Dezerter
Historia żołnierza któremu życie stawia pytanie: "Czy cel uświęca środki ?". Jakby tego było mało jeśli chce przeżyć i móc sobie odpowiedzieć musi rozwiązać zagadkę morderczego piromana.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dym sprawiał, że oczy mu łzawiły. Ręce trzęsły się niczym ryba w galarecie a tętno galopowało jak rozwścieczony koń. Krew uderzyła do skroni i pulsowała, głośno, nieznośnie. Nagle zakuło go w piersi, stracił oddech. Padł na kolana a ręce poparzonych i zakrwawionych dzieci zaczęły uciapać się jego ubrań. Najpierw ściągnęły mu jego ciężki żołnierski płaszcz. Muszkiet osunął się wraz z płaszczem na ziemię. Wystrzelił. Żołnierz odruchowo zamknął oczy, zacisnął powieki tak mocno, że aż zabolały. Kiedy otwarł oczy nikogo już przy nim nie było. Nikogo żywego. Klęczał na dziedzińcu małego, starego, drewnianego dworku, stojącego pośrodku lasu. Na jego płaszcz spadły pierwsze płatki śniegu. Wtem zauważył przed sobą stos ułożony z ciał, wszystkie sztywne, blade, zamarznięte. Na twarzach i rękach widać było małe sopelki lodu. Martwe, matowe oczy ciał ze stosu utkwione były w żołnierza. Choć bardzo chciał nie mógł oderwać od nich wzroku. Nagle śnieg zamienił się w popiół, ciała zapłonęły. Żołnierz słyszał ich krzyk mimo że żadne z nich nie otwarło ust. Przemógł się wreszcie i z olbrzymim wysiłkiem, zamknął oczy. Krzyczał w niebo głosy, najgłośniej jak potrafił, gardło zaczynało boleć ale nie przestawał. Chciał zagłuszyć krzyk płonących, szczególnie dzieci. Kiedy otwarł oczy wokół nie było już nikogo, ni martwego ni żywego. Nim spostrzegł gdzie się znajduje, zaatakował go wielki kruk. Czarny niczym sama śmierć ptak dziobał i drapał pazurami. Żołnierz chciał uciekać. Wstał i obrócił się na pięcie. Znieruchomiał. Ptaszysko było już za nim. Już opuszczało pazur. Chciał się przesłonić rękoma, lecz nie zdążył. Ostry jak brzytwa pazur boleśnie przeorał twarz uciekającego. Wzdłuż czoła, przez brew aż po sam policzek. Znów padł na kolana, bezsilnie, bezwolnie. Już nie walczył, poddał się. Nawet mu ulżyło. Kruk zadrapał mu całą twarz. Krew zalała mu oczy. Nie wiedział dokładnie dlaczego ale postanowił przetrzeć oczy. Zobaczył zbliżającego się potwora. Nie próbował się podnieść, nie ocierał płynących łez, nic nie robił, poddał się. Bestia stanęła przed nim i roztwarła żuwaczki, ukazując cztery ogromne zębiska. Połknęła żołnierza... A ten przebudził się z krzykiem. Młoda krasnoludka, niebieskooka, blondynka, z warkoczem sięgającym aż do miejsca gdzie plecy traciły swą szlachetną nazwę, zerwała się słysząc krzyk. Stołek na którym siedziała upadł na ziemię. Zanim zdążył coś powiedzieć, czy choćby zebrać jakąś sensowną myśl dziewczyna była już w izbie obok. Była niska i chuda, przez izbę przebiegła zwinnie jak lisek. Rozległa się tam jakaś rozmowa. Żołnierz zdążył wyłapać ciężki męski bas, zapewne ojca dziewczyny, cieniutki głosik, samej dziewczyny oraz jeszcze jeden, delikatny acz stanowczy głos kobiecy. Zapragnął wstać, ale nie mógł. Odrzucił prześcieradło którym go okryto, zauważył multum bandaży. Profesjonalna robota, pomyślał. Dopiero teraz zorientował się, że jego prawe oko również jest okryte bandażem, podobnie zresztą jak prawie cała twarz. Ano – powiedział mężczyzna który wszedł w międzyczasie do izby – nieźle was poharatało, panie. Coś cie z wilkiem się o jadło pokłócili ? Ja – za jąkał żołnierz. Jeśli nie chcecie – zaczął gdy jasnym stało się, że nic więcej nie usłyszy – nie musicie mówić. Póki co leżcie spokojnie, żona u waży jakiejś zupy dla cie. A jak zjesz to pogadamy. A, i za pamięci. Zwą mnie Arim Frttorokc. Ӿ
Od paru dni śnieg nie przestawał sypać. W końcu napadało go tyle, że praktycznie uniemożliwiał on otwieranie drzwi chaty. Stan żołnierza poprawiał się zaś coraz szybciej. Tak w ogóle – powiedziała dziewczyna, pomagając mu założyć płaszcz – jestem Rimka. A ty ? Ja ? Ehe – przytaknęła z uśmieszkiem – Jak na ciebie wołają ? Nazywam się – odparł po chwili – wołajcie na mnie... Kruk, tak Kruk będzie w sam raz. Dlaczego akurat Kruk ? Naprawdę tak się nazywasz ? - zmarszczyła brwi - Na pewno nie ! Żary sobie ze mnie stroisz, to dlatego, że jestem ze wsi, tak na pewno tak. Myślisz, że jak wsioczka to możesz ją za głupka zrobić, tak ? Niech ci będzie – uśmiechnął się – naprawdę nazywam się Agle'e. Dziewczyna próbowała powtórzyć lecz elfia wymowa nie szła jej zbyt dobrze. Widzisz ? - znów się uśmiechnął – o wiele, wiele łatwiej wymówić kruk. Czyż nie ? Nie zdążyła odpowiedzieć. W drzwiach stał już Arim nakazując gestem by żołnierz poszedł za nim. Zrobił to bez najmniejszego grymasu. Zatrzymali się dopiero przy szopie stojącej na podwórzu, za domem. Szczerze mówiłeś, że chcesz pomóc ? – spytał Arim otwierając szopę – Bo jeśli tak... Spojrzał na Kruka a ten odpowiedział energicznym kiwnięciem. Trzeba by odśnieżyć podwórze – dokończył – Głupio mi tak rannego do pracy zaprzęgać ale samemu do wieczora zamarudzę. No więc, gdybyś... Oczywiście. - mówił odbierając łopatę – Muszę się wam jakoś, przecież, odwdzięczyć za gościnę i opiekę. Długi czas przerzucali śnieg przez niski płot podwórza w milczeniu. Czymże się zajmujecie – spytał Kruk, nie mogąc znieść niezręcznej ciszy – że mieszkacie tak daleko od jakiejkolwiek wsi czy miasta ? Nie widzę tu żadnych pługów czy bron, więc rolnikiem nie jesteście, kim więc ? Myśliwym ? Pszczelarzem ? Rzemieślnikiem, tak to chyba będzie odpowiednie słowo – podrapał się po głowie – Robię figurki i zabawki z drewna i, właściwie to robię je z czego tylko się da. Zauważyłeś pewnie, że co parę dni zaprzęgam konia. Wtedy właśnie jadę do miasta i sprzedaję moje wyroby. Nie jest to może powód do dumy, ale ta robota całkowicie wystarcza by moja rodzina miała co do gara włożyć. A ty ? - powiedział po chwili Arim – powiesz wreszcie coś o sobie. Dlaczego to wyglądałeś jak sito gdym cię w borze znalazł ? Opowiem – odrzekł po długiej ciszy. A więc postanowione ! - zakomenderował krasnolud wbijając łopatę głęboko w śnieg – Koniec roboty na dziś. Choć, ogrzejemy się przy ogniu, siądziemy przy kuflu miodu i opowiesz jak to omal nie zginąłeś. Wypisz, wymaluj krasnolud – westchnął żołnierz wchodząc za Arim'em do chaty – żadnych zahamowań. Co tam mówisz ? Nic. Idźmy po ten miód Ha, zaiste idźmy ! Ӿ
Kiedy liczący cztery dziesiątki burych płaszczy oddział zobaczył między ośnieżonymi sosnami drewniany dworek otoczony palisadą było już późne popołudnie. Oficer chroniony całą drogę przez Lancknechtów wyjechał daleko przed formację machając ręką w skórzanej rękawicy w stronę strażnicy. Było to zapytanie: „Zastaliśmy gospodarza ? Można wjeżdżać ?”. Odpowiedź była szybka, krótka i zrozumiała. Oficer zachwiał się w siodle, klacz zarżała i niespokojnie tupała. Nim jeszcze dowódca burych żołnierzy spadł z konia, zakrwawiając bielutki śnieg krwią z przebitego strzałą gardła ci już byli schowani między drzewami. Tylko protektorzy dowódcy stali jak te pale w ziemie wbite. W końcu ten w ćwiekowej kurtce podszedł do charczącego dowódcy i stwierdził. Permanentny zgon. - był spokojny, opanowany - Nie ma mocnych na taki strzał. Poszła na wylot, przebiła tchawice i zniszczyła gardło. No ewentualnie można dobić, co by się chłop nie męczył. Panie magiku ? Dobić – stwierdził zimno mężczyzna o bladej karnacji – Ale chyżo ! A potem szturmem na bramę. Przed zmierzchem chcę być na podwórzu, jasne ? Oboje, ten w ćwiekowej kurtce i ten w futrach, pokiwali głowami. Oficer, gdy go przebijali mieczem, też kiwał. Nikt nie zwrócił uwagi. Lancknechci nie cofnęli się ani nie skryli przed żadną z trzech salw strzał, wypuszczonych z zza palisady ale bowiem nie musieli. Żołnierze z otwartymi ustami i wykrzywionymi brwiami patrzyli jak strzały wymijają idących środkiem drogi niby woda w strumyku omijająca kamulec. Długo trwało nim bure płaszcze przypomniały sobie, że również uczestniczą w tej potyczce. A gdy już sobie przypomnieli, poszła w odpowiedzi łucznikom salwa z muszkietów. Dym z luf zasnuł linię lasu niby wyłaniająca się z zarośli poranna mgła. Ze strażnicy na której usadowiła się część strzelców posypały się drzazgi na przemian z trupami które przewalały się przez barierki i padały w śnieg, zatapiając się jak kamień w wodzie. Czarodziej w awangardzie strzało-odpornych dotarł wreszcie do bramy. Najpierw był błysk, potem niemiłosiernie głośny huk i trzask. Kiedy dym po drugiej salwie z muszkietów opadł bure płaszcze, w tym kruk, zauważyły, że frontowa brama poszła w drzazgi. Natychmiast zerwali się do biegu. Z podwórca można było usłyszeć odgłosy walki. Żołnierze wprowadzeni dźwiękami walki w szał bojowy jęli krzyczeć w biegu. Darli się jak lwy. Nim dołączyli do walki połowa z obrońców uciekła, barykadując się w środku małego drewnianego pałacyku. Ale i tak nie było łatwo, jak spodziewali się burzy. Już na wejściu biegnących z przodu powaliła salwa z łuków. Pozostali rozbiegli się po całym placu, chowając się za czym popadnie. Kruk z paroma innymi żołnierzami przewrócili niezaprzęgnięty wóz i skryli się za nim, przeładowując w pośpiechu swoją broń. Bure płaszcze byli ciągle zaskakiwani hardością ducha obrońców oraz ich umiejętnościami. Jak się okazało elfy ze swymi łukami bez problemu dorównywały wartością bojową uzbrojonym w muszkiety ludziom. Jeden z łuczników, z wyszytym ogromnym niedźwiedziem na kurtce wparował z powrotem na odciętą od obrońców wieżę i zaczął szyć do napastników. Nim Kruk przeładował swój muszkiet chytry strzelec zdążył już przebić głowy obu kryjącym się z nim, za wozem, żołnierzom. Agle'e wycelował w stronę wieży. Zrobił głośny wydech. W ust poszła para, gęstością dorównująca, prawie, wystrzałowi z muszkietu. W końcu wypalił. Kula wpadła dokładnie przez czoło i wyleciała potylicą, zabierając ze sobą kawałki mózgu elfa. Na placu zapanowała nagle cisza. Mimo to Kruk dalej słyszał w głowie wystrzały i krzyki. Dopiero po dłuższej chwili od zapadnięcia ciszy odważył się wyjrzeć zza wozu, naszpikowanego strzałami jak kaktus igłami. Powoli zza osłon zaczęli wysnuwać się żołnierze. Ustawiali się tuż obok Kruka stojącego naprzeciw lancknechtów i obserwowali skutki rzeźni. Wokół samego wąsacza, w futrach, uzbierało się z dobre dziesięć trupów. U jego pomocnika można było się doliczyć podobnej ilości. Kiedy Kruk zresztą żołnierzy pomagali rannym, czarodziej ze swymi protektorami wyciągali z pałacyku coraz to więcej jeńców. To prawie same dzieci – powiedział ten który pomagał z Agle'e przy rannym – i kobiety. Myślałem, że to miała być nora bandytów. Patrzeć na ranę do cholery – poprawił ich sanitariusz – Na ranę, powiedziałem ! Albo wiecie co, wypieprzać mi stąd. Sam sobie poradzę. Dupa żeście są nie żołnierz. Lancknechci wywlekali z pałacyku coraz to więcej kobiet, dzieci i starców. Porzucali ich w głębokim, sięgającym kolan, śniegu, pod palisadą. Żołnierze stali bez słowa i przyglądali się brutalności ich działań. Płaszcze wymieniali się niepewnymi spojrzeniami, zapytującymi a i w niektórych przypadkach, przerażonymi. Kruk nie był przerażony, może lekko zdziwiony lecz nie przerażony. Był za to zły, bardzo zły. Ten o bladej karnacji, w beżowej opończy ciągle wymachiwał rękoma i krzyczał pośpieszając precedens. W końcu wyprowadzono wszystkich, zapędzono ich w róg gdzie spotykały się dwie ściany palisady, stali praktycznie na trupach obrońców. Czarodziej ustawił bure płaszcze w jednej linii naprzeciw jeńców. Dlaczego my go w ogóle słuchamy – zapytał ten stojący w szeregu obok Kurka – Co ? Jak oficer nie żyje – odpowiedział mu ten stojący po lewicy Kruka – to on ma chyba najwyższą range, więc chyba dlatego. Chyba żeby nie miał. Ale chyba ma. Chyba. Kolejny krzyk, kolejny rozkaz. Żołnierze lekko wstrząśnięci wykonali rozkaz. Wymierzyli załadowane muszkiety w stronę spędzonych w róg jeńców. Zabić ! - zakomenderował czarodziej o bladej karnacji – Nie bójcie się to nie przestępstwo. Ci tutaj to bandyci. Mamy święte prawo, a nawet obowiązek zakończyć ich żywot ! No chyżo ! Ponownie szeregi burych płaszczy przeszyły, nie strzały, lecz niepewne spojrzenia. Oddechy zrobiły się niespokojne a krew uderzyła do skroni. Kruk pierwszy opuścił lufę. Kilku poszło w jego ślady. Nie wszyscy. Magik stracił cierpliwość, ruszył szybkim krokiem w stronę zbitych w kupę elfów i krasnoludów. Bezużyteczni idioci – powiedział przeciskając się między żołnierzami – Nic nie potraficie zrobić dobrze. Stanął przed trzęsącymi się ze strachu kobietami oraz ich dziećmi. Nie długo trzeba było czekać nim starcy i co większe dzieci stanęli przed nimi murem. Czarodziej był nie wzruszony tym gestem. Sięgnął do swej zielonkawej torby i wyjął z niej zaciśniętą pięść. Ruchem ręki jakim rozsypuje się ziarno posypał jeńców. Proszek błyszczał się w ostatnich promieniach słońca niczym małe brylanciki. W końcu złota tarcza gwiazdy schowała się za wierzchołkami obsypanych białym puchem drzew. Teraz płonęło inne światło. Płonęło i krzyczało. Po tym jak czarodziej pstryknął palcami, jeńcy zajęli się ogniem. Płonący rzucali się w śnieg a ci którzy nie płonęli próbowali ratować przyjaciół. Jeden z żołnierzy odrzucił muszkiet i zaczął pomagać ugasić jedną z kobiet. Kruk natychmiast poszedł z pomocą. Za nimi rzuciła się reszta burych. Dezerterzy – powiedział zimno czarodziej – Gok, Nirasin zabijcie tych zdrajców, ale chyżo. Lancknechci wyciągnęli miecze i zaczęli siec, i jeńców i bure płaszcze. Krew tryskająca z przeciętej tętnicy jednego z elfów zalała Krukowi oczy. Gdy je przetarł zobaczył nad sobą wzniesioną siekierę odzianego w futra wąsacza. Na szczęście dwoje z krasnoludów stojących obok zdążyło powalić lancknechta nim ten uderzył. Agle'e otrząsnął się, ruszył omal się nie przewracając. Chwycił za muszkiet. Wtedy zauważył, posypującego błyszczącym proszkiem rannych, czarodzieja. Wymierzył. Pstryknięcie. Wystrzał i płomień. Było za późno. Ranni płonęli, wijąc się na noszach, krzycząc. Mężczyzna z bladą karnacją zatonął w śniegu a obok niego całe mnóstwo krwi i zębów. Kruk wyszarpnął z pochwy miecz i obrócił się w stronę żyjących, których uznał za priorytet. A obrócił się w samą porę. Siepacz w kurtce z ćwiekami właśnie przeciął jedynego żołnierza jaki oddzielał ich od siebie. Próbował blokować ale ogromny miecz lancknechta bez trudu wytrącił mu z ręki jego malutkie ostrze. Kolejnego uderzenia uniknął o włos, wijąc się w uniku niczym żmija. Mimo to ostrze otarło się o jego ramię. Kruk porwał jedno z dzieci, które plątało się między walczącymi, i jął biec w stronę bramy, nakazując pozostałym to samo. Usłuchali bez zastanowienia. Uciekający oddawali strzały w stronę lancknechtów lecz te, tak samo jak strzały, po prostu ich omijały. Siepacze czarodzieja nie gonili ich długo. Zaraz za bramą zatrzymali się, popatrzyli chwilę za uciekającymi i wrócili na podwórzec. Ӿ
Ognień syczał, na siedzących w fotelach, językami z iskier. Rozumiem – powiedział wreszcie krasnolud – spieprzyłeś z oddziału. To teraz jesteś dezerter. Uważasz, że nie postąpiłem słusznie – zapytał zimno Kruk – prawda ? A no – odparł, równie zimno – tak uważam. Pewnie myślisz sobie, że ze mnie potwór. Ale, nie wiesz ci o tym co się tu działo za nim wojsko trochę ich przyszpiliło. Te dupki porwały mi dwie córki. Obie... Obie nie żyją. Już ich nie zobaczę. Wiesz co to znaczy dla mnie ? Dla ojca ? Nie wiesz, bo ty jeszcze gówno wiesz. Pomyślisz pewnie, że to ma być moja zemsta, i znów się pomylisz. Nie jestem ci ja mściwą istotką, o nie. Nie potrzebowałem zemsty. Potrzebowałem pewności, że mnie i mojej rodzinie już nic nie grozi. Takiej pewności – powiedział po chwili – nigdy mieć nie będziemy. Rozumiem cię, ale to jeszcze nie powód by mordować małe dzieci, do jasnej cholery. Zostawmy ten temat – warknął przez zęby Arim – Bo się niemiło zrobiło. Dokończ opowieść. Nie ma co dokańczać. To jest koniec, przynajmniej dla nich. Szliśmy długo ale bowiem trzeba nam było unikać traktów. Szliśmy, a kolejni padali. Szliśmy a ubywało nas z dnia na dzień. Na końcu ostałem się tylko ja z tym dzieciakiem com go pochwycił jeszcze przy dworku. Na początku myślałem, że śpi. Trochę trwało nim się zorientowałem, że... Nie ważne – głos miał całkiem odmieniony, pocieszający – Chodźmy zjeść kolacje i idźmy spać jutro czeka nas całkiem dużo roboty. Ӿ
Nie przejmuj się – powiedział Arim podrzucając trzymane w rękach drewno – Nie chciałem cię wczoraj urazić. Ja po prostu... Nic się nie stało – powiedział łapiąc spadającą gałązkę chrustu – Ale proszę, nie rozmawiajmy już o tym. Jak sam zauważyłeś to psuję atmosferę. Polubiła cię – powiedział po długiej ciszy krasnolud, wskazując na stojącą przy chacie Rimkę – Słuchaj, wiem żeśmy się wczoraj trochę pożarli ale jeśli chcesz mógłbyś u nas zostać trochę dłużej. Wiem, że ty też ją polubiłeś i wiem, że porządny z ciebie chłop, tedy nie miał bym nic przeciwko gdybyś chciał... Słuchaj – podjął po chwili Arim – jeśli nie chcesz zostać jak ja cię proszę, to zostań chociaż ze względu na nią. Dobrze wiesz, że nie mogę – odparł po chwili wahania – Chciałbym, ale nie mogę. Jeśli zbyt długo tu zabawię w końcu znajdzie mnie wojsko i będziecie mieli problemy. Ona też. Krasnolud nie zdążył nic odpowiedzieć. Z jednej ze sosen urwało się igliwie a nim dotknęło ziemi Kruk był już w połowię drogi do chaty. Cisnął zabraną Arim'owi siekierą w stronę domu. A dokładniej w stronę bardzo bladego mężczyzny, który zrzucał właśnie na chatę błyszczący niczym malutkie szmaragdy pył. Mężczyzna zapakował już na sanie małą Rimkę i szarpał się właśnie z Sokiną. Same sanie były ciągnięte przez jakieś monstrum z najgorszych koszmarów. Agle'e poznał owo monstrum, to z jego koszmarów przybyło. Czarodziej stracił wreszcie cierpliwość i cisnął żoną krasnoluda przez ścianę domu. Blady mężczyzna odjechał, a odjeżdżając pstryknął palcami. Dom zajął się ogniem. Kruk szybko rozeznał się w sytuacji a wiedząc, że córki krasnoluda ocalić już nie zdoła, była za daleko, rzucił się na ratunek żonie. Wpadł do chaty przez dziurę którą zrobiła rzucona krasnoludka. W środku oślepił go dym, sprawił iż oczy łzawiły mu tak, że…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil AnonimL
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…