Wróć do katalogu

Dzieciak

Ośmioletni Frankie odkrywa w sobie zdumiewającą zdolność - potrafi, za pomocą umysłu, wybiegać poza ciało.

antoos70, opublikowano , 59 min czytania, 4,6 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Pół zieleń, pół fiolet zastygły w dziwnych pozach na ścianie w pokoju Frankiego umożliwiał rozliczne interpretacje i wyśmienitą rozrywkę podczas tej okropnej, bezsennej nocy. Mógł to być samochód, gdyby nie jego dziwne, spiczaste zakończenie w miejscu, gdzie powinien znajdywać się bagażnik. Chłopiec był obdarzony bujną wyobraźnią, dzięki której przekształcanie nie pasujących elementów nie było niczym trudnym. Karuzela z krzesełkami? – czemu nie. Kucyk, słoniątko, szafa, szafka, prezerwatywy z torebki mamy. Więc dlaczego, do jasnej i ciężkiej, nie mogę zasnąć? – zastanawiał się Frankie, który przybrał tak dziwną pozę, że kształtem zaczął przypominać połamaną lalkę. Próbował praktycznie wszystkich metod, tych które zalecała mama i tych od strony taty też, lecz rzadziej, gdyż liczenie baranków wydawało się mu idiotyczne. Poza tym w jego wizji skaczących zwierzątek zwykle w którymś momencie pojawiał się wilk, który je pożerał. Raz spał zupełnie odkryty, co było dobre, ale do czasu, bo już po chwili zaczynał odczuwać chłód. Kiedy zaś przykrywał się po samą brodę, robiło się gorąco, nie do wytrzymania. Z utęsknieniem czekał do czwartej rano, kiedy to zazwyczaj zasypiał, jakby ktoś sypnął mu w oczy czarodziejskim proszkiem. Pomijając katusze fizyczne, czuł się znakomicie. Wyobraźnia pozwalała mu zapuszczać się w odległe rejony, gdzie drobne problemy w domu zupełnie traciły na znaczeniu. Nie potrzebował wczytywać się w przygody Tomka Sawyera, by się naprawdę dobrze bawić. Wystarczyło zrobić „mydlane oczy”, a wyobraźnia niosła go sama, jakby popychana wiatrem. Czasem od razu był na miejscu, intensywnie powtarzając w myślach nazwę obszaru, do którego pragnął się udać. Zwykle jednak wolał dotrzeć tam na piechotę, nie, poszybować na skrzydłach ogromnego ptaka, który rozwijał nadzwyczajne prędkości. Zaczynało się od ucieczki z pokoju, i o ile pamiętał, zawsze dokonywał tego w inny sposób. Zdarzyło mu się, że przeniknął przez ścianę do pokoju rodziców, a stamtąd wyleciał przez uchylone okno, czego normalnie nie pochwalał. O wiele bardziej wolał zachować pozory rzeczywistości i przecisnąć się przez lukę pod drzwiami, albo przedostać się na drugą stronę kanałem wentylacyjnym. Złociste pasemka światła na niebieskiej ścianie z powodzeniem odgrywały rolę dziur, ale Frankie nie lubił się oszukiwać. Był bezkształtnym, przeźroczystym dymem, który bez problemu przenikał przez wąskie szczeliny, nawet te niewidoczne gołym okiem mikroskopijne szpary w strukturze ściany. Potrafił zobaczyć oczami dymka co robią rodzice w sypialni, albo złożyć niezapowiedzianą wizytę sąsiadom. Oczywiście przezroczysty dym był jego osobistym pomysłem. Uznał, że powinien nazwać jakoś tę cząstkę siebie, która wędruje po świecie, podczas gdy on kieruje nią siłą własnych myśli, zakopany w ciepłej pościeli. Jeśli nie podróżował po świecie, chętnie rozmyślał. W tym także było mnóstwo uroku, ponieważ dawało możliwość cofnięcia się w czasie i przeanalizowania na nowo wydarzeń. A miał ich mnóstwo, począwszy od dnia sprzed ośmiu lat, kiedy się urodził. Było ich zdecydowanie za dużo i choć niektóre przecierały się, słabły, a nawet zanikały, to wciąż przecież napływały nowe. Z każdym dniem zwiększały się zasoby jego wspomnień, aż pewnego dnia zaczął się obawiać, że najzwyczajniej w świecie pęknie mu głowa. I nie odbędzie się to przy wtórze huku, fontanny krwi i cząstek mózgu rozmazanych na ścianie. Frankiego przerażało to, że mógłby stracić umiejętność podróżowania myślami i tym samym upodobnić się do reszty zwyczajnych, szarych ludzi, którymi pogardzał. Gdyby dostał paraliżu od stóp do pasa, wyobraźnia byłaby jego nogami. Doskwierający ból jest niczym innym jak fizycznym doznaniem, intensywnym jak rozkosz. Zacisnąłby zęby i przetrwał ciężkie chwile. Upokorzenie ze strony ludzi nic dla niego nie znaczyło. Nie mieli dla niego żadnej wartości. Poza tym, wiedziony wyobraźnią, mógłby uciec dokąd by tylko zapragnął. Ale w przypadku, gdyby nogi miał zdrowe, a głowę uszkodzoną, trudno byłoby mu poruszać się tylko i wyłącznie za ich pomocą. Przywykł do tej umiejętności tak mocno, że gdyby kiedykolwiek zanikła, pewnie nie radziłby sobie w codziennym życiu. Dawała mu pewność siebie i poczucie wyższości. Dziwiło go to, że ludzie całkiem dobrze radzą sobie z przeciwnościami losu, mimo, że nie potrafią w pełni wykorzystywać wyobraźni. Jednak nie miał wątpliwości co do tego, że gdyby raz spróbowali tego, co on smakuje w dzień i w nocy, nie chcieliby powrócić do zwyczajności. Wyobraźnia była odskocznią. Działała jak narkotyk. Takie będą prochy nowej ery; dając całkowity odlot nie spowodują uzależnienia i nie zaszkodzą zdrowiu. Rodzice mieli do niego pretensje, ponieważ często bywał zamyślony i nieobecny. W tych rzadkich chwilach, gdy się z nimi spotykał na śniadaniu, obiedzie i kolacji, lubił powędrować z kuchni do salonu, skąd miał dobry widok na plac zabaw. Bywało tak, że przy stole toczyła się rozmowa i rodzice wściekali się, że nie odpowiada na ich pytania. Czasem przypadkowo zjadał pieprz i okropnie go paliło, ale taka była cena za wygodę. By przebywać w dwóch różnych miejscach jednocześnie trzeba mieć oczy dookoła głowy. Frankie nigdy nie wspomniał rodzicom o swoich nadprzyrodzonych zdolnościach. W pewnych sprawach po prostu nie wolno nikomu ufać, nawet krewnym. Obawiał się, że przejęci troską zanieśliby go do lekarza psychiatry, który pomieszałby mu w umyśle. Nie chciał tego. Taka wizja przerażała go i mroziła do szpiku kości. Wszystko zaczęło się stosunkowo niedawno, trudno określić w którym dokładnie momencie. Mógł mieć wtedy pięć lub sześć lat. Podejrzewał, że umiejętność nabył w zarodku i potrafił to od urodzenia, tyle, że wówczas był zbyt młody i niedoświadczony by móc z tego korzystać. Chyba, że już o tym nie pamięta. Zwykle okres trzech lat po porodzie poznaje się z opowieści bliskich, jakby trwało się w śpiączce. Tak więc, o swojej wyjątkowości dowiedział się niespełna dwa lata temu i od tamtego czasu odkrywał w sobie coraz to nowsze możliwości. Powoli, nie spiesząc się, przenikł do sypialni rodziców. Zrobiło się ciemnoniebiesko, jak w namiocie cyrkowym. Zobaczył złote refleksy na ścianach oraz nocną lampkę, przykrytą abażurem ze sztucznej skóry. Miał już wobec niej konkretne plany. Droga mamo, drogi tato, dlaczego już śpicie? Ranek wnet zapuka w okno, a wy wciąż tu gnicie Trzeba dzień chwytać za jaja, bo inaczej czmychnie Trzeba wstać i bawić się, skakać, tulić, śpiewać... Dwa dni temu Frankie dokonał spektakularnego odkrycia – okazało się, że potrafi przesuwać przedmioty. Ale będzie zabawa!

Gdyby dobrze się wsłuchać, można by pochwycić syk dogasającego dnia, skąpanego w chłodzie nocy, ale ciągle ciepłego. Klimatyzacja chodziła na najwyższych obrotach, wahadłowy żyrandol obracał się, ale zimno nie miało źródła w powietrzu. Lęgło się w Ricu, który łapczywie pochłaniał porcje ciemności. Miał wrażenie, jakby z każdym oddechem wpuszczał do płuc, urwany z przestrzeni, wielki kawał ciemnoszarego powietrza i dławił się nim. Nie chciał zapalać lampki, gdyż czerwony poblask obudziłby Janett. Znów to czuję, pomyślał Rico, i mocniej przycisnął głowę do poduszki. To było gdzieś w powietrzu i mógłby je dokładniej zlokalizować, gdyby się cały nie trząsł. Dziwne stany pojawiły się u niego przed paroma miesiącami i zdołał, z niemałym trudem, utrzymać je w tajemnicy przed żoną. Nie chciał, by myślała o nim jak o obłąkańcu. Jeszcze niedawno żył spokojnie, tak jak zawsze pragnął – z dzieckiem i żoną. Życiowe przeciwności zwykle nie stanowiły dla niego problemu nie do pokonania, czego nie mógł powiedzieć teraz. Jeśliby kiedyś oszalał, opuści Janett z poczucia przyzwoitości, wiedział bowiem, że zmarnowałby biedaczce życie, czego nie chciał jeszcze bardziej niż rozłąki. Była taka piękna, młoda i zdolna. Cały świat czekał na nią otworem, by go zbadała czujnym spojrzeniem brunatnych oczu. Wracając myślami do pokoju, odczuł wyraźniej czyjąś obecność w powietrzu. Nie widział tego, ale mógłby przyrzec, że tam jest. Niewidoczne stworzenie, które połknie go, gdy tylko się zbliży. Rico podciągnął nogi, skulił się i mocno złapał poduszki. Lśniąca kropelka potu powędrowała krawędzią jego nosa. Zatrzymała się na końcu, spowodowała swąd. Szybko wyciągnął rękę spod kołdry, otarł czubek nosa i schował ją z powrotem. Po jego ciele toczyło się całe mnóstwo lodowatych strumyków i na chwilę w jego głowie zagościła absurdalna myśl, że uwagę potwora zwróci smród potu. Szybko wysnuł, że zjawa najpewniej wiedziała o jego obecności już zanim się tu pojawiła. Mimo, że oddech miał świszczący i urywany, leżąca obok Janett spała w najlepsze. Wczorajszy dzień widocznie odbił na niej piętno dzikiego zmęczenia, gdyż z natury miała lekki sen. Rico pamiętał nawet, jak opowiadała mu niegdyś przy śniadaniu, że w nocy zbudziła ją pohukująca sowa. Fala rozpuszczonych włosów spływała na plecy i poduszkę. Janett wyglądała jak zmęczony anioł, ale gdyby ją zbudził i oznajmił, że pora iść do pracy, potraktowałaby go jak natrętnego żuka, który wygrzebał się z gnoju i wparował prosto na ich werandę. Miała w sobie tyle siły i woli do walki, że gdy zbyt długo przebywał w jej towarzystwie również czuł, że potrafi przenosić góry. Lecz gdy z kolei długo z nią nie rozmawiał, pogrążał się w typowej dla siebie melancholii. Długie noce nadawały się świetnie do tego, by słaba strona Rica nabrała siły i przyoblekła się w ciało. Dobrze wiedział, że nie jest odpowiednim człowiekiem dla tak wspaniałej kobiety i klął dzień, w którym się jej oświadczył. Myślał wtedy, że z wiekiem się zahartuje i stwardnieje, jednak z upływem czasu słaba psychika wcale się nie umocniła. Nadal potrafił płakać z powodu drobnych niepowodzeń lub śmierci ukochanego zwierzątka, oczywiście zawsze w ukryciu, by nie widziała go Janett. Widziała w nim wspaniałego faceta, którym nie był. Gdyby przyjąć skalę od jednego do dziesięciu, jego samoocena wahałaby się w granicach dwóch i trzech. I to tylko w normalnych okolicznościach. Zdjęty paranoicznym strachem, polepiony potem i duszony obawami, przyjąłby ujemną skalę, gdyby miał głowę do takich eksperymentów. Wówczas stopień, który by wybrał, byłby znacznie bliższy dziesiątce niż w poprzednim przypadku. Gdyby to było wszystko, pewnie patrzyłby na siebie w nieco jaśniejszym świetle. Zdarzają się przecież mężowie tak okrutni i pozbawieni skrupułów, że biją własne żony, piją na umór i nie pracują. Rico miał dobrze płatną pracę, nie podnosił ręki na Janett, a po alkohol sięgał raczej sporadycznie – z okazji urodzin przyjaciół, których miał nadzwyczaj dużo, co przypisywał głównie otwartej na ludzi małżonce. Gdyby to było wszystko, rzeczywiście mógłby te drobne zachwiałości własnej osoby potraktować łagodniej i z przymrużeniem oka. Niestety, to była tylko część prawdy. Zaś nie mówienie całej prawdy jest jak kłamanie, a Rico nienawidził oszukiwać, co być może również pracowało na jego korzyść. Z wielkim bólem serca musiał przyznać, że w roli rodzica nie sprawdza się w ogóle. Może być genialnym pośrednikiem w handlu nieruchomościami, ale nigdy nie zdobędzie się na to, aby stać się choć miernym ojcem. Smutna prawda wyciskała ostatki zadowolenia z jego opalonej, przystojnej twarzy. Na dodatek jego syn, Frankie, wraz z wiekiem stawał się coraz nieznośniejszy. Póki Janett sprawowała nad nim rządy twardej ręki, zachowywał się w miarę taktownie, ale gdy tylko pozostawali sam na sam w pustym pomieszczeniu, doznawał tylu zniewag, że pod ich ciężarem ledwie brnął dalej w swojej karierze rodzica. Gdyby zaczął praktykować postawę podobną do tej, którą propagowała żona, może by coś osiągnął, jednak był z natury zbyt łagodny i nie podołałby temu zadaniu. Musiałoby się wydarzyć coś naprawdę złowieszczego, by gniew przesłonił mu wszystko inne, co cenił na świecie. A była to nieograniczona miłość do ludzi i zwierząt, oraz szacunek dla środowiska. Szkoda, że tak mało uczuć pozostawiał dla własnego użytku. Marzył o tym, by przytulić się do ukochanej kobiety, ale szybko porzucił tę myśl, ponieważ budząc ją w środku nocy dałby wyraz tego, jak się boi. Absolutnie nie chciał jej martwić. Kobiety potrafią wyczuć, że jesteś spięty, nawet, gdy bardzo się starasz sprawiać wrażenie wyluzowanego i Rico doskonale o tym wiedział. Budzenie jej w nocy bez wyraźnego powodu byłoby zbyt podejrzane. Po co miał ją dręczyć? Wolał poczekać, aż to coś sobie pójdzie. Lecz wciąż tam było, niewidzialne i nie posiadające żadnej formy, jak powietrze. W tym przypadku wzrok wcale nie pomagał w zlokalizowaniu zjawiska. To było coś, co przypominało uczucie podczas przykładania palca do czoła z zamkniętymi oczami. Zwyczajnie czuł czyjąś obecność i nie mogło tu być mowy o pomyłce. Objął nogi rękoma i wcisnął w nie głowę. Czuł na skórze, że prześcieradło i pościel z każdą chwilą stają się wilgotniejsze od kropelek potu. Wkrótce cienki materiał zaczął przylegać do jego ciała i marszczyć się. Od łóżka cuchnęło. Kiedy zasłony gwałtownie zatrzepotały, ścisnął się mu żołądek i przez chwilę sądził, że zwymiotuje. Tego by jeszcze brakowało. Nie potrafiłby spojrzeć sobie w twarz, gdyby porzygał się ze strachu. Zwykły podmuch, który wyrwał się z nocnej toni i poruszył zasłonami sprawił, że serce zabiło mu żywiej ze strachu, zwyczajny szelest, którego nie przestraszyłoby się nawet dziecko. Znienawidził się za to, że skomplikował życie tej wspaniałej kobiecie, choć ona na pewno tak nie uważała. Zabujała się w nim, nie da się ukryć, ale gdy tylko przejrzy na oczy natychmiast ucieknie byle dalej stąd. To coś poruszało się w miarę sprawnie, ale często przystawało na moment, by rozeznać się w sytuacji. Wówczas wystarczyło ćwierć minuty by Rico bezbłędnie je zlokalizował. Teraz wisiało po jego prawej stronie, było blisko. Zdecydowanie zbyt blisko. Może mu się przyglądało? Nie odwracał wzroku w stronę okna, bo choć nic by tam nie zobaczył równało się to prawie spojrzeniu zjawie w twarz. Przerażała go, doprowadzała do obłędu, ale nigdy nie zaatakowała. Mógł więc być spokojny o życie, ale nie o stan swojej psychiki. Z dnia na dzień jego cierpliwość uchodziła jak powietrze z przekłutego balona. O dziwo dzisiaj zaatakowała. Drapieżnie, brutalnie i znienacka, jak przyczajony na ofiarę myszołów. Właściwie to nie rzuciła się na niego tylko na lampkę nocną, która spadła z trzaskiem na podłogę. Tym razem żołądek nie wytrzymał i Rico zwrócił obiadokolację na dywan. Żółte wymiociny zalały szczątki potłuczonej lampy. Serce biło mu tak mocno, że mogło się lada chwila roztrzaskać o żebra. Janett zbudziła się, lekko przestraszona i zdezorientowana. Poczuł jej ciepły oddech na gołym ramieniu, ale nie odwrócił głowy. Trzymał ją luźno między ramionami, układając w myślach jakąś sensowną wymówkę. - Wszystko w porządku? Nie potrafił wypowiedzieć słowa. W brzuchu poczuł ogromną pustkę, jakby przed momentem wymiotował kawałkami żołądka. - Rico? Stawiając stopy na ziemi, starał się, by nie natrafiły na cuchnącą kałużę, ale zagłębił się w sam jej środek. Nie potrafił się skupić i powstrzymać drżenia, a nawet najprostszy ruch przychodził mu z ogromnym trudem. W pięty kłuły go ostre elementy potłuczonej lampki. - Rico, co się dzieje, proszę, powiedz coś do mnie! Janett usiadła na skraju łóżka. Sprężyny odburknęły, zaspane. - Cholera, nie jest dobrze. Chyba zaszkodziła mi ta wczorajsza szarlotka. Nie uważasz, że za dużo w niej mąki? – zakaszlał, by oczyścić przełyk ze śluzu. - A ta potrzaskana lampka? - Zrzuciłem ją przez przypadek, kiedy się źle poczułem. Chciałem włączyć światło, ale pociągnąłem za kabel. Janett nie wyglądała na przekonaną. Rico był wręcz pewien, że mu nie wierzy. Znali się na tyle dobrze, by poznać, kiedy któreś owija kota ogonem. Głos mu drżał ze zdenerwowania, a słowa dobierał zbyt wolno, by jego wypowiedź mogła zabrzmieć naturalnie. - Do tego ta duchota. Jest środek lata, nie? Każdy ma prawo się porzygać i potrzaskać lampkę. Janett nic nie odpowiedziała. Spojrzenie jej silnych oczu zbijało Rica z nóg. Chciał kontynuować beznadziejną historyjkę, ale nie mógł kłamać, czując na sobie tak ufne i szczere spojrzenie. - No dobra, przyznam się. Powiem ci prawdę, a potem zniknę na zawsze z twojego życia, o ile po usłyszeniu mojej opowieści nie wylecisz z domu oknem, dopinając w biegu walizkę z ubraniami. - Prędzej wyrosną mi skrzydła. Na moment zapadła cisza. W oddali za oknem powoli przesuwał się sznur pojazdów, czemu towarzyszył jednostajny szum. Słodki zapach i lekki wiaterek wdzierały się uchylonym oknem do środka, ale po chwili wszystko ustało, gdyż Janett je zamknęła, jakby potwierdzając swoją opinię na temat uciekania w pośpiechu z domu. Gładkość jej skóry w nierealnym, fioletowym blasku prawie go onieśmielała. Była nieskazitelna i czysta jak woda z górskiego potoku. Rica zaniepokoiła myśl, że nie potrafiłby od niej odejść, w razie, gdyby oszalał. A gdyby to ona od niego uciekła, pojechałby ją szukać, a wręcz wynająłby brygadę do spraw poszukiwania Janett Bakery, stając się jednym z tych psychopatycznych bohaterów amerykańskiego kina akcji. Ciemne oczy, które mieściły w sobie mnóstwo miłości i szczerości wpatrywały się niecierpliwie w twarz Rica, próbowały dociec prawdy czytając z rysów twarzy, nim spadnie na nią jak kilkutonowy głaz z ust małżonka. Nawet gdyby były dwa razy tak przenikliwe jak piękne, nie podołałby temu zadaniu. Rico miał kamienny wyraz twarzy i było to zasługą przerażenia, które utwardziło każdy jego mięsień. - W nocy nawiedza mnie duch. – przerwał na chwilę, by zbadać reakcję Janett, ta jednak trwała niewzruszona. Jedynie otulone mrokiem oczy zalśniły mocniej, przewiercając się przez ciemności – budzę się nagle i to już jest, czeka na mnie, jakbyśmy się umówili w kawiarni na kawę. A potem krąży. Trzyma mnie w niepewności, to zbliża się, to oddala. Mnie przechodzą ciarki, ciało zalewa pot, chowam się pod pościelą, jak dzieciak, który się nasłuchał opowieści o zombie i myślę jak mi głupio z tego powodu, a mimo to czekam w napięciu, aż coś zrobi. Zwykle siedział cicho, dręczył mnie, ale niczego nie niszczył, a dzisiaj coś mu odbiło i przewrócił to na ziemię! Rozumiesz?! To jest jakiś niewidzialny dupek, który chce spieprzyć mi życie! - Dobrze już, dobrze – objęła go od tyłu rękoma i mocno przytuliła – niech cię tylko dotknie, a tak mu pogonię kota, że zapomni, na co umarł. Wiatr dął, zakręcając w powietrzu i uderzając z łoskotem o ściany i okna. Nagle lekki wiaterek przybrał rozmiary potwora. - Czy on tu nadal jest? – spytała Janett. - Kręci się obok szafy i ma nas na oku. - Myślisz, że będzie nam chciał wyrządzić krzywdę? - Chyba nie. Wydaje mi się, że próbuje mnie nastraszyć. Bawi się ze mną. To wyjątkowo złośliwa gnida. - Gdyby było inaczej, zrzuciłby lampę prosto na twoją głowę? - Właśnie. Przerażenie wzburzające błękit jej oczu, tak jak sztorm targa morzem, było autentyczne, ale Rico podejrzewał, że Janett nie boi się zmory, której nie mogła zobaczyć, tylko jego samego. Chciałby wierzyć, że jest inaczej, ale jedną z jego najlepszych cech jest ta, że nienawidzi się oszukiwać. Powalony na ziemię przez własną bezradność z uporem szaleńca starał się podnieść i powrócić do równowagi, jednak w pojedynkę nie miał szans. Przypominał sparaliżowanego człowieka, który rozpaczliwie walczy o powrót do pionu i nagle pojawia się nad nim pomocna dłoń. Byłby głupcem, gdyby odszedł teraz od Janett. Tylko razem mogli poradzić sobie z nadciągającymi problemami i choć wstydził się swojej bezradności, nie dałby się podwójnie prosić, gdyby zamiast wyparować oknem z mieszkania zaproponowała mu pomoc. Na zewnątrz znów się uspokoiło. Janett uchyliła okno, wpuszczając lekki podmuch powietrza, który poruszył zasłonami. Rico skupił wszystkie myśli na zjawie, by rozszyfrować jej nowe położenie. Sądząc po gwałtowności, z jaką się poruszała, próbowała ich zmylić i niewykluczone, że po wysłuchaniu groźby Janett wolała zaatakować od tyłu, spodziewając się, że w bezpośrednim starciu nie miałaby wielkich szans. Skryła się w pobliżu wielkiego obrazu pędzla mało znanego malarza. Na płótnie widniał młyn otoczony złocistymi łanami zboża. Za blisko. Natychmiast chwycił żonę za przegub i odciągnął w bezpieczny kąt po drugiej stronie pokoju. - Błagam, wynośmy się stąd. Mam już dość... tracę siły. Zabierzmy Frankiego i jedźmy do najbliższego hotelu zanocować. - A jeśli tam zjawa też nas dopadnie. Nas. Był jej wdzięczny za ten jeden, krótki wyraz. Potwierdzał, że mu bezgranicznie wierzy, mimo, że nie jest w stanie ujrzeć winowajcy. - Stąd, że to nawiedzony dom. Ma chyba z trzysta lat i aż się prosi, żeby zagnieździł się tu jakiś duch. Janett odetchnęła głęboko, przecięła pokój, by zamknąć okna i wróciła w pobliże drzwi. - Już dobrze, kochanie – wspięła się na palce i pocałowała oklapły policzek – jutro zadzwonimy po księdza i zobaczymy wtedy, kto będzie miał większą zabawę.

Pani z informacji nie miała zbyt wiele do powiedzenia w sprawie hoteli. Poleciła im jeden, mieszczący się na obrzeżach miasta, na północny zachód stąd. Rico spisał adres i poszedł obudzić Frankiego, oczekując, że chłopiec będzie zdziwiony tym pomysłem. Przez chwilę staczał wewnątrz moralną walkę, o to, czy powiedzieć synu prawdę, jednak uznał, że nie powinien go niepokoić. Nie chciał zaburzać jego wątłego poczucia bezpieczeństwa. W do pokoju wymyślił historyjkę, która jako tako trzymała się kupy i nie powinna wzbudzać podejrzeń u ośmiolatka. Wszedłszy do pokoju przekonał się, że to jego zrobiono w konia. Frankie stał przy krawędzi łóżka, kompletnie ubrany w swój zielony, wełniany sweterek, przetarte dżinsy i starannie zawiązane, żółte buciki. Spoglądał na ojca spod gęstej grzywki jasnych blond włosów i uśmiechnął się niewyraźnie. - Cześć, tato – powiedział – mogę zabrać ze sobą pana biedronkę? Panem biedronką była pluszowa maskotka, którą Frankie trzymał za lewe czółko. - Jasne, że możesz. Mama powiedziała ci, że jedziemy? - Tak. Rico zastanawiał się, czy ujawniła mu także powód, dla którego mieliby wyruszać do hotelu w środku nocy. Jeśli tak, wolał zwlekać ze swoją opowieścią. - Wiesz, dlaczego? - Oczywiście. Mama powiedziała, że musimy uciec z domu, bo srasz ze strachu przed jakimś duchem. Rico osłupiał i przez parę sekund nie mógł wykrztusić słowa. Pazury strachu drapały go w gardło. Nie ma na świecie gorszej zniewagi, niż gdy syn drwi sobie z ojca i śmieje się w żywe oczy. - Tak ci powiedziała mama? – bąknął, gdy znów mógł mówić, nie popisując się ciętą ripostą. - Już mówiłem. - Jak możesz tak wstrętnie kłamać! Jestem pewien, że z ust twojej mamy nigdy nie padłoby coś równie obraźliwego! - Mogę już iść do samochodu? Pan biedronka też się boi, że zły duch urwie mu dupę, doprawi solą i zje na kolację. - Jak ty się wyrażasz? W samochodzie porozmawiam z mamą i okaże się, jak to naprawdę było. - Jeśli naprawdę myślisz, że ma cię za batmana, to polej sobie głowę zimną wodą. – mruknął Frankie, przechodząc obojętnie obok ojca. – w samochodzie się okaże. Niedoczekanie – dodał, będąc już za progiem pokoju i nieudolnie naśladując głos Rica. Gdy mała sylwetka opuściła mroczny pokój i zniknęła w korytarzu, Rico usiadł na brzegu łóżka i podparł głowę dłońmi. Wzburzenie połączone z niewyspaniem i strachem utworzyło ciasną pętlę wokół żołądka, który miał już dość pracy jak na jedną noc. Z trudem opanował się i powstrzymał przed zabrudzeniem tapczanu, ponieważ nagle zapragnął wziąć się w garść. W innych okolicznościach ulżyłby sobie, na ile by mógł, ale po stoczonej przed chwilą rozmowie nie chciał dawać więcej oznak słabości. Nie mogło być tak, że pomiata nim jego własny syn. Miał łagodną naturę, ale co za dużo to niezdrowo. Nawet święci straciliby cierpliwość przy tym bachorze. Przy Janett Frankie nie pozwalał sobie na zbyt wiele. Nawet, jeśli przeklinał, to robił to z przyzwyczajenia i od razu przepraszał, co było dla niego nie do pomyślenia w obecności Rica. Rządy twardej ręki skutkowały. Chłopiec otaczał ją szacunkiem, czasem nawet bywał wobec niej nieśmiały. Wysoką cenę przyszło mu zapłacić za zbędną miękkość. Postanowił się zmienić, przeobrazić z niegroźnego fajtłapę w konsekwentnego ojca, który potrafi zdobyć szacunek u kogo chce, nie tylko u syna. Blady księżyc wytrwale wędrował przez lodowate niebo, zmagając się z dącym wiatrem i przebijając przez kłęby czarnych chmur. Rico po raz pierwszy poczuł tak wyraźny przypływ energii i chęci do walki o swoje prawa, a ciało niebieskie przypominało mu o trudach, jakim przyjdzie mu stawić czoła w mrocznej wędrówce przez wzburzony ocean zwany Frankiem. Szara poświata okrojona przez żaluzje obejmowała blaskiem meble. W granatowym półświetle pokoju zabłysnęła rączka szuflady, dając mu do zrozumienia, że czas zacząć działać. Nigdy wcześniej nie otwierał cudzych mebli, nie myszkował jak złodziejaszek, poszukujący biżuterii. Brzydził się tym, co zamierzał za chwilę zrobić, gdyż sam wściekłby się, gdyby ktoś poprzewracał mu rzeczy w osobistej szafce. Z drugiej strony wiedział, że jeśli nie podejmie teraz odpowiednich kroków, już nigdy się na to nie zdecyduje. Musiał się upewnić, że Frankie nie chowa w pokoju żadnych niedozwolonych przedmiotów, na przykład prenumeraty playboya, o ile to możliwe w wieku ośmiu lat. Jeśli chciał nauczyć chłopca szacunku, musiał zacząć od podstaw, wyrywając z niego chamstwo jak chwasty, z korzeniami. Pociągnął za uchwyt szuflady i spojrzał zaciekawiony do wewnątrz. Na spodzie leżało mnóstwo czasopism „Cartoon Network” z kolorowymi okładkami. Nieco głębiej znalazł roczną prenumeratę „Archiwum X”. Były to gazety o zjawiskach nadprzyrodzonych i choć mogły zawierać informacje niepokojące dla ośmioletniego chłopca, to nie zamierzał z tego powodu wszczynać alarmu. Wyjął je wszystkie i położył na łóżku. Znał spryt chłopca i wolał sprawdzić, czy pomiędzy egzemplarzami dziecinnego czasopisma nie kryje się coś ostrzejszego, gdzie kura i krowa są przedstawione w trochę innym świetle. Nie znalazł nic co nie pasowałoby do wizerunku radosnego ośmiolatka. Szafek było sporo, więc zwiększył temp by zdążyć zanim Janett się zniecierpliwi i wróci po niego do mieszkania. Nie chciał myśleć za kogo by go miała, gdyby zobaczyła, że przetrząsa pokój swojego syna. W dużej szafie także nic nie znalazł. Sprawdzał pod stertą ubrań, ale jego największe odkrycie sprowadzało się do pudełka batoników milky way, które wydobył z najodleglejszego zakątka kredensu. Było przykryte wełnianym sweterkiem. Frankie był świadom tego, że słodycze mogą spowodować słodycze, słyszał to niejednokrotnie z ust Janett, która nie lubiła, gdy jej jadł w nadmiernych ilościach. Pozostał jedynie kredens, numer jeden na liście podejrzanych przedmiotów ze względu na wbudowany zamek. Frankie mógł chować w nim swoje najskrytsze sekrety nie obawiając się, że ktoś go nakryje. Klucz został schowany w pustym pudełku po miętowych dropsach. Przykryty był strzępkami różnokolorowej bibuły, która miała za zadanie zmylić potencjalnego intruza. Uniósł dłoń do twarzy, oglądając z bliska mały, połyskujący kawałek metalu. Chłodny, niebieski refleks prześlizgiwał się po metalicznej powierzchni dodając mu uroku i tajemniczości. Niemal w tej samej chwili, gdy zdecydował się w końcu użyć klucza, ktoś go brutalnie pchnął na mebel. Zdążył wyciągnąć rękę i podnieść kolano do brzucha, amortyzując zderzenie, ale głową rozbił szybkę w komodzie, za którą kryła się kolekcja szklanek i kieliszków. Zachwiał się, krzycząc i rzucając ramionami na oślep. Rąbną łokciem w szklany zestaw, zaś stopą w drzwiczki szafy, otwierając je z trzaskiem. Szkło zadzwoniło o drewnianą podłogę, powbijało się w nią i rozsypało po całym pomieszczeniu. Rico pokaleczył sobie pięty, ale nie czuł bólu, jedynie kłucie w klatce piersiowej, gdzie rozwścieczony dzięcioł zapragnął wyjść na zewnątrz. Kto go zaatakował? Oddychając ciężko i rzucając nerwowe spojrzenia na boki szukał sprawcy całego zamieszania. Kiedy uznał, że w pokoju nikogo nie ma, musiał przyjąć do wiadomości smutną prawdę, że zjawa nie bawi się już w przewalanie lampek nocnych na podłogę. Rico po raz pierwszy od wielu lat poczuł w sobie prawdziwego mężczyznę. Silnego i bezwzględnego. Opuścił bez wahania pokój i ruszył pewnie korytarzem. Tuż przed drzwiami wyjściowymi wisiało duże lustro, w którym dojrzał ranę na czole, tuż nad lewą brwią. Z rozciętej skóry wypływała krew, wąskim strumykiem ześlizgiwała się na policzek i tam zastygała. Pobiegł szybko do łazienki i starł z twarzy krwawy szlak, posługując się wacikami Janett, a następnie zdezynfekował ranę wodą utlenioną. Nie zamierzał naklejać plastra, po cichu mając nadzieję, że żona nie zauważy rozcięcia w ciemnościach samochodu. Nie miał ochoty na udzielanie mało przekonywujących odpowiedzi na trudne pytania. Wyszedł z mieszkania i szybkim krokiem pokonał alejkę. Kiedy pociągnął za klamkę okazało się, że drzwiczki samochodu są otwarte. Janett wyglądała na trochę zaniepokojoną, ale zobaczywszy jego srogą minę, nie zadawała żadnych pytań. Frankie siedział na tylnym siedzeniu, przypięty do fotelika. Przyglądał się uważnie bliźnie na czole Rica. Rico uruchomił silnik, nie odzywając się słowem, wrzucił bieg i ruszył, ciągle obserwując chłopca we…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych