Diabeł na fresku?
"Natura ludzka nie jest źródłem grzechu, a fascynującym obiektem wartym głębokiego poznania". Leonardo da Vinci
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
"Umysł malarza powinien być jak lustro odbijające tyle obrazów ile przedmiotów ma przed sobą" Leonardo da Vinci
****
Jeszcze nie zaczęłam, a już chciałabym postawić kropkę. Bo jak pisać o prawdzie, o fenomenie uznanym za archetyp człowieka epoki renesansu. Leonardo de Vinci jest dla mnie ważny. Czasem jest to trochę frustrujące. Nie umiem go z nikim porównać, nie przestaje mnie intrygować, podziwiam go, zaprząta mój umysł, działa na moją wyobraźnię. Myślę, że jest w nim coś z mitycznego bohatera, a jednocześnie nie brak mu cielesności, jest człowiekiem z krwi kości. Udowadnia swoim życiem i dziełami, że jest niepoprawnym marzycielem i zarazem smutnym mizantropem, geniuszem idącym przez życie z wyboru, w pojedynkę, a jednocześnie zwykłym mężczyzną tęskniącym za miłością, za kobietą. Dziki, uparty i gwałtowny, niezwykle pracowity i wytrwały. Gdy czytam jego notatkę widniejącą na skrawku papieru pod szkicem projektowanej kopuły „ szkoda, że jest zbyt mało wokół mnie ludzi do mnie podobnych” odnoszę wrażenie, że był pewny siebie, nawet pyszny. Z innych dowiaduję się, że był nienadęty, niezarozumiały, racjonalny do kwadratu, wiedzący, kiedy swoje ego zapędzić do klatki. Jedno nie podlega dyskusji - to doskonały, urokliwy i mądry człowiek, któremu bez żadnych wstępów dałabym się zniewolić. - Twój bóg dawno umarł, a ty żyjesz.- powiedział niedawno mój przyjaciel. - Moje życie przy życiu Leonarda de Vinci pozostanie zawsze małym, niepozornym.- odpowiedziałam bez namysłu spuszczając głowę. W nim, w jego dokonaniach zawsze będzie dla mnie coś baśniowego, wielkiego, obezwładniającego i jednocześnie motywującego. To on pierwszy wyjaśnił, czemu niebo jest niebieskie, skonstruował czołg, maszynę latającą, 60 lat przed narodzinami Galileusza twierdził, że za pomocą wielkiego szkła będzie można oglądać galaktykę, podzielał teorie grawitacji Newtona, chociaż ten na świat przyszedł 275 lat później. - Jakim cudem udało mu się zrobić tak wiele, dysponując tak ograniczonymi siłami? Nie mam wątpliwości dzięki licznym talentom, wyobraźni i uporowi w konsekwentnym działaniu. Najbardziej dla mnie poruszające jest w nim to, że wręcz kompulsywnie tworzył rzeczy piękne. Nie z jakiegoś konkretnego powodu, ale dla samego piękna. Jedyna religia, jaką wyznawał, to religia przyjaźni i życia wewnętrznego. Religia rozumu i oka. Sposób w jaki odnosił się do świata zewnętrznego i samego siebie. Mówiąc o jego geniuszu znika we mnie przestrzeń do rozmowy i kłótni. Leonardo gra w swojej lidze i nadal trudno mu znaleźć konkurencję. Od wielu uznanych nazwisk dzielą go ciągle lata świetlne. Tak było i będzie. Mnie pozostaje wiara, która da mi ułudę zrozumienia jego talentu i sposobu postrzegania świata. - Kim byłeś Leonardo? Kim byli ci, wśród których żyłeś naprawdę? Kim byli twoi nauczyciele i uczniowie? - nieustannie zapytuję. By poszukać odpowiedzi na te dręczące mnie pytania poleciałam w maju do Mediolanu, ale nie tylko, dlatego. Na moją decyzję chyba miało wpływ to, co sądzę o świecie, szczęściu, śmierci i sensie życia. Dawno temu, pamiętam, jeszcze w Paryżu postanowiłam nauczyć się tego wyjątkowego miasta, zrozumieć je. Pociągało mnie irracjonalnie. Spacerując po ulicach Mediolanu śladami Leonarda de Vinci chyba sama nie wierzyłam, że znajdę to miasto tak ciekawym i wspaniałym. - Mam tu swoje miasto!– młody de Vinci wykrzyknął widząc Mediolan po raz pierwszy. To samo wyrwało się z moich ust po wejściu do zatłoczonego, powalającego pięknem i przepychem architektonicznego detalu pasażu Wiktora Emanuela II. Dziwne, to trzecie po Florencji i Paryżu jego miasto, a we mnie coraz większa obsesja. W Mediolanie sama z maniackim uporem spod zasłon chciałam wydobyć to, co jest w Leonardzie de Vinci najistotniejsze. Chciałam zebrać światło by widzieć w ciemności. Brzmi to dziwacznie! Nic to! Moje świeże emocje niewątpliwie staną się kiedyś moją historią, ale na pewno jeszcze nie dziś! Leonardo do Mediolanu przyjechał na chwilę, wracał dwa razy. Wiedział, dlaczego i po co. Niektóre dzieła mistrza mogłyby powstać wszędzie. Jego „Ostatnia Wieczerza” i ”Dama z gronostajem” tylko tu. Tu Mona Lisa zapewne uśmiechała się inaczej. Leonardo nie lubił rozstawać się z tym małym, ukochanym portretem, ciągle woził go z sobą. Z jakiego powodu? To jeszcze jedna zagadka, którą chciałabym rozwikłać. W Mediolanie nareszcie był sobą – suwerenny oddychał pełną piersią, malował, konstruował, rzeźbił, studiował, tęsknił i kochał. Rozumiem go, chodziłam po jego domu, dotykałam dłonią jego mebli, wąchałam kwiaty w jego ogrodzie. Nastroju tego miejsca podobnie jak Mediolanu nie da się porównać do żadnego innego miejsca na mapie Włoch. Od wieków cieszy się jednakowym zainteresowaniem, chociaż za każdym razem z zupełnie z innych powodów. Kiedy siadałam do pisania o Leonardzie de Vinci i o Mediolanie pamiętałam, że wszystko, co robię ma swoje konsekwencje – jeśli wyleję sobie kawę na rękę to mogę się oparzyć? Moja euforia powoli mija, w jej miejscu pojawia się świadomość, że opowiadając o nich podjęłam się trudnego zadania. Pisząc to opowiadanie sieję ludziom grządkę kwiatów, a oni zerwą te, które maja ochotę zerwać. Ale do rzeczy, muszę się trzymać tego, co uznałam za najistotniejsze w moich niedawnych przeżyciach, tego, co na zawsze zapisało się w moich wspomnieniach ze spotkania z Leonardem de Vinci w Mediolanie. - Czy uda mi się to zrobić nie wyciągając trupa z szafy? Zobaczymy.
****
Trwa od dawna wyczekiwany poranek. Czuję się jak skoczek na wybiegu. Ostatnia wybrukowana przecznica i nareszcie wita mnie tonący w promieniach słońca klasztor w kolorze palonej cegły, delikatnie oszpecony blizną nieczynnych schodów przeciwpożarowych. Drgające od ciepłego wiatru powietrze rozmywa monumentalną sylwetkę budowli. Podchodzę bliżej. Klasztor szczelnie przylega do gotyckiego kościoła Santa Maria delle Grazie. Czaruje kształtem wspaniałej renesansowej kopuły, dzieła mistrza Bramantego. Przed wejściem stoi już grupa chętnych do obejrzenia "Ostatniej wieczerzy", słynnego dzieła Leonarda de Vinci. Wiszę niecierpliwie w ogonku oczekujących. Mam jak wszyscy przypisane piętnaście minut. Energiczna przewodniczka poucza nas jeszcze, żeby nie ruszać się gwałtownie, nie kichać, nie kaszleć, pewnie powiedziałaby chętnie: nie oddychać, bo to też zwiększa poziom wilgotności w refektarzu i szkodzi freskowi. Jedno, co nie jest zabronione, to trwanie w zachwycie. Stoję pokornie, wstrzymując oddech i szeroko otwieram oczy. Mimo, że na zewnątrz jest słońce, w środku korytarzyka prowadzącego do refektarza prawie nie ma światła, nie dochodzi też gwar miasta. Pomieszczenie jest podobne do czegoś w rodzaju śluzy, jest w nim trochę z atmosfery przedsionka piekła. To kawałek starannie zapakowanego włoskiego świata, skutecznie odmierzone miejsce na dobrze widziane szaleństwo. W końcu wchodzimy. W refektarzu delikatnie pachnie kurzem i tanimi perfumami, jest przyjemnie chłodno. Z…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil jolsokolowska079sok
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…