Dom Zachodzącego Słońca
powiastka o naszym świecie. Tekst niekrótki, dlatego zachęcam raczej do czytania off-line.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Występują: Patryk Małgosia Marcin Laura Igor
AKT I Scena 0
Proszę państwa, oto ranek w naszym Domu. Słońce pada przez okno w moim pokoiku. Słońca nigdy, proszę państwa nie dotknąłem, ale nie wszystko muszę dotknąć, żeby to nazwać. Ranek w naszym Domu. Zegar wskazuje godzinę szóstą za piętnaście minut. Za chwilę, o godzinie szóstej, zaskrzypią drzwi Małgosi. Małgosia wstanie, by przygotować śniadanie i zobaczyć ogólnie, jak dom ma się po nocy. Klapki na twardej – za twardej jak na kapcie – podeszwie będą stukać o każdy schodek dopóki Małgosia nie zejdzie na dół. Potem, o szóstej trzydzieści, wstanie Marcin. Otworzy drzwi, ale ja tego nie usłyszę, bo jego drzwi nie skrzypią. Stanie w tych drzwiach, przeciągnie się raz i drugi, głośno i przeciągle ziewnie. Szybko zbiegnie na dół na gotowe już śniadanie. O szóstej czterdzieści dopiero wstaję ja. Wiem, proszę państwa, że jest za piętnaście szósta, a ja nie śpię. Jak to nie śpię – spytacie – skoro mam spać i obudzić się dopiero o szóstej czterdzieści? Odpowiedź jest prosta: ja teraz śpię, proszę państwa. Tak, śpię. Czy ktoś widzi, że ja nie śpię? Jak to ma widzieć – parskniecie – skoro drzwi do mojego pokoju są zamknięte i otworzą się dopiero o szóstej czterdzieści? Skoro nikt nie widzi, że nie śpię, to znaczy, że śpię. Odpowiedź jest prosta. O szóstej czterdzieści otworzę drzwi mojego pokoju na korytarz i zejdę na dół. Na dole nie będzie już takiego słońca jak w moim pokoju. Marcin przez dziesięć minut zdąży już zjeść śniadanie i minie mnie w drzwiach, kiedy już będę wchodził do kuchni. Pozostawiane przez niego brudne naczynia będą zajmować cały stół. Wezmę swoją porcję, przesunę półmisek z resztkami pomidorów z cebulą po Marcinie i w ten sposób zrobię sobie trochę miejsca na stole. Śniadanie zrobione przez Małgosię będzie pyszne. Będę jadł powoli, bo Laura wstaje dopiero przed ósmą. Będę jadł powoli, rozkoszował się smakiem i patrzył na Małgosię, jak zręcznie uwija się w ogródku. Na początku będzie chodzić z konewką od studni do wszystkich grządek, do siódmej dziesięć. Potem będzie wybierać marchewki na obiad, urwie też trochę szczypiorku i koperku. Trwać to będzie do siódmej dwadzieścia. Potem Małgosia zniknie z mojego pola widzenia, bo będzie z drugiej strony domu rozwieszać pranie. Mnie to wcale nie będzie przeszkadzać, teraz już z każdą minutą coraz bliżej będzie do ujrzenia Laury. Będę patrzył, jak przesuwa się długa wskazówka na dużym zegarze z wahadłem stojącym w pokoju, który widać przez drzwi. Będę wolno pił herbatę, patrząc na zegar, zamknę na chwilę oczy i będę marzyć. Marzyć, że za chwilę, gdy te oczy otworzę ujrzę nie zegar, tylko Laurę. Laurę w jednej ozdobnej japoneczce i zarzuconym na jedno ramię satynowym szlafroczku. Jednak wiem, że po otwarciu oczu, zobaczę zegar. Będzie jeszcze za wcześnie. Laura zejdzie do kuchni o siódmej czterdzieści pięć. Nie będzie słychać jej kroków na schodach i będę się zastanawiał, czy ona na pewno z nich nie sfrunęła jak ta jej bluzka, która wiatr porwie ze sznurka Małgosi o siódmej czterdzieści trzy i Małgosia będzie ją gonić aż do grządki z marchewkami. Zauważę ja dopiero przy jabłoni i tak skutecznie pochłonie moją uwagę, że nie zauważę, że Laura jest już za zegarem i będę musiał wstawać, żeby czym prędzej opuścić kuchnię. Ta sekunda o siódmej czterdzieści pięć, kiedy będziemy mijać się w drzwiach, będzie najpiękniejszą chwilą całego dnia. Poczuję wtedy jej zapach, zapach jej snów, z których dopiero się przebudziła. Słodkich snów. Nie zapytam, co się jej takiego przyśniło, będę musiał iść do pracy. Ten jej zapach... Pójdę pracować do pokoiku naprzeciwko kuchni. Stamtąd widać będzie tylko leżącą niedbale na podłodze przy nodze krzesła jej japoneczkę. Obejrzę się raz o siódmej pięćdziesiąt dwie i wtedy ją zobaczę. Moja praca – jeśli państwo pytają – polegać będzie na sumowaniu liczb. Będę sumował je metodą pisemną, podpisując jedną pod drugą. Gdy o siódmej czterdzieści sześć dotrę wreszcie do biurka w moim gabinecie, znajdę już na nim stosy kartek z liczbami do zsumowania. Zostawi je tam Igor. Tak mi się wydaje, że to on je zostawi, bo przecież ja ani Wy, moi państwo, nie usłyszymy, żeby Igor wychodził ze swojego pokoju na strychu. A przecież słuchamy uważnie. Będziemy słyszeć, tylko tajemnicze odgłosy dochodzące z jego pokoju. Odgłosy, jakich nie usłyszymy nigdzie w całym domu. Takich odgłosów nie usłyszymy przez cały dzień. Ale wcale nie będzie nas, moi państwo, ciekawić, co on tam robi. Bo to jest Igor, moi mili. Igor. Ci…! Bo usłyszy. Nie będziemy się ciekawić. Wyliczymy dokładnie, jak najlepiej umiemy, te rachunki, które nam zostawi. I będziemy dumni, że uczestniczymy w czymś tak wielkim, co robi Igor w swoim pokoju na strychu i co wydaje takie tajemnicze odgłosy. Tak, będziemy dumni, moi mili państwo. A Igor też zejdzie na śniadanie. Ale już długo po tym, jak Laura opuści kuchnię i pójdzie do siebie. I długo po tym, jak Małgosia pozmywa wszystkie naczynia, naszykuje Igorowi śniadanie i pójdzie myć schody wejściowe do domu. Nie będzie wcale słychać, kiedy Igor będzie schodził na śniadanie. Nie będzie słychać jak je. A ja, gdy się będę odwracał, jak wcześniej, by zobaczyć japoneczkę Laury, nie będę widział jego butów. Gdy Igor z powrotem zamknie się na swoim strychu, do kuchni wróci Małgosia i wyrzuci po nim resztki do kosza. A ja nie będę wiedział, że to wcale nie są resztki. Że w rzeczywistości Igor wcale nic nie jadł. Będę robił potrzebne Igorowi rachunki. Wielki zegar z wahadłem na dole wybił szóstą. Zaskrzypiały drzwi Małgosi. Podeszwy jej klapek – za twarde jak na klapki – stukają o każdy stopień schodów...
AKT II Scena 0
Tak… mili państwo, wielki zegar z wahadłem wybija godzinę piętnastą. Nie ma rady – za chwilę trzeba będzie skończyć rachunki. Starannie złożyć je na kupkę i zrobić sobie przerwę na obiad. Czuć już jego zapach od czternastej dwadzieścia pięć. Będzie zupa jarzynowa ze szczyptą tej niezwykłej przyprawy, która ma taki aromat. Na drugie… Nie, proszę państwa, jeszcze nie idziemy, teraz jeszcze je Laura. Na nas przyjdzie pora dopiero o piętnastej dwadzieścia. Niech państwo zapamiętają i niech nie próbują wychodzić wcześniej. Dopiero o piętnastej dwadzieścia zaraz po tym, jak usłyszą państwo stukanie japoneczek Laury o podłogę w hallu. Ale nie wtedy, tylko zaraz po tym. Na początku będą uderzać cichutko: wtedy Laura będzie jeszcze w kuchni, potem coraz głośniej – Laura przejdzie do hallu, później coraz głośniej i głośniej – wydawać się już będzie, że to już teraz, że to teraz już jest najgłośniej, ale nie… będzie wciąż głośniej i głośniej…,aż w końcu ucichną – Laura będzie już na dworze. Wtedy będziemy mogli wyjść, moi państwo, nie wcześniej. Wiem, moi państwo, że wtedy zobaczylibyśmy Laurę, no ale niestety nie możemy. Nie możemy. Po prostu. Musimy cierpliwie czekać do dwudziestej. Tak, proszę państwa, będziemy musieli czekać. O dwudziestej zobaczymy Laurę. Odsłonimy delikatnie zasłonkę w oknie naszego pokoiku… Niech państwo nie wychodzą!!! Nie teraz!!! Czy państwo nie mogą zrozumieć, że zobaczymy Laurę?! Zobaczymy ją, o dwudziestej, właśnie chcę Wam o tym opowiedzieć. Więc, słuchajcie, a najlepiej to usiądźcie sobie – tam w rogu – na tapczanie. Usiądźcie i słuchajcie, właśnie chcę wam o tym opowiedzieć. Złożę tylko te rachunki, bądźcie cierpliwi. Trzeba być cierpliwym. Trzeba, mili państwo. Bądźcie cierpliwi… Jeszcze przez chwilę… O, już. Więc o dwudziestej delikatnie odsłonimy zasłonkę w oknie naszego pokoiku i ujrzymy za szybę spacerującą po lesie Laurę. Pięknie będzie wyglądać w tej swojej białej, uszytej jakby z prześcieradła, sukieneczce. Będzie zbierać kwiaty i wtulać się w wieczorne powietrze. Na dworze będzie jasno, mimo późnej pory, bo księżyc będzie jasno świecił, a na niebie nie będzie żadnej chmury. I będzie pogoda. Piękna pogoda jak zawsze. Będzie spacerować po zimnej trawie. Boso… Tak chyba boso, będziemy musieli się przyjrzeć. I Wy będziecie się przyglądać, mili państwo, jeśli tylko zechcecie. Może Wy mi wreszcie powiedzieć, czy Laura jest boso czy będzie mieć na sobie jedne z tych swoich zwiewnych japoneczek. Może będą jasne, może białe, może przezroczyste, tak, żeby pasowały do jej stroju. W niej jest taka słodka niedbałość, nieład, ale to wszystko jest zaplanowane. Ona wie, że to ją czyni piękną. Ale przestańmy gadać. Oto trochę mocniej zawiewa wiatr. Ze spiętych wysoko włosów wypada jeden kosmyk i tańczy na wietrze. Jedno ramiączko niewinnie opada jej aż do łokcia. Ach, dotknąć jej!... Nie łudźmy się, moi państwo, nie dotkniemy jej. Będziemy czuć tylko jej zapach rano w kuchni, będziemy wyobrażać sobie, cóż takiego jej się śniło, będziemy tańczyć z wirującym na wietrze kosmykiem jej włosów, będziemy uśmiechać się lekko, gdy opadnie ją ramiączko, będziemy zaciskać usta, gdy za to nieskazitelne ramię Marcin szarpnie ją zupełnie bez wyczucie i gdy bez należytego jej szacunku złapie za szyję… Ale nie dotkniemy jej, mili państwo, nie dotkniemy jej. Nie dotkniemy jej nigdy. Nigdy. Państwo nie wiedzą, co oznacza słowo „nigdy” i nawet nie są w stanie tego sobie wyobrazić. To o wiele więcej niż dzień. Nigdy będzie ciągnąć się jeszcze długo po tym, jak zgaśnie słońce. Nigdy nie dotkniemy Laury, chociaż będzie nam się to śnić w nocy. Nie, my wcale nie chcemy jej dotknąć. Wcale nie chcemy… Ale patrzmy – zrywa się wiatr. Marcin szarpie Laurę za ramię. Laura odwraca się, a wiatr porywa jej sukienkę i chce ją zerwać z Laury całą. Misterny splot na głowie rozpada się tak, że włosy tańczą, jak same chcą i jak wiatr im każe. Zasłaniają zupełnie twarz Laury. I już nic nie widzę. Znaczy widzę Marcina, jak chwyta ją za szyję, jak opiera ją o drzewo, jak dotyka jej nogi coraz wyżej i wyżej, widzę jego łapczywe ręce… Ale wtedy musimy już iść. Weźmiemy resztki kolacji po Igorze i zejdziemy na dół dalej pracować. W ostatniej chwili jednak zobaczymy wśród włosów ogromne i czerwone usta Laury. Będą one lekko rozchylone… Tak, mają państwo rację, dochodzi już piętnasta dwadzieścia, za chwilę będziemy iść. Ale jeszcze nie teraz – państwo wiedzą! – teraz kroki są jeszcze cichutkie – Laura jest jeszcze w kuchni. Kroki są z każdą chwilą głośniejsze i wydaje się, że to już teraz, tak teraz!… Że teraz są najgłośniejsze i za chwilę będziemy wychodzić… Ale to jeszcze nie teraz, kroki są coraz głośniejsze i słychać je jeszcze. Czekajcie!... Kroki milkną. Tak, teraz możemy wyjść. Chodźmy więc.
AKT III Scena 0
Tak, proszę państwa. Jest dwudziesta trzydzieści, a ja schodzę na śniadanie. W ręku niosę talerze z kolacją, które Małgosia zostawiła na stoliku pod drzwiami prowadzącymi na strych Igora. Kolacja jest nawet nietknięta. Moje kroki słychać w całym domu, państwo też słyszą, prawda?... Prawda?... Prawda, proszę państwa?... Proszę państwa?... Proszę państwa, gdzie państwo są, dlaczego nie idziecie za mną? Jesteście moją wycieczką! Dziś Was oprowadzam musicie iść zaraz za mną! Czemu nie słyszę Waszych kroków??? Patryk odwrócił się, by zobaczyć, gdzie się jego „państwo” podziali. Nie powinien był się odwracać. Ale odwrócił się i zobaczył Igora. Igor miał ciemne włosy związane w kucyk i patrzył na niego podkrążonymi oczami zza okularów. $T#$^*%&*^#&*^()&*)^%()*%^()*&%)*(^&%(*^%*(&^%(*&%*(^%(^%&(%^(&^%(^%(^%(*^&%*(&$)(@*(_+)*)%*(^%()#%^_)#%&_#%*_+#*%)#_(%*)(^&*)_(&^()*_(#*()_*
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil powietrze
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…