Dusza Senny cz. 1
Opowiadanie wyjaśniające, dlaczego Lucian nienawidzi Thresha bardziej niż wszystkich nieumarłych.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
(opowiadanie inspirowane grą "League of Legends")
– Kochanie, uważaj. – Lucian pomógł wstać Sennie, której mahoniowa skóra zachwycająco błyszczała w pistacjowym świetle lasu, wydobywającym się tak zewsząd, jak i znikąd – jego pochodzenie było dziwnie nieznane. Ciemnoskóry mężczyzna przygarną do siebie żonę, przyciskając delikatnie jej łono do broni, znajdującej się w kaburze na jego biodrze. – To wszystko przez tą głupią sukienkę. Czemu nie pozwoliłeś założyć mi skórzanych spodni? – zapytała Senna, nie mając jednak pretensji do swojego męża. W zwiewnej białej sukience było jej bardzo wygodnie, poza tym czuła się w niej atrakcyjna, ale zdecydowanie nie pasowała ona do klimatu wyspy, do której przybili jakieś pół godziny temu, i zaczepiała się o wystające gałęzie, które zdawały się być wszędzie. Już teraz jej krawędź, kończąca się za kolanem, była poszarpana i brudna – upaćkana jakąś niebiesko-brązową mazią. – Dziś nie pracujemy. Pamiętaj o tym. – powiedział łagodnie Lucian. – Dziś zaraz się kończy. O ile już się nie skończyło. Spójrz na niebo. – Senna wskazała dłonią ciemne sklepienie przysłonięte częściowo przez powykrzywiane bezlistne korony drzew i niebieskie chmury. – Więc powiesz mi wreszcie, dlaczego „dziś nie pracujemy”? I dlaczego kazałeś mi się tak ubrać, podczas gdy sam jesteś w pełnym stroju bojowym i przywłaszczyłeś sobie moją broń? Lucian pocałował Sennę w czoło i powiedział tylko: – Tu niebo zawsze jest nocne. W końcu to Shadow Isles. Mężczyzna wypuścił w końcu swoją żonę z objęć, ale ona jęknęła i znowu upadła. Jej głos poniósł się echem po lesie. Senna chwyciła się za lewą kostkę. – Daleko jeszcze mamy zajść? – zapytała nie zdradzając wyrazem twarzy bólu, który czaił się w jej oczach. – Chyba skręciłam kostkę. Lucian ukląkł przy żonie, odstawiając na bok skórzaną torbę, którą niósł odkąd zeszli z pokładu valoranskiego statku. – Pokaż. – mężczyzna odsunął dłonie żony od jej obolałej kostki. Senna przygryzła dolną wargę, by nie wydobyć z siebie żadnego dźwięku, gdy jej mąż dotknął już puchnącego powoli miejsca nad stopą. Wiedziała, że gdyby zaczęła okazywać jakikolwiek brak komfortu, Lucian był gotów zaniechać misji i wrócić do Runeterru. Senna wsparła się nieco na ramionach, a później oparła o drzewo, tak że jej stopa wyślizgnęła się z jego delikatnych dłoni. – Nic mi nie jest. Możemy iść dalej. – powiedziała, patrząc na twarz swojego męża, wyrażającą teraz sceptycyzm, co podkreślała jeszcze uniesiona brew. – Tylko trochę wolniej. – dodała po chwili, patrząc mu w oczy. – Soraka! – mężczyzna skierował swój krzyk ku drzewom, znajdującym się za nim. W głębi lasu nagle rozbłysło ciepłe światło. Było ono nieco przyćmione przez wszechobecną mgłę, ale wyraźnie oświetlało pobliskie drzewa i postać trzymającą laskę, z której sączyła się żółta poświata. – Tak? – po lesie poniósł się kojący głos uzdrowicielki. – Senna skręciła kostkę. Mogłabyś coś na to poradzić? – Nie, nie potrzeba! – krzyknęła Senna do Soraki. – Lucian, naprawdę, wszystko w porządku. Nie musimy jej forsować. – dodała szeptem. – Oczywiście, Lucianie. Już idę. Uśmiechnął się do żony, która rzuciła mu złowrogie spojrzenie. Usiadł po turecku obok Senny i wciągnął ją na swoje kolana. Mimo wielkiej chęci bycia złą na męża, dlatego, że jej nie słuchał, wtuliła się w jego pierś, wsłuchując w bicie serca i narastający stukot kopyt, zbliżającej się do nich Soraki. Lucian patrzył, jak uzdrowicielka przedziera się z wdziękiem przez powykrzywiane, jakby w agonii, drzewa. Z miejsc, na które padało uzdrawiające światło jej laski, zakończonej sierpem księżyca, natychmiast umykały plugawe lepkie owady, chowając się w konarach i niebiesko-fioletowym mchu porastającym niemal wszystko wokół. Naturalnie amarantowe ciało Soraki pokryte było drobnym błyszczącym pod każdym kątek gwiezdnym pyłem, a jej kopyta bez problemu rozgniatały gałęzie, które napotykały na swojej drodze. Złota szata, opinająca wąską talię i drobne piersi też była już nieco przybrudzona, tak jak biała sukienka Senny. Uzdrowicielka stroszyła długimi elfimi uszami, zahaczając nimi o gałęzie drzew, a perłowym rogiem, wyrastającym powyżej nasady nosa, zgarniała lepkie pajęczyny podwieszone wysoko nad ich głowami. Gdy Soraka kucnęła przy Lucianie i Sennie, oboje się do niej uśmiechnęli z wdzięcznością. Uzdrowicielka ochoczo odwzajemniła uśmiech i ujęła w dłonie, osłonięte ciemnobrązowymi rękawiczkami, zwieńczonymi na górze kilkoma złotymi kamieniami, opuchniętą kostkę Senny. Ta syknęła z bólu, zapominając o wrażliwości swojego męża, wczepiła się dłońmi w klapy jego skórzanej kurtki i schroniła twarz w zagłębieniu szyi. Z pozoru spokojny Lucian zaczął czule głaskać ją po plecach. Jednak Senna czuła jego napięte mięśnie, co oznaczało, że niezwykle przejął się jej cierpieniem. – Przepraszam. – szepnęła ze skruchą Soraka. – Nie myślałam, że aż tak cię boli, Senno. – Nic się nie stało, Sorako. Spokojnie rób swoje. – Senna rzuciła w jej stronę ponad obojczykiem Luciana blady, ale życzliwy uśmiech. Uzdrowicielka tylko przytaknęła i oparłszy laskę o drzewo, złożyła dłonie nad kostką Senny, kierują ich wnętrze ku opuchliźnie, a później wyszeptała zaklęcie: – Gwiazdy, wysłuchajcie mnie. Wzrok Soraki powędrował ku niebu, a jej oczy stały się dwiema świecącymi kulami – nie posiadały już tęczówek ani źrenic. Jej białe włosy zaczęły błyszczeć, rozchodzącym się od skóry głowy światłem. A koliste znaki na jej ciele stały się jeszcze wyraźniejsze, odznaczając się teraz niemal purpurą na tle amarantowej skóry. Senna patrzyła, jak wysiąkające z dłoni Soraki złote światło otacza jej kostkę. Poczuła błogi spokój i przymknęła oczy, delektując się nim w objęciach Luciana. – Nie pozwolę ci ani nosić tych okropnie ciężkich skór, ani pracować, ani cierpieć w dzień urodzin. – usłyszała jego kojący szept. – Dziś są moje urodziny? – zapytała zmęczonym głosem. Była zaskoczona, że to już dziś, ale było jej tak dobrze, że nie potrafiła tego okazać. – Tak, kochanie. Nie chciałem dziś wypływać z portu w Valoran na kolejną misję, żebyśmy mogli w spokoju spędzić ten dzień razem, ale następny statek płynął do Shadow Isles dopiero za miesiąc. – Rozumiem. – mruknęła sennie kobieta, wtulając twarz w kołnierz jego kurtki. – Wynagrodzę ci to, jak wrócimy. Obiecuję. – Nie musisz mi niczego wynagradzać. – powiedziała i walcząc ze snem uniosła głowę i złożyła delikatny pocałunek na jego dolnej wardze. – Kocham cię. – Ja ciebie też. – odpowiedział patrząc w jej duże brązowe oczy. Przytknął usta do jej czoła i znowu złożył głowę na swoim ramieniu. – I pięknie wyglądasz w tej sukience. A teraz śpij. Tak zrobiła. Ostatnim, co zobaczyła przed zaśnięciem było bladnące światło i Soraka, o już nieświecącym ciele i oczach, które odzyskały żółte tęczówki, uśmiechająca się do Lucina.
– … i wtedy Karthus użył swojego najpotężniejszego zaklęcia. – Senna przez opary snu usłyszała szept Luciana. – I zniszczył całe życie na Summoner’s Rift? – zapytała Soraka smutnym głosem. – W sumie nie musisz odpowiadać. Znam go na tyle dobrze, by wiedzieć, że jest zdolny do unicestwienia wszystkich ludzi, a co dopiero mniej inteligentnych golemów, wilków czy smoków. – Masz rację, Sorako. Oczywiście Summoner’a Rift zostało później zamieszkałe przez inne stworzenia. Co nie zmienia faktu, że Karthus ma spaczony umysł. – Uważa, że śmierć jest potęgą i że dopiero po niej istnienie jest prawdziwie wolne i wiele zyskuje. Zabija wszystkich. Niezależnie od tego, czy ktoś jest jego wrogiem czy przyjacielem. – Dokładnie. Dlatego musimy go pozbawić tej potęgi. – Jak chcecie go pozbawić życia po śmierci? Przecież on już nie żyje. – Widzisz te bronie? – Lucian wskazał na dwa pistolety, leżące nieopodal. – Są one stworzone z Przedwiecznego Kamienia. W całym Wszechświecie są tylko takie dwie. Jedna należy do mnie, a druga do Senny. Oboje dostaliśmy je w spadku po naszych przodkach. Będąc naszą własnością, postanowiły się nawzajem odnaleźć, łącząc mnie i Sennę na zawsze. Ich przeznaczeniem jest zabijanie już umarłych Świętym Światłem, oczyszczanie świata z wybryków natury. My wypełniamy ich misję. – Lucian, wybacz, że zapytam – niezależnie, jaka będzie twoja odpowiedź zdeklarowałam się, że wam pomogę, więc to zrobię – ale co ja mam wspólnego z tą misją? Albo inaczej: jaka jest w niej moja rola? Mężczyzna westchnął, a Senna poczuła, jak jego uda, na których spoczywała jej głowa, nieznacznie się rozsuwają. Pytanie, które zadała Soraka było nieco niewygodne. Lucian nie lubił sprawiać przykrości i bólu ludziom, którzy na to nie zasługują, więc bał się teraz, że skrzywdzi uzdrowicielkę swoją odpowiedzią. Między dwójką zapanowała krótkotrwała cisza. Senna, mimo zamkniętych oczu, wiedziała, że Lucian patrzy gdzieś w dal, a później poczuła jego dłoń na swojej głowie. Zaczął bawić się jej włosami, sztucznie zapominając o pytaniu Soraki. – Lucian, proszę. – upomniała go uzdrowicielka. – Jeżeli mam wam pomóc, muszę wiedzieć, na czym ta pomoc będzie polegać. Mężczyzna znowu westchnął. – Nie obraź się Sorako, ale jesteś naturalną antagonistką Karthusa. On swoim najmocniejszym zaklęciem niszczy wszystkie stworzenia, znajdujące się w jego pobliżu, a nawet nieco dalej – przykładem jest Summoner’s Rift – a ty… swoim najmocniejszym zaklęciem uzdrawiasz. Potrzebujemy cię, byś nas uzdrawiała. Razem z Senną rozpatrzyliśmy każdą ewentualność. Nie wykluczyliśmy użycia przez Karthusa Rekwiem. W ostateczności może to zrobić, chociaż wie, że to bardzo osłabi jego moc. – Lucian spojrzał w końcu w twarz Soraki, która ani trochę nie zmieniła wyrazu. – Nie lubimy traktować stworzeń, jak przedmiotów, a właśnie tak się teraz możesz poczuć. A to nieprawda. Nie jesteś przedmiotem. Jesteś cudownym stworzeniem, które… Soraka uniosła dłoń w uciszającym geście i uśmiechnęła się lekko. – Nieczuję się, jak przedmiot. Dlatego poświęciłam swoje nieśmiertelne życie, Lucianie – by pomagać innym. Dopóki nie każecie mi krzywdzić innych, dopóty będę po waszej stronie. Lucian odetchnął z ulgą. – Nigdy nie każemy ci nikogo zabić. Chcemy tylko, byś sprawiła, że nikt nie zabije nas. – Tak, więc w porządku. Mężczyzna zsunął rękę z głowy Senny i zaczął głaskać jej plecy, skryte pod pledem ze skóry smoka. – Wiesz, kiedy się obudzi? – zapytał. – Od dawna już nie śpi. – odpowiedziała Soraka. – Prawda, Senno? Senna otworzyła jeszcze zaspane oczy i spojrzała z dołu na twarz męża. – Tak. Ale nie chciałam wam przeszkadzać w rozmowie. Poza tym, bardzo mi tak wygodnie. Skuliła się pod pledem i jeszcze mocniej wtuliła twarz w poduszkę, leżącą na udach Luciana. Mężczyzna uśmiechnął się do niej. – Możesz tak leżeć niezależnie od tego czy śpisz, czy nie. – sięgnął do skórzanej torby. – Ale chciałbym ci jeszcze przed jutrem dać prezent urodzinowy. Przed oczami Senny zawisła ampułka wypełniona czerwonym płynem. Do jej szyjki przywiązany był czarny rzemyk. Kobieta uniosła się nieco na ramionach, przyglądając swoistemu wisiorkowy. – Czy to jest to, o czym myślę? – zapytała nie odrywając wzroku od, błyszczącego w świetle laski Soraki, płynu. Lucian pokiwał tylko głową, co Senna zauważyła kontem oka, a później powiedział: – Żeby zawsze część mnie była przy tobie i cię chroniła. Wszystkiego najlepszego, kochanie. W oczach Senny pojawiły się łzy. Ujęła w dłonie małą ampułkę, wypełnioną krwią męża i przytknąwszy ją do serca, pocałowała go w usta. – Dziękuję. – szepnęła. Lucian nic nie odpowiedział tylko odwzajemnił pocałunek i wyjął z rąk Senny wisiorek. – Odwróć się. Kobieta zrobiła to, o co ją poprosił. Zgarnęła z tyłu włosy i przytrzymała je w górze. Poczuła, jak Lucian przejeżdża kciukiem wzdłuż jej nagiego karku i początkowej części kręgosłupa – sukienka była dość mocno wycięta z tyłu. Przeszedł ją przyjemny dreszcz. Ampułka znowu zawisła na chwilę przed jej oczyma, a potem dotknęła mostka, by pozostać tam już na zawsze. Senna poczuła słodki ciężar grubego szkła i jego zawartości na karku. Supełek, który zrobił jej mąż, związując ze sobą dwa końce rzemyka, delikatnie wpijał jej się w skórę. – Ślicznie to wygląda. – powiedziała nieśmiało Soraka. Kobieta podniosła na nią wzrok i uśmiechnęła się. – Prawda? – zwróciła twarz ku Lucianowi. – To najpiękniejszy prezent na świecie. Małżonkowie ponownie wymienili się pocałunkami. Nagle Senna zauważyła, że nie są już w lesie. Rozejrzała się dookoła. Blask z laski Soraki zatrzymywał się na płóciennych ścianach, suficie i podłodze namiotu. Mimo iż płótno było niewiarygodnie grube, Senna wyraźnie wyczuwała pod nim kamienną posadzkę, a nie leśne runo. Usiadła i wtedy dokładnie zobaczyła pled, którym została przykryta i poduszkę, na której leżała. Smocza skóra. Ani ona, ani Lucian, ani, przypuszczała też, że Soraka, brzydząca się zabijaniem, a co dopiero skórowaniem później zwłok, nie posiadała takiej pościeli. – Skąd ją mamy? – zwróciła się do męża. – Skóra smoka. Najcieplejszy, najwytrwalszy i najlżejszy materiał, posiadający takie właściwości, jak ona. – Wiem, Lucian, że to skóra smoka. Wiem także, jakie ma ona właściwości. Pytam się: skąd ją mamy? Przecież niemiałeś jej w swojej torbie. Sama ją pakowałam. – Owszem, nie miałem. Kupiłem ją parę minut temu od Twistedzkiego Strażnika. – Jesteśmy w Twisted Treeline? – Tak. Dokładnie na tarasie Błękitnej Rezydencji. – Jak? Przecież to jest po drugiej stronie wyspy. – Przeszliśmy z Soraką środkiem lasu. Jej blask skutecznie odstrasza tutejsze potwory. Przynajmniej na razie, dopóki nie zorientują się, że nie robi im on krzywdy. – Mieliśmy iść krawędzią lasu. Lucian, mogłeś narazić siebie i Sorakę na niebezpieczeństwo. – Nie zapominaj, że ty słodko drzemałaś w moich ramionach. Nie myśl o tym. Jesteśmy tu cali i zdrowi, a ja nigdy nie naraziłbym twojego życia. Nie mogliśmy rozbić obozu po prostu w środku lasu. Nie znamy tej wyspy. Twisted Treeline jest tu najbezpieczniejszym miejscem. – Dopóki jacyś zwiadowcy nie będą chcieli dokładnie poznać miejsca kolejnej bitwy między Demacią a Noxusem. – Pytałem o to zarówno Strażnika Błękitnej, jak i Fioletowej Rezydencji i oboje powiedzieli mi – oczywiście za dogodną opłatą – że w najbliższym czasie nie będzie tu żadnej bitwy. Sennie zabrakło już argumentów, które przeważałyby za tym, że przejście środkiem lasu i osiedlenie się na tarasie jednej z Rezydencji na polu bitwy było niemądre. Poza tym, naprawdę czuła się tutaj bezpiecznie. Dookoła nie panowała pełna trwogi cisza. Przez nocne mgły przedzierały się odgłosy neutralnych stworzeń, błądzących po lesie, a niebieski kryształ nexusa rzucał delikatną aurę na ściany ich prowizorycznego namiotu i oświetlał znaczną powierzchnię placu przed tarasem. – Dobrze. Może i masz rację. – westchnęła, a później wdrapała się na kolana męża i wtuliła w jego ramiona. – Najważniejsze, że nic wam się niestało. Lucian pocałował ją w czubek głowy. – Swoją drogą, Lucianie, może opowiemy Sorace trochę o naszej misji? Jeżeli ma nam pomóc musi wiedzieć, co nam i jej grozi i jakich sił będzie od niej wymagała. – Masz rację, Senno. – odpowiedział mężczyzna, a później zwrócił się do uzdrowicielki. – Sorako, zgodziłaś się z nami przypłynąć tu, nie znając konsekwencji tego czynu. – Powstałam, by służyć dobru, niezależnie od konsekwencji. – odpowiedziała pokornie uzdrowicielka. – Tym niemniej należą ci się informacje i nasza dozgonna wdzięczność, niezależna od wyniku misji. – powiedziała Senna. – Jak już wiesz – podjął Lucian. – Karthus wymordował całe Summoner’s Rift przeddzień bitwy między Demacią a Noxusem. Jednak żadna ze stron nie została o tym poinformowana. Karthus przekupił Summonerskich Strażników, a gdy dżunglerzy z obu drużyn wstąpili do lasu, nie znaleźli tam ani jednego stworzenia, z którego krwi mogliby czerpać moc. Shyvana i Sion spotkali się przy demaciańskiej wiosce Blue, ale nie zaczęli ze sobą walczyć. Oboje rzucili się do odwrotu, myśląc, że nie dadzą sobie rady z mocniejszym od siebie przeciwnikiem. Tak naprawdę i Shyvana, i Sion byli tak samo bezużyteczni i mogli liczyć tylko na swoich sojuszników. Nie znalazłszy żadnej wioski, w której byłoby coś więcej niż martwe ciała golemów i wilków, podążyli na stanowisko smoka i znowu się tam spotkali. Quinn i Kayle oraz Draven i Morgana zeszli ze swojej linii, by pomóc sojusznikom, ale tamci stali po dwóch stronach pustego siedliska smoka, krzycząc do siebie. Za plecami Shyvany stanęła cała czwórka i przysłuchiwała się im. Na początku myśleli, że to jakieś prywatne porachunki i chcieli się szybko wycofać, ale gdy zorientowali się, że chodzi o brak stworzeń w dżungli, całą szóstką – oczywiście zachowując konieczny sceptycyzm i ostrożność – przeszli na linię środkową i tam, zbiwszy się w dwie grupy, zgodnie postanowili przenieść bitwę i osobiście rozmówić się ze swoimi Strażnikami. Nie mogli nic zrobić poza przekupieniem ich, by wyjawili im prawdę, o tym co zaszło pod ich nieobecność na Summoner’s Rift. Tak też zrobili. A resztę historii już znasz. – skwitował Lucian. – Zarówno demacianie, jak i noxianie zgłosili się do nas o pomoc, by Karthus już nigdy nie mógł zakłócić przebiegu ich bitwy. – dodała Senna. – Gdyby był stworzeniem śmiertelnym, nie podjęlibyśmy się tego zadania, ale naszą misją jest zabijanie nieumartych. Nieumartych, ingerujących w życie żywych. Soraka przez cały czas w milczeniu wpatrywała się w twarze swoich towarzyszy, co kilka chwil potakując. – Jakimi zaklęciami oprócz Rekwiem posługuje się Karthus? – zapytała w końcu. – Zrobiliśmy pełny wywiad na ten temat. – podjął Lucian. – Często posługuje się on Zrównaniem z Ziemią i Ścianą Bólu. Są to raczej niegroźne zaklęcia. Ale wykształcił on także zdolność – podpisując Pakt ze Śmiercią – podwajania swojej mocy, będąc u kresu sił. Jeżeli będziemy blisko zabicia go, a on użyje Rekwiem, niechybnie umrzemy. Soraka przełknęła ślinę. – Rekwiem jest Śmiercią z Nieba, prawda? – zapytała. – Tak. Aury zaklętych stają się nagle krwistoczerwone, a później razi je Niebiański Wybuch. – odpowiedziała jej Senna. – Czyli gdy zaobserwuję, że wasze aury stały się czerwone, muszę użyć Życzenia? – Nie do końca. – Lucian zobaczył niezrozumienie na twarzy uzdrowicielki, więc spieszył z wyjaśnieniami: – Jeżeli użyjesz Życzenia zbyt wcześnie uleczy już zadane przez Karthusa obrażenia, ale nie ochroni nas przed esencją Rekwiem. Natomiast, gdy użyjesz jej za późno, nie zostanie w nas już nic, co można by było uratować – nasze serca momentalnie przestaną bić, a mózgi pracować. Musisz rzucić Życzenie, gdy zobaczysz spadający z nieba Wybuch. Będziesz miała tylko półtorej sekundy na wypowiedzenie zaklęcia. Wtedy Rekwiem i Życzenie nawzajem się zniwelują, a my będziemy mieli Karthusa w garści. – Soraka kiwnęła głową i odwróciła wzrok od twarzy Luciana. – I pamiętaj: – powiedział on nagle, ponownie zwracając uwagę uzdrowicielki. – gdyby coś poszło nie tak, uciekaj, jak najszybciej, nie oglądając się za siebie. Soraka spojrzała na niego wielkimi oczami. Po chwili przeniosła wzrok na twarz Senny, która patrząc na nią uważnie, kiwnęła głową. Uzdrowicielka przymknęła ze smutkiem powieki i westchnęła: – Tak zrobię.
Po północnej części lasu roznosiła się echem dzwoniąco-chrzęszcząca melodia. Cała trójka słyszała ją już od dawna, idąc wzdłuż kamiennej ściany. Tym razem Senna miała na sobie strój bojowy, tak jak jej mąż. Jej „bezrobotne” urodziny skończyły się z chwilą złapania za pistolet i wyjścia z namiotu na tarasie Błękitnej Rezydencji. Zostawili w nim wszystkie swoje rzeczy, pod opieką przekupnego Strażnika. Było to ryzykowne, ale nie mieli wyjścia, więc zapłacili mu kilkoma sztukami złota i zapewnili, że jeżeli wszystko będzie w porządku, jak wrócą, dostanie drugie tyle. Lucian szedł na początku pochodu, sprawdzając wszystkie jamy w wysokiej skalnej ścianie. Soraka szła między nimi ze zgaszoną laską, a Senna osłaniała tyły. Wszyscy troje słyszeli melodię coraz wyraźniej, a idąc wzdłuż ściany dało się nierzadko słyszeć głos, który brzmiał, jakby gardło jego właściciela przypalane było ogniem – był schrypiały i odbijający się wielokrotnie echem, co zniekształcało nieco słowa.
Szaleństwo w twych oczach Kwasem wnika w opary duszy. Powinieneś uciekać, Lecz, ups!, przez moje Pudło nie możesz się ruszyć. Zabiorę cię, więc ze sobą. A skoro o śmierć już mnie prosisz, Cóż, zabawię się jeszcze chwilę twoją osobą.
Zabiorę ci ciało, a później duszę, Byś przez wieczność w mym okrucieństwie mógł cierpieć katusze. Nie martw się jednak o nic, Przyjaciół już wkrótce dostaniesz, Bo terror i szaleństwo Oznacza zabawę bez granic.
– Stworzenia na tej wyspie są nieźle porąbane. – szepnął Lucian, gdy głos zaczął śpiewać kolejną niemającą ni dobrych rymów, ni większego sensu piosenkę. – Miejmy nadzieję, że to nie nasz cel. Inaczej mógłby nas załatwić samymi fałszami. – zażartował, ale Soraka patrzyła tylko z niemym przerażeniem w głąb lasu, a Senna obdarowała go bladym uśmiechem. Szli dalej, cały czas zbliżając się do źródła dźwięków, towarzyszących im już od dłuższego czasu.
***
– Zabiję ich ciała i porwę dusze. Hahaha! Szaleństwem, jak stryczkiem oplotę ich szyje. Będą cierpieli. Hahaha! Zatruję ich zmysły nutką wariactwa, a łańcuchem uwiężę głos w gardle. Hahaha! – ochrypły głos niósł się nad leśną mgłą, aż szepnął wreszcie: – Zaraz się zacznie. Thresh niemiał zamiaru ukrywać się przed nowoprzybyłymi na wyspę istotami. Zauważył je już, gdy płynęły w stronę Shadow Isles. Zapach jednej z nich przypadł mu wyjątkowo do gustu. Słodki, zwiastujący, że jego właściciel jest bardzo silny i gotowy do poświęceń, unosił się z wiatrem nad pianami fal Morza Conquerora, a później złowieszczo spokojnymi wodami zatoki i docierał do szczytu skalnego klifu, na którym wówczas stał. – Krok, krok, krok. – szeptał słysząc, jak przybysze podchodzą powoli coraz bliżej. Thresh kręcił swym łańcuchem wolniej i wolniej, pobrzękując dużym hakiem na jego końcu. Oparty nonszalancko o duże drzewo, stał tyłem do kamiennej ściany, która w tym miejscu zaczynała już być tylko stromym zboczem wzgórza. Z zamkniętymi oczami (jeżeli dwa świetliste niemal poziome otwory w czaszce można nazwać oczami) wsłuchiwał się w rozkoszne mlaszcząco-wilgotne dźwięki lasu i wychwytywał ponad mgłą zapach swojej przyszłej zdobyczy – teraz nieco inny niż poprzednio. Jednak nadal nieustraszony, cudowny; tańczący w jego pustej czaszce, prześlizgujący się między oczodołami, czułkami i oparami pistacjowego światła. Tylko dusze, które są dla Thresha wyzwaniem pachną tak apetycznie. A on lubił wyzwania. Kolekcjonowanie dusz było jego całym życiem… życiem po życiu, ale do jego kolekcji trafiały tylko te, które na to zasługiwały. Tych, którym udało się zaleźć Threshowi za skórę i najodważniejszych. Jedna z właśnie takich zbliżała się nieznośnie powoli. Już chciał oderwać się od drzewa i wyjść całej trzyosobowej kampanii naprzeciw, gdy wreszcie zobaczył ich, wychodzących ostrożnie zza rogu kamiennej ściany. Thresh przygasił blask, zarówno swój, jak i wydobywający się z latarni wiszącej po drugiej stronie łańcucha, i przestawszy kręcić hakiem, zatknął go za pasek na wysokości bioder. Nie przestał jednak nucić. Jego głos odbijał się echem o wszystkie możliwe punkty. Widział, jak przybysze rozglądają się w poszukiwaniu jego źródła. A wśród nich ona. Właścicielka jego przyszłej duszyczki. Jej ciemne włosy spięte wysoko z tyłu głowy w koński ogon lśniły falami w nocnym świetle. Pełne wargi miała nieco rozchylone, rozglądając się z zaciekawieniem i czujnością. Smukłe dłonie, skryte w skórzanych rękawiczkach zaciskała na kaburze niezwykłej kamiennej broni, której wylot lśnił czerwienią, jak rozżarzone żelazo, mimo że w ostatnim czasie wcale nie była użyta – Thresh przypuszczał, że kręcili się przy nim na tyle blisko i długo, że usłyszałby ewentualny strzał. Na szyi miała przedmiot mącący szlachetność jej zapachu. Podchodzili coraz bliżej, a on wkradał się w każdy zakamarek umysłu, szukając słabego punktu. Wreszcie go odnalazł. Na jego usta wypełzł paskudny uśmiech. A później przeniósł wzrok na ciemnoskórego mężczyznę. On również posiadał kamienny pistolet, nieco większy od broni swojej towarzyszki. Trzeci osobnik był niegroźny – uzdrowicielka o końskich kopytach. Wszyscy zbliżyli się już wystarczająco blisko. Thresh spokojnie chwycił jedną dłonią za hak, a drugą uniósł pustą latarnię. Rozbłysł ponownie swoim pistacjowym światłem.
***
– Lucian! – krzyknęła Senna, celując bronią w drzewo, które nagle otoczyła bladozielona aura. Mężczyzna odwrócił się do niej w mgnieniu oka i również ustawił się w pozycji bojowej. – Senna, Soraka. Stańcie za mną. Już! Senna wycofała się bezpiecznie do tyłu, a skulona Soraka stanęła jeszcze dalej za nią. Była najwyższa z całej trójki, więc mimo odległości doskonale widziała rozwój wypadków. – Dobrze. A teraz spokojnie wyjdź zza drzewa z łapkami do góry, cudaku…, jeżeli w ogóle masz ręce. – rzucił Lucian w stronę pistacjowej aury. Początkowo odpowiedziała mu cisza. A później usłyszeli bardzo wyraźnie, nierozproszoną przez echo chrapliwą melodię i brzęk łańcuchów. Zza drzewa wychyliły się trzy czułki wykonane jakby z kręgów kręgosłupa, a zaraz za nimi czaszka. Zwęglona czaszka, z której sączyło się bladozielone światło. Puste ślepia stworzenie wczepiło w Sennę i Lucian doskonale o tym wiedział. Nagle melodia ustała, a postać, śmiejąc się jadowicie, cała wyszła zza drzewa. Miała szerokie barki, a jej całe ciało skrywał czarny płaszcz – wydawało się, jakby miał on kościsty stelaż. W biodrach była przepasana łańcuchem, którego dwa końce dzierżyła w dłoniach…, a właściwie jeden z nich – ten zakończony hakiem. Drugi koniec przyczepiony był do czubka lampy, która lewitowała pod jej lewą dłonią. Pośrodku łańcucha wisiał pęk wielkich kluczy, pobrzękujący z każdym krokiem mrocznej istoty. Jej nogi skrywały ciężkie buty, czarne, z metalowymi cholewkami i czubkami. Rozgniatały wszystko, co pojawiło się na ich drodze. – Proszę, proszę, proszę. – powiedział stwór rozkładając ręce. – Zwykle nie miewamy żadnych gości, tu, na Shadow Isles, a teraz jest was trójka. Stwór wyszczerzył ostre zęby w jadowitym uśmiechu, wlepiając puste oczodoły w Sennę. Lucian obejrzał się w mgnieniu oka na swoją żonę. Była spokojna, jak podczas każdego bezpośredniego kontaktu z przeciwnikiem. Jednak to jeszcze nie był Karthus. Nie znali tego stworzenia. Mężczyzna musiał sprawdzić, czy jego żona nie jest przypadkiem zahipnotyzowana. Przeniósł wzrok z powrotem na czaszkogłowego. – Soraka, posłuchaj mnie uważnie. – powiedział nie opuszczając broni. – Jeżeli Senna nie zareaguje na słowa, które teraz wypowiadam… – Reaguję, Lucian. Nic mi nie zrobił. – usłyszał za plecami głos swojej żony. Odetchnął z ulgą, a później zwrócił się znowu do stwora: – Kim jesteś i czego chcesz? Istota przekrzywiła głowę na bok. – Mówią na mnie Thresh. Strażnik Łańcuchów. Witajcie na Shadow Isles. Lucian szybko zastanowił się nad tym, co powinien zrobić. Stwór nadal wpatrywał się w jego żonę. I tylko w nią. Mężczyzna zapytał w końcu: – Znasz Karthusa? Thresh nie odpowiedział tylko…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil sylwia1039
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…