Wróć do katalogu

Dwie noce w Szwecjii

Wsponienia i przemyślenia z przypadkowej wizyty w Szwecjii

Nazareth1peopublikowano 3 grudnia 201532 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

W ciągu swojego życia bywałem w wielu miejscach, zwiedziłem parę kontynentów, kilkanaście krajów, zwykle wbrew mojej woli. Nie mam natury odkrywcy, jeśli coś mnie ciekawi, mogę przeczytać o tym w książkach lub internecie, względnie obejrzeć album ze zdjęciami. Podróże zawsze wydawały mi się niepraktyczne. Wiąże się z nimi zbyt dużo problemów, wydatków, komplikacji. Dzięki mojemu sceptycznemu podejściu do tematu, jestem wstanie zachować dystans do otoczenia. W przeciwieństwie do innych nie daję się porwać fali euforii i nie tracę głowy. Czyli mówiąc w krótko: jestem fatalnym kompanem podróży. Jest jednak parę wyjątków. Dwa miejsca, do których zawsze chciałem pojechać. Pierwszym jest orientalna Japonia, która mimo lektur i obejrzanych zdjęć wydaje mi się tak kulturowo obca, że tylko wizyta w tym kraju mogłaby połączyć w całość wszystkie materiały na jego temat, z którymi się zapoznałem. Drugim natomiast jest Skandynawia. Powodem jest moja fascynacja Wikingami. Spędziłem lata na rekonstrukcji historycznej i zgłębianiu wiedzy na temat ich historii i fenomenu. Na licznych festiwalach, nosząc odzienie wzorowane na tym z epoki, marznąc w namiotach i drewnianych chatach, przyrzucony jedynie kusą baranicą rozmyślałem o tym jak to naprawdę było, być Wikingiem. Marzyło mi się więc, że kiedyś stanę na tej samej ziemi, po której chodzili i na własne oczy zobaczę zabytki przez nich pozostawione. Myślałem, że w ten sposób poczuję się bliżej ludzi, którzy odeszli tysiąc lat temu, a których kultura i obyczaje nadal fascynują tysiące osób na całym świecie. Jednak mój pobyt w Szwecji był czystym przypadkiem a nie szczegółowo zaplanowaną pielgrzymką. Postawiony przed wyborem: czekać na przesiadkę dziewięć godzin czy złapać tańszy lot dwie noce później, błyskawicznie podjąłem decyzję. Hostel zarezerwowaliśmy już tydzień wcześniej, ustaliliśmy wspólnie z małżonką (zwaną dalej „M”) skromny program zwiedzania i byliśmy przekonani, że podczas tak krótkiej wizyty nic nie może nas zaskoczyć. Nic bardziej mylnego. Szwecja okazała się być najdziwniejszym miejscem jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się odwiedzić. Lotnisko nie było niczym nadzwyczajnym, jeśli odwiedziło się ich kilka to tak jakby było się na wszystkich. Skonfundowani, nerwowi ludzie pędzący przed siebie w szale poszukiwania właściwej bramki albo wyjścia. Ci zagubieni, stojący w przejściu kurczowo ściskają rączki bagażu, w osłupieniu tocząc wokoło nieprzytomnym wzrokiem. Nieliczni przemykają bokami, jedynie krótko zerkając na tablice informacyjne z wprawą weteranów docierają dokładnie tam gdzie chcą. Wszystkiemu towarzyszy obsługa lotniska, ukryta w kuluarach, ignoruje podróżnych bądź rzuca im krótkie, drwiące spojrzenia. W oczekiwaniu na bagaż, w brudnej budce, wymieniłem trochę pieniędzy. Niewiele jednak, wiadomym jest bowiem, że na lotniskach kurs jest bandycki. Chwilę później byliśmy już na zewnątrz i wszystko przestało być tak proste jak w hermetycznym świecie lotniska. Teraz to my tarasowaliśmy drogę tępo patrząc dookoła. Potrzebowaliśmy chwili by się otrząsnąć przed potyczką z prawdziwym światem. M pobiegła, szukać autobusu, podczas kiedy ja przygięty pod ciężarem plecaka, strzegłem całego naszego dobytku, nerwowo przetrzepując kieszenie w poszukiwaniu zaginionej paczki papierosów. Dobrze zorganizowana żona to w równej mierze błogosławieństwo jak i klątwa. Nie zdążyłem dobrze odpalić papierosa gdy moja była już z powrotem, wyrywając mi spod nóg bagaż podręczny i pokrzykując bym się spieszył gdyż mamy tylko parę minut by złapać odpowiedni autobus. Ruszyłem więc za nią jak lokomotywa, wypuszczając w powietrze kłęby dymu i ciągnąc terkoczącą walizkę na kółkach niczym jedyny wagon. Dotarliśmy na przystanek zanim zdążyłem się dobrze rozpędzić i zaczęła się panika: -Gdzie mam kupić bilety?! -A skąd mam wiedzieć?! Nim jednak zdążyliśmy się pokłócić, zatrzymał się przed nami błyszczący autobus, na którym napis wszem i wobec głosił iż kieruje się on do Uppsali. Nie było więc wyjścia, bilety musieliśmy kupić od kierowcy. Okazało się, że nie możemy zapłacić gotówką i obawiałem się trochę dodatkowych opłat związanych z używaniem karty za granicą. Gdy czytnik pokładowej kasy pokazał cenę biletów prawie czterokrotnie większą niż ta, którą sprawdziliśmy w internecie obawiałem się już bardzo. Obydwoje jednak byliśmy zbyt zdenerwowani żeby wdawać się w dyskusję bądź chociaż zezłościć. Z rezygnacją, właściwą turystą zajęliśmy swoje miejsca. Czterdziesto minutowa podróż upłynęła na czytaniu książki i tytanicznym wysiłku by w jej trakcie nie zasnąć. Dopiero gdy wysiedliśmy na dworcu autobusowym w centrum miasta, zacząłem rozglądać się dookoła. Pierwszą rzeczą która przykuła moją uwagę był olbrzymi parking rowerowy. Równe rzędy setek rowerów, wśród których większość wyposażona była w stylowe pokrowce na siodełka, wszystko w tak idealnym porządku, że w pierwszej chwili myślałem, że może to wypożyczalnia lub jakaś firma. Później dopiero okazało się, że podobnych miejsc jest dużo więcej, co kilka kilometrów natykaliśmy się na wydzielone place gdzie równo, rządek przy rządku stały ustawione rowery. Na ulicach również widać więcej rowerów niż samochodów, jeżdżą na nich wszyscy: Dzieci, starcy, mężczyźni w garniturach, wytatuowani metalowcy, rodzice wożą z tyłu w fotelikach swoje pociechy, za małe jeszcze by same dosiąść jednego z tych pojazdów. Słowem, wydaje się, że każda osoba w Szwecji posiada rower. Co jeszcze dziwniejsze, w tym bogatym kraju, większość rowerów jest stara ponad wyobrażenie. Tylko w przeciągu pół godziny jakie zajęło nam dojście do hotelu zobaczyłem więcej jeżdżących zabytków niż przez całe swoje wcześniejsze życie. Przez kolejny dzień było nam dane oglądać przekrój tych jednośladów od wczesnych lat dwudziestego stulecia do dnia dzisiejszego. Wiele z nich było w stanie oryginalnym obrośniętych rdzą i patyną, na innych widniała mozaika kolejnych warstw farby nakładanej przez dekady teraz łuszczącej się i przetartej. Niewielki procent był należycie odrestaurowany. Niektóre przywrócono do dawnej świetności z precyzyjną dbałością o szczegóły inne odmalowano na jaskrawe kolory, ozdobiono szalonymi grafikami, lub obwieszono nowoczesnymi gadżetami dając upust kreatywności właściciela. Mimo, iż sam nigdy nie byłem wielkim fanem rowerów, wielokrotnie zdarzało mi się przystanąć z uśmiechem, bądź obrócić się w zdumieniu na ulicy podziwiając wyjątkowo interesujący okaz. Tego popołudnia wprost po przylocie nie miałem jednak aż tyle czasu by cieszyć wzrok szczególnymi środkami komunikacji miejskiej. Gdy przyjeżdża się w nowe miejsce istnieje pewna lista priorytetów, z reguły są one podobne: 1. Wymienić pieniądze na obowiązującą walutę 2. Zdobyć zaopatrzenie 3. Znaleźć bądź dotrzeć na miejsce zakwaterowania Po drodze mijaliśmy sklepy i restauracje, logicznym więc wydał się pomysł by od razu zrobić zakupy i zjeść jakiś posiłek. Tak trafiliśmy do pierwszej galerii handlowej. Zazwyczaj tego typu miejsca są w pewnym sensie identyczne, czyste, uporządkowane, mocno przeszklone, pełne butików i małych jadłodajni próbujących przypisać sobie miano kawiarni czy restauracji. Trochę tak jak lotniska, tylko, że bez samolotów. W tym przypadku było podobnie jednak bardziej ekstremalnie, miejsce wydawało się sztuczne, pozbawione jakiegokolwiek charakteru, sterylne. Brakowało roześmianych ludzi, par trzymających się za ręce, grupek młodzieży, które z wrzawą pokazują sobie co by kupili gdyby mieli pieniądze. Każdy podążał wyznaczonym torem starając się jak najszybciej załatwić swoje sprawy, tak by nikomu nie wejść w drogę. Minęliśmy, bar z sokami, patrząc na lodówkę, w której piętrzyły się stosy identycznych kanapek, sklep spożywczy o wyraźnie rozdzielonym wejściu i wyjściu. Był też bar sushi, wystrojem bardziej przypominający laboratorium, następnie kilka kolejnych restauracji, włoska, chińska i meksykańska, w której z braku lepszych możliwości zdecydowaliśmy się zamówić jedzenie. Mimo iż, ten lokal opływał w kolory, jakich próżno było szukać, w którejś z pozostałych jadłodajni, po dokładnym przyjrzeniu się wnętrzu również okazał się rozczarowujący. Mówiąc bardzo oględnie, sprawiał wrażenie, jakby jej dekorator nigdy wcześniej nie był w meksykańskiej restauracji, a wszystkie pomysły dotyczące wystroju znalazł na pierwszej stronie google grafika. Szybko skonsumowaliśmy sałatkę składającą się niemal wyłącznie z cebuli i po uiszczeniu rachunku, doszliśmy do wniosku, że jeżeli mamy zamiar jeść po knajpach to będziemy musieli zaciągnąć kredyt w banku. Wróciliśmy więc do mijanego wcześniej sklepu, naiwnie myśląc, że kupując półprodukty będziemy mogli zjeść dobrze a co najważniejsze tanio. Okazało się jednak, że wybór w sklepie jest mocno ograniczony a gotowanie w domu może się okazać jeszcze droższe niż jedzenie w knajpach. Przemierzaliśmy więc szpalery półek w poszukiwaniu jakiegoś rozwiązania tego impasu i po raz pierwszy w życiu musiałem stwierdzić, że umiejętności nabyte na studiach wreszcie się do czegoś przydały. Wykorzystując bogate doświadczenie nabyte w sieciach Tesco, Biedronka i im podobnych, upolowałem bagietkę o smaku powietrza, pastę rybną, która powinna była się nazywać sól w tubce i parówki w cenie kilograma wędzonej szynki. Cóż przynajmniej nie umrzemy z głodu. Pozostała jeszcze tylko wizyta w kantorze. Okazało się szczęśliwie, że jeden znajduje się naprzeciwko naszego hotelu. M zostawiłem na zewnątrz z torbami sam wchodząc do nie wielkiego pomieszczenia. Dwie osoby przy osobnych kasach, byłem więc następny w kolejce, mogło być gorzej. Czekałem cierpliwie, oglądając się przez ramie co chwila, by sprawdzić czy wszystko w porządku z moją lepszą połówką. Kantorzystka zaczęła rzucać mi krzywe spojrzenia zza kuloodpornej szyby, a ja zastanawiałem się co jej takiego zrobiłem, przecież tylko stałem sobie grzecznie. Nagle przerwała rozmowę z petentem i patrząc na mnie szczeknęła w niezrozumiałym języku, coś co brzmiało jak komenda. Podążyłem wzrokiem za jej wyciągniętym palcem wskazującym, by znaleźć obok siebie małą maszynkę z wyświetlaczem, na którym jarzyły się napisy w kilku językach. Odnajduję angielski „Przyciśnij aby pobrać bilet”. Niepewnie dotknąłem ekranu, czekając co dalej się wydarzy, po chwili urządzenie wypluło małą karteczkę z trzycyfrowym numerem. Spojrzałem znowu na dziewczynę za ladą, ale ona już powróciła do swoich obowiązków i nawet nie była łaskawa na mnie zerknąć. Dopiero wtedy zauważyłem mały wyświetlacz nad kasą z czerwonym numerem 425, w kasie obok 426. Spojrzałem na swój bilecik i zgodnie z oczekiwaniami znalazłem na nim numer 427. „Poważnie?” - Pomyślałem, ale nie powiedziałem nic, w końcu to germanie - ordnung muss sein. Po kilku minutach czekania, rozległo się donośne „ding” i numer 426 zmienił się na 427. Za kuloodpornym szkłem siedział nienagannie ubrany młodzieniec o brązowej skórze błyskając białymi zębami w oszczędnym uśmiechu. Po wstępnej wymianie uprzejmości wręczyłem mu skromny pliczek banknotów, deklarując chęć wymiany na ichnią walutę. Każdy z nich został obejrzany, zeskanowany w elektronicznym urządzeniu po czym obejrzany dokładniej. Nie odezwałem się co prawda ale mój świdrujący wzrok odniósł skutek, gdyż młodzian raczył na mnie w końcu zerknąć a nawet się odezwać: -Uprzejmie przepraszam, ale banknoty wydają się bardzo nowe...- rzekł trochę zakłopotany -To oczywiste, dopiero co je wydrukowałem – powiedziałem szczerząc zęby, w moim mniemaniu przyjaźnie. -Taaaak... Wie pan co... nie jestem dobrze zaznajomiony z tym konkretnym nominałem, muszę sprawdzić dokładniej w naszej bazie danych. To tylko formalność. Gdyby zechciał pan poczekać chwilkę dłużej. Dobre sobie. Chłop trzyma za kuloodporną szybą garść moich pieniędzy, oczywiście, że zechcę poczekać, nawet dłużej niż chwilkę jeśli będzie trzeba. Wyszczerzyłem się się więc ponownie, chociaż już mniej przyjaźnie i burknąłem coś pod nosem. Zły bardziej na moje nietuzinkowe poczucie humoru niż jego nadgorliwość, wbiłem wzrok w jego ręce. Musiałem wyglądać na nie bardzo zadowolonego, jako, że kantorzysta zdecydował się zabawić mnie niezobowiązującą rozmową: - Jeśli wolno mi spytać; skąd pan pochodzi? - „Chce wiedzieć co powiedzieć policji” - pomyślałem głupio bo przecież wiedziałem, że pieniądze są prawdziwe. -Z Polski. - Doprawdy? Ma pan bardzo amerykański akcent. - To pewnie dlatego, że mieszkam w Stanach. - Długo? -Niespecjalnie. Niespełna cztery lata. - „Co to ma za znaczenie?” Pomyślałem, zaczynając się niecierpliwić. -A można by pana spokojnie wziąć za Amerykanina. -Dziękuję. Chyba...-odrzekłem z wahaniem -Nie no... Chodziło mi o to, że nawet wygląda pan jak Amerykanin. - Uniosłem brew – To znaczy... Z drugiej strony, Polacy też wyglądają...wie pan... -Spokojnie bracie, wiem o co ci chodzi. My białasy wszyscy wyglądamy tak samo. To, że nie powinienem był tego mówić dotarło do mnie sekundę wcześniej niż myśl, że mój odrobinę za szeroki uśmiech wcale nie sprawi, że żart będzie śmieszniejszy. Mocno opalony chłopak z wrażenia aż zatoczył się do tyłu w tym samym czasie opuszczając szczękę dużo dalej niż myślałem, że może to być możliwe. -Nie! JA bym czegoś takiego nie powiedział! -Spokojnie! Żartuje tylko... -Proszę, to pana pieniądze proszę przeliczyć. Nie pozostało mi nic innego jak odebrać swoje fundusze i opuścić kantor. Wyszedłem na zewnątrz, mamrocząc cicho, coś o przewrażliwionych kantorzystach. M wyglądała na trochę zniecierpliwioną. -Wszystko w porządku? Długo ci tam zeszło. -Tak. No chyba. Nie wiem. To znaczy mam pieniądze ale chyba popełniłem tam w środku jakąś gafę. -Co tym razem? Odbierając od niej bagaże opowiedziałem całą historię, przy okazji notując w pamięci położenie mijanego właśnie „Burger Kinga”. -Skarbie! Nie możesz tutaj mówić takich rzeczy! Szwedzi to najbardziej przeczulona na punkcie równości i tolerancji nacja na świecie! Poprawność polityczna nabiera tutaj wymiaru o jakim ci się nie śniło! Wszyscy ludzie mają mieć takie same prawa, być równi i identyczni. -Z równością się zgadzam, ale ludzie nigdy nie będą identyczni. Wyobraź sobie jakby było nudno. -Wiem, ale proszę cię nie zgłębiaj tej sprawy. Po prostu postaraj się nikogo więcej nie obrazić. Mężczyzna musi wiedzieć kiedy zamilknąć, żeby się bardziej nie pogrążyć, i nikt nie nauczy go tego lepiej niż jego własna żona. Zamilkłem więc, skupiając się w połowie na tym by nie zgubić bagażu, a w połowie na otaczającym mnie świecie. Wtedy dopiero do mnie dotarło, być może za sprawą niedawnej sytuacji, że przynajmniej na tej ulicy na, której się właśnie znajduję, stanowię mniejszość etniczną. Większość ludzi na około była arabskiego pochodzenia, białych tyle samo co czarnych i na dokładkę spora grupa Azjatów, u których nie stwierdziłem aparatów fotograficznych, więc prawdopodobnie nie byli oni turystami. Czuję że w tym miejscu powinienem, wtrącić wyjaśnienie. Z wielu wiarygodnych źródeł dowiedziałem się, że mam łatwość w obrażaniu ludzi. Nie jest to zwykle moim zamiarem. Mógłbym próbować usprawiedliwiać się tym, że używam skrótów myślowych bądź, tym że mój tok rozumowania błądzi gdzie indziej. Wszystko by to było, przynajmniej częściowo, prawdą ale nie w wypadku pisanego tekstu (po edycji, w dodatku). Powodem, na ile jestem w stanie go pojąć, jest moje spojrzenie na świat. Wszyscy jesteśmy równi, przynajmniej dopóki ktoś nie udowodni, swoim zachowaniem i działaniem, że równy nie jest. Jednak, ludzie różnią się od siebie: kolorem skóry, obyczajowością, przyzwyczajeniami, kulturą itd. Te różnice są mocne i żywe, nie zależnie od tego jak bardzo…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych