Droga ku wolności - całość
Dwoje nastolatków przenoszą się niefortunnie w czasie do roku 1939 wprost w wojenny kocioł. Nie są jednak sami. Obserwuje ich pewien nieznajomy, który również nie należy do tamtego czasu. Opowiadanie łatwe na początku, rozkręcające się w miarę czytan
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nieznana rzeczywistość pochłonęła go niczym ciemna pustka kosmosu. Był przerażony, a jednocześnie czuł, że tam, dokąd zmierza czeka na niego szczęście i harmonia. Wierzył, że zostanie tu na zawsze i nikt nie odbierze mu radości z nowego życia. Mylił się... Wizja wiecznej radości oddalała się coraz dalej i dalej. Pozostał sam. Otoczony przez nicość próbował zrozumieć gdzie jest i dlaczego się tu znalazł. Nie dopuszczał do siebie myśli, że może to być miejsce potępienia. Miejsce, z którego nie ma ucieczki i gdzie każdy cierpi za swoje winy. Nagły wstrząs przeszedł przez całe jego ciało. Upadł na kolana. Czuł, że to koniec, koniec jego duszy. Zaraz umrze tak samo jak jego ciało. W agonii opadł bezwładnie na ziemię, a jego pierś poruszała się jeszcze przez kilka sekund, po czym zamarła.
****
Obudziła go czyjaś ręka, która nerwowo szarpała za jego ubranie. Leżał na czymś, co szeleściło przy najmniejszym nawet ruchu. Powoli zaczynał rozróżniać dochodzące do niego dźwięki. Ktoś wołał jego imię, jakby w rozpaczy. Chciał się odezwać, ale nie miał dość siły, aby otworzyć usta. Ostrożnie otworzył oczy. Cały obraz zlał mu się w jedną szarą plamę, która zaczęła znikać dopiero po dłuższej chwili. Najpierw zauważył kontury postaci klęczącej przy nim, a dopiero potem dostrzegł jej oblicze. Osoba ta miała radosny wyraz twarzy, lecz przepełniał ją niepokój i zdenerwowanie. Przestała już potrząsać za ramię leżącego i rzekła cicho: - W końcu się obudziłeś. Myślałem, że umarłeś. Wszystko dobrze? - Eeah – wystękał rozmówca – Jestem... Gdzie ja jestem? - Licho wie. - Paweł? - Tak to ja. Dobrze się czujesz? - Eee wszystko mnie boli. Co się stało? – W jednej chwili twarz Pawła spochmurniała i nabrała wściekłości. - Co?! Już zapomniałeś, co zrobiłeś nad urwiskiem?! – Rzekł przez zaciśnięte zęby. – Powinienem cię ukatrupić za to! Zresztą nie mam ochoty ci tego opowiadać od nowa! Wstał i oparł się o znajdującą się za nim ścianę. Cały czas wpatrywał się w swojego przyjaciela jakby miał ochotę zaraz go zabić. Ten dźwignął się na łokciach i rozejrzał dookoła. Znajdowali się prawdopodobnie w jakiejś stodole, na co wskazywały stosy słomy i siana za nimi. Gdzie się znajdują i jak tu trafili? Takie pytania kłębiły się w ich głowach odkąd się obudził. Po krótkiej chwili Paweł podszedł do kolegi, który zaczął niezdarnie wstawać i rzekł: - Nie męcz się, pomogę ci. – złapał go za łokcie i podciągnął go do góry. - Dzięki. – powiedział – Jakiś pomysł, dlaczego tu jesteśmy? Porwali nas? - Raczej nie. – Paweł spojrzał w miejsce gdzie znajdowało się wejście do budynku – Drzwi są otwarte, a my nie jesteśmy nawet związani. - Więc co? – kolega Pawła wyglądał na zdenerwowanego – Tak naprawdę to nie powinniśmy żyć. A nawet jeśli, to nie wyszlibyśmy z tego bez szwanku i do tego powinniśmy być teraz w szpitalu... - Zapomnij. Nikt nie przeżyłby takiego upadku. Nie wiem co o tym myśleć. Może rozejrzyjmy się trochę po okolicy. Jak będziemy mieli szczęście to znajdziemy jakiś transport do domu. – Paweł podszedł do drzwi i uchylił je. Jednocześnie spojrzał do tyłu, gdyż kątem oka zobaczył, że jego przyjaciel wciąż stoi w miejscu. – Krzysiek, idziesz czy nie? - Idę, idę.
****
- No to pięknie. – rzekł Paweł rozglądając się dookoła – Ale zadupie. Przy stodole stały jedynie 2 małe domki, w których prawdopodobnie mieszkali ludzie, choć po stylu tychże domostw można było w to wątpić. Za budynkami, jak okiem sięgnąć, ciągnęły się pola uprawne oraz sady ogrodnicze. - Gdzie my jesteśmy? – odezwał się po chwili Krzysiek – Co za wioska. Kto nas tutaj przywiózł? - Nie wiem, ale pomożesz mi go skopać jak go znajdziemy. - Zgoda. Przy jednym z domków stał zaparkowany staroświecki model Mercedesa, podobny do tego jaki Krzysiek widział w filmie na temat pierwszej wojny światowej. - Hm. Skąd oni wytrzasnęli takiego grata? – spytał Paweł - Nie wiem. Może chodźmy do nich i zapytajmy gdzie jesteśmy. - Można spróbować. Oboje podbiegli w kierunku większego z budynków. Architektura domu sprawiała wrażenie jakby pochodziła z poprzedniej epoki. Jedynie samotne okno i małe drewniane drzwi zdobiły frontową ścianę. Stanęli w progu i zawahali się. W końcu Krzysiek podszedł bliżej i zapukał lekko, ale nic się nie stało. Spróbował jeszcze raz, tym razem znacznie silniej. Po dłuższej chwili Paweł zauważył, że ktoś im się przygląda z okna po prawej stronie. Nie mógł jednak dojrzeć kto to jest, gdyż utrudniały mu w tym zawieszone zasłony. Ktoś otworzył drzwi. „Nareszcie” - pomyślał Krzysiek niecierpliwiąc się. Przed nimi stanęła niska kobieta, około czterdziestki z chustką na głowie i mokrą ścierką w ręce. Miała na sobie pobrudzony fartuch kuchenny. Milczała spoglądając to na jednego to na drugiego z przyjaciół. - Dzień dobry, chcieliśmy zapytać... – zaczął Paweł, lecz nie dokończył, gdyż drzwi zamknęły się z hukiem. Ci, którzy podglądali ich wcześniej szybko odeszli od okna. Zaraz po tym dał się słyszeć głos jakiejś kobiety w mieszkaniu:„Władek, wołaj policję!” - Policja? Za co? Nic nie zrobiliśmy! – krzyknął Krzysiek, po czym widząc, że nie ma tu już nic do roboty razem z kolegą pobiegł w stronę drogi, która znajdowała się blisko stodoły. Droga nie była utwardzana. Widać było dziury i nierówności. Nie dziwiło ich to, gdyż uważali, że znajdują się gdzieś na wsi, albo co gorsza na jakimś odludziu. - Co im odbiło? – rzekł Paweł, gdy szli przed siebie. - Nie wiem. Widziałeś jak na nas patrzyła? Może nie spodobał jej się twój czarny dres. – zażartował Krzysiek - Ty się nie odzywaj, bo na ciebie też krzywo patrzyła. – Paweł wskazał palcem na ubiór kolegi. - Eh. Nie widać żadnych domów jak okiem sięgnąć. – rzekł jego towarzysz nie zwracając na niego uwagi. Nastała długa chwila ciszy, po czym Paweł zwrócił się do kolegi: - Ej... Widzisz? – wskazał palcem na czarny punkcik znajdujący się dokładnie naprzeciwko nich tuż nad drogą. - No chyba... Co to jest? Może jakiś samochód? - Zapytamy go, gdzie się znajdujemy. Może, jeśli będzie uprzejmy to nas podwiezie. - Wierzysz w to? - Nie – odpowiedział Krzysiek z ironią. Po kilku minutach czarny, połyskujący samochód podobny do garbusa podjechał do dwójki, która stanęła na krawędzi drogi. Wyszedł z niego człowiek w ciemno-brązowym płaszczu z rewolwerem w ręce. Dopiero teraz Paweł zauważył mały, niebieski napis na lewej burcie samochodu:„Policja”. Stróż prawa powoli podszedł do nich i rzekł miłym, ale wyzywającym głosem: - Rączki koledzy. – ręką, która trzymała pistolet dawał im do zrozumienia, żeby nie próbowali żadnych sztuczek. Oboje podnieśli ręce do góry i uważnie obserwowali policjanta. On także odwzajemniał te spojrzenia przyglądając się ubraniom przyjaciół. - Ale proszę pana, my nic nie zrobiliśmy. Chcieliśmy tylko... – Krzysiek chciał jakoś usprawiedliwić tą sytuację, ale mężczyzna przed nimi chyba nie dał się przekonać, gdyż przerwał im szybko i odpowiedział: - Cicho! Ja tam znam wasze sztuczki! Zabieram was na posterunek. - Ale... Nie dokończył, gdyż policjant podszedł do niego i przystawił mu lufę do skroni. - Chcesz coś dodać? - Nie, przepraszam, przepraszam. - Do auta, już! Oboje wsiedli na tylne siedzenie do małego samochodu, a stróż nie spuszczając z nich oczu usiadł za kierownicą i dopiero po chwili, powoli ruszył w stronę z której przyjechał. Czuli, ze podróż będzie trwała dość długo, głownie z powodu osiąganej przez pojazd prędkości. Paweł spojrzał na swój zegarek. Dochodziła jedenasta. Przybliżył się do brudnego okna, ale nie zobaczył słońca. Całe niebo, pokryte było szarymi chmurami, które lada moment mogły spuścić na ziemię deszcz. Kierowca raz na czas wykonywał dziwne gesty, których przyjaciele nie mogli zidentyfikować i przeczuwali, że coś jest nie tak. Po kilku minutach jazdy dojechali wreszcie na miejsce. Gdy wysiadali z pojazdu, przy asekuracyjnym spojrzeniu policjanta zauważyli, że znajdują się w jakimś bliżej nie określonym mieście. Nawet nie zauważyli jak zmieniał się krajobraz z wiejskiego na zurbanizowany. Czyżby spali? Paweł spojrzał ponownie na zegarek i zaniemówił. Była prawie trzynasta! - Miło się spało? – zagadnął drwiąco mężczyzna. - Co nam zrobiłeś? – zapytał Paweł pełen oburzenia. - Eh – westchnął stróż, po czym wyciągnął małą plastikową buteleczkę podobną do dezodorantu. – Dał nam to nasz kolega na wypróbowanie. Widzę, że działa znakomicie! Oh, żal mi was chłopaki. Nawet nie wiecie jak się tu dostaliście. – zaczął się śmiać, chociaż nie było nic śmiesznego w tym, że potraktował ich gazem usypiającym. Dziwne jest tylko to, że on sam nie zasnął. Nie przestając się śmiać wskazał rewolwerem na mały prostokątny budynek, przy którym zaparkował. Nie był on wysoki, lecz nadawał się na mały posterunek „Policji Państwowej” – tak brzmiał napis tuż nad drzwiami. Weszli do środka i od razu uderzył w nich zapach, świeżo nałożonej na ściany farby. Szli wąskim korytarzem, po prawej stronie zobaczyli szybę sięgającą od pasa w gore, przez która widać było sąsiedni pokój. Siedział w nim sędziwy policjant, który zachłannie zaciągał się swoim papierosem. Na ścianie wisiał portret jakiegoś wąsatego mężczyzny. Pod zdjęciem było napisane:„Ku pamięci Generała Piłsudskiego”. Co jest kurwa? – pomyślał Paweł. Stróż kazał im wkroczyć do niego, po czym odezwał się do swojego kolegi: - Byłem na patrolu i dostałem wezwanie. To są te gagatki, którzy zabijali bydło u Makowskich. – teraz ściszył głos, tak żeby Krzysiek z Pawłem nie usłyszeli co mówi. – Zobacz jak są dziwnie ubrani. Co o tym myślisz? - Jakie bydło? – zaprotestował Krzysiek - Cisza tam! – warknął policjant w płaszczu - Sądzisz, że to szpiedzy niemieccy? – szepnął palący. - Przetoczyło mi się to przez głowę. Ale z drugiej strony są za młodzi. Na moje oko mają po 16-17 lat. - Niemcy są sprytni. Wysłali młodocianych, aby zbierali informacje. Nie wolno ich lekceważyć. – zaciągnął się papierosem, po czym spojrzał na stojących pod ścianą kolegów. - Zadzwoń po naszego specjalistę. On z nich na pewno coś wyciśnie. – uśmiechnął się stary. - Heh. No to do celi! Ruszać się! – krzyknął na stojących, którzy natychmiast spełnili żądanie widząc kierowany w ich kierunku pistolet. – Będziecie tu siedzieć do przyjazdu naszego speca od wyciągania informacji. Hehe Mężczyzna zamknął drzwi od celi i wyszedł z pokoju. Przez pierwsze kilkanaście minut stary bacznie obserwował nowych więźniów, po czym gdy mu się to znudziło zaczytał się w gazecie, która leżała na biurku. W celi nie było najwygodniej, gdyż była ciasna i prawdopodobnie przystosowana dla jednej osoby. Po jednej stronie na całej szerokości znajdowało się łóżko. Oboje spoczęli na nim i milcząc wpatrywali się w przeciwległą ścianę. Paweł usiadł po turecku i oparł głowę o swoją pięść. Prawdopodobnie nad czymś myślał, ale Krzysiek nie potrafił odgadnąć nad czym. Nic nie szło po ich myśli. Cały czas zdarzało się coś co wymykało im się spod kontroli. - Nie chciałem, żeby tak się stało. – szepnął Krzysiek po długiej chwili milczenia. – To miało spotkać tylko mnie. Tylko ja miałem zginąć. - Jakoś ci się to nie udało. – odrzekł Paweł sarkastycznie. – myślałem, że się zatrzymasz, jak tam wejdę... - Próbowałem... a zresztą po co tam wchodziłeś? – powiedział Krzysiek z wyrzutem - Bo nie chciałem, żebyś sobie zmarnował życia, przez taką głupotę. - Ono i tak było już zmarnowane... – rzekł po chwili - Gówno prawda! – zdenerwował się Paweł – To była najgłupsza rzecz jaką zrobiłeś. Kończyć życie w ten sposób. Nie miałeś po co żyć, czy co? - Jeśli miałbym to czy zjeżdżałbym ze skarpy? - Ona w końcu ci powiedziała? Że nie jesteś tym na kogo czekała? Tak? - Po części tak. Nie chciała się ze mną widzieć. Powiedziała, żebym już się do niej nigdy nie odzywał. Ona nawet nie wiedziała co do niej czułem...Poza tym i tak nic by z tego nie wyszło. - Eh... – przerwał i położył się na plecach – Prześpię się trochę.
****
Do pokoju wszedł chudy, lecz wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu z przyciemnianymi okularami. Ubrany był w niebieskie jeansy i białą koszulę schowaną pod wierzchnim nakryciem. Podszedł do starego i wyłożył na jego biurko swoją brązową teczkę, którą trzymał schowaną pod płaszczem. - Ohoho. Co my tu mamy? Świeże mięso? – zagadnął miłym głosem z nutką zachwycenia. - Taa. Staszek ich przywiózł kilka godzin temu. – poinformował stary - Rzeczywiście mają dziwne ubranie. Zaraz im zadam kilka pytań – rzekł przyglądając się zdezorientowanym przyjaciołom. – Jak poszło z nowym gadżetem? - Gadżetem? Aaa masz na myśli tą ciecz w buteleczce? Bardzo skuteczna. Szkoda, że nie chcesz nam zdradzić jak się takie coś wytwarza. Ułatwiłoby to nam transport więźniów. – zaśmiał się starzec. Mężczyzna w płaszczu wciąż przyglądał się z uwagą dwóm więźniom. - Zostaw nas samych, dobra? – poprosił - Jak to samych? Jak będziesz z nimi gadał to mogą ci coś zrobić... - Mówiłem samych. Jeśli coś pójdzie nie tak to nic nam nie powiedzą, a nie o to przecież chodzi. - Skoro nalegasz to zgadzam się. – Stary wstał, podszedł do swojego kolegi i szepnął mu do ucha – Śrutówka jest w szafie jakby co. – Po tych słowach wyszedł z pokoju. Minęło kilka chwil zanim tajemniczy gość podszedł do więźniów. Zachowywał się tak, jakby nie wierzył temu co widzi. Jednocześnie sprawiał wrażenie jakby coś sprawdzał. Coś co nie zgadzało się z jego wiedzą bądź przekonaniami. Przykucnął przy drzwiach do celi i rzekł: - „To był mały krok dla człowieka, ale wielki dla ludzkości”, kto to powiedział? - Neil Armstrong – odrzekł powoli Krzysiek, który wiedział trochę na ten temat. - A kim on był? - Astronautą. – Nieznajomy uśmiechnął się i wyglądał jakby wielki ciężar spadł mu z serca - Co pan, nie wie? - Wiem, ale pytam się was. - Po co? – Paweł przyłączył się do rozmowy - Musiałem mieć pewność. Wiecie, gdzie jesteście i jak się tu dostaliście? – obydwoje pokręcili głowami. – A więc słuchajcie mnie uważnie... Nazywam się Jacek, nazwisko nie jest wam potrzebne. Znalazłem się tu w podobny sposób jak wy, ale moja podróż była kontrolowana, a wasza najprawdopodobniej przypadkowa. Znaleźliście się tu bo w swojej rzeczywistości przerwaliście w jakiś sposób kontinuum czasoprzestrzenne, co wytworzyło w pewnym sensie małą czarną dziurę, która wessała was do środka, przenosząc do tego miejsca. Rodzaj teleportu czasowego... - Hola hola. – przerwał mu Krzysiek - Jak to czarna dziura? I w jaki sposób nas przeniosła? - Nie wiem, ale pracujemy nad tym. - Wy? – zapytał Paweł - Centrum Badań Paranormalnych. W moim czasie znajduje się to w rejonie Bieszczad. Więcej nie musicie wiedzieć. - W twoim czasie? – pogubił się Krzysiek - W roku 1998, a wy z którego jesteście? – rzekł spokojnie jakby była to najzwyklejsza rzecz na świecie. - My... z 2005 – rzekł Paweł lekko zdezorientowany - Pamiętacie co się stało przed skokiem? - Zaraz, jakim skokiem? – Krzysiek prawie krzyknął. - ... nastąpił wybuch. My byliśmy w jego... centrum. – poinformował Paweł przerywając Krzyśkowi. - Eksplozje rzadko załamują rzeczywistość. Mieliście strasznego pecha, że się tu znaleźliście, albo... wielkie szczęście. Co do twojego pytania – tu skinął na Krzyśka – Chodzi oczywiście o skok czasowy. – po chwili milczenia Paweł wyszedł z osłupienia jako pierwszy i próbował pozbierać wszystko do kupy. - Czyli... przeżyliśmy podróż w czasie? A eksplozja samochodu ją wyzwoliła? - Hm. Dokładnie. Dziwią mnie tylko okoliczności w jakich mogłaby nastąpić, wypadek? - Coś w tym rodzaju. Ale skoro nie jesteśmy w naszym czasie... to gdzie? – zapytał niepewnie Krzysiek, bojąc się odpowiedzi na swoje pytanie. - Mamy datę 29 sierpnia 1939 r. – nastąpiła długa chwila milczenia, w której dwójka przyjaciół patrzyła to na siebie to na nieznajomego, próbując zrozumieć to co im przed chwilą przekazał. To jakiś koszmar – pomyślał Paweł. Przenieśli się w czasie. Niewiarygodne. Zawsze marzyli o tego typu podróży, ale nie w taki sposób i nie akurat do tego momentu, gdy za parę dni rozpocznie się najkrwawsza i najbardziej destruktywna wojna w dziejach ludzkości. Nie wiedzieli nawet, gdzie się konkretnie znajdują, a już tym bardziej jak się stąd wydostać. Nie łatwo było zrozumieć to wszystko. Zwłaszcza, że znajdywali się w więzieniu, z którego wyjście było obstawione przez strażników. Ale przecież musieli stąd uciec. Za kilka dni rozpęta się tu piekło jakiego jeszcze nigdy nie widzieli. Jacek odszedł od drzwi celi i otworzył swoją teczkę. Nikt jednak oprócz niego nie widział, co znajduje się w środku. - Co to za miasto? – zapytał Paweł, gdy nieznajomy majstrował coś przy swojej walizce. - Nie wiecie? Skok przeniósł was tylko w czasie. – powiedział zdumiony brakiem spostrzegawczości nastolatków - Jesteście w tym samym miejscu, w którym załamaliście kontinuum czasoprzestrzenne. No jeśli nie liczyć tej przejażdżki to jesteście na Czerwonym Prądniku w międzywojennym Krakowie. Znajdowali się w idiotycznej sytuacji bez wyjścia. Osadzeni w areszcie za coś czego nie zrobili, otoczeni przez uzbrojonych w rewolwery strażników czekali na zbliżający się kataklizm. Nie można było lepiej zaplanować sobie najbliższych dni. Po chwili Krzysiek odezwał się do podróżnika: - Jeśli nie jesteś tu przypadkiem, to co tu robisz? – na te słowa nieznajomy uśmiechnął się. - Jeden z moich kolegów z 98 założył się ze mną, że Hans Kloss nie istniał naprawdę. – rzekł Jacek wyraźnie rozbawiony. – Sami rozumiecie, chciałem sprawdzić czy to była prawda czy jedynie wymysł tego reżysera. - Jesteś tu dla zakładu? – dopytywał się Krzysiek - Tak naprawdę to nie. – jego uśmiech sprawił, że przyjaciele poczuli się nieswojo. – Tak na poważnie to jestem tu, aby dokumentować akcje policji podczas wojny. Mamy braki w archiwum, a zamierzamy stworzyć najdokładniejszą encyklopedię 2 wojny światowej. Zdobyłem przyjaźń komendanta, który teraz informuje mnie o każdej akcji przeciwko wrogim dywersjom i działaniom. Apropo. Niedawno Niemcy zrzucili na tereny największych miast, w tym i Krakowa, swoje oddziały komandosów, którzy będą inwigilować nas od środka. Uważajcie jak będziecie chodzić po ulicach. - Nic się nie martw. Nie zamierzamy się stąd ruszać przez jakiś czas – Paweł krótko skomentował ich sytuację. - Nie? A myślałem, że chcecie, żebym otworzył wam drzwi tym kluczem? – pokazał im zardzewiały klucz, który zwinął strażnikowi zaraz po wejściu do pokoju. - Aaaaa no to inna sprawa. Nie krępuj się. – Paweł uśmiechnął się w stronę gościa. - Zaraz, co tu się dzieje? – usłyszeli głos tego starego stróża, który siedział przy stole zanim pojawił się Jacek. Stanął w progu i bacznie obserwował speca od szpiegów trzymającego w prawej ręce klucz do celi – A więc to tak! Pomagasz uciekać więźniom, których my łapiemy z narażeniem życia! - Nie to nie tak. Nic nie rozumiesz, to są... – przerwał, gdyż stary wyciągnął powoli broń z kabury i trzymał ją lufą skierowaną w sufit. - Już ja wszystko rozumiem, przykro mi, ale nie mam wyjścia. Czesiek! Mamy zbiegów! Chodź... – nagle stróż stracił grunt pod nogami i upadł twarzą na twardą posadzkę. Wokół jego szyi zaczęła się lać krew tworząc na podłodze wielką czerwoną plamę. Dwójka niedoszłych zbiegów usłyszała po chwili wystrzały z broni maszynowej rozlegające się z przedniej części budynku. - Kurwa, dlaczego teraz? – rzekł Jacek zdenerwowany tym co się stało. Szybko podbiegł do celi nerwowo próbując włożyć klucz do zamka. Otworzył drzwi, po czym wrócił do swojej walizki wyciągając z niej dwa pistolety i rzucił je do zdezorientowanych więźniów. Ci w ostatniej chwili pochwycili je, lecz dalej nie wiedzieli o co w tym wszystkim chodzi. Sam wyjął swoją broń zza paska i podszedł do drzwi od pokoju. Przywarł do ściany plecami i przykucnął trzymając broń w pogotowiu. - Nie stójcie tak do cholery! – krzyknął na nich – zaraz tu będzie, ukryjcie się... Drzwi do pomieszczenia otworzyły się i do środka wszedł mężczyzna w ciemnoszarym płaszczu. W lewej ręce trzymał karabin skierowany na Krzyśka. Powoli podchodził do znieruchomiałych nastolatków, jednocześnie sprawdzał, czy nikogo innego nie ma w pokoju. Broń była ciężka i przyjaciele potrzebowali obydwu rąk do jej trzymania. W dodatku nigdy nie strzelali z pistoletów z prawdziwego zdarzenia. Inną sprawą jest odbieranie w ten sposób życia. Nigdy nie odważyliby się na coś takiego. Splamiłoby to ich sumienie, a wyrzuty sumienia nie dawałyby im spokoju przez resztę życia. Nie. Stanowczo nigdy nie zrobiliby czegoś takiego. Komandos zatrzymał się w miejscu i wypowiedział jakieś niezrozumiałe dla Pawła i Krzyśka słowa, po czym uśmiechnął się. Jakaś iskierka nadziei obudziła się w Pawle, pomyślał, ze może to nie ten, który strzelał przed chwilą kilkanaście metrów stąd, może on go zabił lub pomógł to zrobić. Nie chciał dopuścić myśli, że zaraz ich rozstrzela. Faktycznie, nie zamierzał używać swojego karabinu na jakieś tam dzieci. Zrobił wielki krok do przodu, jednocześnie wyjmując z kieszeni w płaszczu niemiecki pistolet. Przyłożył go Krzyśkowi do czoła. Uśmiech znikł z jego twarzy. Wymówił jeszcze kilka słów, obserwując reakcję chłopca na jego czyny. Ten cały się trząsł. Strach przejął nad nim kontrolę, sparaliżował odruchy. A więc to już. Ma zginąć z ręki jakiegoś szwaba, znajdując się w przeszłości i będąc jednocześnie więźniem na jakimś komisariacie. Zimny pot wystąpił mu na twarz, podczas gdy Jacek wyszedł z ukrycia i przyłożył lufę swojej broni do głowy żołnierza. - Halt! – wykrzyczał – Waffe niederliegen! Komandos po chwili wahania powoli spuścił broń z głowy Krzyśka i rzucił ją na ziemię. Tak samo uczynił z karabinem. Nastolatek odetchnął z ulgą. Spojrzał w twarz Niemcowi i bardzo się zdziwił. Na jego twarzy zobaczył uśmiech. Wszystko nastąpiło w ułamku sekundy. Żołnierz odwrócił się do Jacka i wytrącił mu broń z ręki. Nastąpiła szamotanina. Niemiec dostał kilka razy z kolana w brzuch, lecz nie przejął się tym za bardzo. Był szkolony, aby przezwyciężać taki ból. Obaj upadli, komandos zaczął dusić swoją ofiarę, która nie mogła uwolnić się z jego uścisku. - Strzelajcie... kurwa! – wysapał Niemiec spojrzał na stojących kilka kroków dalej chłopców. Wymierzyli oni broń w jego stronę, ale nie oddawali strzału. Bali się zrobić cokolwiek. Tamten wypowiedział jakieś niezrozumiałe słowa w swoim języku i wyciągnął niemały nóż, który miał schowany w pochwie przy kostce. Próbował nim ugodzić Jacka w klatkę piersiową, lecz tamten ostatkami sił powstrzymywał go. Obaj koledzy nie wiedzieli co robić. Stali przed wyborem, od którego zależało życie. Nie mogli popełnić pomyłki. Ale odebrać życie, nawet takiemu komuś jakim był ten Niemiec wydawało się niegodne człowieka... Pierwszy z tego paraliżu wyrwał się Paweł. Wycelował broń i nacisnął oporny spust. Pistolet wystrzelił, ale jego właściciel nie patrzył gdzie uderzyła kula. Odrzut jaki spowodował Desert Eagle sprawił, że nastolatek upadł na podłogę upuszczając broń. Krzysiek zaskoczony i zdezorientowany hukiem spojrzał na żołnierza, który zaczął nieznośnie wrzeszczeć z bólu, jaki mu zadano. Jego lewa noga krwawiła, tworząc na podłodze czerwoną plamę. Upuścił nóż i upadł na plecy, wykrzykując niemieckie przekleństwa. Jacek wyswobodził się z jego uścisku i raptownie zaczerpnął powietrza. Przysiągłby, że jeszcze chwila i ten Niemiec udusiłby go. Po omacku próbował znaleźć swoją broń, lecz utrudniały mu to latające przed oczami kolorowe kropki. Nagle szwab podniósł się i usiadł tak, aby jeszcze bardziej nie zranić swojej nogi. Spojrzał na leżącego Pawła z wściekłością w oczach. W tej samej chwili Krzysiek zobaczył w jego prawej ręce pistolet, który powoli zmierzał w kierunku leżącego na ziemi nastolatka. Ten tak jak on przedtem poczuł paraliż ciała wywołany strachem. Czuł, że zbliża się koniec... - Krzysiek kurwa! Zrób coś! – Powiedział słabym głosem. Paweł był już prawie na linii strzału. Lada moment. Niemiec już prawie nacisnął spust. Krzysiek wiedział, co robić, ale nie mógł zdobyć się na odwagę. Wycelował, ale zamknął oczy i po ułamku sekundy jednym ruchem nacisnął spust. Stał bardzo blisko ściany. Odrzut sprawił, że uderzył w nią głową i upadając na podłogę stracił przytomność.
****
Otaczała go ciemność. Ciemność tak głęboka i przerażająca, że nie chciał w niej zostawać ani sekundy dłużej. Otworzył oczy. Niebo tańczyło mu przed oczami niczym wielka barwna baletnica. Leżał na czymś miękkim, jakby na stosie gąbek, które amortyzowały małe wstrząsy, które pojawiały się co jakiś czas. Po swojej prawej stronie słyszał jakieś dziwne, rytmiczne warczenie. Bał się spojrzeć w tamtą stronę, obawiając się zobaczenia jakiegoś wściekłego psa, który zaraz skoczyłby mu do gardła. - Hej. Jak się czujesz? – zobaczył uśmiechniętą twarz Pawła wychylającego się zza przedniego siedzenia. Jechali samochodem. Tylko gdzie? Powoli wracała mu pamięć. Przypomniał sobie rozmowę z Jackiem. Potem było jakieś zamieszanie, wszedł ten Niemiec i zaczął strzelać. Pamiętał wystrzał z pistoletu, następnie drugi i na tym wszystko się urywało. Dalej znajdowali się w przeszłości. Musieli się stąd wydostać jak najprędzej, bo dalsza zwłoka mogła ich kosztować życie. - Nienajgorzej – odparł Krzysiek podnosząc się i siadając między fotelami. Samochód nie miał dachu, był niezbyt wygodny i bardzo hałaśliwy. - Niezła robota. Dzięki, że mi pomogłeś. – Paweł uśmiechnął się. - A co ja takiego zrobiłem? – rzekł Krzysiek nieco zakłopotany. - No nie mów, że nie pamiętasz. Zrobiłeś w tym Niemcu taką dziurę, że mógłbym przez nią włożyć rękę. - Ja? Zabiłem go? – powiedział powoli nastolatek niedowierzając temu co słyszy – No to pięknie. Stałem się mordercą. - Nie przejmuj się. – powiedział Jacek swoim spokojnym i opanowanym głosem -Dokonałeś wyboru. Wybrałeś życie przyjaciela. Gdyby nie to on na pewno zginąłby od poniesionych ran, a potem zabiłby ciebie i prawdopodobnie i mnie. A więc jesteśmy ci winni podwójne podziękowanie. Zresztą najgorsze jest pierwsze zabójstwo, później idzie z górki – uśmiechnął się do Krzyśka, który bardzo posmutniał. - Gdzie jedziemy? – zwrócił się do kierowcy. - Jedziemy w bezpieczne miejsce. – odpowiedział Jacek swoim spokojnym i opanowanym głosem - Jest pewien budynek, który według moich wcześniejszych obserwacji nie zostanie uszkodzony podczas bombardowania. Jednakże wszystko wokół niego wyleci w powietrze. – mówił jakby z wyrzutem – to przykre ale nic nie będziemy mogli zrobić. Ukryjecie się tam przez pierwsze kilka dni. Nie mogę ryzykować, że coś wam się stanie. Gdy skończę pracę wrócę po was i razem wyniesiemy się stąd... - Ej, a jak to zrobimy? Znaczy, w jaki sposób wrócimy do swojego czasu? – zapytał Paweł - Nie czas teraz na to. Później... - Później może być za późno! – zagrzmiał nastolatek Nastąpiła chwila milczenia, w której Jacek czuł na sobie natarczywe spojrzenia obu kolegów. W końcu ustąpił. - No dobra. - postanowił zatrzymać samochód na poboczu. Delikatnie wyciągnął z kieszeni płaszcza małą saszetkę z brązowego materiału. Wysypał zawartość do otwartej dłoni. Z sakiewki wyleciała mała kulka mniej więcej dwa razy mniejsza od piłki golfowej. Miała ona niewielkie kółko, które prawdopodobnie można było wciskać do środka. – Słuchajcie teraz uważnie. To jest nasza jedyna droga ucieczki stąd. Ta mała kulka to Stront. Wiem, że dziwna nazwa ale to nie ja ją wymyśliłem. Jest ona zrobiona z radioaktywnego materiału o tej samej nazwie. Nie, nie bójcie się – oboje odsunęli się od Jacka na tyle na ile mogli w ciasnej przestrzeni samochodu. – Wbrew temu co mówię ta kulka nie wysyła promieniowania na zewnątrz, ale kumuluje je w środku. Po naciśnięciu tego przycisku i przytrzymaniu go przez kilka sekund otwiera się przejście przez czas, taki portal międzyczasowy. Najfajniejsze jest to, że każdy kto w niego wkroczy, znajdzie się w swoim własnym czasie. Z tego wniosek, że nikt z ludzi pochodzących z tego czasu nie może przejść przez te „wrota”. Nawet nie wiem czy je w ogóle zobaczą. - Eh – westchnął Krzysiek, który uważał, że od tej pory nic już nie zdoła go zaskoczyć. - Czyli, gdybyśmy chcieli zabrać kogoś „stąd” nie wypaliłoby to? – zapytał Paweł - Tak. No cóż. Panienek musicie poszukać we własnym czasie. – Jacek uśmiechnął się do nich. – Aha i jeszcze jedno. Starajcie się nie wychodzić na zewnątrz budynku. Cały czas siedźcie w środku. Różnie może się stać. Jakaś niewłaściwa sytuacja lub zwykła rozmowa mogą spowodować katastrofę w przyszłości. - Czyli co? – zapytał Krzysiek - No na przykład możesz spotkać swoją babcię lub dziadka, możesz przeszkodzić im w czymś lub coś zrobić nie tak, co z kolei może spowodować, że twoi rodzice się nie narodzą, a co za tym idzie ty przestaniesz istnieć. Rozumiesz? - Teraz to naprawdę zamąciłeś! – odparł zdezorientowany nastolatek. - Po prostu trzymajcie się z dala od ludzi i kłopotów. – Jacek odpalił ponownie silnik i ruszył z miejsca. Po chwili jazdy rzekł znów – Broń zabierzcie na wszelki wypadek. Oba pistolety są w skrzynce pod siedzeniem. Tylko jak strzelacie to trzymajcie je silnie oburącz, bo znowu odrzut was odepchnie do tyłu. - To są Desert Eagle, prawda? – zapytał Paweł z zaciekawieniem. - Tak. Bez wątpliwości. Tu macie magazynki. – mówiąc to wyjął z kieszeni płaszcza 2 magazynki do pistoletów i wręczył je Pawłowi. – Mam nadzieję, że nie będziecie musieli ich używać. - My też mamy taką nadzieję. – odparł
****
- Ale rozdałeś. – rzekł Paweł lekko rozgoryczony patrząc na swoje karty, w których znalazły się trzy dziewiątki. – Następnym razem ja rozdaję. - Nie gadaj tylko wyjeżdżaj! - No to daj tu coś. – na stół poleciała karta z liczbą dziesięć. - Błąd! – Krzysiek niemalże wrzasnął – Zabieram to. Co jest? Zostaw te karty, zbiłem ci asem. - Gdybyś rozdał uczciwie to gra wyglądałaby inaczej! – kłócił się Paweł - Ciągnij kartę. – przypomniał Krzysiek po raz wtóry. - Aaaaa dostałem czwartą dziewiątkę. Do dupy z taką grą. – rzekł Paweł rzucając karty na stół. Rozsiadł się na dość wygodnym, jak na te czasy, krześle. – Gra w tysiąca mi nie leży. - Miałeś pecha i tyle. - Kto ma szczęście w kartach ten ma pecha w miłości. – oboje spojrzeli po sobie. Nie było w tym spojrzeniu wrogości, jedynie lekka pogarda do aluzji, która została podana. Krzyśka irytowało zachowanie niektórych ludzi, którzy uważając się za niepohamowane wzory pokazywali całym swoim jestestwem, że nie interesuje ich niż poza ich własnymi problemami i zmartwieniami. - Być może – powiedział Krzysiek zimno i odwrócił wzrok wypatrując czegoś za oknem. Oparcia krzeseł skrzypiały, gdy napierało się na nie choćby najmniejszą siłą. Po chwili milczenia Paweł wstał i oznajmił lakonicznie, że idzie coś przegryźć do spiżarni. Krzysiek również wstał, podszedł do okna. Obserwował przez pewien czas najbliższą okolicę, w której dominującym elementem były jak dotychczas pogorzeliska i rozwalone ściany budynków, z których gruz walał się po całym terenie. Dom znajdujący się po drugiej stronie ulicy, jeszcze kilka tygodni temu był zamieszkały. Nasilone bombardowania niemieckie w pierwszych dniach wojny nie upiększyły dostatecznie dobrze tego miejsca, aby można było mówić o pacyfikacji całej wsi. Jednak rany zadane temu miejscu jeszcze długo się nie zagoją. Przynajmniej nie do końca wojny. Cichy, metaliczny dźwięk doszedł do jego uszu. Do głowy przyszło mu tysiąc myśli. W ostatnim czasie jego zmysły zostały wyczulone na każdy podejrzany odgłos, na każdą dziwną sytuację. Rozglądnął się po okolicy na ile pozwalała mu wąska futryna. Nie zobaczył jednak nic co by mogło wydawać ten niejednoznaczny dźwięk. Wzdrygnął się na samą myśl co to mogło być. Odruchowo sięgnął po wsadzony za spodnie Desert Eagle. Uważał, że to co robi jest głupie i przypuszczał, że nie będzie musiał go używać, ale wolał być przygotowany jeśli okaże się, że zajdzie taka konieczność. Kilkanaście dni temu obserwowali z ukrycia przemarsz wojsk polskich przez to odludzie. Przejechało paręnaście czołgów i chyba trzy działa artyleryjskie ciągnięte przez sporej wielkości ciężarówki.Pewnie cały ciężki sprzęt jaki posiadali Polacy plus do tego jeszcze działo pożyczone od Rumunów, pomyślał Krzysiek. Za ciężkim sprzętem maszerowało kilka pułków piechoty. Być może oddziały wycofywały się na wschód, gdzie jeszcze mogli dołączyć do głównej armii i walczyć o wolność, która już została zatracona. Nawet wtedy nie byli bezpieczni. Z ukrycia obserwowali ten wymarsz obawiając się, że mogliby zostać schwytani nawet przez własne wojska i uznani za szpiegów tak jak na początku ich przygody. W oddali, na drodze, która przechodziła obok ich domu zauważył czarny, migotliwy kształt. Prawdopodobnie z tamtej strony dobiegał ów dziwny odgłos. Wraz z upływem czasu, migocząca czarna masa stawała się coraz większa, a odgłosy były coraz silniejsze. Zza kilku wysokich drzew rosnących kilkadziesiąt metrów od nich wyleciały dwa ogromne obiekty przypominające swoim kształtem ptaki w fazie szybowania. Zanurkowały, a następnie przeleciały nad dachami okolicznych domów wydając przy tym ostre dźwięki, które sprawiały, że ciarki przeszły Krzyśkowi po całym ciele. Ze spiżarni przybiegł Paweł trzymając jabłko w jednej ręce, a Deserta w drugiej. Popatrzył dziwnie na Krzyśka, który przywarł do ściany i wpatrywał się w jakieś miejsce za oknem. - Co jest? Słyszałem samolot. – rzekł Paweł podenerwowany. - Nie wiem, podaj mi lornetkę. Leży na tamtej półce. – powiedział Krzysiek - Co tam widzisz? – zapytał podając koledze to co chciał. - Cholera! Mamy przesrane. Słyszysz te dziwne dźwięki? – Krzysiek ze strachu nie mógł powstrzymać lekkich drgawek, które go nawiedziły. Paweł przytaknął. – Jakieś dwieście metrów od nas jedzie kolumna czołgów niemieckich. Ten jeden którego tam widzę to pewnie jakiś oddział rozpoznawczy. - Kur... – Paweł powstrzymał się od komentarza na temat ich sytuacji. – Jesteś pewien, że to Niemcy? - Pamiętasz polskie czołgi, które niedawno tędy przejeżdżały? Jakoś nie mogę znaleźć podobieństw między polskim znakiem na czołgu a nazistowskim. Psiakrew co teraz? Chyba będziemy musieli zejść do tej śmierdzącej piwnicy. - Paweł milczał. Nie patrzył w kierunku wskazywanym przez kolegę, lecz wpatrywał się w bliżej nieznane miejsce za oknem. Sprawiał wrażenie jakby nie rozumiał tego co widzi. - Co z tobą? Wiem, że znowu musimy się ukrywać, ale... - Chyba mnie oczy mylą. – przerwał mu Paweł wciąż mając wlepiony wzrok w drogę. – Co ona tu robi? - Co... Skąd ona się tu wzięła? – Krzysiek również niedowierzał temu co widzi. Kilka metrów od ich domu, pośrodku drogi stała młoda dziewczyna. Miała na oko tyle samo lat co oni. Długie, brązowozłote, falowane włosy sięgały jej do ramion, a blask słońca odbity od ich koloru utożsamiał ją z niebiańskimi istotami. Smukła sylwetka dodawała jej wdzięku pomimo ubrania jakie miała na sobie. Stąpała ostrożnie, jakby obawiając się nadepnięcia na minę pozostawioną tu przez polskich żołnierzy. Jej ruchy były nerwowe, zachowywała się jakby zaraz miała pobiec przed siebie, nie patrząc gdzie, wrzeszcząc ile sił w płucach. Krzysiek oddał lornetkę koledze, a po chwili położył swoją broń na stole. - Krzysiek, nie wiem jak ty to liczyłeś, ale... – urwał przełykając ślinę demonstracyjnie – to nie jest dwieście metrów! Góra sto! Co ja mówię. Jak będzie sześćdziesiąt to... – rozglądnął się po pokoju. Krzyśka nigdzie nie było. – Ej! Gdzie jesteś? Krzysiek kurwa! To co zobaczył na zewnątrz wyprowadziło go całkowicie z równowagi. Do stojącej pośrodku drogi dziewczyny podbiegła jakaś postać. Szybkim ruchem przełożyła rękę pod jej kolanami i podniosła do góry, o drugą oparła jej głowę. Dziewczyna wrzasnęła piskliwie próbując wydostać się z uścisku. Nadaremnie. Paweł jeszcze długo po tym nie mógł uwierzyć w to co robił jego kolega. Krzysiek uniósł dziewczynę, mobilizując do tego niemało siły. Po pierwszym szoku dziewczyna przestała piszczeć. Skuliła się na ile mogła w uścisku jakim została obdarzona zasłaniając twarz rękoma. Krzysiek zrobił kilka kroków w stronę na wpół rozwalonego domu po czym zamarł. Kilkadziesiąt metrów od wsi maszerowali w ich kierunku żołnierze niemieccy, na czele których jechał opancerzony wóz. Jedyną jego nadzieją było to, że go jeszcze nie zauważyli. Ku jego wielkiemu zdziwieniu dziewczyna objęła go rękami za szyję i przytuliła na ile mogła wciąż nie pokazując swojej twarzy. Tak szybko jak tylko mógł, chwiejnymi krokami dotarł budynku. Naparł całym ciałem na rozwalone drzwi, które wydały z siebie nieprzyjemny trzask, po czym rozleciały się na małe kawałki. Oboje wpadli do środka. Poleciały na nich kawałki drzewa, lecz nie wyrządziło im to żadnej szkody. Dziewczyna krzyknęła. Po krótkiej chwili Krzysiek zdołał pozbierać myśli jak również skarcić się za to, jaki był bezmyślny. Postąpił niewiarygodnie głupio. Zaraz tu przyjdą. To będzie koniec wycieczki do przeszłości. Musiał szybko znaleźć jakieś wyjście. Teraz musi działać, lub stać i czekać na śmierć. Wybrał to pierwsze. Uspokoił się na tyle na ile potrafił. Wstał. Odgłos jadącego czołgu nasilał się. Miał mało czasu. Chwycił dziewczynę pod ramionami, uniósł ją i omijając drzwi znajdujące się naprzeciw wejścia poszedł w kierunku domniemanego pokoju gościnnego. Mało brakowało, a potknąłby się na walającym się po całym pomieszczeniu gruzie. Przystanął za ścianą. Dalej nie było już wyjścia, co najwyżej mógł uciec przez dziurę w dachu, ale to wymagałoby o wiele większych umiejętności od tych, które w tej chwili posiadał. Posadził dziewczynę pod ścianą, a sam przysiadł obok niej bliżej wejścia, które przed chwilą razem staranowali. Spojrzeli na siebie. Ona, z wyrazem trwogi na twarzy, którą zdobiły dwa ślady po niedawno płynących łzach. Z bliska wydawała się jeszcze piękniejsza niż przedtem, pomyślał Krzysiek. Ale co z tego skoro zaraz nas zabiją. Pociągnęła nosem i skuliła się ciągle patrząc swoimi błękitnymi, przestraszonymi oczami na swojego wybawcę. - W porządku? – zapytał Krzysiek Dziewczyna milczała. - Nie bój się, będzie dobrze. – zmusił się do lekkiego uśmiechu. - Dziękuję. – powiedziała po chwili nastolatka. Krzysiek powoli zbliżył rękę do jej policzka. Dziewczyna w szybkim odruchu cofnęła głowę. On jednak nie dał za wygraną. Tym razem nie poruszyła się. Krzysiek wytarł łzę z policzka, po czym odgarnął jej pofalowane włosy. Dziewczyna obserwowała go w milczeniu. Jej serce zabiło mocniej. Krzysiek również to odczuł. Dziękuję, że pomogłaś mi oswoić się ze śmiercią, pomyślał Krzysiek.
****
Krzysiek, co ty robisz, pomyślał Paweł. Przywarł do ściany tuż przy oknie i wychylił się na tyle, aby nie zostać zauważonym przez Niemców. Przeklinał w duchu całą tą sytuację i swojego kolegę, którego brawura zapędzi ich wszystkich do grobu. Ale trzeba ci to przyznać, to był odważny ruch. Czołg wjeżdżając do wsi minął już pierwsze zabudowania. Maszerujący za nim żołnierze bacznie rozglądali się po okolicy. Jeden z nich trzymający w ręku coś podobnego do długiej rurki z uchwytem podchodził po kolei do każdego domu i, co sprawiło, że serce podeszło Pawłowi pod gardło, podpalał je. Fuck, skomentował to jednym słowem. Krzysiek ciągle jest w tamtym domu. Jeśli podejdą do niego, spłonie razem z tą dziewczyną. Serce mocniej mu zabiło. Myśl, myśl, ponaglał się Paweł. Spojrzał na stół. Leżał tam Desert jego kolegi. Przekalkulował wszystko, ocenił swoje szanse i podjął decyzję.
****
Zapadła dziura, pomyślał jeden z żołnierzy. Czemu my mamy chodzić na patrole do takich miejsc, zupełnie jakbyśmy nie mogli strzec jakiejś dzielnicy we Wrocławiu czy Poznaniu. Tam przynajmniej mielibyśmy jak wezwać posiłki w razie ataku partyzantów, a tu? Ponadto ich oddział liczył tylko pięciu ludzi, z czego dwóch nie wychodziło w ogóle z czołgu. Gdzie tu sprawiedliwość? Zawsze muszą nas przydzielić do gównianej roboty. - Heinz! – krzyknął żołnierz z miotaczem wchodząc na czołg i uderzając we właz. – Zatrzymaj się przy tym budynku z rozwalonym dachem i poczekaj aż go podpalę. - Ale po jaką cholerę? – odezwał się głos ze środka wozu. – Przecież to widać że nikt tam nie mieszka. Partyzantów tu nie ma. - Mówię ci, mam przeczucie. – żołnierz splunął na ziemię. - Jak chcesz. – odrzekł zrezygnowany Heinz, zatrzymując pojazd w wyznaczonym miejscu. Oddział odsunął się znacznie od podpalanego budynku. Żołnierz podszedł do rozwalonych drzwi i rozglądnął się po pomieszczeniu. Nie zauważył niczego podejrzanego poza gruzem rozrzuconym po całej podłodze. Jeśli tu jesteście, pomyślał, zaraz przekonacie się jak to jest zadzierać z Rzeszą! Trzask pękającego szkła. Usłyszał zimny, metaliczny odgłos wystrzału. Kula uderzyła w niego z niewyobrażalną siłą. Jego bark pchnięty przez pocisk pociągnął za sobą całe ciało, uderzając w futrynę. Nikt nie wiedział skąd prowadzony jest ostrzał. Zdezorientowani żołnierze padali jak muchy pod wpływem sypiących się na nich jak grad pocisków. - Tam! – krzyczał żołnierz z miotaczem, który stał tuz przy opancerzonym wozie. – Dom z cegieł po drugiej stronie! Odłamkowym go! Lufa czołgu przekręciła się o kilkadziesiąt stopni w prawo celując do jedynego nietkniętego przez bombardowanie Luftwaffe budynku. Heinz pchnął dźwignię.
****
Krzysiek obserwował wszystko z ukrycia. Nie mógł nic zrobić bez swojej broni. Czuł się bezradny. Dziewczyna za jego plecami zasłoniła uszy rękoma, gdy Paweł rozpoczął ostrzał. Jednak, gdy usłyszała wystrzał z czołgu, nie wytrzymała i wydała z siebie cichy dźwięk podobny do pisku. Krzysiek zasłonił swoim ciałem trzęsącą się dziewczynę chroniąc tym samym przed spadającymi przez dach małymi odłamkami gruzu. Gdy odwrócił się nie mógł uwierzyć własnym oczom. - Paweł. – szepnął Nigdy nie mógł wyjaśnić tego co wydarzyło się potem. Fala wściekłości, która go nawiedziła przyćmiła wszystkie jego zmysły. Stracił panowanie nad swoim ciałem. Nic już się dla niego nie liczyło, jedyne co pozostało to zemsta. Skumulował swoją złość w jednym punkcie. Uderzył natychmiast. Stojący przy drzwiach żołnierz dumnie uniósł swój miotacz ognia. Potężna siła uderzyła go w ramię, wyzwalając przy tym głuchy dźwięk roztrzaskującego się drewna. Krzysiek upuścił złamana belkę, po czym rzucił się na wstającego z trudem Niemca. Mimo iż Krzysiek był kilka centymetrów niższy i znacznie lżejszy od swojego przeciwnika, szybko wykorzystał swoją przewagę jaką był przestrzelony bark Niemca. Ten, pchnięty przez nastolatka, uderzył o czołg potęgując ból pochodzący z rany. To jednak nie był koniec jego cierpień. Krzysiek nie zaprzestał atakować. Chwycił wroga za stalowy hełm po czym silnymi ruchami uderzał nim o opancerzony wóz. Metaliczny dźwięk, który wydawały uderzenia stali sprawiał mu wielka satysfakcję. Wściekłość wrzała w nim nie mogąc znaleźć ujścia. Żołnierz już po kilku razach stracił przytomność i upadł bezwładnie na ziemię tuż przy gąsienicach. Krzysiek wciąż nie mogąc pozbyć się nienawiści uderzył kilka razy butem w leżącego wroga. Za ostatnim razem natarł na twarz Niemca. Gdy wykonał ostatni atak, usłyszał odgłos łamiących się kości. Lufa czołgu obróciła się tym razem w stronę domu, z którego rzucił się na Niemca. Krzysiek nie myślał w tej chwili, wydawało mu się, że ktoś inny wykonuje ruchy jego ciałem. Szybko chwycił miotacz płomieni leżący przy gąsienicy i pewnym ruchem włożył go, na ile mógł, do lufy. Odpalił. Początkowo wydawało mu się, że ogień odbije się od zamknięcia i sparzy mu dłoń, lecz później doszedł do wniosku, ze miał niewiarygodne szczęście. W tym samym czasie w czołgu prawdopodobnie otwarto komorę by móc załadować pocisk, gdy uderzyła w czołgistów fala płonącego paliwa. Po kilku sekundach właz otworzył się i wyskoczyło z niego dwóch gorejących Niemców. Wypadli oni z kabiny i uderzając o stalowe zakończenia w czołgu osunęli się na ziemię, krzycząc i rzucając się we wszystkich kierunkach. Skonali po chwili. Krzysiek przyglądał się cmentarzowi jaki tu powstał. Oczywistym było, że to co przed chwila zrobił zmieni całe jego życie, poczynając od tego, że Niemcy zabili jego przyjaciela, a skończywszy na tym, że on sam zabił tylu ludzi. Podbiegł do dziewczyny, która siedziała skulona przy ścianie i zatrwożonym wzrokiem wpatrywała się w nadchodzącego mordercę. Gdy podszedł do niej, ona odsunęła się od niego na ile pozwalała jej ciasna przestrzeń pomieszczenia. - Oni... już nie żyją – powiedział gorzko nieco zmienionym głosem – Chodź... Nie dokończył, gdyż w powietrzu rozległ się kolejny huk. Oboje upadli na podłogę pod natężeniem dźwięku. Powietrze wibrowało. Znów usłyszeli odgłos wprawianych w ruch gąsienic. O nie, pomyślał Krzysiek, tylko nie to! Tym razem nie będę walczył! Już mi wszystko jedno. Zobaczył kątem oka podjeżdżający do niemieckiego czołgu drugi wóz. Tym razem nie usłyszał jednak żadnej niemieckiej paplaniny, lecz coś innego, coś czego nie mógł nawet zidentyfikować jako język. Mówił to wysoki i umięśniony żołnierz, który wyskoczył nagle z czołgu i podszedł do zabitych Niemców. Krzysiek sądził, że tę serię nieartykułowanych dźwięków słyszał przez kilkadziesiąt sekund. Z tego samego czołgu wyszedł kolejny żołnierz. Ten jednak był nieco niższy choć równie umięśniony jak poprzedni. - Przestań Niggah. Dość już tych obelg po szwedzku. Mógłbyś się chociaż raz wysilić na coś narodowego. – odezwał się ten niższy w języku polskim, drugi wzruszył ramionami. - No dobra. – tym razem usłyszeli serię niesamowicie wulgarnych słów w języku polskim pod adresem Hitlera, jego dzieci i całej Rzeszy niemieckiej. - Ech. Widziałeś jak trafiłem?? Hę! W sam środek ich pieprzonego czołgu. - No, trzeba ci to przyznać, zachowujesz się jak baba, ale celować umiesz. – wysoki poklepał tamtego po ramieniu. - Odezwał się czarnuch! Po chwili milczenia, w której żołnierze rozglądnęli się po polu bitwy i ocenili sytuację zebrali się ponownie przy czołgu. - Chyba ktoś nas ubiegł, bo nikogo nie było w czołgu. Zresztą nieważne. Musimy uciekać, bo jeśli to zwiadowcy to możemy się natknąć na kolumnę niemiecką.– powiedział wysoki - Słyszałem przez radio, że niedaleko stąd broni się jeszcze Wielkie Miasto Brzeszcze. Co ty na to? - Faajjnniiee!! Chodźmy skopać dupy Niemcom! - No ba! Po tej wymianie zdań obaj wskoczyli do czołgu i po chwili odjechali z pobojowiska. Odgłos gąsienic był jeszcze długo słyszalny w ciszy jaka zapanowała po odjeździe polskich żołnierzy. Krzysiek myślał, że już nic nie może go zdziwić. Uważał, że limit cudów na ten dzień został już wyczerpany. Znów się pomylił. - Chodź, idziemy. – rzekł do dziewczyny trzymając ją za rękę i ciągnąc w kierunku wyjścia. Nie opierała mu się. Ostrożnie wychylił się i sprawdził czy nie zostały jakieś niedobitki po oddziale niemieckim. Nic jednak nie dostrzegł. Omijając rozwalony czołg, szybko przebiegł na drugą stronę drogi i przywarł do ściany. Znów rozglądnął się. Tym razem pobiegł bezpośrednio do zawalonego domu. Stąpał ostrożnie i starał się nie stać na gruzie, choć było to niemożliwe. Dziewczyna stała w miejscu i obserwowała nastolatka. - Paweł! – krzyknął – Odezwij się! Cisza. Usłyszał odpadającą z dachu cegłówkę, która spadła na gruzowisko tuż obok niego. Dziewczyna odrzucała kamień po kamieniu, próbując pomóc Krzyśkowi. Ten patrzył na nią z goryczą w sercu. Tam niczego nie znajdziesz kobieto, pomyślał. - Paweł! – powtórzył wołanie jeszcze kilkakrotnie. Wciąż odpowiadała mu cisza. Stracił już całą nadzieję. Zaprzestał odrzucania fragmentów gruzu. Przysiadł pod stojącą jeszcze ścianą, przetarł twarz ręką i zaczął wpatrywać się w jakieś miejsce. Głowę zapełniły mu najróżniejsze myśli począwszy od wyobrażenia sobie śmierci kolegi po jego własna śmierć, którą chciałby teraz popełnić. Nie miał nic do stracenia. Pistolet leżał przy zabitych Niemcach. Mógł to szybko skończyć, ale nie zrobił tego. Dziewczyna wciąż odrzucała pojedyncze fragmenty gruzu. Po kilku chwilach przywołała Krzyśka do siebie. Zrobił to z ociąganiem i frustracją. Zaniemówił. Nie na skutek braku słów, lecz przez ich nadmiar, który w jednej chwili chciał być wypowiedziany. Pod warstwą gruzu znajdowały się drewniane drzwi. Natomiast pod nimi była wolna przestrzeń. Tam również leżała jakaś postać. Krzyśkowi mocniej serce zabiło. Szybko odrzucał fragmenty cegieł oraz cały gruz, który przykrywał ową postać. Na końcu wytężył wszystkie siły i przechylił drzwi, które były wtedy jedyną ochroną dla leżącego na ziemi nastolatka. - Paweł, żyjesz??!! – dopytywał się Krzysiek, mając nadzieję, że jeszcze nie jest za późno. Potrząsał lekko swoim kolegą uporczywie domagając się odpowiedzi. Leżąca postać powoli otworzyła oczy. Na jej twarzy zagościł nikły uśmiech. - Krzysiek... dzięki. – rzekł powoli Paweł – Teraz jesteśmy kwita. Krzysiek nie mógł uwierzyć.
****
- Co to jest? – zapytał Paweł wskazując palcem na przedmiot leżący na stole. - Hm. – mruknął Jacek, który stojąc przy stole dokręcał właśnie śrubki do obudowy owego wynalazku – musiałbym przeprowadzić długi monolog, żebyś zrozumiał. – zaszczycił nastolatka przelotnym spojrzeniem - Jednak sprowadza się to wszystko do tego, że po skonstruowaniu należy włączyć nadajnik i zakopać to cudeńko do ziemi w umówionym miejscu. Są trzy takie miejsca w okolicy Krakowa. Tuż po wykonaniu tej czynności powinniśmy otrzymać to o czym napisałem w liście. - Hm. – Paweł był zdezorientowany. Wszystko zostało tak pogmatwane, że trudno było cokolwiek zrozumieć. – Nie bardzo rozumiem, powiedz na czym to wszystko polega. - Ach – syknął Jacek, który uderzył się kluczem w palec gdy ten ześlizgnął mu się ze śruby. – Dobra słuchaj, musisz myśleć ponadczasowo. Gdy zakopiemy to blaszane pudło z nadajnikiem przetrwa ono niezmienione do naszych czasów. Nie pytaj dlaczego, proszę. Potem dzięki wysyłanemu sygnałowi odkopią go nasi z centrum i będą w stanie wysłać o umówionej godzinie na określony dzień to o co tam poproszę. Wniosek jest taki, że dostaną taki sześćdziesięcioletni mail z możliwością odpisania do nadawcy z jego czasów. - Aha. Zrozumiałe. – Paweł pokiwał głową, choć nie był pewien, czy rozumiał to całkowicie. Odszedł od stołu i podszedł do okna. Znajdowali się w centrum Krakowa. Jeżeli wierzyć temu co mówił Jacek, zostali zakwaterowani przy ulicy Długiej, blisko rynku. Mieszkanie było na trzecim piętrze w odrestaurowanej kamienicy. Ulica nie wyróżniała się niczym szczególnym jak inne typowe miejskie promenady okresu międzywojennego. Obok drogi wznosiły się kilkupiętrowe kamienice, w większości liczące już sobie dobrych kilkanaście lat. Od rogu ulicy Długiej i Basztowej rozpoczynał się cały ciąg sklepików spożywczych, kwiaciarni, gdzieniegdzie można było znaleźć samotny kiosk ze świeżą, jeszcze polską, prasą. Latarnie rozświetlające mrok na tej alei rozmieszczone było co kilkanaście metrów na chodniku. Sięgały one prawie do połowy ich kamienicy. Nie widział tłumu ludzi, który zwykle tędy maszerował w kierunku rynku. Teraz zrobiło się naprawdę spokojnie. Co jakiś czas widział przechodnia, który zdenerwowanym i drętwym krokiem zmierzał w kierunku plantów. Oderwał wzrok od okna i postanowił dalej podpatrywać Jacka, gdy ten konstruował swoją „sondę czasową”, jak powiedział na początku pracy. Natrafił wzrokiem na otwierające się drzwi do sąsiedniego pokoju. Pokój był niewielkich rozmiarów zważając na ograniczoną przestrzeń w mieszkaniu, służył głównie jako sypialnia. Dziewczyna wyszła pierwsza, za nią zrobił to Krzysiek, cicho zamykając drzwi. - Nawet nie chce wiedzieć co tam robiliście. – powiedział Paweł obdarzając ich dziwnym spojrzeniem, gdy minęli się na środku pokoju. - Odczep się. Nie masz pojęcia co ona przeszła. – odpowiedział od razu - Na pewno porównywalnie tyle ile my... - Mylisz się i to bardzo. Nie chciałbyś być na jej miejscu. - Nie wiem, nie znam jej historii, nawet nie wiem jak ma na imię. - Klaudia. – powiedziała dziewczyna odgarniając włosy sprzed oczu. Miała zmęczony wyraz twarzy zupełnie jakby nie spała kilka nocy. - Twoja mama dała ci ładne imię. Naprawdę. – spuściła głowę. Chwila ciszy – O co chodzi? Powiedziałem coś nie tak? – spojrzał na Krzyśka, a on na Klaudię. Pociągnęła nosem i gdy podniosła głowę dwie błyszczące łzy spływały po jej policzkach. – Co się stało? Dziewczyna szlochając otworzyła drzwi i wbiegła do tego samego pokoju, z którego właśnie wyszła. Zatrzasnęła za sobą drzwi. - Co ja zrobiłem? Nie chciałem... – zapytał Paweł z nutką żalu w głosie. - Nic nie zrobiłeś. Ona to przeżywa wszystko. - Co? - Później Ci opowiem. – Krzysiek poklepał kolegę po ramieniu i również zniknął za drewnianymi drzwiami, które zamknął zaraz po tym jak wszedł do pokoju.
****
- A więc jej rodzice zginęli z rąk Niemców? – Paweł chciał się upewnić i zebrać wszystko do kupy. – Napadli ich, zabili wszystkich, ją oszczędzili tylko po to żeby patrzyła jak zabijają jej rodzinę? Dziwne. Kto ją uratował? - Mówiła coś o mężczyźnie w ciemnozielonym mundurze. – Krzysiek zamyślił się, mówił wolno, jakby uważając na każde słowo, które wypowiada - Powiedziała, że gdy już celowali do niej z pistoletu on wpadł do domu, puścił serię z karabinu maszynowego, po czym wybiegł. Ci żołnierze, którzy jeszcze żyli, a było ich chyba trzech, wybiegli za nim. – wziął głęboki oddech, i widząc pytające spojrzenie Pawła ciągnął dalej – Była tak przerażona, że wybiegła z domu i uciekła do lasu. Tam podobno spędziła kilka godzin w ukryciu obawiając się, że mogą ją jeszcze złapać. Nie chciała już wracać, za bardzo się bała. Na podłodze w jej mieszkaniu leżeli jej rodzice, dwóch Niemców. Zimne trupy. Nie powiedziała jak znalazła się przy nas, ale przypuszczam, że przeszła kawałek drogi lasem, a potem do naszej wioski doszła już jakaś polną drogą. - To wszystko? – zapytał Paweł krzyżując ręce na piersi i opierając się wygodnie o twarde oparcie krzesła. - To wiedziałem do momentu gdy dowiedziałeś się jak ma na imię. - Potem powiedziała ci więcej? – Krzysiek przytaknął - Potem... powiedziała. Nawet za dużo.
****
- Nie płacz. – powiedział Krzysiek cicho, zamykając drzwi. Dziewczyna usiadła na łóżku i zakryła twarz rękoma. Głośno płakała. Usiadł obok niej. – Nie płacz proszę. Wiem, że ci ciężko. - Nie wiesz. Nie byłeś tam. Nie było cię gdy ich zabijali. - Spokojnie. Ty żyjesz, a to jest przecież najważniejsze. – objął ją ręką i delikatnie pogładził po ramieniu. - Nie wiesz. Kazali mi na to patrzeć. Na to co robili. – jej ręce drżały, łzy spływały jej po policzku jak rwąca rzeka. Nie mogła ich powstrzymać. - Uspokój się proszę. Nie płacz. Wiem, że cię to boli. - Patrzyłam. – mówiła, zupełnie jakby nikogo obok niej nie było. – Jak ten zły, wstrętny gwałci moją mamę. Kazali mi. Mój tata już nie żył. Nad nim też się znęcali. Kopali umarłego. – zaczęła płakać coraz bardziej – Potem moją mamę. Ja byłam następna, mnie też chcieli położyć na podłodze. Trzymali ten pistolet nad moją głową i ciągnęli po deskach. – zrobiła krótką przerwę - Wtedy on przyszedł i mnie uratował. – oparła głowę o tors Krzyśka. Cały czas płakała. - Przykro mi Klaudia. Nie chciałem o to pytać. – Krzysiek spochmurniał, żałował, że doprowadził dziewczynę do tego stanu. Objęła go rękami i przytuliła się. Powoli pogłaskał ją po ramieniu, potem po głowie. Cała się trzęsła. – Już dobrze. - Chociaż ty mnie nie opuścisz? – podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Wyglądała tak niewinnie, tak delikatna jakby znikomy powiew wiatru mógł ją zranić, kropla deszczu zabić. Oparła się wszystkim przeciwnościom. Zło zaatakowało ją z największą siłą, lecz nie zabiło jej. Została teraz sama, bezbronna, szukała obrońcy. - Ja? – zdziwił się tym pytaniem. Z całym impetem uderzyła go tam gdzie nie mógł się bronić... w serce. Pod wpływem jej błagalnego spojrzenia zmiękł wyraźnie. Nie wiedział co powiedzieć. Miał jedną z dwóch możliwości do wyboru... – Nie. Nie opuszczę.
****
- Zdumiewająca opowieść. – powiedział Jacek, po chwili milczenia, która nastała po tym jak Krzysiek skończył mówić. On również słuchał jego wyjaśnień, gdyż sprawa dziewczyny go intrygowała. – Mam tylko jedno pytanie: skoro tyle przeszła, wycierpiała i do tego jeszcze spotkała was, czemu nie odeszła, nie przestraszyła się i nie uciekła przy najbliższej okazji? Przepraszam, złe pytanie. – Zamyślił się na chwile – Ona ma gdzieś w okolicy rodzinę? - Nic nie wiem o jej rodzinie poza jej zamordowanymi rodzicami. – odrzekł Krzysiek niespokojnie. - Nie pochwalam tego. Naprawdę. – rzekł Jacek zmartwiony - Ona nie powinna tutaj z nami zostać. To jest zagrożenie dla was, dla mnie i całego przedsięwzięcia. - To co mamy zrobić? Wyrzucić ją na zewnątrz z hasłem „radź sobie sama, już cię nie chcemy”? – oburzył się Krzysiek - Nie, nie, nie. Ale zważ też na to, że ona musi tu zostać, w tym czasie. Nie może podróżować z nami, bo to jest hm... technicznie niemożliwe. Nawet gdybym chciał... - Nie chodzi przecież o podróż teraz. Nie możemy jej zapewnić bezpieczeństwa przez pewien czas, aż wszystko będzie gotowe do podróży? – zapytał Krzysiek i spojrzał w tym samym czasie na milczącego Pawła. - Dobrze. Ale co potem? Myślałeś nad tym? Przy okazji, najważniejsza rzecz. Ile powiedziałeś jej? – Jacek nie krył zdenerwowania w tej chwili zwracając się do Krzyśka - Co powiedziałem? - Co ona wie o nas? - W tym sensie nie masz się czego bać. Nic jej nie powiedziałem. Ale nie myśl, że to jest takie proste. Ona przy każdej sposobności pyta o to i owo. Dawno chciała wiedzieć kim jesteśmy. - I co jej powiedziałeś? – Paweł włączył się do rozmowy. - Nakłamałem jej. – te słowa wypowiedział jakby z wyrzutem do samego siebie – Powiedziałem, że jesteśmy z partyzantki. Myślę, że uwierzyła. Jednak uważam, że to hańba okłamywać ludzi. - W imię większego dobra. – skwitował Jacek – Nawet nie wiem kim ona jest. A jeżeli uratowaliście ją od śmierci, która powinna nastąpić? Mogliście zmienić tym samym przyszłość. - W imię większego dobra. – powtórzył Krzysiek, chcąc zakończyć tym samym spór. Jacek spojrzał na niego z przymrużonymi oczami. - Tak czy inaczej – rzekł – Mam kolejny powód, aby ukończyć sondę czasową i jak najszybciej umieścić ją na jej miejscu. Musze się co nieco dowiedzieć o twojej nowej znajomej. - Nie wątpię, ale czy możemy zapewnić jej opiekę? –Krzysiek nie był pewny ostatniego słowa. - Cóż mogę poradzić? – Jacek wzruszył ramionami. – Później zastanowię się co z nią zrobimy po tym wszystkim. Do tego czasu może z nami zostać. - Dzięki. – Krzysiek uśmiechnął się lekko. - Nie dziękuj mnie, ale Hitlerowi, bo to przez niego tu jestem. - Jemu na pewno nie podziękuję. - Masz rację. To nie jest dobry pomysł. – Jacek wstał z zajmowanego krzesła i wyszedł z pokoju.
****
Jacek dokręcał już ostatnie śruby. Sonda wyglądała już całkiem przyzwoicie. Musiała wytrzymać ponad pięćdziesiąt lat zakopana w ziemi do momentu aż odkopią ją jego znajomi z lat dziewięćdziesiątych. Zwykłe żelazo mogłoby nie wytrzymać upływu czasu, dlatego musiał już wcześniej przygotować się na ewentualność użycia sondy, zabierając z przyszłości specjalną obudowę z nierdzewnej stali, chroniącą przed korozją i niszczeniem. Jeszcze tylko dwie śruby, pomyślał Jacek z ulgą. Za chwilę włożę do środka list oraz moje wyniki badań i zamykam to przeklęte pudło. Krzysiek siedział razem z Pawłem i Klaudią przy stole, który znajdował się w rogu pokoju. Na blacie leżała talia kart. Klaudia jedynie przypatrywała się grze, w której była niezbyt zorientowana. Gra pochłonęła ich po tym jak przestali rozmawiać na temat Klaudii oraz całego tego bajzlu, który się nagle wytworzył. Czekali tylko na to, aż Jacek skończy pracę i razem z nim pojadą zakopać sondę w niewielkiej odległości od granicy Krakowa, tuż obok wsi Zielonki. Klaudia przestała już wylewać łzy, choć dalej była smutna i niezbyt skora do rozmów, to po rozmowie z Krzyśkiem poczuła się lepiej. Było jej lżej na sercu, że ktoś chce się nią zaopiekować i okazuje jej jakiekolwiek zainteresowanie. Cichą atmosferę panującą w pokoju zmącił głośny pisk opon dochodzący z ulicy. Krzysiek podniósł głowę znad kart i spojrzał po kolei na Pawła i Jacka. Ci odwzajemnili to spojrzenie pełne zdziwienia, z nutką strachu. Po kilku sekundach usłyszeli ponowny pisk, a następnie jakieś nieokreślone okrzyki. Wszyscy rzucili się do wąskiego okna, które ukazywało widok na ulicę Długą. Ujrzeli interesujące zdarzenie, które jak wiele innych utkwiło im dobrze w pamięci. Do stojącego na krawężniku po przeciwnej stronie ulicy niemieckiego pojazdu ciężarowego podjechały dwa inne, które były prawie identyczne jak ten należący do sił niemieckich. Pojazd, który jechał pierwszy zastawił tył ciężarówki, a drugi podjechał od przodu. Zanim siedzący w środku żołnierze zdołali zorientować się o co chodzi, z dwóch polskich pojazdów wyskoczyli partyzanci i zaatakowali Niemców. Jeden z nich zdołał wyskoczyć z samochodu, lecz padł pod gradem pocisków, drugi zginął próbując wyjść z ciężarówki. Zaalarmowany wystrzałami dochodzącymi z zewnątrz, z budynku, do którego podjechał niemiecki pojazd wybiegł jeszcze jeden żołnierz Wehrmachtu. Ten zdążył oddać kilka wystrzałów z karabinu zanim padł z kulą w piersi. W chwilę później jeden z Polaków podbiegł do niemieckiej ciężarówki i zasiadł za kierownicą wyciągając martwego Niemca. Reszta jego kompanów z powrotem załadowała się na ciężarówki i po chwili polska partyzantka odjechała wzbogacona o kolejny pojazd nieprzyjaciela. Gdy uciszyło się na tyle że nie słychać już było odgłosów wydawanych przez pojazdy Paweł usłyszał głośne jęki. Tuż na rogu ulicy Długiej z jakaś inną, mniej znaną zebranym leżało ciało człowieka ubranego w niebieski mundur. W niedalekiej odległości leżała również niebieska czapka, oraz brązowa torba, z której wysypały się białe kartki papieru. W niedalekiej odległości od leżącego, blisko latarni stał mężczyzna. Ubrany w czarny garnitur i ciemno-niebieski krawat wyglądał trochę podejrzanie, nie wspominając o tym, że wszyscy, którzy jeszcze przed chwilą szli tą ulicą, uciekli. On sam został i co dziwniejsze, obserwował budynek, w którym znajdowali się podróżnicy w czasie. Jacek wyszedł powoli z mieszkania mówiąc przy tym, że pójdzie sprawdzić czy ten listonosz jeszcze żyje. Wszyscy odprowadzali go wzrokiem, gdy przechodził przez pokój i zamykał za sobą drzwi. Natychmiast po tym znów obserwowali co działo się na ulicy. O dziwo nie znaleźli już podejrzanego mężczyzny. Znikł. Schował się. Nie wiedzieli co się stało. Nie było już nikogo kto by przechodził tą drogą. Po kilku chwilach zauważyli Jacka biegnącego ostrożnie przez ulicę. Rozglądał się bacznie na boki obawiając się dostrzeżenia jakiegoś niebezpieczeństwa. Ostatni kawałek pokonał wolnym krokiem, uważając na każdy swój ruch. Pochylił się nad leżącym i podniósł mu głowę. Trwał tak przez kilkadziesiąt sekund, po czym położył mężczyznę w pozycji w jakiej go zastał i podszedł do jego torby. Wyciągnął z niej czerwoną kopertę. Następnie szybko podbiegł pod swoją kamienicę i wszedł do mieszkania. Wszyscy niecierpliwie czekali na jego powrót. Gdy wszedł do środka spojrzał po wszystkich po kolei, wskazał na trzymaną w ręce kopertę i rzekł z bezsilnością w głosie: - Cholera! Może mi to ktoś wytłumaczyć? - Co tam się stało? – krzyknęli prawie wszyscy naraz - Ten listonosz... został postrzelony w klatkę piersiową podczas tej zasadzki. Zdążył jednak powiedzieć, że ma specjalną przesyłkę, którą dostał tuż przed strzelaniną i ma doręczyć po adres Długa 17/5. Prosił mnie żebym to zrobił za niego. Potem chwycił mnie za rękę i skonał. Nie chce was martwić, ale Długa 17/5 to my. – nastała chwila milczenia, wszyscy wpatrywali się w tajemniczą kopertę, którą Jacek trzymał w dłoni i dziwnym trafem jeszcze jej nie otworzył. - Czy ktoś wie że tu mieszkamy? – zapytał Krzysiek zdziwiony. - Z tego czasu? Tfu – przypomniał sobie o Klaudii i ugryzł się w język, wykonał szerokie koło ręką - znaczy z tych okolic? Nie. - Otworzysz? – zapytał Paweł - Mam wątpliwości. – powiedział Jacek z sarkazmem po chwili, atmosfera tajemniczości przeniknęła wszystkich wokoło, każdy chciał wiedzieć co kryje się w kopercie, a jednocześnie wszyscy mieli pewne obawy związane otwieraniem tej dziwnej przesyłki. Aaa pieprzyć to, pomyślał Jacek. Tyle już nieoczekiwanych rzeczy miało miejsce, że nie zaszkodzi jak zobaczę co jest w środku. Na kopercie nie było żadnego adresu, znaczka, nic. Była czysta z zewnątrz. Wewnątrz znajdował się list zapisany na białym papierze w kratkę. Gdy Jacek czytał w ciszy treść listu wszyscy z napięciem i niepokojem oczekiwali jego reakcji. Gdy skończył popatrzył dziwnie na wszystkich, po czym wręczył list Pawłowi i odszedł bez słowa do swojego stolika kończyć pracę, zupełnie jakby nigdy nic się nie stało. Gdy Paweł skończył czytać list opierając się jednocześnie o ścianę, wręczył go Krzyśkowi mówiąc przy tym, że nic z tego nie rozumie. Klaudia zapytała się go co było w liście, lecz jej nie odpowiedział. Gdy Krzysiek studiował kartkę papieru dziewczyna podeszła do niego bliżej i próbowała coś przeczytać zaglądając mu przez ramię. - Drodzy podróżnicy – mruczał pod nosem – Muszę przyznać, że jestem zaskoczony waszym postępowaniem w ostatnim czasie. Niemniej jednak chciałbym pogratulować wam odwagi i poświęcenia zwłaszcza podczas starcia z oddziałem niemieckim. – przerwał by złapać oddech, uśmiechnął się lekko choć w tym uśmiechu znajdowała się nutka strachu i niepewności – Jednakże wasze wspaniałomyślne czyny sprawiły sporo komplikacji z następstwem czasu w wyniku czego załamało się kontinuum czasoprzestrzenne i w rezultacie przyszłość została zmieniona. Jest to karygodny błąd zważając na powagę Twojego przedsięwzięcia. Nie martwcie się jednak tą sytuacją, ja to wszystko naprawię, a was proszę, abyście się szybko uporali z niebezpieczeństwem i wracali do swojego czasu nie ingerując już w otaczającą was rzeczywistość. Aha, zapomniałbym. Medykamenty są ukryte w pobliżu jabłoni, kilka metrów od budynku. Pozdrawiam was. Gdy skończył czytać zamilkł na dłuższą chwilę. Kto mógł wysłać ten list. Albo nawet ważniejsze pytanie: Skąd ten ktoś tyle wie? Z treści listu wynika, że wie kim jesteśmy i co robimy, pomyślał. W takim razie kto to może być? Ciekawe czy ma to jakiś związek z tym podjazdem partyzanckim. - O co chodzi w tym liście? Nic z tego nie rozumiem. – powiedziała Klaudia, która cały czas była przy nim - W liście? Yyyyyy... – zająknął się, nie wiedział co powiedzieć, nie chciał znów kłamać, ale nie w tej sytuacji nie miał chyba wyboru. Spojrzał na opartego o ścianę Pawła, który przyglądał mu się, gdy dziewczyna zadał mu pytanie. – To jest list, który mamy przekazać dowództwu. Eeee... wiem, że nie rozumiesz. To jest nowy szyfr, który bardzo ciężko odczytać. - Aha – powiedziała Klaudia beznamiętnie, po czym zaczęła wpatrywać się w bliżej nieokreślone miejsce za oknem. Krzysiek zacisnął zęby i złożył list. Chciał coś powiedzieć, lecz przeszkodził mu w tym Jacek, który stanął między nim i Pawłem z blaszaną kulą w rękach i rzekł: - Nie wiem jak wy ale ja nic z tego nie rozumiem, a to cholerstwo jest dość ciężkie, więc jeśli można prosić to jedziemy na wycieczkę krajoznawczą. – wyglądał na rozdrażnionego i jednocześnie sprawiał wrażenie jakby się czegoś obawiał. – Spakujcie się. – Tak Krzysiek jak i Paweł wiedzieli o co chodzi.
****
Przywykli do takiego krajobrazu. Kilka domów, zagrody i pola. Duże połacie pól. Mała wioska wyglądała na odludną. Do tej pory nie spotkali jeszcze nikogo na swej drodze. Nawet głośny warkot silnika ich samochodu nie przyciągnął niczyjej uwagi. Być może...odstraszył. Wysiedli z auta i przeszli przez na wpół rozwalony drewniany płot, który nachylony był do ziemi pod dziwnym kątem. Przeszli za gospodarstwo gdzie zauważyli w pewnej odległości budynek ze spiczastym dachem, w którym prawdopodobnie rolnicy przechowywali swoje zbiory. Ogromne wrota prowadzące do środka były zamknięte. Tuż przy stodole stał drugi budynek, dużo mniejszy od poprzedniego wykonany w całości z drewna posmarowanego czarną substancją. Drzwi do niego były otwarte, a w środku znajdował się wóz, który mógł być ciągnięty przez konie. Całe to gospodarstwo wyglądało jakby właściciele opuścili je w pewnym momencie zostawiając wszystko tak jak było. Jacek niósł sondę czasową trzymając ją w dwóch rękach. Z kieszeni w jego płaszczu wystawała mapa okolicy. Zatrzymali się przy miejscu gdzie znajdował się wóz. Jacek położył sondę na ziemi i wyjął mapę, aby sprawdzić miejsce, w którym musiał zakopać owe urządzenie. Krzysiek odłożył saperkę, którą zabrał z samochodu, po czym rozglądnął się. Kilka drzew wyznaczających granicę pól znajdowało się w najbliższej okolicy. Tuż przy ziemi rosły zielone krzewy agrestowe, na których już dawno nie było widać żadnych owoców. Klaudia nie znała celu ich przedsięwzięcia więc trzymała się na uboczu nie chcąc przeszkadzać w pracy. Po pewnej chwili Jacek odłożył mapę i zabrał saperkę, która stała wbita w ziemię przez Krzyśka. Stanął na rogu budynku i prostopadle do jego ściany odszedł kilka kroków. Stanął na chwilę namyślając się gdzie powinien zrobić kolejny ruch. Odwrócił się o 90 stopni w lewo i kierując się na pobliskie drzewo podszedł kolejne kilka kroków. Na koniec przysiadł i wbił saperkę w ziemię. Wszyscy przyglądali się mu z zaciekawieniem, gdyż ta sytuacja wyglądała jak scena z filmu o poszukiwaczach skarbu. Nikt jednak się nie śmiał, wszyscy byli zmartwieni otrzymanym listem oraz dalszymi perspektywami na przyszłość. - To tu! – krzyknął Jacek, aby wszyscy usłyszeli – Musimy –rzekł gdy już podeszli do niego – wykopać dół na ok. półtora metra. Będziemy się zmieniać. - Półtora metra saperką? – Paweł nie krył swojego zdziwienia - Nie może być mniej, gdyż podczas prac rolniczych ktoś może się natknąć na sondę i wszystko szlag trafi, choć to miejsce nie powinno być zmienione bardzo przez 50 lat. Tak czy inaczej czeka nas dużo pracy. – po tych słowach zaczął kopać w suchej ziemi. Z początku praca szła nieskładnie i powoli, lecz z czasem szło coraz lepiej. Tak jak mówił zmieniali się co jakiś czas, dzięki czemu pracowali bez przerwy. Dół powiększał się z każdą chwilą, aż osiągnął upragnioną głębokość. - Wydaje mi się że to wystarczy – powiedział Jacek przypatrując się dziurze. Zaraz po tym udał się po sondę czasową, która wciąż leżała pod ścianą budynku. Paweł usiadł na ziemi aby odsapnąć i wytarł pot z czoła. - Jak myślisz, wrócimy do domu? – zapytał Krzyśka, ten spojrzał na Klaudię, która stała tyłem do nich w odległości kilku metrów. Lekki wiatr unosił jej pofalowane włosy, które w świetle zachodzącego słońca przybrały barwę złota. Niewinność i piękno tej sceny sprawiły, że Krzysiek westchnął. Paweł bacznie przyglądał się temu co działo się wkoło niego. – Ej! – pomachał mu ręką przed oczami. – Nie mówi mi że ty... po prostu tego nie mów. - Ale nic nie poradzę, że tak jest. - Krzysiek! – powiedział z naciskiem – Przestań o niej cały czas myśleć. Niedługo wrócimy do domu, ja w to wierze, a wtedy dużo gorzej odczujesz stratę po niej. - To może lepiej byłoby, gdybym został? – Krzysiek popatrzył przed siebie - Co?! Co ty wygadujesz? To nie jest twój świat. - Tamten też nie jest. W tamtym jest tylko wrogość i kłamstwo. Te dwie cechy rządzą tamtym światem. Kto chce być inny zginie, bądź nie odnajdzie się w nim. - Nie przesadzaj. – Paweł próbował jakoś ratować sytuację, choć wiedział, że to co mówi jego kolega jest prawdą. – Nie możemy tu zostać. Chyba powinieneś mnie rozumieć. – ostatnie słowa powiedział nieco ciszej, spojrzeli sobie w oczy na ułamek sekundy - Tak, rozumiem. - O czym tak rozmawiacie? – zapytał Jacek, który właśnie przyszedł z żelazną kulą w dłoniach. - O niczym – rzekł Paweł bez przekonania. - Na pewno? - Tak – potwierdził Krzysiek wyrywając się z marzeń Jacek stanął możliwie blisko dołu jaki udało im się wykopać i powoli włożył sondę do środka. Gdy nie mógł już dalej jej opuścić, w jednym ruchu cofnął ręce i żelazna kula spadła na samo dno. Głuchy dźwięk wydany w czasie zetknięcia z ziemią został szybko stłumiony. - No! – rzekł wycierając dłonie z ziemi – To by było na tyle. Teraz wystarczy zakopać, odczekać dziesięć minut i mamy świeże informacje prosto z dziewięćdziesiątego szóstego roku. Zakopanie dziury poszło już dużo szybciej i nie wymagało prowadzenia zmian na stanowiskach. Po zakopaniu wszyscy usiedli na trawie poza Jackiem, który nerwowo wyczekiwał na pojawienie się pomocy co jakiś czas patrząc na swój zegarek kieszonkowy. W ten sposób czekali pięć minut, dziesięć, dwadzieścia, lecz nic się nie pojawiło. Jedynie łagodny powiew wiatru i świergot ptaków mąciły ciszę jaka panowała między podróżnikami. Jacek coraz bardziej zdenerwowany zaczął chodzić tam i z powrotem bez określonego celu. Dlaczego się spóźniają? Może coś pokręciłem z datą, lub godziną? Cholera jasna nie chce mi się tego znowu odkopywać... Usłyszeli dziwny dźwięk w oddali, który z każdą chwilą przybierał na sile. Śpiew ptaków przycichł, wiatr również ustał na moment jakby informując podróżników o tym co może się niedługo wydarzyć. Po krótkiej chwili Krzysiek rozpoznał ten dźwięk, a jego ciało przeszyły dreszcze. Nie znowu! - To czołgi! – wyrwało mu się - Kurwa! – Jacek był u kresu wytrzymałości psychicznej – co jeszcze się może wydarzyć? - Zaraz na pewno się wydarzy jeśli się gdzieś nie ukryjemy. – przypomniał Paweł - Tak, tak, racja – Jacek uspokoił się i rozejrzał dookoła – Eeeeeee... tam! Wchodźcie tam gdzie wóz. Paweł. Pomożesz mi. - Tak? – wszyscy wbiegli do budynku - Pomórz mi z tymi wrotami, zamkniemy tę połówkę. – Paweł przytaknął i na dany sygnał pociągnęli ciężkie wrota, które zasłoniły część wnętrza, ukrywając ich przed wzrokiem Niemców. - Damy radę z następną połówką? – zapytał Paweł - Teraz już nie – odparł Jacek wychylając się zza wrót – Niemcy już przejeżdżają. Przejdźcie jak najbardziej na lewo, tak aby was nie było widać. – ostatnie zdanie powiedział do Krzyśka i Klaudii, którzy natychmiast posłuchali jego rady. Rzeczywiście, dźwięk przybrał na sile. Niezaprzeczalnym był fakt iż Niemcy szykowali jakąś akcję, bądź kierowali się do punktu, gdzie połączą się z innym oddziałem, gdyż przemarsz wojska słyszeli jeszcze przez dobrych paręnaście minut. Gdy Jacek wyjrzał na podwórze zobaczył kilkanaście lekkich czołgów, które posuwały się po wiejskiej drodze na czele kompani. Za nimi jechały ciężarówki załadowane sprzętem, prawdopodobnie bronią, bądź materiałami wybuchowymi. Wymarsz zamykały oddziały piechoty. Na oko szacował iż było ich prawie 500. Gdzieniegdzie widział niemieckie motocykle z charakterystycznymi siedzeniami dla kilku osób, które prawdopodobnie służyły dowódcom dla szybkiego przenoszenia rozkazów. Po kilkunastu minutach odgłosy ucichły, lecz nikt nie odważył wychylić się z ukrycia. Zapanowała chwila ciszy. Nikt nic nie mówił, lecz wszyscy patrzyli na siebie próbując wytypować osobę, która wyjdzie i sprawdzi teren. W końcu Jacek nie mogąc wytrzymać tej bezczynności wychylił się zza wrót. Wyszedł krok przed budynek zachowując wszelką ostrożność i po upewnieniu się, że nie ma zagrożenia, gdyż oddziały niemieckie opuściły już wioskę, chciał zawołać swoich towarzyszy. Poczuł, że coś jest nie tak, choć nie umiał tego wytłumaczyć. Było już jednak za późno. Kamień, który dostrzegł kątem oka uderzył go wprost w brzuch z wystarczającą siłą, by sprawić, że Jacek zgiął się wpół z zadanego mu bólu. W tej samej sekundzie poczuł drugie ognisko bólu, tym razem w okolicy prawej łopatki. Kula przecięła ubranie i skórę, by następnie wbić się w ziemię za nim wydając przy tym piskliwy dźwięk. Jacek stęknął. Zalała go fala strachu i adrenaliny. Upadł na cztery litery i nerwowymi ruchami próbował zejść z widoku cofając się do wnętrza budynku. Jego starania zmobilizował widok kolejnej kuli, która tym razem wbiła się w ziemię między nogami tuż przy kolanie. Przeczołgał się w bok wchodząc za osłonę drewnianych wrót i natychmiast krzyknął: - Padnij! W tej samej chwili na budynek posypał się grad pocisków, które z łatwością przebijały drewniane ściany. W akompaniamencie świszczących kul oraz latających wkoło kawałków drewna wszyscy padli na ziemię chroniąc swoją głowę rękoma. Ostrzał trwał niespełna kilka sekund, lecz to wystarczyło, żeby podziurawić wrota stodoły, które wyglądały teraz jak sito. Jednakże szczęście zaczęło im w końcu sprzyjać, gdyż żadna kula nie trafiła w cel, choć czasami mało brakowało. Kto do nich strzelał? Wszyscy zadawali sobie to pytanie. Niemcy musieli zostawić tutaj wartę. - Wszyscy cali? – zapytał Jacek po dłuższej chwili, nikt mu nie odpowiedział – Ej ludzie! Żyjecie? – każdy wystękał jakieś słowo, które nikt inny nie mógł zrozumieć oprócz jego samego. To znaczy tak czy jednak jesteście ranni, pomyślał Jacek, lecz wiedział, że nie ma dużo czasu. Rana zaczęła go nieznośnie piec. Podczołgał się do niego Paweł ze swoim pistoletem w dłoni. Jacek spojrzał na niego i w krótkim kontakcie wzrokowym wytłumaczył mu wszystko co planował. Wyszeptał przy tym: „Okno... na trzy”, po czym wyciągnął swojego Desert Eagle’a z kieszeni w płaszczu i odbezpieczył go. Paweł przytaknął i zrobił to samo ze swoim. „Raz, dwa...TRZY!” Obaj wyskoczyli zza wrót i oddali strzały w okno domu, obok którego przechodzili po wyjściu z samochodu. Szyba pękła z głośnym hukiem rozwalając się na wiele małych kawałków. Strzelali niemal równocześnie. Pod wpływem kul tynk odpryskiwał ze ścian, a na jego miejscu pojawiały się małe dziury z pociskami w środku. Jackowi pierwszemu skończyła się amunicja. Niedługo po nim zaprzestał ostrzału również Paweł. Obaj ponownie schowali się za wrotami. Krzysiek, który zdezorientowany leżał na ziemi obok Klaudii usłyszał słowa wypowiedziane przez Jacka: „Szlag... nie trafiliśmy”. Wszyscy zamarli w bezruchu. - Masz magazynki? – wyszeptał Paweł drżącym głosem - Mam jeden. Dlaczego nie wziąłeś swojego?! – powiedział Jacek z wyrzutem - Tak kurwa, bo ja wiedziałem, że będzie strzelanina. - Dobra nieważne. Krzysiek a ty? - Też nie mam drugiego. – wymamrotał Krzysiek – ale mam jeszcze w broni. - Dobra – powiedział Jacek po chwili – nie ma sensu się kłócić. Musimy znaleźć stąd wyjście. Krzysiek, spróbuj zobaczyć czy z tyłu nie ma jakiegokolwiek przejścia. Tylko trzymaj się blisko ściany. - Kurwa beznadzieja. – powiedział Paweł wciąż leżąc na ziemi. Przewrócił się na brzuch i spojrzał przez jedną dziur we wrotach. Była ona tak mała, że z trudnością mógł cokolwiek zobaczyć. Wydawało mu się, że tuż przy prawej ścianie domu stoi jakaś osoba. Nie widział dokładnie kto, lecz mógłby przysiąc, że ktoś tam jest. – Nie wiem jak ty, ale ten kto strzelał prawdopodobnie idzie teraz w naszą stronę. - Co? – Jacka zalał zimny pot. Znalazł przerwę między drewnem dzięki czemu mógł zobaczyć co dzieje się na zewnątrz – Kurwa! Jeszcze tego brakowało. Trzyma jakąś dziwną broń w ręku. Nie wiem kto, ale to chyba nie jest Niemiec. Krzysiek! Jest jakieś wyjście? - Nie ma. Żadnego przejścia, żadnych drzwi. Nic. – odezwał się nastolatek z końca budynku. Sytuacja wyglądała beznadziejnie. Nie mogli się wydostać z pułapki, dodatkowo, sprawca tego wszystkiego zmierza powoli w ich kierunku. Jacek chwycił garść słomy pomieszanej z ziemią i rzucił tam gdzie znajdowała się otwarta połówka wrót. Wzbił się tuman kurzu, kawałki słomy wzleciały w powietrze. W tej sekundzie usłyszeli wystrzał i tam gdzie Jacek rzucił to co miał w garści zamiast gładkiej ziemi ujrzeli dziurę w podłożu, a w środku niej jeszcze gorący pocisk. - Krzysiek chodź tu! Przykucnij przy kole. No tam. Gdy wejdzie, strzelaj! Musisz być szybszy niż on! Bo inaczej nas pozabija. – Jacek wyrzucił pusty magazynek i włożył nowy, który miał w płaszczu oraz oparł się o ścianę celując jednocześnie przed siebie. Rana na łopatce znów zaczęła go boleć. - Paweł, idź z Klaudią na tył. Wszyscy wykonali dokładnie polecenia podróżnika. Czekali. Krzysiek drżał. A jeśli się spóźni? Wtedy wszystko może szlag trafić. Jeśli coś się nie uda, będzie się obwiniał za czyjąś śmierć do końca życia. Jeśli przeżyje. Nie chciał, aby spadła na niego ta odpowiedzialność. Miał nadzieję, że Jacek będzie szybszy. Wycelował w wejście. Czekali. Zapanowała tak głęboka cisza, że mogli usłyszeć powolne kroki zbliżającego się człowieka. Wszyscy się przerazili. Krzysiek słyszał bicie własnego serca. Drżał. Napiął wszystkie mięśnie i czekał. Chwila ta przedłużała się w nieskończoność. Nikt nie przypuszczał co może się stać, gdy ów człowiek stanie do nich twarzą w twarz. Zabiję go! Dlaczego on ma mnie zabić pierwszy? Nie będę miał litości, powtarzał sobie Krzysiek. Nagle usłyszeli strzał i piskliwy dźwięk uderzenia metalu o metal. W następnej chwili usłyszeli kolejny wystrzał. Tym razem zawtórował mu wrzask mężczyzny, który otrzymał dotkliwą ranę. Wszyscy myśleli, że kule lecą w ich stronę dlatego znów padli na ziemię. Za tymi dwoma strzałami posypały się następne, było ich tak wiele, że nie mogli ich zliczyć, choć wystrzeliwane były po kolei. Gdy podnieśli się z ziemi usłyszeli warkot zapalanego samochodu. W następnej chwili dźwięk zaczął słabnąć do momentu aż całkowicie przestali go słyszeć. Po raz kolejny czuli się zagrożeni. Nie wiedzieli co się dzieje wokół nich. O tym co wydarzyło się na podwórzu nie mieli pojęcia poza tym, że rozegrała się jakaś strzelanina. Nikt nie miał zamiaru wychodzić na zewnątrz, aby sprawdzić co się stało. Przygotowali się znowu na najgorsze. Usłyszeli odgłos kroków. Nasilający się z każdą chwilą, tak jakby ktoś biegł w ich stronę. W pewnym momencie ustał. Nie słyszeli już nic. Jacek obawiał się teraz, że wrzucą im granat do środka i to będzie ich koniec. Boże tylko nie to, błagał w duchu. Po kilku chwilach odezwał się dziwnie znajomy, męski głos: - Nie strzelajcie! – nikt nic nie odpowiedział, wszyscy byli oszołomieni. – Wiem, że tam jesteście, ale nie strzelajcie do mnie. - Kim jesteś? I czego chcesz? – Jacek przejął rolę negocjatora - Ja? Ja chcę waszych dusz nędzni śmiertelnicy! – głos, który to mówił był szyderczy, a ton wypowiedzi sugerował, że mężczyzna nie miał zamiaru żartować, po chwili odpowiedział – Co się głupio pytasz? Nie poznajesz mnie Jacek? - Yyyyy... Piotrek? - No nareszcie. - Skąd mam wiedzieć, że to ty? Za dużo się tu działo przez ostatnie kilkanaście minut. Po co przybyłeś do tego czasu? Jaką mam pewność, że nie ma przy tobie jakiegoś Niemca z karabinem przygotowanym do strzału? - Hm. Po pierwsze znasz mnie, bo ze mną pracowałeś w centrum. Po drugie wiesz, ze nie wbiłbym ci noża w plecy, a po trzecie uratowałem wasze śmierdzące tyłki od tego szalonego ruska! - Jakiego znowu ruska? - Jak wyjdziesz to ci powiem. Jacek z wahaniem przygotował się do wyjścia. Z bronią przed sobą zrobił krok na przód i wycelował pistolet w stojącą naprzeciw niego osobę. Był to mężczyzna średniego wzrostu, miał krótkie włosy koloru jasno brązowego postawione do góry. Ubrany był w czarną, skórzana kurtkę oraz ciemne dżinsowe spodnie. W obu dłoniach trzymał dwa pistolety. Jacek podszedł do niego, spojrzał mu w twarz i rzekł: - Po cholerę tu przyszedłeś? - Chciałem zobaczyć czy Hans Klos naprawdę żył. – nieznajomy uśmiechnął się i schował bronie za pasek spodni po wcześniejszym zabezpieczeniu. - Nawet nie wiesz jak dobrze cię widzieć. – powiedział nagle Jacek ściskając się ze swoim kumplem. Ktoś mógłby pomyśleć, że ci dwaj się kochają, lecz oni po prostu cieszyli się ze spotkania. - Ciebie również przyjacielu. – Piotrek klepnął kolegę po ramieniu. - Co tu robisz? – zapytał z ciekawością Jacek - To zbyt długa historia, żeby ją teraz opowiadać. W ogóle to chodźmy stąd, tu nie jest najbezpieczniej. – Krzysiek z Pawłem wyszli ostrożnie z budynku. Za nimi nieśmiało podążała Klaudia. – Widzę, że zawarłeś nowe znajomości. Zakładasz szkołę czy co? – zadrwił - Nie śmiej się. Oni też przybyli tu przez.... ekhm tak jak my. Poza dziewczyną, którą oni spotkali niedawno. Miej do nich szacunek. Uratowali mi raz życie. - No proszę. Widzę, że tu się dużo wydarzyło przez ten miesiąc odkąd tu jesteś. Witajcie, jestem Piotrek. Współpracuje z tym oto typem, któremu uratowaliście życie. – wszyscy kolejno zaczęli się przedstawiać, choć dalej nie wiedzieli o co w tym wszystkim chodzi. – Dobra, tyle tytułem wstępu. Chodźmy stąd do twojego samochodu, bo chyba czymś tu przyjechałeś prawda? - Nie możemy. Czekam na odpowiedź przez sondę czasową. Zaraz przyślą pomoc. – zatrzymał go Jacek - Nie przyślą. – rzekł ponuro Piotrek - Dlaczego? – zapytał z niedowierzaniem - Centrum zostało zniszczone.
****
Krzysiek spojrzał na ścienny zegar. Dochodziła już godzina 17.00. To już ponad dwie godziny odkąd tamci zamknęli się w pokoju i prowadzą swoje dysputy. Jeśli miałby być szczery to nie obchodziło go, co tam robią, chciał teraz jak najszybciej wrócić do swojego czasu. Tutaj jest jakoś dziwnie, stwierdził w myślach. Czuł się jakby każdy wdech paraliżował go od środka i wysysał mu przy tym resztki energii. Coś było nie tak, ale nie potrafił tego określić. Do tego wszystkiego dochodziła ta dziewczyna. To jakiś nieprawdopodobny przypadek, że właśnie oni ją spotkali. A może tak miało się stać, gdyż było im to przeznaczone? Ich drogi skrzyżowały się w niefortunnym czasie, jakim jest właśnie ta wojna. Zbyt wiele okrucieństwa i zła. Tego nie można doświadczyć na lekcji historii. Nigdy nie będzie się świadomym tego, czym jest wojna dopóki się jej nie skosztuje. Jestem zmęczony tym wszystkim, pomyślał. Niech ten koszmar się już skończy! Aargh – wystękał, gdy skaleczył się nożem w palec próbując posmarować sobie kromkę chleba czymś, co powinno przypominać masło. Na początku myślał, że wezmą ich do wspólnej rozmowy, lecz po przyjeździe zamknęli się w pokoju i nie wyściubili nosa nawet żeby wyjść do toalety. O czym oni rozmawiają? Usiadł przy małym stoliku ze swoim dzisiejszym obiadem, który de facto powinien zrobić Jacek, gdyż to on obiecał, że będzie zajmował się tymi sprawami. Do kuchni weszła Klaudia. Rozglądnęła się powoli i rzekła swoim słodkim głosem: - Czemu siedzisz sam? - Nie wiem, jakoś tak... – Rzekł obojętnie. Ona za ten czas usiadła naprzeciw. Obrzucił ją ciekawym spojrzeniem. Jest taka piękna, pomyślał. Te oczy, piękne błękitne oczy. Dziewczyno, czego bym dla ciebie nie zrobił. - To wszystko jest jakieś dziwne. – Powiedziała po dłuższej chwili, powoli spuszczając głowę. - Co jest dziwne? – Zapytał zaciekawiony zagryzając kromkę chleba - To wszystko. Nie mam pojęcia, czym było to, co zakopaliście do ziemi. Nie wiem, czemu ciągle mamy jakieś kłopoty. Co się dzieje? - Eeee – Krzysiek próbował wymyślić jakieś łatwe do połknięcia wytłumaczenie. Klaudia spojrzała mu prosto w oczy. Poczuł się dziwnie. – Wiesz, tam znajdowały się rozkazy... Eee a raczej nie. Zaraz, co tam się znajdowało. – Przybrał minę jakby się nad czymś głęboko zastanawiał, a tak naprawdę próbował wybrnąć jakoś z tego niezręcznego tematu. Klaudia wciąż go obserwowała z zaciekawieniem. - Proszę nie kłam. Chociaż ty mnie nie okłamuj. Ale jeśli nie możesz powiedzieć to rozumiem, nie będę już pytała. – Ich oczy spotkały się na ułamek sekundy. Krzysiek poczuł się jakby ktoś na niego założył ołowiowe ubranie. Nie może go zdjąć, ale musi iść dalej. Błękit jej oczu. Błagalne spojrzenie. Ona go prosi, a on nie może nic na to poradzić. NIE! Ma rację. Dość tych kłamstw! To zaczyna mnie przerastać, pomyślał. - Dobrze – przerwał na chwilę próbując zanotować jakieś zmiany w jej sposobie zachowania, ciągle była spokojna i opanowana. – Ale nie możesz tego nikomu powiedzieć, ja nie powinienem tego w ogóle ci mówić, nie wiem, co się może stać. - A co może? - Zapytała zdezorientowana. Krzysiek przełknął ślinę i spróbował nabrać odwagi. - Widzisz to nie jest takie proste. Nie należymy do wojska. W ogóle nie jesteśmy stąd... To znaczy na razie. – Klaudia podniosła brwi do góry. Oczywistym było, że nie rozumiała w ząb, o co chodzi. – Ja nie urodziłem się 17 lat temu. Tak naprawdę to moje urodziny będą za około 50 lat. Zaczął swoją opowieść od niefortunnego wypadku, dzięki, któremu przenieśli się w czasie. Próbował wyjaśniać wszystko jak najprostszymi słowami wiedząc, że dziewczyna może tego nie zrozumieć. Nie wyolbrzymiał żadnej z postaci, nie wymyślał nic nowego. Powiedział to, co się zdarzyło. Z każdą sekundą jej twarz zmieniała wyraz. Gdy skończył swoje krótkie opowiadanie poczuł się lepiej, choć teraz zaczął zamartwiać się tym, że złamał przysięgę daną Jackowi. Zobowiązał się nie ingerować w teraźniejszość, aby nie zmienić tym samym przyszłości. Jednak nie mógł przewidzieć jej reakcji. Nagle wstała, wymierzyła w niego palec i rzekła drżącym od wściekłości i oburzenia głosem: - Cały czas! Nawet teraz mnie okłamujesz. Wiedziałam od samego początku, że coś jest nie tak. A teraz zmyśliłeś sobie kolejną historyjkę, bo myślisz, że jestem idiotką i dam się na wszystko nabrać! – Mała łza spłynęła po jej policzku. Drżała z gniewu. Nie wiedziała, co w tej chwili powinna ze sobą zrobić. Uciec? Może oni są w zmowie z tamtymi, co zabili jej rodziców? Czuła się bezradna, gdyż wiedziała, że nie miałaby szans stąd uciec. - Chciałaś znać prawdę. – Rzekł rozdygotanym głosem, czuł się podle, że wcześniej ją okłamywał. Mógł przypuszczać, że źle to zrozumie, ale co innego mógł zrobić? Nie potrafił dłużej ukrywać tego sekretu. – Tak było naprawdę. Przysięgam, że tak było. - Klaudia odwróciła się do niego plecami i podeszła do okna. Zaczęła płakać zakrywając twarz rękoma. Szybko podszedł do niej, lecz nie wiedział, co zrobić, co powiedzieć. - Zostaw mnie! – Burknęła, gdy się zbliżył. - Posłuchaj wiem, że nie rozumiesz, co się dzieje, ja też i jestem tak samo zagubiony jak ty. Nie powiedziałem nic co nie byłoby prawdą. Zrób z tym co zechcesz. – wzruszył ramionami i usiadł ponownie przy stole. Klaudia przez chwilę stała w oknie nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Rozpacz mieszała się w niej z wściekłością. Jak mógł ją tak okłamać. Obserwowała poruszających się po chodniku przechodniów, którzy, mogła być tego pewna, nie mieli takich problemów jak ona. - Będziesz tam stać cały dzień? – ciągnął dalej po chwili - Będę, a co? – odburknęła - No bo pomyślałem, że mimo wszystko jesteś głodna. – powiedział smarując kromkę chleba czymś co z zewnątrz przypominało dżem. Klaudia mimowolnie odwróciła się w jego stronę. Rzeczywiście była bardzo głodna, lecz postanowiła sobie, że nie poprosi nikogo z nich nawet o kawałek chleba. Zrobiła kilka kroków, po czym usiadła przy stole. Przysunął jej na talerzu dwie kromki, a jedną zostawił sobie. Jedli w milczeniu wzajemnie się obserwując. Krzysiek poczuł się nieco raźniej po tym jak zrzucił z siebie ciężar tajemnicy, która spoczywała na nim od pewnego czasu. Nie mógł jednak powiedzieć tego o Klaudii, która wyraźnie zdezorientowana próbowała sobie to wszystko poukładać w głowie. Zastanawiał się, czy zwykła dziewczyna pochodząca ze wsi w tamtych czasach potrafi pojąc to, co jej przekazał na temat podróży w czasie. Co jakiś czas pociągała nosem chcąc powstrzymać się od ponownego płaczu. Włosy, choć potargane i nie pielęgnowane od dwóch dni nie utraciły swojej pięknej barwy ciemnego złota. Jej oczy biły niesamowitym blaskiem. Spoglądając w nie widział coś niezwykłego, czego nie mógł nawet opisać, lecz podobało mu się to. Teraz nie potrafię, pomyślał, ale ciekawe czy kiedyś się odważę jej to powiedzieć... Ponowny wstrząs zakłócił spokój panujący w kuchni. Podobnie jak poprzednio po chwili wszystko się uspokoiło, lecz pozostał niepokój dotyczący przyczyny wystąpienia tych dwóch wybuchów. Przeszli razem do sąsiedniego pokoju, w którym na kanapie siedział Paweł. Obracał w dłoniach swój pistolet. Gdy ich spostrzegł wstał i podszedł do Krzyśka, Klaudia tymczasem usiadła na jego miejscu. Popchnął kolegę do progu kuchni i szepnął mu na ucho. - Coś się szykuje. Słyszałeś wybuchy? - Tak. To chyba gdzieś w Bronowicach. – Odpowiedział zmieszany. - Coś jest nie tak mówię ci. – Paweł wyglądał na podenerwowanego. – Oni nie są tacy, za jakich się podają. - Co ty mówisz? – Krzysiek przestraszył się na początku. - Mówię, że Jacek i jego kompan nie są tu w celu dokończenia wspaniałomyślnego projektu, lecz są tu, aby kogoś zamordować. - Co?! – Niedowierzał temu, co słyszy, chciał go poprosić, aby jeszcze raz to powtórzył, lecz doszedł do wniosku, że usłyszałby jeszcze raz to, co doskonale rozumiał, lecz nie chciał przyjąć do wiadomości. - Słuchaj, nie ma czasu na zbędne gadanie. Wiem, co widziałem. Karabin snajperski pochodzący z naszych czasów przyniósł ten jego kolega. Przez przypadek zauważyłem zdjęcia jakiegoś mężczyzny, a przy nich dokumenty z bardzo szczegółowymi informacjami na jego temat. Podpisany był jako: Cel. - Niemożliwe. My nic nie znaczymy, gdyby byli mordercami to już dawno byśmy nie żyli. Nie podzieliliby się z nami żądnymi informacjami na temat podróży w czasie itp. - Chyba, że wiedzieliby, że i tak zginiemy. – Oboje spojrzeli po sobie. Ich oczy skrzyżowały się na ułamek sekundy. – Wiem, co trzeba zrobić, to znaczy, co można. Możemy wrócić do naszego czasu. Stronta ma Jacek za paskiem. Po prostu biegnij za mną, a uda się. – Odwrócił się od kolegi - Ale czekaj... – Nie zdążył nic więcej powiedzieć, gdy drzwi od małego pokoiku otworzyły się powoli, a z wnętrza zaczęły dochodzić głosy podróżników w czasie. Serce biło przyjaciołom jak oszalałe. Paweł nie wiedział, czy to, co chce zrobić jest dobre, ale był pewny, że jeśli dalej będzie bierny to mogą nie przeżyć tej wycieczki. Pierwszy wychylił się Jacek. Wciąż był pochłonięty rozmową z Piotrkiem, więc nie zauważył, gdy Paweł podbiegł szybko do drzwi, chwycił je oburącz i z całej siły pchnął na niego. Otrzymał cios prosto w czoło i uderzył, w tym samym momencie, plecami o futrynę. Przed oczy wystąpiły mu różnokolorowe plamy, a siła uderzenia zamroczyła go na krótką chwilę. Nie zdążył zareagować, gdy Paweł sięgnął ręką za jego pasek i wyrwał zza niego małą, brązową saszetkę. Gdy Jacek zorientował się, z czym ma doczynienia, chciał przeszkodzić Pawłowi w ucieczce, lecz nie zauważył w tym momencie prawego sierpowego, który wylądował na jego twarzy. Podróżnik poleciał na Piotrka, który próbował przedostać się przez wąskie wejście i wystrzelić z wyciągniętego już pistoletu. Paweł mając już Stronta puścił się biegiem do drzwi wyjściowych. Krzysiek kątem oka spojrzał na wystraszoną Klaudię, która ciągle siedziała na kanapie. Nie. Przykro mi, pomyślał. Nie mogę odejść. Paweł spojrzał jeszcze ostatni raz w stronę, gdzie stał Krzysiek, ten nie poruszył się z miejsca. Przez ułamek sekundy, był zły na kolegę, lecz po chwili zaakceptował jego decyzję. W tym momencie Piotrek wyskoczył z pokoju popychając przy tym Jacka, który wpadł na ścianę. Podniósł swojego Colta, wycelował i bez wahania nacisnął spust. W ostatniej chwili Jacek podbił mu broń do góry zmieniając tym samym tor lotu pocisku, który trafił w ścianę kilka centymetrów od głowy Pawła. Ten jednym ruchem otworzył drzwi wyjściowe i wpadł na korytarz. Drzwi zatrzasnęły się za nim. Wszyscy to poczuli. Jakby falę energii rozchodzącą się z potężną siłą. Filiżanki znowu zadrżały, Krzyśkowi zrobiło się sucho w gardle, pojawił się niemiły ucisk w żołądku. Piotrek ostrożnie podszedł do drzwi z bronią w gotowości. Rozchylił je delikatnie, a następnie otworzył całkowicie celując Coltem w jakieś miejsce na ścianie. Na korytarzu nikogo nie było. Westchnął ciężko. Zamknął drzwi i podszedł do siedzącego pod ścianą Jacka, który trzymał się za głowę i
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Ignis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…