcz powody by być wobec niego nieprzyjazny, to w końcu człowiek, to kogo on powinien wyznawać? –bronił się władca Emprii. -Może są po prostu lepsi bogowie do wyznawania niż Ty? – stwierdziła Hator, po czym dodała: Ale bez wątpienia Treros nie jest jednym z nich. Asteruth głośno odchrząknął: Wrócimy do tematu? -Dobrze się spisałeś Asteruth, warto by było jednak abyś upewnił się, że ten śmiertelnik nie zginie. Wiesz, że większość deminizmatyków ginie z własnej ręki. No i ktoś musi go przekonać, aby odnalazł artefakt – stwierdził Lunus nie zwracając uwagi na kłótnię. -Ja to zrobię. To w końcu mój wyznawca, prawda? – rzucił Treros. -Jeden z niewielu – mruknęła pod nosem Hator. -Asteruth, jesteś specjalistą, upewnij się, że Saragoth nie zginie, dobrze? – powiedziała Luvlia, milcząca jak zwykle. -Tak pani – Asteruth ukłonił się jedynemu bóstwu, do którego czuł szacunek. Po chwili pojawił się w swojej fizycznej formie, wszystkie bóstwa bowiem w naturalnej formie są jedynie jasnym światłem swojego koloru o humanoidalnych kształtach, poczym zatoczył kosą elipsę w powietrzu i rzucił się w nią. Wszyscy obecni usłyszeli jedynie trzepot jego płaszcza. -Czas i na mnie – rzucił Treros. -Odejdźcie w takim razie – powiedziała Luvlia. Gdy wszyscy opuścili salę ruszyła ręką. Asteruth pojawił się przy niej. -Upewnij się, że Treros niczego nie kombinuje, mam nadzieje, iż wszystko idzie zgodnie z planem? -Tak, mam nadzieje, że Saragoth za dzień lub dwa będzie skłonny z nami współpracować. -Jak skłonisz go do oddania elementu, gdy go już znajdzie? -Obiecam mu powrót do śmiertelnej formy – Asteruth uśmiechnął się. -Żadne z nich o niczym nie wie, nawet Hator się nie domyśla. -Tak, knują przeciwko sobie, myślą, że któreś chciałoby wykorzystać okazję do przejęcia władzy. -A nie jest tak? – Luvlia rozejrzała się spokojnie po komnacie. Jej wzrok spoczął na łukowym sklepieniu. Śmigały po nim łańcuszki energii. -Lunus nic nie kombinuje, Treros jest na to za tępy a Mohamaris ma już wystarczająco dużo władzy. -Hator? – odparła. -Nie ma dość sił, chociaż ma dostęp do wielu deminizmatyków, może spróbować przeciągnąć Saragotha na swoją stronę. -Nie sądzę, aby wpadła na coś takiego, ale uważaj – Luvlia ponownie oparła wzrok na wysokiej postaci materialnej formy Asterutha. -Tak. Przyjrzę się, co porabia nasz kapłan. Luvlia bez słowa zmaterializowała się, poczym jej forma zadrżała i znikła. Asteruth błyskawicznie przeniósł się do zakonu gdzie Saragoth przeżywał coraz większą mękę.

***

-Boli, boli, boli – bardzo powoli mówił Saragoth sam do siebie. -Boli – dodał. Od kiedy wrócił od medyka nie opuścił swojego pokoju. Zamknął się na klucz, zastawił drzwi szafką. Ledwo żywy taczał się w rozrzuconym po pokoju posłaniu. Zasłonił okno, zdawało mu się, że w ciemności zaśnie. Gdyby widział siebie, byłby w stanie zauważyć kości powoli wyłaniające się ze swoich ramion. Były ledwo centymetr poza ciałem, krwawiły obficie. Saragoth w tym momencie był ślepy. Kiedy deminizmatyk przeżywa pierwsze stadium mutacji, (po którym można poznać jak się zmutuje później) ślepnie na kilka dni. Ślepota jest wynikiem procesu przystosowującego oczy do widzenia esencji, pożywienia demonów. Asteruth pilnował drzwi w formie lekarza, którego dusza wałęsała się obecnie gdzieś po planie astralnym. Nie pozwalał nikomu wejść, mówił, że Saragoth stracił mięsień w ręce i obecnie przy pomocy magii jest on mu przywracany. Dlatego nie wolno mu przeszkadzać. Nie chciał, aby ktoś zobaczył kapłana podczas mutacji. Jeszcze by go uleczyli. Wiedział, że gdy skończy się pierwsze stadium, deminizmatykowi nie można już pomóc. Po kilkunastu godzinach obserwowania przez drzwi mutacji Saragotha był już spokojny. Po dwóch dniach na straży wszedł do pokoju. Leżące na ziemi ciało podniosło oczy. -To pan, co mi się stało, uratujecie mnie? – wydusiło. -Saragoth... -Aż tak źle? Powiedz, co się ze mną stało – zapytał poczym runął na ziemię. Asteruth ponownie zamknął drzwi. Pstryknął palcami. Cała krew ze ścian i podłogi zniknęła. Pokój wyglądał jak dawniej. Położył Saragotha na posłaniu. Nie było po nim widać mutacji, ujawni się potem. Poczekał aż kapłan odzyska przytomność. -Żyjesz? -Och, co mi się stało? -Straciłeś mięsień, musiał ci odrosnąć. -Mięsień? -Tak, ugryzienie spowodowało klątwę, która pozbawiła cię mięśnia przedramienia, musieliśmy użyć magii. -Ach, długo byłem nieprzytomny? -Około dwóch dni. -Muszę wracać do pracy – Saragoth chciał się podnieść, ale Asteruth powstrzymał go ręką. -Odpoczywaj. Musisz się przyzwyczaić. -Chcę stąd wyjść. -Dobrze, zjedz coś najpierw – Asteruth podał mu talerz z jedzeniem i bukłak z wodą, wcześniej przyniesione przez diakonów. Kapłan usiadł na łóżku. Zabrał się do jedzenia. Bóg śmierci z zadowoleniem przyglądał się jak kapłan odkrywa, że takie jedzenie nie jest mu potrzebne. -Jakoś tak, dziwnie – powiedział z lękiem Saragoth. -Wyjdźmy na dwór. Wyszli. Asteruth ciągle w ciele lekarza prowadził kapłana przez ziemie zakonu. Saragoth czuł się dziwnie. Zdawało mu się, że widzi wokół ludzi światło. Różne odcienie niebieskiej aury świeciły mu przed oczyma. Jedynym, który takowej aury nie posiadał był jego towarzysz. Podeszli dalej. -Coś zauważyłeś Saragoth? -Dziwnie mi, coś stało się z moimi oczami – odpowiedział kapłan nerwowo rozglądając się po otoczeniu, nie zauważył jednak nic, na czym mógłby oprzeć wzrok na dłużej. Jedynie ludzie wydawali się jacyś inni. Każdy miał lekko niebieskawy krąg światła wokół ciała. -Wiesz co widzisz wokół tych ludzi? -Skąd wiesz, że coś widzę? -Wiesz jaki kolor ma twoja aura? Fioletowy, wiesz, co to oznacza? – Asteruth zignorował pytanie. -Ni.. nie... -Wkrótce się dowiesz. -Ale.. ty nie masz aury? -Ja nie podchodzę pod ten rodzaj klasyfikacji Saragoth, przekonasz się dlaczego. -Co się ze mną stało, dlaczego? Kim.. kim ty jesteś? -Wszystko w swoim czasie Saragoth, bądź cierpliwy, a póki co wyjedź z zakonu. Spotkamy się w Anas’nathyr. -Ale... – kapłan nie zdążył powiedzieć słowa, gdy ciało lekarza osunęło się na ziemię a jego dusza spokojnie wróciła do ciała. Saragoth już wiedział, że nie rozmawiał z lekarzem. Nic mu nie mówił, na pytania medyka odpowiadał szybko zmyślając. Nigdy w życiu nie kłamał... do teraz. Udał się do swojego pokoju. Ze ściany zdjął swoją broń, założył zbroję, miecz przypasał do boku, szybko się spakował i wyszedł z pokoju. Natknął się na Amara. -A gdziż ty si wybirasz? Medyk mówił, iż zostać musisz. -Muszę szybko stąd wyjechać, dokończyć kurację. Będzie tam ktoś, kto upewni się, że ze mną wszystko dobrze, jadę do.. do.. Anas’nathyr – Saragoth nie mógł okłamać przyjaciela, nie w ten sposób. -Ach, tio dobrze, ydź – Amar odparł niepewnie. Podał Saragothowi rękę. Zauważył, że jest zimna. Uśmiechnął się i odprowadził przyjaciela do bram zakonu.

Rozdział II

Saragoth czuł się głodny. Ciągle widział niebieskie kręgi wokół ludzi. Nie wiedział co się z nim dzieje. Nie wiedział czemu słucha się kogoś, kto przemawiał przez lekarza. Nie miał zielonego pojęcia, jak zaspokoić głód. Pił, jadł, ale nie przynosiło to efektu. Jechał obecnie na koniu w kierunku Anas’nathyr, droga prowadziła przez lasek. Był w drodze już od ładnych kilkunastu godzin. Nie czuł się zmęczony, był tylko głodny. Wtem zauważył trzech uzbrojonych ludzi, małą rodzinę i wóz. -Typowe – pomyślał. Podjechał, zsiadł z konia, końce niebieskiej aury bandytów były czerwone. -Czegoż chcecie od tych ludzi panowie? – zapytał spokojnie. -Nie twój biznes kapłanie, idź zbieraj na kościół – wyburknął największy ze zbirów. Saragoth nie czuł gniewu, nie czuł adrenaliny. Nie czuł nic. -Przykro mi więc – powiedział błyskawicznym ruchem wyciągając miecz. Schylił się, obrócił i wykonał szybki sztych prosto w plecy zbira. Miecz lekko wszedł w skórę. Dwie kobiety, matka i córka, zauważając co się dzieje natychmiast odciągnęły pobitego chłopa za wóz. Jeden ze zbirów dobył maczugi i zaatakował nią kapłana, jego cios został jednak błyskawicznie sparowany. Drugi nie zdążył nawet pisnąć, gdy miecz runął na niego z góry z całą siłą. Brzeszczot wszedł w ciało aż po klatkę piersiową, Saragoth zepchnął ciało nogą. Obaj bandyci osunęli się na ziemie jednocześnie. Trzeci rzucił się do ucieczki. Niestety, Saragoth był szybszy, błyskawicznym cięciem z półobrotu powalił go na kolana. Zbir zasłonił się maczugą, która pod impetem następnego ciosu Saragotha rozbiła się w drzazgi. Kapłan wykonał kolejne cięcie, tym razem perfekcyjne i odprowadził zbira wzrokiem do ziemi. Zaatakowanych już dawno już nie było, uciekli gdzieś do lasu. Saragoth włożył miecz do pochwy i już chciał odjechać, gdy wtem coś zaczęło go dręczyć. -Esencja, esencja, pożyw się, pożyw – mówił głos w jego głowie. -Co? Czym? -Esencją Saragoth, esencją, ich esencją, podejdź i zabierz im esencję. Saragoth nie mógł przeciwstawić się głosowi, podszedł bliżej i nachylił się nad ciałem. -Nie.. – jąknął, poczym podświadomie, całkiem wbrew sobie przyłożył usta do ciała i zobaczył jak niebieska energia przepływa w jego kierunku. Pożywiał się... -Nie.. ja.. jestem... deminizmatykiem.. nie.. – Saragoth zdał sobie natychmiast sprawę z tego co się stało. On, kapłan Trerosa. On, człowiek walczący z wynaturzeniami od dziecka. On, tarcza nadziei, stał się teraz tym, co tępił, co miał w największej pogardzie... Podniósł miecz... Skierował go ostrzem w swoją stronę... Asteruth ciął oburącz swoją kosą. Saragoth zwalił się na ziemie. -Cholera, cóż za niewdzięcznik, nie przyjąć takiego daru? – mruknął sam do siebie poczym przywrócił Saragothowi przytomność. Jego broń jedynie ogłuszała ludzi, chyba, że Asteruth akurat zabierał duszę, zdarzało się to jednak niezwykle rzadko, jako iż od żniw miał podwładnych. Uderzył Saragotha w twarz. -Au – wydobył z siebie kapłan, to boli. -A coś ty myślał, że będzie łaskotać? -Nie musiałeś mnie bić. -Owszem, a ty nie musiałeś próbować się zabić – ton którym mówił Asteruth wskazywał na poirytowanie. -Ale... ty nie rozumiesz... -Rozumiem, aż za dobrze. -Nie!! Ty nic nie wiesz!! Nie wiesz jak to jest!! Nie wiesz!! Nie wiesz!! – Saragoth wyraźnie nad sobą nie panował, rzucił się do ucieczki w najbliższe chaszcze, do lasu. Bóg śmierci westchnął. Gdyby miał jakiekolwiek gruczoły, na pewno czułby się teraz bardzo zdenerwowany. Ale nie miał. Nie mniej jednak, spodziewał się, że pójdzie łatwiej. Obok Asterutha pojawiła się Luvlia. -I jak? -Nie idzie łatwo, próbował się zabić. -To logiczne, postaw się na jego miejscu. -Zostawiam go tobie, naucz go podstaw, niech się oswoi, nie mam do tego cierpliwości. -Zaiste – Luvlia uśmiechnęła się, poczym skinęła na konia. Zwierzę podeszło do niej. -Ja odchodzę, powodzenia. -Tobie także życzę owocnej pracy Asteruth – odparła bogini poczym wsiadła na konia. Pognała za uciekającym deminizmatykiem. Las był dość gęsty. Saragoth biegł, nie oddychał. Zapomniał. Nie wiedział, co zrobi. Nie chciał nic robić. Nie miał już sił z tym walczyć. Nie był człowiekiem. Nie miał ludzkich potrzeb. Uczuć. Nic. Chciał. Nie mógł żyć dalej. Żyć? Tego nie można było nazwać życiem. Nie tak. Nie w ten sposób. To nie życie. Udręka. Ból. Cierpienie. Głód. Narastający głód. Tylko głód. To nie było uczucie, raczej instynkt. -Pożyw się. -Nie!!! -Musisz. -Zostaw mnie!!! -Nigdy cię nie zostawię. -Idź! Wynoś się! To ja, nie ty! Odejdź!!! -Mylisz się Saragoth, my jesteśmy jednym. -Nie!!! -Och, Saragoth, daj spokój, wiesz, że to niczego nie zmieni. Nie rób źle samemu sobie. -Nie jestem sobą! Odejdź! -Saragoth, Saragoth, proszę, nie rób z siebie bardziej żałosnego niż jesteś. -To ty jesteś żałosne! -Saragoth, naprawdę, czy ty musisz wszystko komplikować? I tak niczego nie zmienisz. Saragoth nie słuchał. Nie miał sił. Nie mógł znieść tej świadomości. To, to miało rację. Przecież nie mógł nic zmienić. Nie miał wyboru. Dopiero teraz przypomniała mu się wolna wola. Nigdy jej nie zauważał. Aż do teraz. Tak... -Hm – mruknęła Luvlia przyglądając się ciału leżącemu na ziemi. Koń podszedł do drzewa i zaczął skubać trawę. Bogini zastanawiała się jeszcze przez chwilę, poczym zniknęła gdzieś między wymiarami. Pojawiła się powtórnie po kilku minutach. Zrzuciła nieprzytomnego plebejusza na ziemię. Spojrzała na siebie. Machnęła ręką. Natychmiast zamiast prostego wieśniaczego ubioru pojawiła się na niej błyszcząca zbroja. Nagolenice były srebrne, ozdobione motywem księżyca i gwiazd. Nad nimi luźno zwisał kawałek szaty, ukrytej pod nachodzącymi na siebie srebrnymi łuskami zbroi. Mniej więcej na wysokości brzucha, łuskowa ochrona przechodziła w bogato zdobiony, pięknie wykonany napierśnik, który uwypuklał fizyczne atrybuty jej ciała. Naramienniki imitowały rybie łby. Na szyi widać było medalion w kształcie księżyca. Ręce miała pozostawione bez osłon, nie licząc skórzanych rękawiczek. Włosy, długie i brązowe, rozpuszczone sięgały jej niemal do pasa. Twarz miała gładką, z nieco wypukłymi kośćmi policzkowymi, grzywka niemal zakrywała jej błękitne oczy. Do pasa miała przypiętą pochwę miecza, sama klinga miała rękojeść tak piękną, iż każdy stwierdziłby, że oręż jest ozdobą. Prawdopodobnie uświadomiłby sobie pomyłkę dopiero po śmierci. -Tak powinna prezentować się bogini – pomyślała, poczym zabrała się do budzenia nieprzytomnego deminizmatyka. Z początku lekko nim potrząsała. Potem mocniej. I mocniej. W końcu zamachnęła się i walnęła go na odlew w twarz. Bez skutku. -Asteruth! – zawołała złamanym głosem, przepełnionym zarówno zdenerwowaniem jak i strachem, lecz jedynie duchy lasu mogły ją usłyszeć. Jeśli istota boska mogła stracić cierpliwość, to właśnie w takiej chwili. Nikt nie odpowiedział. Zawołała ponownie. I tym razem usłyszała ciszę. Siadła na ziemi zrezygnowana. Bogowie w śmiertelnym ciele byli dość mocno ograniczeni jeśli chodzi o zmysły. Nie czuli wiele więcej niż to, do czego czucia ciało było przystosowane. Luvlia czuła niepokój. Wiedziała, że coś skrada się między drzewami, nie był to Asteruth. -Kto to? – krzyknęła. Obróciła się w tył. Za nią były jedynie liściaste drzewa i dróżka, która przyjechała. Polanka, na której się zatrzymała była dość szczelnie otoczona lasem. Przez drzewa nie było nic widać. -Kto to? – zapytała ponownie. Wtem na lewo rozległ się szelest. Ujrzała kobietę z dzieckiem, które ciągnęły nieprzytomnego chłopa, prawdopodobnie głowę rodziny. Córeczka, gdy tylko zobaczyła nieprzytomnego Saragotha oraz plebejusza, którego Luvlia przygotowała mu na pokarm, schowała się za spódnice matki. -Pani, mogłabyś pomóc nam? My proste ludzie, jechali na jarmark do miasta – wyjąkała przyglądając się Saragothowi. -Tak dobra kobieto, usiądź, a ty malutka, nie bój się, nic ci się nie stanie – odparła z uśmiechem Luvlia. -Niemowa ona jest pani, wybaczy, iż nie odpowie. Od urodzenia taka. A ten, to nas uratował, co mu, a tiż jego szkapa. Luvlia podeszła do konia, odsznurowała bukłak od siodła, podała go kobiecie, poczym zabrała się za układanie kapłana, tak, aby wydawało się, iż opatrza mu ranę. -Ach, tak, natknął się na nas, mnie i służbę, tylko jeden nie uciekł, ale ze strachu padł przed stworem, który nas zaatakował. Ten dzielny człowiek pomógł nam, ale jest ranny – skłamała Luvlia, z miną słodką niczym miód, a córeczka, biedna, ale cóż, zdarzają się nieszczęścia, próby boskie – dodała. -Tak pani mądra, my nie wiemy, czemu ona niemowa, tak od urodzenia – odpowiedziała wieśniaczka niezbyt rozumiejąc to co bogini do niej mówi. -Tak, tak, podejdź dziecko. Dziewczynka wstała, poczym niepewnie podeszła do oparzającej Saragotha. -Pokaż się no tu z bliska – po wstępnych oględzinach władczyni Chronomerii domyślała się, iż dziewczynka umie mówić. Tylko że coś sprawiło, iż nie może. -Stało się coś jej w młodym wieku? Coś ważnego? Gaworzyła może? – słowa Luvlii wprowadziły wieśniaczkę w zakłopotanie, widać było, że się zastanawia. Po kilku minutach odpowiedziała: Tak pani, znaczy kiedyś taki mag przejeżdżał, leczył ludzi, bo my prosta wieś mamy, no i ona zawsze była dobry dzieciak, tak, zawsze, no ale on mówił, że coś nie tak jej jest, no to my pytali co on zrobi, to on mówi, że jak zboża damy to on naleczy, no i naleczył, ale nie mówi. -Miał leczyć ją z tego? -Nie, on mówił, że coś ma w nodze. -Taki to mag, pewno człowiek? -Ta, a kiż inny. Luvlia westchnęła. Przyjrzała się dziewczynce, poczym podniosła jedną rękę i położyła dziewczynce na czole. Mała wystraszyła się, ale siedziała spokojnie. Wieśniaczka dziwnie patrzyła się na boginię. -Nie martwi się, zdejmę czar z dziecka – powiedziała Luvlia zauważywszy reakcję matki. -Czarodziejka pani? -Coś w tym rodzaju – odparła bogini, poczym z kieszeni, której nigdy nie miała wyjęła troszkę proszku syjanowego, szczyptę nacharemu, posypała nimi głowę dziewczynki, poczym zaczęła spokojnie intonować mantrę. Z ziemi wydobywały się drobne cząsteczki, formowały one runy dookoła dziecka. -Eto magia, pani – przestraszona powiedziała wieśniaczka. Bogini zignorowała to stwierdzenie, i dalej czyniła znaki na głowie dziewczynki. Władanie magią było trudne w ludzkim ciele, nawet dla bogini, ta subtelna energia wymagała bardzo dużej siły woli i mocnego umysłu, którego ludzie nie posiadali. Gdy pełno świecących znaków unosiło się wokół zafascynowanej nimi latorośli, Luvlia dokończyła zaklęcie, które rozbłysnęło bladoniebieską aurą wokół leczonej. Dziewczynce zafalowały długie, rude włosy. Zaczęła się krztusić. Po chwili wypluła na ziemię lekko iskrzącą, brudną, podłamaną runę, efekt źle rzuconego zaklęcia. -Mmmm, maaammmo? – wydukała dziewczynka. -Pani, dzięki ci wielkie, dzięki. -Nie ma za co – stwierdziła Luvlia. Dzieci były chyba jedyną słabością jaką miała, szczególnie te niewinne, małe i pokrzywdzone. Spojrzała na chłopa. Leżał bez ducha. Zmarł od pobicia. Żal się jej zrobiło, gdy pomyślała o małej bez ojca. -Manhos – szepnęła, Manhos chodź tu. -Na rozkazy milady – odpowiedział cicho głos. -Przywróć życie temu chłopowi. -W jakim celu milady? -Co cię to obchodzi? -Ciekawość milady, z tego żyję. -Żal mi jego małej, musiałaby żyć bez ojca. -Żal? To do ciebie nie podobne milady. -Siedź cicho. Wiesz, że w tym ciele nie mogę czarować, zrób co każę. -Tak jest milady. Luvlia zobaczyła, że ojciec dziewczynki zaczyna oddychać. -Możesz odejść Manhos. -Dobrze…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych