Wróć do katalogu

Drzwi

Opowiadanie to ukazało się w Esensji.

T.R.Weich, opublikowano , 12 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Drzwi

Wyrzuciłem je. Wywaliłem, wypieprzyłem, wypier... w końcu te drzwi. Wyobraźcie sobie faceta wybiegającego w zimie, w samym podkoszulku, z drzwiami od kibla, wrzeszczącego na całe gardło. Albo może przypadkiem widzieliście kogoś takiego? Mnie widzieliście. Sąsiedzi musieli mieć ubaw. Może nawet pomyśleli sobie, że coś mi się w głowę stało albo że jestem nawalony jak stodoła. Tylko że nie byłem ani pijany, ani nic mi się w głowie nie poprzestawiało. Chociaż muszę przyznać teraz, kiedy już trochę ochłonąłem, że mieli prawo tak myśleć. No, bo jakże inaczej. Facet wybiega przed blok o dziesiątej w nocy, wydziera się jak wariat i wymyśla drzwiom. Rzuca je na śnieg, kopie i skacze po nich. Typowy szaleniec. Potem wbiega do klatki schodowej, za chwilę wybiega z niej z siekierą w ręce i bierze się do rąbania drzwi. No - świr. Ale za to jak mi ulżyło, kiedy już je porąbałem. No, naprawdę, nie śmiejcie się, tak było. Sąsiedzi przez kilka dni omijali mnie z daleka, ale teraz już wszystko wróciło do normy. Tak przynajmniej mi się wydaje. Nawet odpowiadają na moje ukłony, kiedy czasem mijamy się na schodach. Wiem, że zabrzmi to dziwnie, ale przez te drzwi rozpadło się moje małżeństwo. A z tego, co dowiedziałem się później od pewnej starszej pani, prawdopodobnie doprowadziły one do kilku innych partnerskich dramatów. Tego jednak mogę się tylko domyślać. Miła starsza pani opowiadała mi, że bardzo często, jeszcze przed nami, dobiegały z tego mieszkania wrzaski i odgłosy bijatyki. Kilkanaście razy zjawiała się policja i kilka razy karetka pogotowia. Nawet mogę dokładnie powiedzieć, ile razy to było, bo kochana starsza pani prowadziła zapiski dotyczące odwiedzin funkcjonariuszy. Tak więc policja interweniowała piętnaście razy, a pogotowie było wzywane osiem razy. Imponujące, prawda? Nie dziwiłbym się, gdyby wszystko to działo się tylko w jednej rodzinie, w dodatku patologicznej, ale tak nie było. Sześć razy zmieniali się tu lokatorzy i nie uwierzę, nie po tym, co sam tutaj przeżyłem, że za każdym razem było coś nie w porządku z ludźmi. Starsza pani twierdziła, że to duchy, że mieszkanie nawiedzone. Gówno prawda, żadnych duchów, żadnego nawiedzenia - to te pieprzone drzwi. Ale teraz już nikomu nie zepsują życia, bo porąbałem je, a potem spaliłem i kupiłem nowe. Drzwi - kto by pomyślał, że takie zwykłe drzwi mogą człowiekowi narobić tyle problemów, a jednak. Nie wierzycie? Posłuchajcie najpierw i dopiero potem oceniajcie. Mijają właśnie dwa lata, odkąd się tutaj wprowadziliśmy. Ja i moja Ania. Miał być raj, wymarzona swoboda, życie na własny rachunek. Byliśmy rok po ślubie i przez ten pierwszy rok mieszkaliśmy u rodziców Ani. Coś strasznego. Pełna kontrola. Gdzie wychodzicie, o której wrócicie, mówcie ciszej, nie kłóćcie się, nie słuchajcie tak głośno radia, ściszcie telewizor. Koszmar. Na szczęście, albo może na nieszczęście, nie tylko ja tak uważałem, również Ania zaczęła mieć już tego wszystkiego powyżej uszu. Podjęliśmy decyzję. Wyprowadzamy się. Znaleźliśmy sobie ładniutkie, dwupokojowe mieszkanko w bloku. Nawet niedrogie. W każdym razie kasy wystarczało nam na opłaty i jeszcze trochę zostawało. Rozumiecie - młodzi ludzie, prawie zaraz po ślubie. Ona nauczycielka w liceum, on początkujący wirtuoz gitary klasycznej, na razie również uczący. Ale naprawdę nie było źle. Nie mieliśmy wielkich wymagań. Największym naszym szczęściem było już to, że w końcu mogliśmy sobie pomieszkać sami. Ania miała do pracy dziesięć minut na butach, ja - dwa razy tyle. Rano trzy godziny ćwiczyłem, potem szedłem uczyć. Parę godzin z dzieciakami, kilka prywatnych lekcji, no, a w niedzielę trochę "jazzowałem" z kumplami z akademii w takim jednym klubie. Myśmy grali, a Ania i dziewczyny kumpli dopingowały. Nie tylko one, bo klub był dość popularny i nawet spodobaliśmy się pewnemu gościowi z firmy fonograficznej. No, czego chcieć więcej? Trzy miesiące trwała ta idylla. Trzy miesiące, aż tu nagle - bęc... Ania się na mnie obraziła i nie chciała ze mną rozmawiać. Nie wiedziałem, w czym rzecz, ale przyjąłem jej grę. Myślałem, że po prostu chce sobie pomilczeć. Na drugi dzień nie wytrzymałem i spytałem - co ją gryzie? Ona tylko na mnie patrzyła i widziałem, jak łzy napływają jej do oczu. Przytuliłem ją mocno, tak mocno, jak tylko mogłem. Zawsze to lubiła. - Aniu, co jest grane? Powiedz mi, proszę, bo zwariuję. - Ty mnie już nie kochasz?! - rozpłakała się. - Słucham? - odsunąłem się od niej i spojrzałem w oczy. - Czemu tak myślisz? - Powiedziałeś mi to wczoraj. - Znowu zalała się łzami. - Nic takiego nie powiedziałem. Wręcz przeciwnie. Nikogo nie kocham tak jak ciebie. - Naprawdę? To dlaczego to powiedziałeś? - Nie powiedziałem. Coś ci się musiało przesłyszeć. Potem tuliliśmy się trochę inaczej i wszystko było OK. Tak przynajmniej myślałem, bo po jakichś dwóch tygodniach znów przestała się do mnie odzywać. Więc ja znowu przyjąłem jej grę. Wiedziałem, że lepiej poczekać, aż się trochę uspokoi. Wytrzymałem tak do następnego dnia, ale tym razem ignorowała mnie, kiedy poprosiłem ją o wytłumaczenie. W porządku, pomyślałem, spróbujemy jeszcze raz, jutro. Spróbowałem i dowiedziałem się, że powiedziałem, że jej nienawidzę. Ale uwierzcie mi, nic takiego nie powiedziałem. Nie pamiętam, co to było, ale na pewno nie to, że jej nienawidzę. Przeprosiłem, chociaż nie czułem się winny. Przysięgałem, że ją kocham, jednak coś zaczęło między nami zgrzytać od tego dnia. Szkoda, że wtedy nie zauważyłem, iż problemy zaczynają się zawsze, kiedy jestem w ubikacji i mówię przez zamknięte drzwi. Ale komu przy zdrowych zmysłach przyszłoby do głowy, że winę za wszystkie domowe problemy ponoszą zwykłe drzwi, i to w dodatku te od kibla? Któregoś dnia uderzyłem ją. Bóg mi świadkiem, że tego nie chciałem, a jednak uderzyłem ją. Stało się to przed moim kolejnym występem w klubie jazzowym. Byłem trochę podenerwowany, bo tego dnia miał przyjść do klubu szef wytwórni, w której mieliśmy nagrywać płytę. Nie chciałem się spóźnić.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych