Do you...?
"(...) - Myślę, że nie tylko tym cię dzisiaj zaskoczę. – ten uśmiech. Ten błysk w oku. Ten ton i sposób wypowiedzi. Błagał w myślach, żeby się obudzić teraz, jeśli śni...."
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zamykając biodrem zmywarkę i wciskając okrągły guzik, odetchnęła z ulgą. Dom był wysprzątany po wczorajszej uczcie. Teraz mogła pozwolić sobie na długi, gorący prysznic i samodzielny masaż głowy. Miała dużo wolnego czasu. Dużo. Idąc w stronę łazienki spojrzała na kominek i uśmiechnęła się ciepło do rodzinnych zdjęć. Osoby uśmiechające się z nich do niej, towarzyszyły jej od wielu lat, wspierały i były wspierane, dzieliły radości i troski. A przede wszystkim szczęście, którego doświadczała od kilkunastu miesięcy. I wczorajsza kolacja była uwieńczeniem jednego z elementów. Idealną okazją na oficjalne ogłoszenie jej błogosławionego stanu. Teraz już nic nie mogło się wydarzyć, nic nastąpić, żeby zburzyć ten spokój. Ciepła woda łagodziła zmęczenia, koiła mięśnie, rozluźniała. Mleczno-kwiatowy zapach płynu do kąpieli rozchodził się po całej łazience. Ze szczególną uwagą i czułością pogładziła swój brzuch, który niebawem przestanie być taki płaski. Uśmiechnęła się. Dotknęła kafelków. O nie przeprowadzili prawdziwą batalię (którą oczywiście ona wgrała). Mieszkali już tu ponad rok. Razem. Wszystko stało się nagle idealne. Dokładnie takie, jak sobie mogła wymarzyć. Skończyła studia i dostała pracę. Nie jakąś szczególnie dobrą, ale też nie najgorszą. Na jednym z przyjęć spotkała Jego. Też był idealny. Nie, nie chodziło o sielankę typową dla amerykańskich, spolonizowanych seriali. Chodziło o to, że mimo spięć potrafili się dogadać, że gdy budowali dom i równocześnie ich związek przechodził poważny kryzys, to on nie poddał się. I nie ona musiała, jak w każdej poprzedniej relacji, być tą silniejszą stroną, której pozornie bardziej zależało. Nie czuła nudy. Nie czuła, że utknęła w martwym punkcie, że teraz zostanie w domu i będzie mówić w kółko o zupkach, pieluszkach i rozstępach. Nawet jeśli – podobało jej się to. Sama się sobie dziwiła. Przecież nie ona pierwsza miała tak skończyć. W grupie znajomych była obstawiana na ostatnim miejscu, jeśli chodzi o stabilizację. A tu taka niespodzianka. Planowali to dziecko? I tak i nie. Wiedzieli, że będzie, ale nie starali się szczególnie. Wierzyła, że pojawi się w najlepszym momencie. Czy było jej żal? Nie. Bo niby czego? Klubów (w których nie było już tak fajnie, jak kiedyś. Zwłaszcza, jeśli szła bez niego)? Alkoholu? Przemęczania się? Siedzenia po godzinach? Nie. Choć ją samą też to zaskoczyło. Ale była szczęśliwa. Szczęśliwa tym spokojem.
Na komputerze mrugało otwarte okno projektu. Wściekły, że nie zajął się tym wcześniej, wypijał kolejną kawę. Mógł przecież nie iść wczoraj z kumplami, mógł zostać i skończyć tę robotę, ale oczywiście, musiał ich posłuchać. A impreza była taka, jak zawsze, czyli nie warta jego obecności i ilości kasy, jaką przepuścił na alkohol. Kasa. Właśnie, jeśli nie odda tego do jutra, zostanie bez grosza. Śmieszne. Od kilku lat jego życie kręciło się w kółko – uczelnia, praca, impreza, kac, uczelnia… Potem została tylko praca i kac, bo imprezy przestały być interesujące. Już nawet nie słuchał takiej muzyki, jak kiedyś. To było naprawdę nudne. Nie umiał nawet do końca nazwać tego, o co mu chodziło.
Włączyła głośniej kanał muzyczny. Uwielbiała słuchać muzyki przy gotowaniu. O tak, ona gotowała. I to coraz lepsze, bardziej wyszukane dania. Nie siedziała w domu cały czas, ale wzięła sobie teraz kilka dni wolnego. I miała czas na ulepszanie swoich zdolności. Każda piosenka przypominała jej jakąś wspólną chwilę, wyjazd, wydarzenie, spotkanie. Zawsze tak miała. Czasem utwory przywodziły jej na myśl ludzi, których już dawno nie znała, lub miejsca, których już nigdy nie odwiedzi. Czasy, do których nie wróci, choć nie była pewna, czy chciałaby wracać. Była szczęśliwa tu i teraz. Na zawsze. I nic już nie mogło tego zmienić. Miała poczucie, że do tej pory przeżyła wszystko, co chciała. Przeżyła to do końca i dlatego przyszedł czas na nowe doświadczenia. Na nowe życie, w którym będzie naprawdę odpowiedzialna za kogoś. Na związek, który nigdy się nie skończy, mimo najdramatyczniejszych wydarzeń. Związek matki z dzieckiem. Przestała na chwilę mieszać mus brokułowy. Popatrzyła nieprzytomnie w przestrzeń. Czy tylko taki związek, krwi, genów, tradycji, jest w stanie przetrwać wszystko? Coś jakby zakuło ją w sercu. Przez doświadczenia z „poprzedniego życia” tak właśnie myślała. Mimo, że była go pewna. Pewna swojego mężczyzny, ojca swojego dziecka, własnych uczuć do niego. Zdecydowanie.
Dopiero teraz zrozumiał, kiedy kolejna jednonocna nieznajoma zatrzasnęła za sobą drzwi, czego mu brakuje. Na pewno nie tego, że kilka minut zajmuje mu rano przypomnienie sobie imienia towarzyszki śpiącej obok. Nie chciał tak żyć do nie-wiadomo-kiedy. Ale z drugiej strony nie był pewien, czy jest gotów na jakieś poważne zobowiązania. Przede wszystkim nie znał odpowiedniej kandydatki. Owszem, może był wybredny. Ale większość dziewczyn, które spotykał, uważał za zdesperowane lub po prostu głupie. A on potrzebował kogoś, z kim mógłby spokojnie pooglądać mecz, przy kim mógłby zasnąć w kinie i nie czuć się winnym. Kogoś, kto nie czułby zażenowania w jego towarzystwie, nawet podczas najgorszych wygłupów (które od liceum wciąż uskuteczniał). No i żeby było się kim pochwalić przed kumplami, kim wykręcić, kiedy nie miał ochoty na kolejną męską popijawę. Nie wiedzieć czemu przez myśl przeleciało mu imię. Jednej z jego byłych dziewczyn. Pomyślał, że przecież to było tak dawno temu. Że czemu pomyślał akurat o niej i czemu tego imienia nigdy nie musiał sobie przypominać. Szczenięca miłość, idiotyzm. Chociaż swoją drogą ciekaw był, co tam u niej słychać. Spyta może jakichś wspólnych znajomych, kto wie…
Patrząc na ogień, leżała z głową wspartą o jego bark. Było jej tak bezpiecznie, ciepło, błogo. Słyszała jego spokojny oddech. Kochała go. Najbardziej na świecie. Nie brała pod uwagę, że mogłoby się to kiedyś zmienić. Przymknęła oczy. Poczuła delikatny pocałunek w czoło. Uśmiechnęła się do siebie. To był ten facet. Jedyny, ostatni. Jak kiedykolwiek mogła zadowolić się kimś innym? Jak mogła tak rozpaczać po stracie poprzednich, skoro dzięki nim teraz naprawdę docenia to, co ma?
Od tamtego dnia myśl o niej, stała się jak obsesja. Wydawało mu się, że wszędzie ją widzi, wspomnienia nagle odżyły, jakby minęło zaledwie kilka miesięcy, a nie lat, od ich ostatniego spotkania. Spytał raz, mimochodem, czy ktoś nie wie, co u niej, ale ciężko było bez żadnych podejrzeń, przypomnieć kompanom o kogo chodzi. Musiał znaleźć inny sposób, żeby ją odnaleźć. Nie zastanawiał się za bardzo, czemu akurat ją chciał znaleźć. W jego życiu było kilka dłuższych i poważniejszych związków, lepszych dziewczyn, ciekawszych przygód. Odnosił wrażenie, jakby między nimi nie stało się wszystko, co miało się stać. W końcu to on ją zostawił. Teraz widział, że zrobił to niepotrzebnie, właściwie bez powodu, dla życia, którym w tym momencie gardził. Nie warto było. Wieczorem, leżąc przed telewizorem, zastanawiał się, czy ona też ogląda ten mecz. Myślał o tym, co może innego robić, z kim być, jak teraz wyglądać. I czy w ciągu tego całego czasu pomyślała o nim choć raz. Teraz nie był już tego taki pewien, jak kiedyś. Kiedyś wydawało mu się, że czuje wokół siebie jej myśli prawie non stop. Była w nim tak bardzo zakochana... ale nie dramatyzowała, nie robiła scen, nie wysyłała „niechcący” smsów po rozstaniu. Zniknęła, tak jak wtedy sobie zażyczył. A teraz tego żałował. Zasypiał mając nadzieję, że ona też za nim tęskni.
Leniwym wzrokiem błądziła po zielonym ogrodzie. Lubiła w nim przebywać, tak bardzo oddalał ją od codzienności. Było ciepło, jak na tę porę roku. Ciepło, słonecznie, przyjemnie. A ona była szczęśliwa, choć nigdy by w to nie uwierzyła.
Szybkim krokiem próbował przedostać się między rodzinami z dziećmi i starszymi paniami, żeby jak najprędzej dotrzeć do półki z piwem. Automatycznie zgarnął po drodze kilka paczek czipsów i sok. Chciał już być w domu, zasiąść przed ekranem i delektować się prymitywnym towarzystwem swoich kumpli. Omiótł wzrokiem sektor browarów i uśmiechnął się na widok kobiety próbującej dostać do najwyższej półki. Tym bardziej, że piwo, które starała się zdjąć było dobrej jakości. Mówiąc prościej – jego ulubione. Kumple mogą poczekać chwilę, a on przecież nic nie straci, jeśli jej pomoże (zwłaszcza, że miała całkiem fajną figurę). Podszedł cicho i jednym ruchem ręki podał nieznajomej towar uśmiechając się przy tym. Ale wyraz jego twarzy zmienił się dość szybko, tak samo jak jej (słowo „dziękuję” zastygło na jej ustach zanim zdążyła wypowiedzieć choćby jedną głoskę). To była ONA. Mimo, że zmieniła nieco kolor i długość włosow, a jej twarz nabrała dojrzalszych, szlachetniejszych rysów, wiedział, że to ONA.
Usiedli w jakiejś przytulnej knajpie (do której ona zawiozła ich swoim samochodem). Zamówiła owocową herbatę. Pamiętał, że uwielbiała ją od zawsze. On natomiast odruchowo poprosił o piwo. Musiał jakoś odreagować, przyzwyczaić się do myśli, że udało jej się opanować kodeks drogowy i zdać za pierwszy razem prawo jazdy, do którego on nawet nie starał się podchodzić. - Naprawdę mnie zaskoczyłaś tą swoją nową umiejętnością. – rzucił również odruchowo i ugryzł się w język. Jego natura nie powinna mu pozwolić na ten tekst. Pomyślał jednak, że jeśli niewiele się zmieniła, to komplementy i uległość zaprowadzą go prosto do jej serca. Tak, jak wtedy, gdy byli razem. Ale czy naprawdę mógł liczyć, że w tej kwestii była nadal taka sama? - Myślę, że nie tylko tym cię dzisiaj zaskoczę. – ten uśmiech. Ten błysk w oku. Ten ton i sposób wypowiedzi. Błagał w myślach, żeby się obudzić teraz, jeśli śni. I zaskoczyła go. Zrobiła karierę, usamodzielniła się. Potrafiła gotować i piec (przynajmniej tak mówiła). Robiła to, co zawsze chciała robić i wychodziło jej to dobrze. Nauczyła się nawet rysować, widział to po zgrabnych rysuneczkach, które od niechcenia tworzyła na serwetkach. Gdy się spotykali też to robiła, ale wtedy wychodzące spod jej ręki bazgroły nie przypominały niczego szczególnego. Bał się pytać o jej życie prywatne, bał się pytać, czy za nim tęskniła. Ale kolejne kufle złotego napoju znikały w jego organizmie dość szybko i granice przestały pękać. Poczuł się jak te kilka dobrych lat temu, kiedy siedzieli razem w knajpie kilka godzin, ona czytała, a on starał się zapamiętać te chwile i nadać im należytego sensu. Ale zobaczył ten sens dopiero niedawno, kiedy zrozumiał, że nigdy nie wróci do tamtej chwili i nie poczuje jej zapachu. Poza alkoholem był jeszcze jeden czynnik tego flashback’a – ona. Nie zmieniło się jej poczucie humoru, grono najbliższych przyjaciół, ulubione programy i książki. Śmiała się tak samo, tak samo oddychała, tak samo mrużyła oczy popijając łyk swojej herbaty i tak samo dużo mówiła. Choć może teraz bardziej poważnie. I patrzyła na niego. Z tym niesamowitym zainteresowaniem, podziwem, może nawet zachwytem? Nie. Nawet jego stan nie pozwoliłby mu uwierzyć w takie szczęście. W możliwość, że ona też...
Nie zdziwiło ją to spotkanie. Nie zdziwiło ją jeszcze ani jedno wypowiedziane przez niego zdanie, słowo, myśl. Nie zaskoczył żaden gest, pytanie. Nic się nie zmienił. To znaczy zmienił się, ale dokładnie tak, jak przewidziała. I pojawił się dokładnie w tym momencie, kiedy uważała, że już nigdy się nie zobaczą. Dlatego właśnie wiedziała, że w myśl wszelkich praw Murphie’go teraz to nastąpi. Był tak samo niedojrzały i naiwny w swojej ambicji, jak wtedy, kiedy ją zostawił. Zachowywał się jak dziecko, które nagle przypomniało sobie o gdzieś kiedyś porzuconej zabawce. Dziecko, które kiedyś bardzo kochała i które do dziś nie straciło…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Atomówka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…