Dzieciak
,,nad dachami muza leci. muza, czyli weny znak"
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Dzieciak
Czy jeżeli za waszym oknem, od kiedy tylko pamiętacie, widać wzgórze, pewnego dnia zechcecie spytać: „Dlaczego to wzgórze tutaj stoi?”? Ja z kolei nie pamiętam dnia, w którym po przebudzeniu nie ujrzałbym dziecka. Od zawsze, w kącie mojego pokoju, za szafką kuca sobie dziko żyjące dziecko. Brzydkie i zaniedbane z włosami nie ściętymi i tłustymi, kościotrupio chude a blade, umorusane, o paznokciach długich i zagrzybionych. Zawsze tak samo skulone – w pozycji niemal embrionalnej. Czasem na nie trochę popatrzę, ale nigdy zbyt długo, bo ani to przyjemny, ani ciekawy widok. Nie zawadzało mi jednak nigdy, nie śmierdziało, nie chciało żreć, to i je ignorowałem. Godziłem się na jego trwanie, albo bardziej – nie widziałem sensu niegodzenia się. Kolejny upchnięty gdzieś, byle nie na widoku, rupieć. Ot, dziecko. Ja na różne chadzam pokoje. Ja jestem pisarz ceniony i poczytny niezgorzej. Ja czynię obserwacje rozliczne przy tej okazji, aby potem z czegoś móc czerpać tematy do kolejnych utworów. Ja między wrony, ale ani myślę krakać jak i ony. Ja pokojami nieraz się żywię, ja wysysam to, przez co inni są wysysani. Zmierzam w każdym razie do tego, że zdarza mi się „bywać”, ale kiedy „bywam”, to zawsze odkrywczo. Przydarzyło mi się być pewnego razu na bankiecie u Moligsztajna. Zabawa była niezła, ale trafiały się lepsze. Na szczęście paru moich kompanów tam spotkałem, tośmy sobie mogli przynajmniej w jednej klice siedzieć i rozprawiać o tym, jak to niezła jest zabawa, ale trafiały się lepsze. Czegoś mi jednak bardzo brakowało u Moligsztajna. Było wśród tych ścian coś, co nie pozwalało rozpłynąć się i wesprzeć zmęczone kończyny na powietrzu. Nie było tam tego ulotnego zafałszowania, na które zawsze mogłem liczyć np. u Groszka i jeszcze w paru innych miejscach. U Moligsztajna czułem się, jakby ciągły jakiś natręt usuwał mi fotel spod ciała, przez co zamiast zatopić się w lekko stęchłym, ale jak czasem miłym, sosie zapomnienia, cały czas udzielała mi się drażniąca prawdziwość. Nie jednak prawdziwość tak mi miła zawsze i wyczekiwana przez całe życie. Raczej prawdziwość przez toporność, prawdziwość przez niedosyt smaczków nieodgadnionych i bezkształtnych. Kolejnym frustrującym faktem był brak jakiegokolwiek spostrzeżenia co do czegokolwiek. Wszystko już było, wszystko już znałem, wszystko marność, wszystko wtórność. Obszedłem wkoło mieszkanie – izba po izbie, nieco desperacko szukając obiektu, którym mógłbym zabawić moją znudzoną percepcję. Rzecz to była zaiste głupia. Wszak próbowałem szukać dziwów i wynaturzeń tak, jak szuka się okularów albo pilota od telewizora, a przecież to nie tędy droga – nie tutaj leży istota. Zdenerwował mnie ten wieczór, bo cóż to ma znaczyć – żebym ja „bywał” dla samego „bywania”, a nie dla sztuki, nie dla skromnego rozwijania myśli przedwiecznej. Postanowiłem się czym prędzej pozbierać, a gdy o zamiarze tym napomknąłem moim towarzyszom, oni również wyrazili taką chęć. Nie minęło pięć minut, jakeśmy już szli ulicą, weseli żeśmy opuścili te obmierzłe progi. Gdy potem siedziałem w moim mieszkaniu, próbowałem jeszcze przed spaniem wymyślić na siłę, przypomnieć sobie w sposób rozpaczliwy jakąś dysharmonię u Moligsztajna, wykryć oszustwo, nakryć spaczenie. Nihil jak diabli. Położyłem się spać podenerwowany. Poranne olśnienia – znacie je? Musicie je znać! To kiedy cały wieczór rwiecie sobie włosy i łamiecie głowę nad jakąś sprawą, a tymczasem rozwiązanie przetrzymuje was w tym przebrzydłym ogłupieniu do rana. I wtedy przychodzi lekko i rześko, oświecając nas, że czujemy się nadzy i dziecinni przed samymi sobą. Takie olśnienie właśnie owego ranka stało się moim udziałem. Zbudziłem się i po prostu od razu wiedziałem – dziecko. Dziecko! U Moligsztajna nie siedziało nigdzie dziecko – wiem, bom wszystkie izby aż nadto dokładnie spenetrował – a u mnie siedzi non stop. Ha! Już wiedziałem, z czym tego dnia…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Robin Goodfellow
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…