Wróć do katalogu

Dusza Senny cz. 2 (ostatnia)

Opowiadanie wyjaśniające, dlaczego Lucian nienawidzi Thresha bardziej niż wszystkich nieumarłych.

sylwia1039, opublikowano , 38 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Zanim Lucian się obudził, Senna z nieobecnym spojrzeniem zdążyła rozpleść kilka drobnych warkoczyków splecionych z jego długich włosów i zapleść je na nowo. Soraka w tym czasie ogrzewała jego ciało swoim złotym światłem, rozświetlając wnętrze namiotu. O nic nie pytała, chociaż niewątpliwie słyszała krzyk zaskoczenia kobiety, kiedy mąż wziął ją w ramiona. Poza tym, Senna wcale nie była skora nawet do zamienienia kilku słów. Chętnie by zajęła myśli, czymś, co nie było związane z bezpieczeństwem Luciana – a raczej jego brakiem – ale niekoniecznie chciała się z kimś oprócz niego rozmawiać. Nie pamiętała, jak znalazła się na barierze przed Rezydencją. Jednak z racji tego, że i tak nie mogła zasnąć, została tam. Nie zdawała sobie sprawy, że nagle mógł ją zmorzyć sen i jej ciała nigdy by nieodnaleziono w odmętach przepaści… albo tryby przerobiłyby je na niezliczoną ilość bezkształtnych ochłapów mięsa, zostawiając resztki krwi na swoich zębach. Dopiero, gdy znalazła się w objęciach Luciana, zdała sobie sprawę, jak to niebezpiecznie wyglądało z jego perspektywy. Czując jego zalane zimnym potem ciało, zaczęła się obwiniać o to, w jaki bezsensowny sposób go zdenerwowała. Sprawiła, że nieprawdopodobnie się martwił, mimo że noc wcześniej o tym rozmawiali. Przez wyrzuty sumienia miała ochotę dać sobie w twarz, gdy nie reagował na żadne słowa ani gesty. Bała się, że coś w nim pękło, gdy zobaczył ją w jawnym niebezpieczeństwie, w którym sama była dla siebie zagrożeniem, albo, że zamarznie w końcu na śmierć. „Śmierć Luciana.” Senna potrząsnęła głową, gdy wzdłuż kręgosłupa przebiegł dreszcz przerażania. „Przestań o tym myśleć, do jasnej cholery!” zganiła się. Ale nie mogła. Tam, na barierze, przypomniała sobie, jaki koszmar ją obudził. Widziała w nim martwe ciało ukochanego. Dookoła nie było nic prócz ciemności, a on leżał bez ruchu, blady, z otwartymi oczami. Ich kolor był mętno-brązowy. Straciły swoją głębie i jeszcze coś, czego Senna na co dzień nie potrafiła docenić, ale gdy to zniknęło miała ochotę położyć się obok niego i czekać już tylko na własną śmierć. Brakowało w nich miłości. Została tylko martwa, jasna obojętność. Siedząc na barierze, nie słyszała, jak podchodzi do niej. Nie słyszała nic, oprócz szumu własnej krwi w uszach. Dlatego rozglądała się na wszystkie strony – w poszukiwaniu jakiegoś dźwięku, ale umykał nawet szelest własnej sukni. Nie odczuwała też zimna. Przenikliwego, wilgotnego zimna, które oblepiało ciało, zostawiając na nim mokrą warstwę muskaną lodowatymi podmuchami wiatru. Gdy Lucian wziął ją w ramiona, wszystko wróciło. Usłyszała jego oddech. Brzmiał, jakby przebiegł kilkadziesiąt kilometrów szybkim sprintem. Poczuła, jak zmarznięte ciało przylega do niej każdą swoją komórką. Bardzo głośne i nieznośnie szybkie bicie serca doprowadzały ją do szału, tak jak jego bezruch i nieobecność. Ale nie dała mu tego po sobie poznać. Chciała, żeby, jak najszybciej znaleźli się w bezpiecznym miejscu. Ona też po chwili zaczęła odczuwać dotkliwe zimno. Nie od razu zrozumiała, dlaczego Lucian był tak zdenerwowany. Będąc coraz dłużej w jego ramionach, z chwili na chwilę, uświadamiała sobie, jak bardzo ją kocha i boi się o jej życie. Nawet z pozoru głupie siedzenie na szerokiej barierze wywołało w nim takie zachowanie. Nie miała pojęcia, jak dał radę nie zwariować widząc ją tak wiele razy podczas walk z nieumarłymi – tak wiele razy bliską śmierci. Bała się, co będzie, jak się obudzi. Jak się zachowa, gdy ją zobaczy po omdleniu. „Załatwmy Karthusa jak najszybciej i wynośmy się z tej wyspy.” pomyślała gładząc go po policzku i wspominając senny koszmar. Kochała go tak samo, jak on ją i nie wiedziałaby, jak żyć bez niego. Gdyby miał odejść.

Lucian spał przez cały dzień, który od nocy odróżniała tylko wyższa temperatura. Soraka ogrzała go najszybciej, jak tylko mogła, ale później niemiała już sił by kontynuować zabieg, więc zostawiła małżeństwo samo i wyszła. Odzyskując moc, zabijała czas rozmawiając ze Strażnikiem. Senna nie spuszczała wzroku z Luciana. Spędziła z nim kilka godzin i mimo że nogi potwornie bolały od zdrętwienia, nie zmieniła pozycji, nie chcąc go budzić i trzymając głowę męża na swoich udach. W końcu głowa sama opadła jej na jedną ze ścian namiotu i zasnęła płytkim snem ze zmęczenia, wywołanego martwieniem się o niego i przez bezsenną noc. Jedna z dłoni nadal spoczywała na jego włosach, a druga na karku. Co jakiś czas, poruszała palcami, głaszcząc go.

Obudził ją ruch. Otworzyła oczy i spojrzała na niego. Nadal był nieobecny, ale objął ją w pasie ramionami, tym samym, wyciągając je spod kołdry. Wtulił twarz w jej brzuch i spał dalej. Senna uśmiechnęła się tylko, okrywając na powrót jego ramiona i poszła w jego ślady, nie zmieniając pozycji.

Późno w nocy mężczyzna rozbudził się na chwilę. Oboje ułożyli się wygodnie na posłaniu. Kobieta czuła nieznośny ból w zastałych kościach i mięśniach, ale wtulone w nią ciepłe ciało męża zrekompensowało wszystkie niewygody.

– Kochanie. – usłyszała szept Luciana, a później poczuła na płatku ucha jego miękkie usta. – Pora wstawać. Zaśmiała się, gdy przeniósł je na szyję. Nie otworzyła oczu, delektując się jego dotykiem. Z nim pod kołdrą było tak ciepło i wygodnie, że mogła zostać tam na zawsze, ale wiedziała, że muszą, jak najszybciej wykonać swoją misję, żeby oboje odzyskali spokój. Spojrzała na niego po chwili zza długich rzęs. Gładził ją po policzku, wpatrując się z lekkim uśmiechem na twarzy. W oczach niebyło ani śladu ostatnich wydarzeń. Żadnego przerażenia czy wściekłości za to, co przez nią musiał przechodzić. Ona sama też nie odczuwała bólu kości ani mięśni. I przede wszystkim obojgu było ciepło. Uniosła się na ramionach i pocałowała go. Poczuła, jak pled zjeżdża na uda, a ciałem wstrząsnął dreszcz wywołany zimnem. Lucian zauważył to momentalnie i na powrót ją okrył. Sięgnął do torby po skórzane spodnie, golf i kurtkę. – Czas się zbierać. – powiedział, podając jej ubrania i samemu zaczynając się ubierać. Jego ton był nieprawdopodobnie lekki. Senna zaczynała podejrzewać, że całe zdarzenie z poprzedniego dnia było tylko snem – kiwanie się na barierze; chwilowa strata słuchu; przerażenie, lodowate ciało i nieobecność Luciana; zamartwianie się i oskarżanie o jego zły stan. Tylko koszmar nadal pozostawał rzeczywisty. Nie miało znaczenia to, że może dotknąć swojego ukochanego, odczuć i zobaczyć, że wszystko jest z nim w porządku i nadal patrzy na nią z miłością w oczach. Gdzieś w tyle głowy widziała zimne, martwe ciało. Ale nie dała po sobie poznać, że cokolwiek jest nie w porządku. Ubrali się, rozmawiając ze sobą lekko, a później wyszli z namiotu. Soraka opuściła go wcześniej i teraz zamieniała kilka słów ze Strażnikiem Błękitnej Rezydencji. Dołączyła do nich i wszyscy troje zagłębili się w las.

Senna szła na początku pochodu, kilka metrów przed Soraką i Lucianem, który osłaniał tyły. Odwracała się, co jakiś czas, by wybadać jego nastrój. Mimo obaw, rozmawiał on niemal całą drogę z Soraką. Uśmiechał się, gdy parę razy napotkał jej spojrzenie. Mężczyzna i uzdrowicielka szli w znacznej odległości, ale słyszała strzępki ich rozmowy. Z tego, co wywnioskowała, Soraka, za prośbą Luciana, który obudził się w nocy (czego Senna nie zauważyła), przez niemal cały czas rozgrzewała ich. Przez co teraz niemiała wystarczającej ilości mocy, by w razie odnalezienia Karthusa, użyć Życzenia i była zmęczona. Dzisiejszy pochód miał być tylko po to, by nie wypadli z rytmu. Nie rozmawiali o wydarzeniach poprzedniego dnia.

Gdy wracali do Twisted Treeline z bezowocnej wyprawy, Lucian szedł już obok Senny, opalając ją ramieniem w pasie, co jakiś czas zatracając się w zapachu jej włosów. Soraka, gdy byli już na miejscu, postanowiła się przejść. – To mi dobrze zrobi. – powiedziała tylko, dochodząc, mimo że przekonywali ją, by nie oddalała się zbyt daleko. Pomachała im z uśmiechem. Gdy zniknęła wśród oparów niebieskiej mgły, Lucian spojrzał wymownie na Sennę. Nim zdążyła w jakiś sposób zareagować, już zostawała wnoszona do namiotu w jego ramionach. Ułożył ją delikatnie na posłaniu i pozbywszy się kabur i pistoletów, zaczął ściągać pośpiesznie skórzaną kurtkę i golf. Kobieta dotknęła rozgrzanego ciała, gdy zatracał się w pocałunkach. Jego usta wędrowały po wargach i szyi, a dłonie zdejmowały kurtkę i podciągały pospiesznie golf. Senna jęknęła w oczekiwaniu, dając mu jednocześnie przyzwolenie na kontynuowanie. Odsunął na boki materiał jedwabnego stanika, nie rozpinając go. Ustami pieścił jedną pierś, a dłonią drugą. Wolną ręką sięgał do rozporka jej spodni. Senna całkowicie zatraciła się w doznaniach, szczodrze otrzymywanych od Luciana. Nie zdawała sobie sprawy, że jest już całkowicie naga – ukochany zadbał o to, by nie zauważyła nawet, gdy ściągał z niej golf. On jednak nadal miał na sobie skórzane spodnie. Gdy kobieta poczuła ich zimno na udzie, po omacku sięgnęła, by się pozbyć, nieznośniej w tej sytuacji, części garderoby. Mężczyzna nie ułatwiał zadania ani na moment nie odrywając ust i dłoni od jej ciała. Po kilku minutach, które zdawały się być wiecznością, zdjęła ze swojego męża spodnie i bieliznę. Zamarł w oczekiwaniu na więcej, gdy jej dłoń znalazła się w pobliżu wnętrza ud. Słyszała jego ciężki oddech i czuła ciepło w zagłębieniu szyi. Nie kazała mu długo czekać na pieszczotę, a gdy już otrzymał ledwie jej namiastkę, odsunął od siebie dłoń Senny i wypełnił ją sobą, niespiesznie zatracając się we wnętrzu.

Soraka wróciła dopiero, gdy już zasnęli. Spacer zdecydowanie dobrze jej zrobił, dzięki niemu odzyskała siły. A i Senna z Lucianem wydawali się spokojniejsi we śnie niż zwykle. Wtuleni w siebie i nadzy, oddychali miarowo. Przechodząc obok nich w świetle laski uzdrowicielka zobaczyła na ciele kobiety gęsią skórkę. Ujęła ostrożnie pled, okrywający tylko biodra Luciana i przykryła ich oboje. Mężczyzna poruszył się przez sen na posłaniu, kładąc żonie ramię na piersiach. Ta odwróciła się do niego plecami, kuląc pod pledem. Przylgnął do niej całym ciałem. Soraka po cichu wślizgnęła się pod swój koc. Zgasiła laskę i przez chwilę wpatrywała się w ciemność. Przez materiał namiotu wpadały do środka stłumione odgłosy zwierząt w niedalekiego lasu. Uzdrowicielka zmarszczyła brwi. Nie spotkała żadnego podczas długiego spaceru – „na oko” trwał on jakieś trzy godziny. Nie zapuszczała się daleko, ale wokół cały czas słyszała wycia i tupot zrogowaciałych stóp golemów. „Może nadal odstrasza je mój blask?” pomyślała tylko, przekręcając się na bok. Wstrząsnął nią dreszcz, gdy w ciemności natrafiła na błyszczące oczy Senny. Kobieta wpatrywała się w nią nieobecnym spojrzeniem. – Senna? – szepnęła uzdrowicielka. – Tak? – usłyszała zachrypnięty głos. Soraka przełknęła ślinę. Wzrok kobiety nieco ją przerażał i bardzo martwił. – Dobrze się czujesz? Po namiocie rozeszło się ciężkie westchnienie. Z oczu Senny zniknęła nieobecność. Zastąpił ją smutek. – Śpij. – usłyszała odpowiedź. Kobieta odwróciła się do męża, który teraz leżał dalej, nie dotykając jej. Soraka postanowiła się nie wtrącać. Również przekręciła się na drugi bok i ułożyła wygodnie. Prze kilkadziesiąt minut starała się zasnąć, ale ilekroć morzył ją sen, rozbudzał szelest pledu i westchnienia Senny. W końcu kobieta głośno zahałasowała za plecami uzdrowicielki i zapadła cisza. Soraka wtuliła głowę w poduszkę i ponownie spróbowała zasnąć. Jednak jej bok wgniótł już posłanie i pod sobą czuła zimne kamienie tarasu. Zmieniła pozycję, przekręcając się. Spod uchylonych powiek zobaczyła, że miejsce na posłaniu obok Luciana jest puste. Natychmiast poderwała się do siadu, rozglądając po namiocie. W pierwszym odruchu chciała obudzić mężczyznę, ale zdecydowała, że ostatnie dni były dla niego dość stresujące. Wstała i po cichu wyszła. Nie mogła pozwolić, by Lucian znowu obudził się bez Senny u boku. Miała wrażenie, że by wtedy zwariował. Stając na schodach tarasu Błękitnej Rezydencji oświetliła blaskiem laski najbliższe otoczenie. Nie zauważyła nigdzie kobiecej sylwetki. Zeszła, stając nieco bliżej nexusa. Wychyliła się za barierę, zaglądając w czeluści lasu. Bezskutecznie. Przeszła się jeszcze do dwóch, stojących po przeciwnych stornach Rezydencji, wież. – Strażniku. – szepnęła, nie chcąc przepadkiem obudzić śpiącego w namiocie Luciana. Dyniowa głowa drgnęła nieco, prychając. – Strażniku. – powtórzyła Soraka. – Proszę, obudź się. – dotknęła dłonią jego zimnego ramienia. Otworzył oczy dopiero po kilku próbach uzdrowicielki. – Co się stało? – zapytał, przecierając powieki. – Od kiedy tu nocujecie nie mogę się wyspać. Dziś już drugi raz, któreś z was mnie budzi. – poskarżył się. – Ledwie zdążyłem zasnąć znowu, a przyszłaś ty i… – Widziałeś Sennę? – przerwała mu niegrzecznie, czując się z tym okropnie, ale musiała znaleźć kobietę. – A widziałem. – odpowiedział Strażnik i mimo zaspania przywołał na swą twarz zagadkowy uśmiech. – Zapłacę ci sto sztuk złota, jeżeli ją znajdę. Nie mam teraz przy sobie pieniędzy, a nie mogę wrócić do namiotu, żeby nie obudzić Luciana. – wyjaśniła pospiesznie, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że Strażnika nie obchodziło nic, co powiedziała, pomijając pierwsze zdanie. Przytaknął z ociąganiem i krótkim zdrewniałym palcem wskazał na rozpadający się front Rezydencji. Soraka odwróciła wzrok w jej stronę. Przełknęła ślinę przez ściśnięte gardło. Była ona wysoka. Trzy piętra i strych. Jej tył był skryty w gęstym gąszczu tak, że wąż nie przecisnąłby się między krzakami a ścianą. Wilgotne, kruche deski pokrywał szaro-niebieski śluz i mech. Z dachu wyrastały rośliny. Wyrwane z framug okiennice leżały pod frontową ścianą albo zwisały niepewnie na zawiasie. Okna nieposiadały szyb. Co jakiś czas, przez jedno z nich wlatywała na poddasze chmara kruków. Uzdrowicielka powróciła przestraszonym wzrokiem do Strażnika. Była pewna, że nie kłamał. Drzwi, które jeszcze były zamknięte, gdy wracała ze spaceru, teraz poruszał wiatr. O dziwo, zawiasy wcale nie skrzypiały. Strażnik pokiwał tylko niezauważalnie głową. W wyrazie jego dyniowatej twarzy niebyło ani krztyny szyderstwa. Tak naprawdę nie zależało mu na tym, by Soraka tam weszła, odnalazła towarzyszkę, wróciła i dała mu obiecane pieniądze. Jednak ona sama wiedziała, że musi to zrobić. – Dziękuję. – powiedziała tonem pełnym wdzięczności i przestrachu, odchodząc w stronę Rezydencji. – Powodzenia. – w głosie Strażnika pobrzmiewała szczerość. Uzdrowicielka stanęła przed uchylonymi lekko drzwiami. Całą moc skupiła w swojej lasce, która zabłysła jeszcze intensywniejszym ciepłym światłem. Sierpem księżyca dotknęła krawędzi drzwi i otworzyła je szerzej. Nie zamierzała przedłużyć swych męczarni, wywołanych strachem przed nieznanym, więc od razu przestąpiła próg. Jasny blask padał na zagrzybione ściany domu. Pod nimi stało pięć łóżek i kilka małych szafek. Po podłodze walały się bandaże, gaziki, strzykawki i ampułki z tabletkami. Mimo iż cała konstrukcja Rezydencji wydawała się zaniedbana, znajdujące się w niej sprzęty były nowiutkie. Łóżka pokryte świeżą pościelą, igły strzykawek świecące swoją srebrnością, a bandaże śnieżnobiałe. Soraka usłyszała stukot, rozchodzący się po suficie. Spojrzała w jego stronę. Znajdował się on wysoko nad podłogą, a w jednym z rogów powstała dziura, strasząca drzazgowymi końcami desek. Z miejsca, z którego dobiegał dźwięk, oderwały się drobinki kurzu i wirując w zatęchłym powietrzu spadły leniwie na podłogę. Uzdrowicielka ruszyła w stronę schodów. Była pewna, że na piętrze znajdzie Sennę. A przynajmniej okłamywała samą siebie, że jest tego pewna, by nie poddać się panice. Wchodząc ostrożnie na stopnie, uprzednio sprawdzała każdy z nich kopytem. Ominęła te, które zaczęły sypać się pod jej nogą, wyginały się bądź zbyt głośno trzeszczały. Zanim dotarła na górę, usłyszała serię stukotów jeszcze kilka razy. Przeskakując ostatni stopień, znalazła się na początku wąskiego korytarza, po którego obu stronach ciągnęły się szeregi pozamykanych drzwi. Na jego końcu znajdowało się okno pozbawione szyb i okiennic i kolejne schody, prowadzące na górę. Soraka zaczęła iść wzdłuż jednej ze ścian. Nadstawiała uszy, by nie musieć otwierać drzwi, a tylko wsłuchać się w dźwięki za nimi, by po nich dotrzeć do Senny. Pchnęła trzecie drzwi – które zazgrzytały niemiłosiernie – usłyszawszy za nimi szuranie. Były jedynie przymknięte. Wsunęła sierp księżyca do wnętrza małego pustego pokoju, oświetlając je. W rogu pod przeciwległą ścianą zauważyła drżącą plątaninę rąk i nóg okrytą miejscami białym materiałem. Ponad podciągniętymi do twarzy kolanami błyszczały szeroko otwarte oczy. Soraka bez większego zawahania podeszła do Senny. – Senna? – wyciągnęła do niej rękę, niemal szepcząc imię. – Senna, co się dzieje? Kobieta tylko pokręciła głową, ale uzdrowicielka miała wrażenie, że z oczu powoli znika strach. Ostrożnie usiadła przy niej na podłodze, a ta wtuliła się szybko w jej ramię. Soraka o mało co nie pisnęła z bólu, czując zaciskające się na ręce palce. Przyłożyła dłoń do jej miękkich włosów. – Co się stało, Senno? – zapytała. Głos nie zdradzał zniecierpliwienia, wywołanego chęcią jak najszybszego opuszczenia Rezydencji. Niechciała, by Lucian obudził się w namiocie sam. To się mogło źle skończyć. Uważała, że w najlepszym wypadku, tak jak ostatnio. Senna jednak nie odpowiedziała, a Soraka postanowiła nie naciskać. Z biegiem czasu uścisk kobiety na już zdrętwiałym ramieniu uzdrowicielki stawał się coraz lżejszy. Soraka przyjęła ten fakt z ulgą, ponieważ przestawała czuć już czubki palców. Masując je drugą dłonią, usłyszała nagle cichy, obojętny głos Senny, wpatrującej się w ciemność za uchylonymi drzwiami, prowadzącymi na korytarz. – Boję się… – przerwała, ale uzdrowicielka wiedziała, że ma zamiar powiedzieć coś jeszcze, coś bardzo ważnego, więc milczała. – …, że coś mu się stanie; że nie będę mu w stanie pomóc; że będę widziała, jak… – głos się jej załamał, a Soraka objęła ją ramieniem, czując gęsią skórkę na plecach; słyszała już gdzieś podobne słowa. – …, jak umiera i nie będę mogła nic zrobić. – wzięła głęboki oddech, uspokajając się nieznacznie. – Obiecaj mi coś, Sorako. – uniosła na nią zaczerwienione oczy, błyszczące łzami, a uzdrowicielka przełknęła ślinę. – Obiecaj mi, że jeżeli oboje będziemy w niebezpieczeństwie, a ty będziesz w stanie uratować tylko jedno z nas, to za wszelką cenę postarasz się, żeby on przeżył. „… proszę, uratuj ją. Moje życie bez niej i tak niemiałoby sensu…” w głowie Soraki rozbrzmiał głos Luciana. Uzdrowicielka wpatrywała się szeroko otwartymi oczami w twarz Senny. Serce jej waliło.

– Lucianie, ja nie… – zaczęła Soraka, ale mężczyzna jej przerwał. – Proszę, Sorako. Kocham ją bardziej niż własne życie. Jeżeli byłaby, w chwili największego zagrożenia, możliwość, by poświecić za nią swoje życie, zrobiłbym to bez wahania. – Ale ja nie mogę ci obiecać, że uratuję ją, narażając ciebie. Lucian odwrócił się od niej i wzdychając, przejechał dłonią po głowie. Kopnął nogę…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych