Dialogi
Młody chłopak szuka swego miejsca na świecie. Trochę pozbawione tołku, ale zamieszczam.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Właśnie dlatego nie jestem w stanie znieść sytuacji choć trochę odbiegających od tego co uważam za normalne – kontynuował wywód – ale wszystkie siły na niebie i ziemi chyba sprzysięgły się, by uczynić me życie nieprzerwanym pasmem takowych. „Takowych”, powtórzył w myślach i uśmiechnął się z przekąsem do lustrzanego odbicia. Dobrze, że nikt go nie widzi, a tym bardziej nie słyszy jego dialogu z samym sobą. Świadomość, że przecież każdy jeden człowiek jest stuknięty i jeszcze bardziej szalone rzeczy ma wpisane w stały harmonogram dnia, wcale go nie napawały otuchą. Ale pewne przyzwyczajenia wpisują się w nas tak mocno, że niemożliwym jest ich się pozbyć. Uporczywe próby przypomnienia sobie kiedy z pięknego, zdrowego, normalnego dziecka jakim przecież być musiał, przedzierzgnął się w indywiduum toczące wielogodzinne spory w pustym pokoju, spełzały na niczym. Podróżował po swej pamięci wzdłuż i wszerz, czasem od najwcześniejszych wspomnień do tych najświeższych, kiedy indziej na odwrót, ale gdzie by się nie wybrał, wszędzie natrafiał na zapis interesującej pogawędki. Z samym sobą oczywiście, jakżeby inaczej, miał świadomość, że z kimkolwiek innym nie byłaby już tak zajmująca. Gdy był jeszcze szkrabem, ledwo nauczył się mówić, myślał, że takie rozmowy są czymś najnormalniejszym w świecie i nie był w stanie zrozumieć dlaczego rodzice i starsi bracia nigdy ich nie praktykują, a z niego się śmieją ilekroć przytoczy punkt widzenia tego drugiego. Jednak po pewnym czasie nawet śmiech przestał być serdeczny, a gniewne „przestań się wydurniać” matki i złośliwe dokuczanie braci sprawiły, iż zaczął przeczuwać, że coś tu nie gra. Zawziął się. „Jak nie to nie, wasza strata” pomyślał i rozpoczął trwający po dziś dzień okres konspiracji. Szkolna rzeczywistość tylko utwierdziła go w twardym postanowieniu. Skoro nawet najmniejszy objaw inności tłamszony był w brutalny sposób, wolał się nie wychylać. Ale rozmów nie zaprzestał, nigdy się też ich nie wstydził, towarzyszyło mu po prostu wrażenie, że w jakiś tajemniczy sposób został wyróżniony przez nieznane moce, a reszta świata nie jest jeszcze na to gotowa. Gdy koniec szkoły podstawowej zbliżał się wielkimi krokami, charakter dialogów zmienił się. Już nie gry komputerowe, piłka nożna i zabawy z kumplami na podwórku były ich tematem, ale wszystko czego jeszcze nie zdążył doświadczyć i co było lądem niezbadanym, znanym jedynie z przypadkowo zasłyszanych strzępków rozmów braci. Będący wówczas w szkole średniej młodzieńcy nie zwykli poruszać innych tematów niż kobiety i alkohol w dowolnych konfiguracjach. Rozpalało to jego wyobraźnię i nie mógł doczekać się, aż dane mu będzie zakosztować tych rozkoszy. Gdy był w gimnazjum, od teoretyzowania przeszedł do praktyki, ale po pierwszym zachłyśnięciu się przyszedł czas rozczarowań. Jedna i druga impreza z tak jak i on eksperymentującymi rówieśnikami były całkiem ekscytujące, ale szybko odkrył, że irytują go koledzy dla których cotygodniowe picie stało się esencją życia i o niczym innym zdawali się nie myśleć. A odkrycie niby oczywistego faktu, że z alkoholem, tak jak z wszystkim innym można przesadzić, było na tyle bolesne, że z pełną świadomością zakończył w swoim życiu etap hucznych popijaw, ograniczając się jedynie do kilku piw z tym czy innym znajomym od czasu do czasu. Z dziewczynami też nie było do końca tak kolorowo jak przypuszczał. Lubił je, a one jego, nawiązanie rozmowy, flirt, nie były dla niego problemem. Ale gdy tylko próbował związać się z którąś na dłużej, kończyła się sielanka. Nie mógł opanować powoli wypełniającego go po brzegi uczucia wyższości, wrażenia, że wolałby być w każdym innym miejscu na Ziemi, byleby nie sam na sam z tą głupiutką istotą nie potrafiącą wyartykułować żadnej myśli, która nie byłaby banalna do samych granic. Narastająca w nim wściekłość zawsze znajdywała ujście w najmniej odpowiednim momencie i wkrótce opinia o nim jako miłym chłopaku z którym można miło spędzić czas, została obalona przez kilka rozgoryczonych byłych. Wnioski nasunęły mu się same, za młody jest na poważne związki, lepiej pozostać przy krótkich romansach od czasu do czasu. W tym właśnie okresie, po raz pierwszy w życiu, kosztem ogromnego wewnętrznego wysiłku, zaprzestał swych rozmów. Zdecydowanie nie wychodziły na dobre, wnioski wyciągane z kolejnych rozczarowań dowodziły tego niezbicie, dobre rady podsuwane przez „tego drugiego” powodowały jedynie krótkotrwałą euforię, a w dalszej perspektywie miały jedynie niezbyt skutecznie skrywane rozgoryczenie. Nic nie jest wart taki przyjaciel, który namawia do złego, a gdy trzeba wypić nawarzone piwo potrafi tylko ironicznie dogadywać „a nie mówiłem” nie dzieląc się odpowiedzialnością. Ale owa nagła i nieodwołalna w swym zamierzeniu separacja nie była wcale tak prostą sprawą jak mu się początkowo wydawało. Zbywać milczeniem kogoś, kto towarzyszy ci od najmłodszych lat, z kim dzieliłeś się każdą klęską i sukcesem, troską i radością? Ignorować osobę, która nigdy nie postąpiłaby z tobą w ten sposób, zerwać wszelkie kontakty z przyjacielem, jedynym człowiekiem, który rozumiał cię w pół słowa? I co z tego, że nie istnieje? Czy można to w ogóle tak ująć? Brak fizycznej formy nie musi jednoznacznie wiązać się z nieistnieniem, nie odpowiadało mu tak przyziemne podejście, ale choć utrudniało to realizację decyzji, postanowił wytrwać w niej do końca. Podejrzewał, że nawet średnio znający się na swym fachu psycholog byłby w stanie mu pomóc i jeśli nawet nie wyeliminowałoby to problemu, podsunęłoby przynajmniej kierunek dalszych działań. Ale po dłuższych rozważaniach zdał sobie sprawę, że przez wszystkie te lata relacja z tajemniczym rozmówcą stała się w tak wielkim stopniu intymna, że sama myśl by rozmawiać o niej z kimś trzecim, na domiar złego mogącym potraktować ją jako kolejny przykład mętnej podręcznikowej definicji, była odstręczająca. Musiał poradzić sobie sam. Sięgnięcie po literaturę fachową było pierwszym krokiem, wzbogacił swą wiedzę z zakresu psychologii, psychiatrii i temu podobnym bzdur. Dużo czytał o rozdwojeniu jaźni i stwierdził, że tego co go trapi nie da się zamknąć w ciasnych ramach tej choroby. W przeciwieństwie do cierpiących z jej powodów ludzi, za każdym razem zdawał sobie sprawę, że prowadzi rozmowę z samym sobą tak jakby rozmawiał z kimś innym. Dotarło do niego, że nazywanie tego chorobą byłoby nadużyciem, bardziej pasowałoby do tego określenie terapia, tyle że przeprowadzana z kimś niewiele różniącym się wykształceniem od niego, co stawiało pod znakiem zapytania jego rady.
Jak na ironię losu, podczas gdy zmagał się z dylematem czy wrócić do rozmów czy też nie, rodziną wstrząsnęła wiadomość o śmierci skonfliktowanego z nimi Dziadka. Czyim konkretnie był on dziadkiem chyba nikt nie wiedział, ale rany wzajemnie zadane przed laty jątrzyły się po dziś dzień. Nie znał żadnych szczegółów, incydent musiał mieć miejsce przed wielu laty i był tematem tabu, starsi bracia również nie mieli pojęcia o co chodzi. Jednak podsłuchana pewnego dnia rozmowa matki z ciotką bardzo go zaintrygowała. - Wiem, że o zmarłych nie powinno się źle mówić – w głosie matki czuć było nie skrywaną irytację – ale co zrobić jeśli ten człowiek nawet po śmierci działa mi na nerwy? - Te jego decyzje z testamentu są co najmniej dziwne – przytakiwała ciotka. - Dziwne?! – irytacja matki jeszcze bardziej przybrała na sile – Bardzo ładnie powiedziane. Może aż za bardzo. To było po prostu chamskie. Był przecież nam coś winien za te wszystkie lata, tymczasem nie dość, że nic nam nie zapisał, to byłby pikuś, mnie tam na jego brudnej forsie nie zależy, to jeszcze wyraźnie podkreślił, by nie powiadamiać nas o jego śmierci i by pod żadnym względem nie zapraszać nas na pogrzeb. A gdybyśmy jakimś cudem się dowiedzieli i zdecydowali się przybyć, mieliśmy zostać nie wpuszczeni przez specjalnie do tego celu wynajętą ochronę. Wyobrażasz to sobie? O śmierci własnego ojca musiałam dowiadywać się od zaufanych ludzi z kancelarii adwokackiej. Kto to widział? - W pewnym sensie miał prawo być na nas obrażony – próbowała łagodzić ciotka – w końcu cała rodzina traktowała go jak wariata, próbowali go zamknąć w psychiatryku, ubezwłasnowolnić. Sama przyznasz, że w takiej sytuacji można się zdenerwować. - Po pierwsze, rodzina traktowała go jak wariata, bo był cholernym wariatem, nie pamiętasz? Mania prześladowcza, kanapki z kiełbasą i dżemem, gadał sam ze sobą, wychodził z domu po gazetę i wracał po tygodniu opowiadając o jakichś tajemnych siłach nim powodujących. Po drugie, my przecież miałyśmy po kilkanaście lat, gdy próbowali go zamknąć, by dobrać się do jego kasy, mogę zrozumieć, że zerwał z nimi kontakty, ale żeby wypiąć się na własne dzieci? - Nie byłyśmy wcale bez winy. Byłyśmy wtedy w trudnym wieku, autorytety dla nas nie istniały, powiedziałyśmy mu parę przykrych słów i to w chwili, gdy nieistotne z pozoru rzeczy mogły go załamać. Zawsze był nie dość że wrażliwy, to pamiętliwy jak mało kto. Niebezpieczna mieszanka. Ale to nie było przecież do końca tak, że się wypiął. Przecież wspierał nas finansowo, przez te wszystkie lata, aż do śmierci. I dlatego nie mogę się nadziwić, dlaczego tak nas potraktował w testamencie. Jeśli potraktowaniem można nazwać całkowite pominięcie. Co mogło wpłynąć na jego decyzję? - Pytasz się co? Zapytaj raczej kto. Ładnych rzeczy się dowiedziałam o naszym tatusiu. Związał się z jakąś siksą w tej swojej wiosce, pewnie byli tam głównym tematem rozmów, ładna para. Przecież ta małolata mogłaby być jego wnuczką! - Ale nie jest. I nie ma powodu by przypuszczać, że byli parą czy czymś w tym rodzaju. Mam wrażenie, że nasłuchałaś się plotek. Może po prostu dziewczyna wynajmowała u niego pokój, a ludzie dośpiewali resztę? - Jasne, wynajmowała, już to widzę. Czym w takim razie wytłumaczysz fakt, że właśnie jej zapisał cały swój majątek? Wyszło szydło z worka, nie dość, że kopnięty to jeszcze zbereźnik, stary pedofil.
Rozmowa trwała jeszcze jakiś czas przebiegając w podobnym tonie, matka żołądkowała się wykrzykując coraz to nowe oskarżenia, rozpamiętując kolejne krzywdy, ciotka zaś usiłowała ją uspokoić i jednocześnie znaleźć jakieś racjonalne wyjaśnienie dla owych zastanawiających wydarzeń. Ale on przestał już ich słuchać, jego myśli zaprzątało coś zupełnie innego. Nieśmiały pomysł zaświtał mu w głowie, a im więcej przykładał do niego uwagi,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil pandziejaszek
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…